piątek, 26 lipca 2013

...po cholerę mi te góry?! Cz. 2

Z Chudej Przełączki ruszyłam zielonym szlakiem na Halę Ornak i był to jeden z najładniejszych szlaków, jakim kiedykolwiek szłam. Zapewne dlatego, że poruszałam się nim w dół, a nie w górę, moje uczucia co do niego były takie ciepłe. Dotarłam do schroniska, zameldowałam się i pobiegłam jeszcze nad Smreczyński Staw (pobiegłam, dosłownie, w trampkach). Potem resztę wieczoru spędziłam siedząc z gorącą herbatą i modląc się do widocznego dokładnie naprzeciwko ślicznego oblicza mojego przystojniaka, Błyszcza. Wówczas jeszcze nie wątpiłam, że na niego wejdę. Muszę odnotować, że w schronisku nic ciekawego nie wydarzyło się i ostatecznie poszłam spać z nudów. W moim pokoju, co dziwne, spało szcześcioro pojedynczych turystów, co się rzadko zdarza, żeby tak się sami samotnicy zebrali. Ale nastał w końcu dzień drugi, a tego dnia Bóg stworzył Ornak i wiedział, że ja tam pójdę.


Pantha rei.


Starałam się tupać bardzo głośno, bo o 7 wyszłam ze schroniska i oczywiście po drodze nie spotkałam absolutnie nikogo aż do Siwej Przełęczy. Podobno tupanie odstrasza niedźwiedzie, ha ha ha. Tak jak dym papierosowy - komary.

Śniadanie na Iwaniackiej Przełęczy.

Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spierdoliła, i oczywiście zgubiłam szlak na samym Ornaku i trawersowałam zbocze modląc się do dobrego Boga o zachowanie mojego marnego życia, bo wstyd byłoby strasznie spaść z Ornaku i wiedzieć, że roztrąbiły by to zaraz wszystkie wiadomości: "Śmierć na Ornaku! 25-letnia turystka z Krakowa zginęła tragicznie w Tatrach". Śmierć śmiercią, ale jaki wstyd! Jak umrzeć, to chociaż na Kościelcu! Ale to trawersowanie kompletnie wypruło ze mnie flaki i wróciły wszystkie zmory z Jarząbczego. Dobrze, że na Siwej siedzieli ludzie, więc oczywiście MUSIAŁAM ich wyprzedzić, a jak już ich wyprzedziłam, to wstyd byłoby wracać do Starej Roboty. Jak widać, wstyd jest jedynym motorem mojego pchania się w górę. No i wypchałam się na Siwy Zwornik, umierając z przerażenia na widok Liliowych Turni, bo myślałam, że szlak na Błyszcz wiedzie ich górną krawędzią. Pożegnałam się już z myślą o szczytach i naprawdę byłam bliska zejścia od razu do doliny, patrzyłam niemal ze łzami w oczach na mocarną sylwetę Bystrej, szeroką jak zad kucającej, rozłożystej baby. Taki to człowiek głupi. Oczywiście, jak wszystkie możliwe góry i pagórki w tej części Europy, Liliowe Turnie od południa są  łagodne niczym zielone baranki i ścieżka idzie sobie wesoło przez kosmatą trawę aż do stóp Bystrej, więc odzyskałam rezon i dziarsko pomaszerowałam na Słowację. Na Bystrej znowu mi się przypomniało, że przecież nie ma sensu się tak męczyć z tym plecakiem i pocić i sapać i po cholerę mi te góry. Ale osiągając Bystrą wiedziałam już, że i Błyszcz padnie, a jak oni oboje, to i na Starorobociański wejdę i tym samym osiągnę swój zamierzony cel, więc nieco podniosło mnie to na duchu. Dodatkowym przyspieszeniem był widok ciemnych chmur na horyzoncie. 



Wygłupy na Błyszczu


Tutaj nie widzę, co jest napisane, ale załóżmy, że to "I love you, Błyszcz"

Starorobociański zrobiłam już biegiem i błyskawicznie zdecydowałam się schodzić w doliny przez Kończysty i potem w dół z Trzydniowiańskiego przez Dolinę Jarząbczą. Na Kończystym spojrzałam w stronę Jarząbczego i z całą mocą dotarło do mnie, że rok temu moja wycieczka właśnie tam powinna się skończyć. Na Kończystym. Chcę wierzyć, że ten zeszłoroczny Jarząbczy Wierch nieźle mnie przeszkolił i na jakiś czas mi to zostanie. Wszystko ma swój cel. Może opiszę też tę zeszłoroczną wycieczkę na Wołowiec, czemu nie.

Przy schronisku na Chochołowskiej rozsiadłam się z herbatą i pomyślałam, że darmowy wrzątek powinien być dostępny wszędzie, nie tylko w górskich schroniskach.


Tak jak zeszłoroczną wycieczkę w Zachodnie, tak i teraz zakończyłam pobyt wizytą u Witkacego na Pęksowym Brzyzku i nawet dałam pięć złotyk na renowację kościółka i cmentarza. Niech spoczywają w ładnym pokoju. Amen. Koniec i bomba, kto nie słuchał, ten trąba i za karę pójdzie na Jarząbczy! 

A to ten... Matka Boska Szparkowa. Kapliczka w typie dziuplowym...









EDIT: Błyszcz był kiedyś nazywany Pyszną, bo wznosi się właśnie nad słynną Halą Pyszną...

Sutki na Giewoncie, czyli po cholerę mi te góry?! Cz. 1

2 dni, 10 szczytów, 50 kilometrów, mój pierwszy raz w schronisku i rekord wysokości ustanowiony na 2248 metrów nad poziomem morza. I całe te 40 godzin po łbie tłukło mi się tylko jedno pytanie: po co mi to, do licha?!

Uczułam kolosalne ciśnienie, aby ruszyć w drogę, wykonałam jeden telefon i sprawa została przesądzona. Mój pierwszy nocleg w górskim schronisku (i to od razu tatrzańskim!) na Hali Ornak - po roku wracam w Tatry Zachodnie. Jarząbczy Wierch straszył mnie tylko przez jedenaście miesięcy. U Krygowskiego zobaczyłam stare, czarno-białe zdjęcie Błyszcza i nagle zapragnęłam tam być. 

Kontuzja roweru zmusiła mnie do wyjazdu z Krakowa dopiero o 5:35, więc początkowo porzuciłam myśli o dołożeniu Giewontu do trasy. Ale już w Kuźnicach wstąpił we mnie mój znajomy demon. O 8:25 zatrzasnęłam za sobą drzwi toi-toia przed wejściem do TPN, a o 9:59 postawiłam trzęsącą się ze strachu i zmęczenia nogę na Giewoncie. To daje: 1 h 34 min na przebycie trasy, która wyznaczona została na 3 h i 15 min. Czy spotkaliście kiedyś równie szalonego idiotę? Rżnęłam do góry jak monomaniak, przytłoczona jeszcze plecakiem, żałując już od rana, że tak idiotyczny pomysł jak DWUDNIOWY pobyt w Tatrach przyszedł mi do głowy. Odkąd pamiętam, włóczęga z plecakiem od schroniska do schroniska wydawała mi się taka romantyczna, albo inaczej taka cool. Zapomniałam jedynie, że natura uczyniła mnie organizmem wątłym i rachitycznym, więc mimo to, że zapierdalam ostro, to do noszenia ciężarów nijak się nie nadaję. Ale ilość mijanych po drodze turystów, a ostatecznie zbierająca się do startu na Giewont młodociana wycieczka mijana na Przełęczy Kondrackiej dała mi tak kolosalną motywację, jaka nie śniła się nawet samej Chodakowskiej. Wyhamowałam dopiero przy początku szlaku jednokierunkowego na Giewont, gdzie spotkałam dziewczynę z lękiem wysokości. Ponieważ, trzeba to wyraźnie podkreślić, sama potwornie boję się gór (słownie: boję sie gór), to w zupełności rozumiałam, co to biedne stworzonko czuje. Pogadałam z nią i podprowadziłam do jej siostry, która czekała przy... Niestety. Początku łańcuchów. Od tego strasznego momentu na Jarząbczym (który trwał około wieczność) widok skały wzbudza we mnie obłędną panikę, a do tego łańcuchy, a do tego ciężki plecak, zaburzający mi poczucie równowagi, a do tego te idiotyczne alpinusy, które po skale ślizgają się jak skarpetki po parkiecie. Po prostu piekło. Ale ponieważ wyglądałam na dość doświadczoną (ha ha, to pewnie przez ten plecak trekkingowy!), a i zbierająca się niżej kolejka zaczynała już gniewnie pokrzykiwać (jeszcze nie na mnie, na siebie nawzajem), to miałam tylko jedno wyjście - w górę. Upokarzająco wpełzłam za pomocą kolan, łokci i brzucha na ten łańcuch. W tym miejscu chciałam uczynić ślub, że już nigdy, przenigdy i za nic w świecie moja noga nie postanie więcej na Giewoncie. Ludzi tyle, jakby to był pierwszy dzień wyprzedaży, łańcuchy i skała tak wyślizgana, że wydawała się być miękka jak rozpuszczona papa. Ale papą zdecydowanie nie była, bo za cholerę moje buty nie chciały się do niej kleić. Gdyby nie ta kolejka, chyba wróciłabym szlakiem pod prąd. Ale tłum krok po kroku wypchnął mnie na górę. Z trudem powstrzymując się od panicznego kwiku wysłałam tylko raport do matki o treści: "Giewont! Schodzę." i ustawiłam się w kolejce do zejścia. Jakaś dziewczyna, asekurowana przez dwóch towarzyszy, schodziła powoli z przypiętą do łańcucha uprzężą. Bała się, więc schodziła powoli i zrobił się za mną już spory korek. Przede mną za to stało czterech całkiem do rzeczy Ślązaków. Jak powszechnie wiadomo, wystarczy powiedzieć przy mnie choćby "pierunie!", a gotowam się zakochać. Tamte osobniki w dodatku były zdrowe i zadbane, więc jakoś tak zapomniało mi się, że się boję jak jasna cholera... Tym bardziej, że pewien drobny element mojej anatomii zwrócił uwagę chłopców i mieli z tego kupę radochy. Wiał zimny wiatr, no sorry.

Niestety śląscy chłopcy wyprzedzili mnie sporo, bo po zejściu musiałam w końcu zjeść śniadanie, a dochodziła już niemal jedenasta. Ale spoko, wyprzedziłam ich jeszcze przed szczytem Kopy Kondrackiej. Ze mną przy podejściach nie ma wyścigu, moi mili, każdy jest bez szans. Przy podejściach, zaznaczam.



Na Kopie chłopcy skręcili na piwo na Kasprowym, a ja ruszyłam na Małołączniak, gdzie w końcu pozwoliłam sobie na dłuższy chill. Czyli wyłożyłam się na trawie z rozcapierzonymi na boki kończynami i wystawiłam do słońca pasibrzuszek*.

I love you, Małołączniak

Krzesanicę minęłam bez zatrzymywania się, bo ludzi roiło się tam jak mrówków. Dopiero przed Ciemniakiem, na którym znowu usiadłam na dłużej, a potem przed Chudą Przełączką, poczułam w końcu, że jestem w górach. Otwarły się jamy przepaści jak nienasycone gęby i sama mogłam szeroko zaczerpnąć powietrza. Podcięta ostro północna ściana Krzesanicy robiła groźne wrażenie, Dolina Mułowa była jak potłuczone szkło.









*pasibrzuszek - wynik spożywania nadprogramowego tysiąca kalorii w postaci dwóch tabliczek czekolady, dwóch drożdżówek lub pół kilograma ciastek dziennie, CODZIENNIE.



czwartek, 18 lipca 2013

Cembrowina w kolorze błękit paryski

Prychając i parskając na palcach przystanęłam na skraju niecki i zawahałam się na setną część sekundy - czy wejść? Tyle wody, obcy zapach szczypie mnie w nos złośliwymi palcami, wszędzie niebiesko i robię dwa chwiejne kroki i już, już jestem wewnątrz i głupio się wycofać. Strój odpowiedni do okazji i tak nie pozostawia wątpliwości co do zamiarów. Moja obciągnięta czarną lycrą osoba z godnością wchodzi do basenu, krzywiąc się tylko lekko, żeby ukryć mikroskopijny ataczek paniczki. Koty nie lubią wody, ale włożone do niej płyną instynktownie, więc płynę, przytrzymując pyszczek ponad powierzchnią. Przy dziesiątej długości stwierdzam z radością, że nie jest to takie NAJGORSZE.


Dziś w tramwaju kobieta przystawiła swój rower do mojego pytając: "Czy mogę się przytulić?" Wiozłam najwierniejszego druha do serwisu, czule oplatając go nagim, karmelowym ramieniem, prawie w kolorze siodełka. Zostawiłam go nieomal na progu klasztoru paulinów, jak Mickiewicza przyniesionego w litewskiej poduszce przed oblicze Matki Boskiej. Błagam o cudowne ozdrowienie. To miłość moja, która nigdy nie rdzewieje, to życie moje wlane w jego ząbkowane serce, to światło moje palące się po zmierzchu, to cykanie w takt mojego pulsu, nie można nas rozdzielić! Najświętsza Panienko, pojrzyj okiem swoim turkusowym na mojego chłopca (czterdziestoletniego) i pokieruj dobrymi rękami znachora, co by go na koła postawił. Amen.

PS. Mogę ewentualnie obiecać za to św. Antoniemu tuberozę w doniczce, jak to robiła Pawlikowska-Jasnorzewska, Strzelec z pierwszego dekanatu. Wasz O.


wtorek, 2 lipca 2013

I wolta!

Patrzę na lśnienie promienia słońca na zakrętce kremu i nie mogę się nadziwić. Nie mogę sie nacieszyć. Dziś rano wstałam, włączyłam komputer i miałam ochotę podskakiwać wyżej niż poziom parapetu, na którym ustawiłam bliźniacze pudełeczka z kremem. Boże, kilka tygodni temu rankiem stanęłam na Alei Kijowskiej przy rowerze i wtedy chlusnęła na mnie fala obezwładniającego szczęścia. Tamta okolica już zawsze będzie dla mnie symbolem dobrego czasu. Ale dziś znowu to czuję. Płynęłam przez siedem miesięcy przez gęstą, ropną wodę, aż w końcu wydostałam się na bezpieczny brzeg.

Obawiam się trochę pisać takie słowa. Kiedy ostatnim razem ogłosiłam światu, że jestem szczęśliwa, Mikołaj zdradził mnie czołowo z ciężarówką. Boję się, w kogo teraz uderzyłaby ta rozpędzona rozpacz. Ale myślę o tym z wyzywającą kpiną, bo nikt nie zna dróg pędzących ciężarówek. A zupełnie serio myślę, że trzeba pochylić z wdzięcznością głowę, kiedy się odczuwa Małą Przyjemność Na Dziś. Czy muszę to ukrywać?

Nowe miejsce przywitało mnie z otwartymi ramionami i w końcu odetchnęłam głębiej. Jadąc na rowerze uśmiecham się do siebie. Nikt, kto tego nie stracił, nie dowie się, jakie to cenne.

Te siedem miesięcy to była szkoła.

O mnie

Moje zdjęcie
Odbieram rzeczywistość głównie poprzez oczy.

Wyślij list

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Szukaj na tym blogu