niedziela, 22 grudnia 2013

Boże, jakie życie jest smutne

I nie piszę dlatego, że moje życie jest zjebane, partykularnie, czy coś w tym stylu, aktualnie zresztą wymyta do czysta i naga siedzę w cieple z pełnym żołądkiem i nie zagraża mi nic poza potencjalnym wybuchem gazu w łazience albo pęknięciem rury w kuchni, ewentualnie pęknięciem naczynek na twarzy, ale patrzę na zdjęcie mojego byłego chłopaka i widzę tak straszny smutek w tym, że patrzę na nie, że dopiero drugi dzień siedzę sama w domu i w gruncie rzeczy ten stan sprawia mi diabelską przyjemność, to kiedy dziś stojąc na moście patrzyłam w oświetlone na ciepło okno mojego byłego chłopaka, który nawet, jeżeli będzie ruchał jakąś kobietę (ale kto mu da dupy w święta?) to jednak będzie siedział w te święta sam na sam z telewizorem, i myślę wstydliwie, że żal mi go (bo akurat nie pamiętam, że jest skończonym dupkiem), że żal mi go tak przeraźliwie aż do bólu zębów, jakbym przydzwoniła nimi w krawędź grubej szklanki, że żal ten wypełnia mnie jak miłość, która teoretycznie kiedyś mogła mnie wypełnić, aż do wylania brzegów, smutek świąteczny osób samotnych, które nie mają męża ani dzieci i muszą myśleć, że kiedy oni siedzą sami ze sobą łojąc kolejne szklanki wódki (tak to sobie wyobrażam) wszyscy inni szczęśliwi ludzie zasiadają akurat do kolacji wigilijnej, myślą o tym dokładnie tak jak ja, kiedy kładę się spać sama i nie mogę się uwolnić od natrętnego obrazu wszystkich możliwych ruchających się par na świecie. I chociaż rzeczony były mój chłopak, skoro o nim mowa, nie jest ani już chłopakiem, tylko starym dziadem, i nie jest zresztą godzien jakiegokolwiek żalu, bo cokolwiek ma, albo czegokolwiek nie ma, to sam sobie na to zapracował własnymi siłami swemi, to patrząc w te jego kaprawe czarne oczka na kiepskiej jakości ajfonowej samojebce myślę wykrzywiając usta w podkówkę jak mała, brzydka małpka, że to straszne, że on tam będzie siedział sam i gapił się w ekran, bo nawet jeśli się jest niskim, grubym i łysiejącym, a nade wszystko kutasem, to powinno się siedzieć w parze albo w większej ilości osób, nie mówię tu już nawet o ruchaniu, tylko rodzinie. I smutne było potwornie dzisiaj wszystko, łącznie z zachodem słońca nad mglistą Wisłą i benefisem Andrzeja Stasiuka sprzed pięciu dni, jeżeli weźmie się pod uwagę, że jest ktoś ciepły i okrągły, kto jest sam, nawet jeżeli jest niegodziwy i ma zgnite serce.


I ja też jestem ciepła i okrągła, a błąkam się po tym wariackim świecie sama jak palec wetknięty w czarną dupę i kurwa, czasem się złoszczę, że nie ma już dla mnie nadziei.

sobota, 21 grudnia 2013

Dreamed of life again

Ale wtedy jeszcze tańczyli na ulicach, jakby mieli kuku na muniu, a ja kuśtykałem za nimi, tak jak całe życie kuśtykam za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięciu szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle  strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy: "Oooo!"

W drodze


Obejrzałam się przez ramię i nachyliła się nade mną mlecznoliliowa, złożona z poziomych desek odstających od siebie jak łuski ściana wiktoriańskiej, potwornej, bo złożonej ze zrośniętych ze sobą mniejszych niekształtnych mieszkań-guzów willi, oblanej jakimś ciepłym promieniem zachodu, nachylała się nad odjeżdżającym w dół drogi samochodem jak pochmurne czoło, oddalaliśmy się od niej płynąc w dół asfaltowej serpentyny pomiędzy innymi domami rozrzuconymi po wzgórzach, a na niebie nagle zaczęły pojawiać się błyskawice, przykryte pikowanymi chmurami. Z drugiego piętra domu stromo wprost w urwisko prowadziły schody bez poręczy, same stopnie tkwiące w szynach, przeplecione pustą przestrzenią, i na tych schodach zobaczyłam wyprostowaną dumnie sylwetkę kobiety, ustępującej z godności pani domu na rzecz mnie; miałam zająć jej miejsce, zamieszkać w tym wywyższonym na wierzchołku wzgórza, wysokim budynku, widocznym z każdej z możliwych stron świata, nad którym właśnie w jękach rodziła się ogromna burza. Chmury narastały wokół niczym obrzydliwa, gęsta piana niesiona w czasie powodzi po powierzchni wody, te chmury były brudne i lepkie, a między nimi tryskały co chwila strumienie błyskawic, burza oplatała dom koncentrycznym ruchem jak pyton, a ja miałam od teraz mieszkać tam i rządzić z uniesioną głową, bez lęku.

Otwarto przed nami bramę i demoniczny gospodarz w szlafroku, jakiś Darryl van Horne, oprowadzał nas po pokojach; nad domem burza rozpętała się na dobre i deszcz oblewał szyby. Przechodziliśmy do kolejnych pokoi, aż zaprowadzono nas po drabinie na dziwaczną, ciasno pod sufitem umieszczoną platformę, jakieś żałosne ćwierćpiętro, gdzie rozsnute były tylko białe, naprężone żyły kabli instalacji elektrycznej. Deszcz wściekle przesączał się przez dach i wszystko zalewała woda; białe druty wyły i trzęsły się od iskier, elektryczność chlustała na widoczną niżej drewnianą podłogę. Czołgaliśmy się przerażeni krok po kroku, ruch po ruchu, sparaliżowani zbliżającą się nieuchronnie katastrofą przebicia, a gospodarz poganiał nas z tyłu jak strażnik więzienny, aż nagle zniknął i światło zgasło w całym domu. Byliśmy uwięzieni. Triumfujący śmiech naszego oprawcy jeszcze kołatał się gdzieś po pustym salonie, pod nami, zawieszonymi na szerokich deskach, przytulonych do nagle martwych, niegroźnych kabli, bo prąd przestał nimi płynąć. Nic nie działo się, więc ośmieliliśmy się rozmawiać, a później śmiało przewiesiliśmy się przez krawędź platformy i zeskoczyliśmy na podłogę. Nic się nie stało, nie było elektrycznego pastucha, zniknęły iskry, burza minęła i w kojącej ciszy wymaszerowaliśmy z naszego więzienia przez otwartą bramę. Byliśmy wolni.

Potem obudziłam się, bo telefon zadrżał od przychodzącej wiadomości, a potem zasnęłam znowu. Kolejny sen był jeszcze straszniejszy: byłam w domu moich dziadków, stojącym wśród zagonów i łąk, i w tym śnie moja babcia hodowała cielaki i prosięta. Poleciła mi, bym wyszła ich pilnować, ale kiedy je odnalazłam, serce ze strachu pękło mi na dwoje: zwierzęta były oskórowane i żywe; nie miały futra, tylko odkryte mięśnie i tłuszcz, skóra zdarta nawet z głów aż po miękkie pyski, oczy bez powiek, bo wyrwano je razem z resztą powłoki zewnętrznej, chodzące potworne żywe trupy, różowo-żółte, bo ich tkanka tłuszczowa, pikowana jak plaster miodu, miała odcień intensywnej wanilii; niektóre z nich błąkały się rozpaczliwie, bo nie miały już głów, tylko kikut szyi sterczącej do przodu, prążkowanej podłużnie ścięgnami; te właśnie, mimo wyjącego z przerażenia mózgu, musiałam brać do rąk i przenosić na pastwisko, bo zdezorientowane wychodziły na drogę, gdzie mogły je potrącić samochody, ich obrośnięte tym nagim tłuszczem boki były w dotyku lepkie i śliskie jak mydło; i ratowałam te krwawe ochłapy przed zagładą, której już zakosztowały, bo przeznaczone były jeszcze do tuczenia, miały jeszcze rosnąć i rosnąć, a ja chwiałam się w tym śnie z obrzydzenia i rozpaczy nad losem tych strzępków ciał, które dzieciństwo swoje miękkie i jasne - jedyny czas, jak był im dany - miały zmiażdżone na krwawy pył.

piątek, 20 grudnia 2013

Diaspora osobowości

Są takie dni, jak dziś, kiedy postulowałabym zaaplikowanie sobie kary chłosty. Albo śmierci. Są dni, kiedy chciałabym rozpiąć suwak i zdjąć siebie z siebie jak bluzkę z gryzącego poliestru. Są dni, jak dziś, kiedy jestem w miejscach, w których być nie powinnam; mówię rzeczy, których nie myślę; słucham słów przeznaczonych dla kogoś innego. Są dni, kiedy czas płynie ponad albo obok, dni, w których nie mogę przebić głową powierzchni wydarzeń, jakbym siebie samą obserwowała zza Wielkiej Szyby. W takie dni chciałabym przepisać sobie urlop na żądanie, taki lek na niestosowność. Lęk.


Czasem czytam tego bloga wstecz, jak książkę odwróconą do góry dnem. Czasem zbieram własne myśli w garść jak szklane kulki, którymi napełnia się dekoracyjne naczynia dla ozdoby; elementy bez znaczenia. Trzęsę się z zimna i chłód to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Włosy kotłują się na głowie, zbijając w szary kołtun; kocioł, który mam w głowie, produkuje spływający po powierzchni skóry jad. Kiedyś narysowałam coś takiego: otwarta głowa, jak ścięty nożem czubek ugotowanego jajka, a do środka mały demon wlewa wielki haustem szeroki strumień wina; czasem czuję, że do tej otwartej puszki Pandory sama sobie rzygam codziennie.


Stąd bierze się towarzysząca mi niemal codziennie chęć rozpoczynania od nowa. Od nowa. Znowu od nowa. Żeby nikt dzisiaj nie pamiętał, jaki destrukt wyprodukowałam dzień wcześniej; żeby te nieudane płody wpadały w wielką studnię bez dna, w nienasyconą gardziel, która przełyka je wciąż i wciąż, niezaspokojona nigdy, oczyszczająca mnie z każdej złamanej kości, naderwanego paznokcia, ropnego pryszcza, rodząca mnie w kółko poprzez odejmowanie niedoskonałych elementów aż do kompletnego rozgrzeszenia. Cofnąć się o krok, o krok, o krok, aż dojdę do momentu, w którym z powrotem będę składać się z jednej jedynej komórki i nienaruszonego potencjału.


Wtedy nareszcie moglibyście być zupełnie szczęśliwi.








środa, 4 grudnia 2013

Mija rok

Dzisiaj skończyłbyś 31 lat, gdybyś żył.



Po 365 dniach wciąż jest dla mnie tajemnicą powód i cel naszego spotkania.


Nie myślę już o Tobie codziennie, ale jakby rzadziej czuję się sama. 



Kiedy szłam szarą ścieżką drżącą pośród traw na grzbiecie wzgórza, leciał za mną kruk i krakał chrapliwie gdzieś nad moją głową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, 
gdyby nie towarzyszył mi przez prawie trzy godziny.


Kiedy jechałam przez rozpulchniony majem ciepły las, wybiegł mi przed koła zając, migając przed zdziwionymi oczami kosmatą linią swoich skoków. Nie byłoby w tym nic dziwnego,
 gdyby nie towarzyszył mi przez dobrych kilkadziesiąt sekund.


Kiedy ciężko tupałam między srebrną falą rozkruszonych wapieni a aksamitną łachą trawy, spadającą stromo zboczem niczym zamrożonym w miękką strugę wodospadem, leciał przede mną motyl bielinek, wznosząc się i opadając tuż nad szlakiem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, 
gdyby nie prowadził mnie po ścieżce przez dobrych kilka minut.


Myślałam wtedy, że to może ktoś, kto nie może się ze mną spotkać w inny sposób, tak właśnie chciał na mnie popatrzeć.



Myślałam wtedy, że może to byłeś Ty.









Dlatego cieszę się, że jesteś, nawet jeśli tylko na chwilę i potem znikniesz.
M 82-12


niedziela, 6 października 2013

Rdza

Przytyłam cztery kilogramy, a to oznacza, że jest mi dobrze. Moja uda napełniły się przyjemnością niczym ciepłym mlekiem. Rano budzę się w pościeli rozgrzanej jak rozsłonecznione siano. Za oknem tego świata widać na różowym tle wschodniego nieba fantastyczną sylwetę renesansowego zamku. Wieczorami wspinam się na czyjeś kolana i zwijam w kłębek, a czyjaś ręka czule głaszcze moje szare futro. Idzie jesień. 

Ale kiedy wychodzę - trampki szybko zbiegają w dół po dwa schody na raz - czuję się jakaś sztywna i zastana. Kark zdrętwiał tak bardzo, że pod dotknięciem wydaje się gorący. Kręgosłup zwinął się w rokokowy kształt. Mam nieustanną ochotę wyciągać w górę ramiona i ziewać na potęgę. Przeciągać się tak, by moje stawy grały nerwowe staccato aż do jakiegoś chrupiącego finału. Wszystkie moje funkcje są stępione jak zużyte noże. Kiedy się mnie nagrzewa, moje powieki przymykają się wolno i mięknę. A trzeba ćwiczyć.

Trenować niezniszczalność oczywiście. 

To miło być oswajanym, ale nie należy tracić czujności. Zupełnie niespodziewanie dopadł mnie październik i z przerażeniem spostrzegłam, jak światło słoneczne przecieka mi przez palce. W sobotę uniosłam głowę znad poduszki i przestraszyłam się ognistej smugi słońca, znikającej błyskawicznie w rozdziawionej gębie horyzontu. Poczekaj! Unoszę pyszczek, węsząc w powietrzu, takie światło, taka mgła i taka szarość pływająca gdzieś na granicy pola widzenia pobudzają mnie do marzeń. To w takie dni jak te porzuca się dolinę i nie oglądając się za siebie - odchodzi na południe.

Gdzie jest mój las?

sobota, 7 września 2013

Gówno

Czy potraficie sobie wyobrazić, że od lipca nie tknęłam Czarnego Zeszytu, bo dręczy mnie widmo konieczności pisania TEGO GÓWNA?


Jeszcze nigdy na świecie nie borykałam się z tak fundamentalną niemocą twórczą jak w przypadku tej, pożal się Boże, pracy. A przecież nie jest to mój pierwszy raz, bo, jak wiadomo, w kwestii wszelkiej sprośności i niemoralności mam bogate doświadczenie.


Dzień, w którym złożę ją do sekretariatu wraz z kompletem dokumentów, będę od tej pory obchodzić hucznie zamiast dnia urodzin.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Przepełnienie

Choćbym sto lat mówiła, nigdy nie zdołam wam opowiedzieć, w jakich wstrząsająco pięknych miejscach byłam. Nigdy, nigdy, nigdy nie wyrażę, jaki kolor miała opadająca łagodnie polana krzaków jagód, otwierająca się na dolinę szerokimi ramionami wzgórz.






A co to tu siedzi, takie malutkie i jasne?





Byliśmy z Zenitem w formie. Back in the game!







Note to myself: czarka jest płytka z natury. 






niedziela, 18 sierpnia 2013

Czerwony szlak

Postaw jedną stopę, a za nią drugą. I powtarzaj przez blisko dwieście kilometrów. Słońce wstawało i z niedowierzaniem dotykało mnie promieniami, dziwiąc się, co to za zwierzątko idzie przez las, samotne, przygniecione niemal do ziemi zielono-czarnym plecakiem. Nie potrafię opisać tego uczucia, kiedy możesz odetchnąć płucami o średnicy kilku kilometrów. Nie potrafię opisać tego rytmu kołysania, kiedy kolana zginają się jakby pod wpływem prastarego instynktu. Kiedy droga wije się najponętniejszymi krągłościami zakrętów, kiedy podnosisz dłoń do czoła i śledzisz wzrokiem krzyk drapieżnego ptaka. Jakże unaocznić tę ciszę, która smakuje aromatem wilgotnej żywicy świerków. Wszystkiego dotykałam drżącą ze wzruszenia ręką. 

Mój Boże, teraz siedzę z kawą w moim pokoju i oczy zamgliły mi się łzami. Pamiętacie? Widziałam siebie siedzącą w wysokiej trawie jak zając, pochylającą twarz przed majestatem jej górskiej wysokości. I obiecałam wam, że wskoczę w ten obraz jak w nadjeżdżający tramwaj. Dotrzymałam obietnicy.

To był najpiękniejszy dzień ze wszystkich dziewięciu, kiedy zeszłam z gór prosto na zsakralizowane przez aureolę ze spienionych słonecznych promieni bloki pewnej beskidzkiej miejscowości. 





Przeszłam między domami i zostawiając je za sobą bez żalu, dotknęłam początku polnej drogi między krzakami jeżyn, jakbym wzięła w dłoń koniec żółtej wstążki. Szłam z nabożeństwem, ze śpiewem na ustach, z uśmiechem w oczach, jakbym wiedziała już wtedy, że ta ścieżka zaprowadzi mnie w najpiękniejsze miejsce na ziemi. Pozdrowiona przeze mnie kobieta, wracająca od krowy na pastwisku, spytała, czy to nie smutno tak iść samemu. A ja roześmiałam się głośno, bo wszystko we mnie tańczyło w tej chwili, kiedy to mówiła, wszystko we mnie było najczystszym szczęściem, krystalicznym jak święte szkło, radość iskrzyła mi na końcach rzęs i włosów. I wraz z czerwienią zachodzącego słońca dotarłam do Hali Rysianka, gdzie serce moje przestało bić. Nie chciało już nigdzie iść dalej. Bo dalej już nic piękniejszego nie ma.


Wzięłam kubek z herbatą, minęłam drewniane ogrodzenie i usiadłam w wysokiej trawie. Miałam przed sobą cały świat. Miałam przed sobą wszystko. Nic więcej nie mogłabym pragnąć. Był wieczór pierwszego sierpnia dwa tysiące trzynastego roku i czas zatrzymał się nagle. Dogoniłam go. Było cicho i chłodno. 




Dopiero dziś to do mnie dotarło, to, że spełniłam obietnicę daną wam i sobie i było dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłam. Możecie w to nie wierzyć, ale musiałam mieć jakiś przebłysk, jakiś wgląd w przyszłość, jakieś siły pozwoliły mi na moment zobaczyć siebie za czternaście miesięcy i jak na zdjęciu siebie rozpoznać. To byłam ja, wiatr suszył świeżo umyte włosy, ze schroniska dobiegały roześmiane głosy, a byłam tam, gdzie przez ćwierć wieku pragnęłam być.


Potwornie mnie kusiło, żeby zostać na Rysiance jeden dzień dłużej, ale obawiałam się, że gdybym wbrew początkowym planom przedłużyła pobyt i została, nie wyszłabym już stamtąd nigdy. Nigdy już nie umiałabym zejść w doliny i pozostawić za sobą ten drewniany dom marzeń. Już nigdy byście mnie nie spotkali, o ile nie podążylibyście w górę czerwonym czy niebieskim szlakiem. Żyłabym tam jak w złotej klatce, której pręty byłyby mi droższe niż własny wzrok. Stałabym się dla was tylko migotliwym wspomnieniem, wymazałabym się z waszych pól widzenia, pozostając tylko na naszych wspólnych zdjęciach. Dlatego zaciskając zęby wczesnym rankiem wymknęłam się spośród śpiących, przygodnych współlokatorów i pozdrawiając tylko uśmiechem innych świtem znikających z Rysianki turystów, zarzuciłam plecak i ruszyłam ku mojej górze przeznaczenia (jaką na dzień ówczesny było Pilsko). 


Obiecałam, że wrócę na Rysiankę jesienią, ale dziś, siedząc przy biurku w Krakowie myślę, że powrót mógłby unicestwić to zaklęcie, ten czar i urok, w którym obraz Rysianki znieruchomiał niczym zamrożony liść. Jakże mogę naruszyć tę świętość?


O ósmej zero jeden stanęłam na Pilsku, a potem ruszyłam dalej. Wiecie: najpierw stawiacie jedną stopę, po niej drugą i powtarzacie do skutku. Słońce przedrzeźniało mnie na niebie, ja szłam z zachodu na wschód, a ono odwrotnie. I znowu wybiegały przede mnie swawolne zakręty jak rozbawione psy, i znowu ścieżki zaplatały się i plątały między drzewami na supły, i znowu podnosiłam twarz, żeby zobaczyć, jak daleko jeszcze mój szlak widać na horyzoncie.


Będę iść.









poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Paulo Coelho radzi:

Z serii: Byle Gówno Znalezione Byle Gdzie.

Tak naprawdę nigdy nie tracimy tych, których kochamy. Bez względu na to, co nas podzieliło: czas, odległość, związki, które pojawiały się kolejno, nawet śmierć.
Miłość, którą dzieliłeś i dusza, z którą jednoczyłeś się poprzez tą miłość, jest twoja w twym sercu na zawsze,w tym jaki jesteś, w jaki sposób kochasz.

Odrzuć wszystko to, co cię powstrzymuje i rzuć się w wir przypadku i kochania. Posiadaj, czuj, ciesz się, ryzykuj, otrzymuj. Nawet gdyby jutro twoje marzenia rozjechała ogromna ciężarówka, to, co włożyłeś w twoją miłość, jest tym, co będziesz zawsze pamiętał. Lecz jeśli nie wskoczysz obiema nogami, pozostaniesz jedynie z myślami o tym, jak to mogłoby być.
- Daphne Rose Kingma


Jak się możecie domyślać, zakryłam twarz dłońmi i roześmiałam się półgłosem.

piątek, 26 lipca 2013

...po cholerę mi te góry?! Cz. 2

Z Chudej Przełączki ruszyłam zielonym szlakiem na Halę Ornak i był to jeden z najładniejszych szlaków, jakim kiedykolwiek szłam. Zapewne dlatego, że poruszałam się nim w dół, a nie w górę, moje uczucia co do niego były takie ciepłe. Dotarłam do schroniska, zameldowałam się i pobiegłam jeszcze nad Smreczyński Staw (pobiegłam, dosłownie, w trampkach). Potem resztę wieczoru spędziłam siedząc z gorącą herbatą i modląc się do widocznego dokładnie naprzeciwko ślicznego oblicza mojego przystojniaka, Błyszcza. Wówczas jeszcze nie wątpiłam, że na niego wejdę. Muszę odnotować, że w schronisku nic ciekawego nie wydarzyło się i ostatecznie poszłam spać z nudów. W moim pokoju, co dziwne, spało szcześcioro pojedynczych turystów, co się rzadko zdarza, żeby tak się sami samotnicy zebrali. Ale nastał w końcu dzień drugi, a tego dnia Bóg stworzył Ornak i wiedział, że ja tam pójdę.


Pantha rei.


Starałam się tupać bardzo głośno, bo o 7 wyszłam ze schroniska i oczywiście po drodze nie spotkałam absolutnie nikogo aż do Siwej Przełęczy. Podobno tupanie odstrasza niedźwiedzie, ha ha ha. Tak jak dym papierosowy - komary.

Śniadanie na Iwaniackiej Przełęczy.

Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spierdoliła, i oczywiście zgubiłam szlak na samym Ornaku i trawersowałam zbocze modląc się do dobrego Boga o zachowanie mojego marnego życia, bo wstyd byłoby strasznie spaść z Ornaku i wiedzieć, że roztrąbiły by to zaraz wszystkie wiadomości: "Śmierć na Ornaku! 25-letnia turystka z Krakowa zginęła tragicznie w Tatrach". Śmierć śmiercią, ale jaki wstyd! Jak umrzeć, to chociaż na Kościelcu! Ale to trawersowanie kompletnie wypruło ze mnie flaki i wróciły wszystkie zmory z Jarząbczego. Dobrze, że na Siwej siedzieli ludzie, więc oczywiście MUSIAŁAM ich wyprzedzić, a jak już ich wyprzedziłam, to wstyd byłoby wracać do Starej Roboty. Jak widać, wstyd jest jedynym motorem mojego pchania się w górę. No i wypchałam się na Siwy Zwornik, umierając z przerażenia na widok Liliowych Turni, bo myślałam, że szlak na Błyszcz wiedzie ich górną krawędzią. Pożegnałam się już z myślą o szczytach i naprawdę byłam bliska zejścia od razu do doliny, patrzyłam niemal ze łzami w oczach na mocarną sylwetę Bystrej, szeroką jak zad kucającej, rozłożystej baby. Taki to człowiek głupi. Oczywiście, jak wszystkie możliwe góry i pagórki w tej części Europy, Liliowe Turnie od południa są  łagodne niczym zielone baranki i ścieżka idzie sobie wesoło przez kosmatą trawę aż do stóp Bystrej, więc odzyskałam rezon i dziarsko pomaszerowałam na Słowację. Na Bystrej znowu mi się przypomniało, że przecież nie ma sensu się tak męczyć z tym plecakiem i pocić i sapać i po cholerę mi te góry. Ale osiągając Bystrą wiedziałam już, że i Błyszcz padnie, a jak oni oboje, to i na Starorobociański wejdę i tym samym osiągnę swój zamierzony cel, więc nieco podniosło mnie to na duchu. Dodatkowym przyspieszeniem był widok ciemnych chmur na horyzoncie. 



Wygłupy na Błyszczu


Tutaj nie widzę, co jest napisane, ale załóżmy, że to "I love you, Błyszcz"

Starorobociański zrobiłam już biegiem i błyskawicznie zdecydowałam się schodzić w doliny przez Kończysty i potem w dół z Trzydniowiańskiego przez Dolinę Jarząbczą. Na Kończystym spojrzałam w stronę Jarząbczego i z całą mocą dotarło do mnie, że rok temu moja wycieczka właśnie tam powinna się skończyć. Na Kończystym. Chcę wierzyć, że ten zeszłoroczny Jarząbczy Wierch nieźle mnie przeszkolił i na jakiś czas mi to zostanie. Wszystko ma swój cel. Może opiszę też tę zeszłoroczną wycieczkę na Wołowiec, czemu nie.

Przy schronisku na Chochołowskiej rozsiadłam się z herbatą i pomyślałam, że darmowy wrzątek powinien być dostępny wszędzie, nie tylko w górskich schroniskach.


Tak jak zeszłoroczną wycieczkę w Zachodnie, tak i teraz zakończyłam pobyt wizytą u Witkacego na Pęksowym Brzyzku i nawet dałam pięć złotyk na renowację kościółka i cmentarza. Niech spoczywają w ładnym pokoju. Amen. Koniec i bomba, kto nie słuchał, ten trąba i za karę pójdzie na Jarząbczy! 

A to ten... Matka Boska Szparkowa. Kapliczka w typie dziuplowym...









EDIT: Błyszcz był kiedyś nazywany Pyszną, bo wznosi się właśnie nad słynną Halą Pyszną...

Sutki na Giewoncie, czyli po cholerę mi te góry?! Cz. 1

2 dni, 10 szczytów, 50 kilometrów, mój pierwszy raz w schronisku i rekord wysokości ustanowiony na 2248 metrów nad poziomem morza. I całe te 40 godzin po łbie tłukło mi się tylko jedno pytanie: po co mi to, do licha?!

Uczułam kolosalne ciśnienie, aby ruszyć w drogę, wykonałam jeden telefon i sprawa została przesądzona. Mój pierwszy nocleg w górskim schronisku (i to od razu tatrzańskim!) na Hali Ornak - po roku wracam w Tatry Zachodnie. Jarząbczy Wierch straszył mnie tylko przez jedenaście miesięcy. U Krygowskiego zobaczyłam stare, czarno-białe zdjęcie Błyszcza i nagle zapragnęłam tam być. 

Kontuzja roweru zmusiła mnie do wyjazdu z Krakowa dopiero o 5:35, więc początkowo porzuciłam myśli o dołożeniu Giewontu do trasy. Ale już w Kuźnicach wstąpił we mnie mój znajomy demon. O 8:25 zatrzasnęłam za sobą drzwi toi-toia przed wejściem do TPN, a o 9:59 postawiłam trzęsącą się ze strachu i zmęczenia nogę na Giewoncie. To daje: 1 h 34 min na przebycie trasy, która wyznaczona została na 3 h i 15 min. Czy spotkaliście kiedyś równie szalonego idiotę? Rżnęłam do góry jak monomaniak, przytłoczona jeszcze plecakiem, żałując już od rana, że tak idiotyczny pomysł jak DWUDNIOWY pobyt w Tatrach przyszedł mi do głowy. Odkąd pamiętam, włóczęga z plecakiem od schroniska do schroniska wydawała mi się taka romantyczna, albo inaczej taka cool. Zapomniałam jedynie, że natura uczyniła mnie organizmem wątłym i rachitycznym, więc mimo to, że zapierdalam ostro, to do noszenia ciężarów nijak się nie nadaję. Ale ilość mijanych po drodze turystów, a ostatecznie zbierająca się do startu na Giewont młodociana wycieczka mijana na Przełęczy Kondrackiej dała mi tak kolosalną motywację, jaka nie śniła się nawet samej Chodakowskiej. Wyhamowałam dopiero przy początku szlaku jednokierunkowego na Giewont, gdzie spotkałam dziewczynę z lękiem wysokości. Ponieważ, trzeba to wyraźnie podkreślić, sama potwornie boję się gór (słownie: boję sie gór), to w zupełności rozumiałam, co to biedne stworzonko czuje. Pogadałam z nią i podprowadziłam do jej siostry, która czekała przy... Niestety. Początku łańcuchów. Od tego strasznego momentu na Jarząbczym (który trwał około wieczność) widok skały wzbudza we mnie obłędną panikę, a do tego łańcuchy, a do tego ciężki plecak, zaburzający mi poczucie równowagi, a do tego te idiotyczne alpinusy, które po skale ślizgają się jak skarpetki po parkiecie. Po prostu piekło. Ale ponieważ wyglądałam na dość doświadczoną (ha ha, to pewnie przez ten plecak trekkingowy!), a i zbierająca się niżej kolejka zaczynała już gniewnie pokrzykiwać (jeszcze nie na mnie, na siebie nawzajem), to miałam tylko jedno wyjście - w górę. Upokarzająco wpełzłam za pomocą kolan, łokci i brzucha na ten łańcuch. W tym miejscu chciałam uczynić ślub, że już nigdy, przenigdy i za nic w świecie moja noga nie postanie więcej na Giewoncie. Ludzi tyle, jakby to był pierwszy dzień wyprzedaży, łańcuchy i skała tak wyślizgana, że wydawała się być miękka jak rozpuszczona papa. Ale papą zdecydowanie nie była, bo za cholerę moje buty nie chciały się do niej kleić. Gdyby nie ta kolejka, chyba wróciłabym szlakiem pod prąd. Ale tłum krok po kroku wypchnął mnie na górę. Z trudem powstrzymując się od panicznego kwiku wysłałam tylko raport do matki o treści: "Giewont! Schodzę." i ustawiłam się w kolejce do zejścia. Jakaś dziewczyna, asekurowana przez dwóch towarzyszy, schodziła powoli z przypiętą do łańcucha uprzężą. Bała się, więc schodziła powoli i zrobił się za mną już spory korek. Przede mną za to stało czterech całkiem do rzeczy Ślązaków. Jak powszechnie wiadomo, wystarczy powiedzieć przy mnie choćby "pierunie!", a gotowam się zakochać. Tamte osobniki w dodatku były zdrowe i zadbane, więc jakoś tak zapomniało mi się, że się boję jak jasna cholera... Tym bardziej, że pewien drobny element mojej anatomii zwrócił uwagę chłopców i mieli z tego kupę radochy. Wiał zimny wiatr, no sorry.

Niestety śląscy chłopcy wyprzedzili mnie sporo, bo po zejściu musiałam w końcu zjeść śniadanie, a dochodziła już niemal jedenasta. Ale spoko, wyprzedziłam ich jeszcze przed szczytem Kopy Kondrackiej. Ze mną przy podejściach nie ma wyścigu, moi mili, każdy jest bez szans. Przy podejściach, zaznaczam.



Na Kopie chłopcy skręcili na piwo na Kasprowym, a ja ruszyłam na Małołączniak, gdzie w końcu pozwoliłam sobie na dłuższy chill. Czyli wyłożyłam się na trawie z rozcapierzonymi na boki kończynami i wystawiłam do słońca pasibrzuszek*.

I love you, Małołączniak

Krzesanicę minęłam bez zatrzymywania się, bo ludzi roiło się tam jak mrówków. Dopiero przed Ciemniakiem, na którym znowu usiadłam na dłużej, a potem przed Chudą Przełączką, poczułam w końcu, że jestem w górach. Otwarły się jamy przepaści jak nienasycone gęby i sama mogłam szeroko zaczerpnąć powietrza. Podcięta ostro północna ściana Krzesanicy robiła groźne wrażenie, Dolina Mułowa była jak potłuczone szkło.









*pasibrzuszek - wynik spożywania nadprogramowego tysiąca kalorii w postaci dwóch tabliczek czekolady, dwóch drożdżówek lub pół kilograma ciastek dziennie, CODZIENNIE.



czwartek, 18 lipca 2013

Cembrowina w kolorze błękit paryski

Prychając i parskając na palcach przystanęłam na skraju niecki i zawahałam się na setną część sekundy - czy wejść? Tyle wody, obcy zapach szczypie mnie w nos złośliwymi palcami, wszędzie niebiesko i robię dwa chwiejne kroki i już, już jestem wewnątrz i głupio się wycofać. Strój odpowiedni do okazji i tak nie pozostawia wątpliwości co do zamiarów. Moja obciągnięta czarną lycrą osoba z godnością wchodzi do basenu, krzywiąc się tylko lekko, żeby ukryć mikroskopijny ataczek paniczki. Koty nie lubią wody, ale włożone do niej płyną instynktownie, więc płynę, przytrzymując pyszczek ponad powierzchnią. Przy dziesiątej długości stwierdzam z radością, że nie jest to takie NAJGORSZE.


Dziś w tramwaju kobieta przystawiła swój rower do mojego pytając: "Czy mogę się przytulić?" Wiozłam najwierniejszego druha do serwisu, czule oplatając go nagim, karmelowym ramieniem, prawie w kolorze siodełka. Zostawiłam go nieomal na progu klasztoru paulinów, jak Mickiewicza przyniesionego w litewskiej poduszce przed oblicze Matki Boskiej. Błagam o cudowne ozdrowienie. To miłość moja, która nigdy nie rdzewieje, to życie moje wlane w jego ząbkowane serce, to światło moje palące się po zmierzchu, to cykanie w takt mojego pulsu, nie można nas rozdzielić! Najświętsza Panienko, pojrzyj okiem swoim turkusowym na mojego chłopca (czterdziestoletniego) i pokieruj dobrymi rękami znachora, co by go na koła postawił. Amen.

PS. Mogę ewentualnie obiecać za to św. Antoniemu tuberozę w doniczce, jak to robiła Pawlikowska-Jasnorzewska, Strzelec z pierwszego dekanatu. Wasz O.


wtorek, 2 lipca 2013

I wolta!

Patrzę na lśnienie promienia słońca na zakrętce kremu i nie mogę się nadziwić. Nie mogę sie nacieszyć. Dziś rano wstałam, włączyłam komputer i miałam ochotę podskakiwać wyżej niż poziom parapetu, na którym ustawiłam bliźniacze pudełeczka z kremem. Boże, kilka tygodni temu rankiem stanęłam na Alei Kijowskiej przy rowerze i wtedy chlusnęła na mnie fala obezwładniającego szczęścia. Tamta okolica już zawsze będzie dla mnie symbolem dobrego czasu. Ale dziś znowu to czuję. Płynęłam przez siedem miesięcy przez gęstą, ropną wodę, aż w końcu wydostałam się na bezpieczny brzeg.

Obawiam się trochę pisać takie słowa. Kiedy ostatnim razem ogłosiłam światu, że jestem szczęśliwa, Mikołaj zdradził mnie czołowo z ciężarówką. Boję się, w kogo teraz uderzyłaby ta rozpędzona rozpacz. Ale myślę o tym z wyzywającą kpiną, bo nikt nie zna dróg pędzących ciężarówek. A zupełnie serio myślę, że trzeba pochylić z wdzięcznością głowę, kiedy się odczuwa Małą Przyjemność Na Dziś. Czy muszę to ukrywać?

Nowe miejsce przywitało mnie z otwartymi ramionami i w końcu odetchnęłam głębiej. Jadąc na rowerze uśmiecham się do siebie. Nikt, kto tego nie stracił, nie dowie się, jakie to cenne.

Te siedem miesięcy to była szkoła.

piątek, 28 czerwca 2013

Podsumowanie miesiąca... Albo nie. Dwudziestu lat.

Jestem na skraju przeprowadzki. Kolejna cezura wyskrobana paznokciem w moim czarnym raptularzu. Zagięcie strony, takie samo, jak przy kartce z testamentem. Potem CTRL + Enter i rozpoczynamy od nowej sekcji.

Jeśli stanę tyłem do lustra, moje włosy sięgają już niemal tego najwdzięczniejszego przewężenia w talii. Mam ochotę obciąć je szwajcarskim scyzorykiem, który obecnie należy do trupa. Nowe miejsce zamieszkania, nowa dzielnica, nowy początek. Szkoda tylko, że to stare miasto. Szkoda, że to nie jest Stare Miasto. Do nowego początku pasują nowe włosy. Kuliłam się dzisiaj na siedzeniu autobusu (czy wolno mi siedzieć, skoro nie jestem na emeryturze ani nie jestem brzemienna w żadne skutki?) i patrzyłam na młodziutką dziewczynę o włosach ściętych tak, jak ja kiedyś nosiłam. Miała tak czystą cerę, że aż lśniła na dusznym tle odrapanych tapicerek. Wyskoczyła z autobusu prosto w deszcz, bez parasola, na takie dzikie zwierzątka deszcz nie pada.

A ja zakleszczam się i zapętlam się na myśli, że drugiego kwietnia bieżącego roku nastąpiło przesilenie i minąwszy szczyt rozpędzam się powoli (oksymoron), nieubłaganie celując w rozpadlinę starości. Jakby nagle twarz zaczyna mi się miąć i mechacić, a włosy wymykają się cichcem, uciekając ze skalpu jak szczury, kiedy okręt tonie. One to czują, proszę państwa, wiedzą, co się święci. 

Czytam Lęk Kępińskiego, żeby uspokoić się świadomością naturalności pewnych dewiacyjnych procesów. Sama siebie klepię po ramieniu, zapewniając, że każdy świr przechodzi przez to samo. Czasem pomaga. Szkoda, że dziś pada deszcz. Miałam ochotę pójść nad rzekę i pożegnać się z miejscem, gdzie spędziłam siedem najchudszych miesięcy. One nie powinny się wydarzyć. Kiedy w końcu ostatni raz zamknę za sobą drzwi tego miejsca, w którym pozostaję do jutra, chciałabym o tych siedmiu miesiącach zapomnieć na zawsze i nigdy, nigdy, nigdy do nich nie wracać. 

Ale mimo czczych zapewnień serwisu pogodowego deszcz od rana ćmi w powietrzu i nie pójdę nad rzekę. Może to i lepiej, bo pewnie kupiłabym papierosy. Często maniakalnie kręciłam się po tym pokoju, który - przyrzekam sobie - od jutra nie będzie istniał i bez końca układałam swoje rzeczy, przekładałam, składałam, dokładałam i zakładałam, dzieliłam na partie i upychałam do worków, żeby wywieźć je gdzieś dalej. Pielęgnowałam pieczołowicie swój majątek, żeby móc się uspokoić prostymi czynnościami. Doglądałam tego nieożywionego inwentarza, żeby nie oszaleć.

Jutro rano zgromadzę to wszystko w pudłach na środku podłogi i obejmę ramionami jak pień drzewa. Nie mam swojego miejsca. 

Znowu wygnanie.






niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział

Jest jedna rzecz, której nie potrafię zrozumieć. Czasem myślę, że biegnę w dwie różne strony jednocześnie. Jestem odwrócona jak postać na karcie do gry. Głową celuję w ziemię ryzykując rozstrzaskanie czoła. Pierwsze pięć kilometrów biegnę gorzej niż ostatnie pięć, które dzieli od siebie prawie dwie godziny unoszenia kolan. Potrafię biec dwadzieścia pięć kilometrów, ale nie potrafię unieść głowy i spojrzeć sobie prosto w twarz. Tę twarz najchętniej obrysowałabym ostrym nożem wzdłuż linii żuchwy i włosów, a następnie jednym szarpnięciem zerwała skórę jak przyschnięty do rany plaster.




Jeśli ten ból, jeśli ten ból i lęk nie są realne, to co jest?



sobota, 22 czerwca 2013

Co ze mnie zostanie

Przebieram palcami włosy jak paciorki. 


Co ze mnie zapamiętacie?


Ostatnio zapisałam w Czarnym Zeszycie mój testament. Będę go przenosić do kolejnych tomów, żeby w razie wypadku - śmiertelnego - można było łatwo odnaleźć moje ostatnie trzy wole.


Kiedy biorę włosy w dłonie, odsłania się przeźroczysta tafla skóry, pod powierzchnią włosów - nienaruszona toń łysiutkiej bieli. Tak krucha.


Dziś o zachodzie słońca rwałam czerwone porzeczki z powalonego ich ciężarem krzaka. Gałęzie omiatały błoto niemal pieszczotliwie, a mnie wypełniał kolosalny, lodowaty lęk, że nigdy w całym wielkim świecie nie będzie dla mnie nigdzie miejsca.












Nie będzie po mnie najmniejszego śladu. Niczym nawet nie zadrasnęłam idealnie równej powierzchni bytu. Nie pozostawię po sobie ani dziecka, ani dzieła - zniknę bez najmniejszego dźwięku i nikt nigdy za mną nie zatęskni.

Mam 25 lat i powoli dryfuję w stronę końca.



środa, 29 maja 2013

Uciec jak najwyżej

- Ale jak mogę się nie martwić, jeśli ona nie żyje?
- Tego pani nie odwróci, a ból i żal bliskich sprawiają, że jej dusza cierpi. Trzeba jej pomóc - i sobie. Pogodzić się z tym, co nieuniknione i zapamiętać wszystkie dobre chwile wspólnie przeżyte. Nie wolno płakać, wasze łzy są dla niej bolesnym ciężarem.


E. Matuszewska "Uciec jak najwyżej"



A więc sza! Dość na tym.


niedziela, 26 maja 2013

Pętla

Dziś rano stałam w kuchni i myłam patelnię. Dziś rano stałam w kuchni i pomyślałam, jak koszmarnie pragnęłabym zapętlić się w wieczorze 29 listopada 2012. Był to czwartek. Dziś rano stałam w kuchni i myślałam, jak bardzo chciałabym powtarzać wieczór 29 listopada w kółko aż do końca dni i myłam patelnię z zagryzionymi wargami myśląc rozpaczliwie, że od tamtego wieczoru nie wydarzyło się nic ważniejszego. Nic cenniejszego. Dziś rano stałam w kuchni i zagryzałam wargi, myjąc patelnię, myśląc koszmarnie, że ten wieczór wystarczyłby mi już chyba na zawsze. Dziś rano stałam w kuchni...


















piątek, 24 maja 2013

Gdyby ktoś mógł usłyszeć moje myśli

Poczułam zupełnie wyraźnie, jak moje serce zaciska się jak mała pięść, jak przez gardło przepływa mi lodowaty strumień strachu, jak rozlewa się na ramiona, na plecy, na kark, na powieki; powieki, które zacisnęłam, żeby lęk nie chlusnął przez nie w rozbryzgach piany. 

Gdyby ktoś mógł przeczytać we mnie, o czym myślę codziennie, o czym myślę od pół roku każdego dnia, o co pytam przed zaśnięciem, co mi się dzisiaj śniło, co mi się wyryło z tyłu źrenic, co mi płynie w żyłach, co mnie przepełnia jak czarę aż do wylania brzegów, gdyby to ktoś mógł wiedzieć.


Czy istnieje świadomość? Świadomość ponad czasem i przestrzenią, taka, która nie ginie wraz z cichnięciem serca? Czy kiedyś będzie można już WIEDZIEĆ? 







Boże, czy chciałabym w ogóle wiedzieć?













poniedziałek, 6 maja 2013

Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy

Leżę na dywanie z łokciami pod głową, rozsypuję włosy po parkiecie jak płożące kwiaty. Wciąż myślę o sobie, chyba mnie to już męczy. Męczy mnie jałowość, ale czy mogę pominąć ten krok? Jechałam z moimi ludźmi samochodem, P. prowadził, A. mieszała w radioodbiorniku, a ja przyssałam się oczami do świerków i myślałam o tym, jakże krótko to jedno życie. Jakże mało. Jak mogę chcieć przesiedzieć je na miejscu? Chwilę później moją myśl powtórzyła spikerka. A. prychnęła i przełączyła stację. Uśmiechnęłam się do siebie.


Patrzyłam na swoje ubłocone alpinusy, idące pod górę w majowym zmierzchu, z góry sypałam na nie popiół z papierosa, nade mną zwieszała się Babia, która nie pozwoliła się odwiedzić. Celebrowałam tę chwilę. Nie mam nic, ani męża, ani mieszkania, ani samochodu, ani nawet cycków, ale celebrowałam ten moment ciszy i ogniska, gór i rosnących niemal na głos traw. Może to ma mnie określać - brak miejsca, plecak i ruch. Jeśli tak ma być, to zgadzam się na to, ten widok mi pasuje.



I tylko prześladuje mnie data urodzin Mikołaja, przecież nie robię tego naumyślnie. Jestem tylko tego świadkiem.








sobota, 27 kwietnia 2013

Syndrom doktora Fausta


Nie pierwszy raz myślę, że kiedy krzyknę: "Chwilo, trwaj!" - wszystko natychmiast z głuchym łoskotem jebie się jak konstrukcja snu w Incepcji.



Nie chcę być niewdzięczna, nie chcę wydawać się próżna ani tym bardziej zarozumiała, ale na litość Pańską, każdy człowiek, nawet najmarniejszy wrzód, potrzebuje trochę szczęścia, do chuja.




A na mnie ciąży starożytna klątwa. Urodziłam się człowiekiem-gównem, horoskop natalny mam skundlony jak bezdomny pies i nigdy, nigdy, nigdy, nawet na moment nie mogę o tym zapomnieć. 















Szlag.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Czym owocuje wiosna

Będzie znowu o trupach - martwych owocach wiosennych. Poniedziałek był bezwstydnie piękny. Tylko z nieba, jak kolorowe, przejrzałe jabłka, leciały martwe ptaki. Płochacze i szpaki, był jaskrawy rudzik jak maleńkie grono. Trznadel został naruszony ciężką oponą roweru - szarpnęłam pojazd natychmiast, gdy zauważyłam, co się dzieje, ale i tak wzburzyłam jasnożółte pióra na piersi ptaka. Pochyliłam się nad nim przepraszająco i z zainteresowaniem. Kurz krążący w suchym powietrzu przykrywał kolory delikatną mgłą. Pierwsza właściwie była niedzielna sikora bogatka, zmiażdżona na płaski, żółto-niebiesko-czerwony znak. Ja byłabym flagą w kolorach czerwieni i czerni, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Brnęłam wzdłuż dziewięćdziesiątki czwórki w jakimś żałosnym stuporze, przeciskając się między domami jak igła z nitką, dotykając jej i cofając się w popłochu przed ryczącym sznurem ciężarówek. Ta droga zdawała się nie mieć końca, wsie były potwornie długie, ale przecież taki urok ulicówek. Dotarłam w końcu tam, gdzie chciałam. Porzuciłam rower w rowie i weszłam w martwą, zeszłoroczną trawę, wytężając wzrok. Podbiegałam kilka kroków w jedną lub drugą stronę, żeby lepiej widzieć, skradałam się po bezpańskiej miedzy, tupałam butami tuż nad krawędzią rowu.


Ale przecież nic tam nie mogło być. 



Spłoszona uciekłam. 



Ale czy mogę się bać, kiedy na czubek głowy kładzie mi się mruczące słońce? Niczego więcej nie mogę chcieć. Niczego więcej nie potrzebuję do życia. Mijając w pędzie puste jeszcze pola i łyse lasy pomyślałam, że teraz własnie jestem w najlepszym momencie mojego życia. Nic nie muszę, a mogę robić, co chcę. Mam mnóstwo czasu i mnóstwo spokoju. Chociaż wiem, że nie potrwa to dłużej niż kilka miesięcy, to teraz się tym cieszę. Znajduję jakiś rytm, jakąś rutynę, która niespodziewanie mnie cieszy. Jest spokój. Chociaż prześladują mnie lęki - dziś znowu śniłam koniec świata - jest spokój. 






poniedziałek, 1 kwietnia 2013

25

Biegłam po lepkim śniegu oświetlonym morelowo przez zachodzące słońce. Biegłam i myślałam. Nagle przyszło mi do głowy rozwiązanie. Ta zima trwa tak długo, bo to nie jest zwykła pora roku. To jest magiczna zima. To jest zima-symbol. Ona jest dla mnie szkołą i testem. Od dwóch, trzech tygodni jestem w dziwnym okresie swojego życia. Przewalają się przeze mnie jakieś gęste siły niczym ołowiane, burzowe chmury, naprężone, nabrzmiałe, natężone straszliwymi siłami. Ta zima jest śmiertelna. Wóz albo przewóz, przeżyję lub padnę na samym jej finiszu. Ta zima rozpoczęła się śmiercią, ale może zakończyć zmartwychwstaniem, tak jak od zawsze we wszystkich cyklach wszystkich religii wszystkich światów.

To jest egzamin.

Chyba zostanę buddystką zen. Trzeba mi rzucić wszystko; bądź gotów, by w każdej chwili odejść; nie miej nic; nic nie kochaj; nic nie jest twoje. Oczyszczaj się i porządkuj, ścinaj z siebie skórę płatami, szlifuj każdą kość, poleruj oczy, by lśniły jak najczystsze, święte szkło.


I jeszcze wciąż i wciąż, 
na nowo i bez końca
obracam w mózgu pytanie o znaczenie spotkania dwóch osób
w najbardziej dramatycznym momencie czasu
Co ono znaczyło dla nich obojga
Co miało im dać - na koniec, na zawsze
Czego miało ich nauczyć, skoro trwało mgnienie oka


I kto to tak wymyślił







sobota, 30 marca 2013

Spełnione złe przeczucia

Tym razem stało się to, czego zawsze się obawiałam. Już z daleka zobaczyłam go na jezdni, a podjeżdżając bliżej już wiedziałam, że nie jest to szara kupa śniegu ani szmat. Na środku drogi, na środku wsi, pod zakurzoną, poobijaną kapliczką. W głowie miałam tylko pulsujące "nie, nie, nie", ale patrzyłam na niego, kiedy go mijałam i natychmiast zauważyłam, że żyje, ma uniesioną głowę i otwarte oczy. Wtedy już zaczęłam działać w trybie automatu: zahamowałam, zeskoczyłam, zostawiłam rower na chodniku i zawróciłam, wprost naprzeciw nadjeżdżającego za mną samochodu, gotowa wrzeszczeć i zasłonić leżącego własnym ciałem. Kobieta prowadząca granatowy, duży pojazd zatrzymała się, nie wiem, czemu po prostu nie skręciła na lewy pas i nie wyminęła nas oboje, ale poczekała, aż wezmę go do rąk. Chwyciłam go pod pachami, choć wiedziałam, że nie należy tak przenosić rannych i szybko zaniosłam go na chodnik, układając pod osłoną stojącego roweru jak pod murem. Kiedy uniosłam go w powietrze, tylne nogi zwisały podkurczone, jakby niosła go matka za kark. Był bardzo lekki, najwyżej półtora kilograma. Teraz myślę, że gdybym podnosząc go zobaczyła krew i rany, panika wybuchnęłaby we mnie jak pocisk i poddałabym się, klęcząc i wyjąc na asfalcie. Ale nie było krwi; leżał tylko nieruchomo, podpierając się przednimi łapami i rozglądając. Miał oczopląs i był w szoku, o ile mogłam coś powiedzieć o jego samopoczuciu. Nie wydawał żadnych dźwięków, lekko drżał. Nie zdałam egzaminu z pierwszej pomocy, nie wiedziałam, co robić - mogłam go tylko przytrzymywać przy ziemi, żeby nie odchodził i nie uciekł z powrotem na jezdnię. Kucając przy nim w piachu i błocie ze zgrozą odczuwałam całą powierzchnią skóry, z jak ogromną prędkością pędzą w tym miejscu mijające nas oboje samochody. Nie wiem, co się z nim stało, ale musiało się to stać tuż przed moim przyjazdem. Nie było szans, by kierowca rozpędzonego samochodu zauważył go, wtapiającego się szarym futrem w asfalt, i ominął; kolejny pojazd musiałby przetoczyć się po nim, a on sam nawet nie zdążyłby zorientować się, co się stało między potrąceniem a momentem śmierci. I ja też nie miałabym szans w konfrontacji z żelazną maszyną jadącą około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu kilometrów na godzinę (środkiem wsi!), gdyby uderzyła we mnie. Moje pięćdziesiąt siedem kilogramów plus rower wystrzeliłoby w powietrze w ostatnim spektakularnym locie jak ładunek fajerwerków, zostawiając za sobą karmazynowy ślad. Wielu wyprzedza mnie szerokim łukiem, ale zatrważająco liczna grupa świszcze najwyżej dziesięć centrymetrów obok mnie, niemal dotykając mnie bocznym lusterkiem. Głaskałam delikatnie kota, usiłując jak najdłużej go uspokajać. Pod moimi rękami wstał już, potem usiadł; z dłoni robiłam zagrodę, nie pozwalając mu zbyt prędko odejść. Oczopląs już minął. Sprawdziłam uszy i nos w poszukiwaniu krwotoku, przejechałam też delikatnie dłonią wzdłuż grzbietu (moja wyjątkowo drobna łapka i tak była w stanie objąć oba jego boki, taki był mały) i dwoma palcami wzdłuż ogona. Ale kiedy już na chwilę się podniósł, od razu zauważyłam, że jedna z tylnych łap jest wykręcona w stawie skokowym, i chociaż mógł iść, to pełzł bardzo nisko przy ziemi, w zwolnionym, onirycznym tempie. Siedziałam z nim długo, drapiąc go delikatnie za uszami i gładząc po głowie, kiedy siedział. Musiałam jednak w końcu pozwolić mu wysupłać się z labiryntu moich szybszych od niego rąk. Stanęłam na krawężniku, obserwując i jego, i jezdnię. On odszedł kawałek, przeciskając się tuż przy oponie roweru i przysiadł jeszcze, przodem do mnie. Pod powiekami wypaliły mi się jego źrenice, patrzyły na mnie tak intensywnie, że odwracałam wzrok. W jego oczach było mrowie pytań, takich, jakie rozpoznasz w przerażonym spojrzeniu każdej ofiary wypadku. Ale przecież nie mogłam mu na nie odpowiedzieć. W końcu przecisnął się przez pręty ogrodzenia i takim samym jak poprzednio, bolesnym, przeraźliwie bolesnym krokiem powoli odszedł wzdłuż płotu ogrodu. Wtedy mogłam odjechać. 


Kiedy jeżdżę, widzę setki trupów, zmasakrowanych lub niemal nietkniętych, zdradzających swój los jedynie niewielką plamką krwi, nieruchomych pośród rozpędzonych jak diabły samochodów. Boję się śmierci w sposób prymitywny, dziki; mogę tylko uciekać z płaczem i paniką w szeroko otwartych, krzyczących oczach. Jestem życiem, a ich nieruchomość i chłód są moimi naturalnymi wrogami, przed którymi uciekam nie potrafiąc się opanować. Kiedy jeżdżę, mam niemal pewność, że podzielę ich los, że kiedyś wypadnę z lasu wprost pod koła i moja szara sierść rozsypie się po asfalcie w ciemnym kolorze wulkanicznego pyłu; że będę może jeszcze dyszeć pogruchotanymi żebrami z twarzą odartą ze skóry i resztek człowieczeństwa, że będą mnie podnosić za przednie i tylne łapy i zwlekać na pobocze, będą krzyczeć nade mną i rozkładać ręce, aż w końcu powiozą mnie do matki i pokażą jej, co ze mnie zostało.




Kiedyś na samym początku trasy, w mglistym, pastelowym świetle mroźnego poranka napotkałam tuż przy poboczu potrąconą kunę, której sierść była w kolorze moich włosów. Od tamtej pory narasta we mnie pewność, że zginę na drodze, tak jak potem zginął Mikołaj. Kiedy jeżdżę, każdy obrót kół roweru zbliża mnie do tego ustalonego już momentu, który przemieni moją prędkość w wieczną nieruchomość. 



Przecież przed tym nie ucieknę.