środa, 29 maja 2013

Uciec jak najwyżej

- Ale jak mogę się nie martwić, jeśli ona nie żyje?
- Tego pani nie odwróci, a ból i żal bliskich sprawiają, że jej dusza cierpi. Trzeba jej pomóc - i sobie. Pogodzić się z tym, co nieuniknione i zapamiętać wszystkie dobre chwile wspólnie przeżyte. Nie wolno płakać, wasze łzy są dla niej bolesnym ciężarem.


E. Matuszewska "Uciec jak najwyżej"



A więc sza! Dość na tym.


niedziela, 26 maja 2013

Pętla

Dziś rano stałam w kuchni i myłam patelnię. Dziś rano stałam w kuchni i pomyślałam, jak koszmarnie pragnęłabym zapętlić się w wieczorze 29 listopada 2012. Był to czwartek. Dziś rano stałam w kuchni i myślałam, jak bardzo chciałabym powtarzać wieczór 29 listopada w kółko aż do końca dni i myłam patelnię z zagryzionymi wargami myśląc rozpaczliwie, że od tamtego wieczoru nie wydarzyło się nic ważniejszego. Nic cenniejszego. Dziś rano stałam w kuchni i zagryzałam wargi, myjąc patelnię, myśląc koszmarnie, że ten wieczór wystarczyłby mi już chyba na zawsze. Dziś rano stałam w kuchni...


















piątek, 24 maja 2013

Gdyby ktoś mógł usłyszeć moje myśli

Poczułam zupełnie wyraźnie, jak moje serce zaciska się jak mała pięść, jak przez gardło przepływa mi lodowaty strumień strachu, jak rozlewa się na ramiona, na plecy, na kark, na powieki; powieki, które zacisnęłam, żeby lęk nie chlusnął przez nie w rozbryzgach piany. 

Gdyby ktoś mógł przeczytać we mnie, o czym myślę codziennie, o czym myślę od pół roku każdego dnia, o co pytam przed zaśnięciem, co mi się dzisiaj śniło, co mi się wyryło z tyłu źrenic, co mi płynie w żyłach, co mnie przepełnia jak czarę aż do wylania brzegów, gdyby to ktoś mógł wiedzieć.


Czy istnieje świadomość? Świadomość ponad czasem i przestrzenią, taka, która nie ginie wraz z cichnięciem serca? Czy kiedyś będzie można już WIEDZIEĆ? 







Boże, czy chciałabym w ogóle wiedzieć?













poniedziałek, 6 maja 2013

Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy

Leżę na dywanie z łokciami pod głową, rozsypuję włosy po parkiecie jak płożące kwiaty. Wciąż myślę o sobie, chyba mnie to już męczy. Męczy mnie jałowość, ale czy mogę pominąć ten krok? Jechałam z moimi ludźmi samochodem, P. prowadził, A. mieszała w radioodbiorniku, a ja przyssałam się oczami do świerków i myślałam o tym, jakże krótko to jedno życie. Jakże mało. Jak mogę chcieć przesiedzieć je na miejscu? Chwilę później moją myśl powtórzyła spikerka. A. prychnęła i przełączyła stację. Uśmiechnęłam się do siebie.


Patrzyłam na swoje ubłocone alpinusy, idące pod górę w majowym zmierzchu, z góry sypałam na nie popiół z papierosa, nade mną zwieszała się Babia, która nie pozwoliła się odwiedzić. Celebrowałam tę chwilę. Nie mam nic, ani męża, ani mieszkania, ani samochodu, ani nawet cycków, ale celebrowałam ten moment ciszy i ogniska, gór i rosnących niemal na głos traw. Może to ma mnie określać - brak miejsca, plecak i ruch. Jeśli tak ma być, to zgadzam się na to, ten widok mi pasuje.



I tylko prześladuje mnie data urodzin Mikołaja, przecież nie robię tego naumyślnie. Jestem tylko tego świadkiem.