sobota, 29 marca 2014

Przychodzisz do mnie z siekierą, to znaczy, że też nie jestem Ci obojętna





Ideałem było dla mnie życie bezecne i podłe.
Francoise Sagan



W swoich snach zawsze jestem w drodze. Czasem jadę samochodem, rzadziej w siodle, ale zawsze w ruchu: biegnę spóźniona rozciągającą się pod moimi butami jak guma ulicą, albo schodzę w dół po zboczach miękkich jak poduszki zielonych wzgórz krętymi, wąskimi ścieżkami, jakimiś zapomnianymi, na pół dzikimi, na pół cywilizowanymi alejami tajemniczych ogrodów. Dziś znowu wychynęłam zza krystalicznie zielonej kępy wściekle majowych bzów prosto w drzwi domu obłożonego grubą, skórzastą warstwą szarego tynku, idei domu powszedniego sprzed czterdziestu lat. Spotkałam tam grupę zasłużonych naukowców mojej dziedziny, przechadzających się z kieliszkami w dłoniach, rozmawiających przyciszonymi głosami, jakże pasującymi do zapadającego aksamitnie, intensywnie wiosennego wieczoru. Maleńka, kruchutka profesorka ruszyła ze mną dostojnym krokiem w dół migoczącej w mroku ścieżki. Rano pamiętałam jej twarz i nie pamiętałam jej słów. Mówiła dużo i krzepiąco, mówiła o tym, że jest trudno i warto czekać, warto szukać i walczyć, warto być i warto chcieć. Pożegnała mnie pod opiekuńczo rozpostartym pawilonem - tam została, niższa od sztalugi z ogromnym zdjęciem za szkłem, taka mała i mądra, a ja skinęłam jej głową i odwróciłam się, by kontynuować mój marsz mimo zmierzchu.


Wczoraj byłam u E., krążyłam po pokoju z wysoką szklanką miodowego piwa w ręce i wyznawałam wszem i wobec (byłyśmy w pokoju same, nie licząc trzeciej dziewczyny, odgrodzonej od nas wielkimi słuchawkami i ekranem laptopa), że nie żałuję sześciu lat spędzonych w dwóch miejscach jednocześnie, że chociaż sztuka i literatura nijak mają się do trawienia salcesonu i niezgrabnych pieszczot, do cuchnącego wielodniowym potem autobusu miejskiego i cyfr wstukiwanych bezmyślnie do arkusze Excela, do wykoślawionych paluchów i przewlekłej niestrawności splecionej ze wzdęciem - niczego nie żałuję. Trochę mi zabrało utwierdzenie samej siebie w tej myśli. Patrzę czasami na kurz obrastający monitor komputera na moim biurku w pewnym zapleśniałym biurze w krakowskiej kamienicy i tak strasznie czuję upokorzenie i bezsens. Ale to śmierdzące nadgnitymi wykładzinami biuro nie da rady już zmienić tego skrzącego szkieletu, który utkałam sobie w sobie ze słów i obrazów.


Stareńka profesorka mówiła o młodych historykach sztuki, którzy chcą więcej, jej słowa zmieszały się ze słowami wypowiadanymi przez E. poprzedniego wieczora, zlały się w jeden ciąg spokojnego silnego głosu, który kołysał mnie we śnie, zapewniając: nie zmyliła cię droga.



poniedziałek, 10 marca 2014

Over the Love

Słońce rozżarzone do śnieżności. Wiał niezmordowany wiatr, kołyszący mnie na boki, jakbym była łodzią. Zakręty unosiły mnie na grzbietach chybotliwe jak maszerujące równym, płynnym, tanecznym rytmem wielbłądy. Potem góra (I see fire inside the mountain), na którą wspinam się cierpliwie krok za krokiem, unoszę po kolei kolana, chociaż nie dotykam ziemi. Mrużę oczy miłośnie, bo słońce delikatnie dotyka mi palcami powiek, wystawiam policzki na ten wiatr, który głaszcze. W uszach krzyk, przeciągły krzyk (cried and cried and cried) powietrza towarzyszący mi od początku drogi, silniejszy lub słabszy, kiedy prędkość robi głęboki wdech. Potem wydech: runę w dół asfaltu, przechylona przez moment jak nad krawędzią wodospadu.


Wychylam się w biodrach, zakręt, człowiek, odbicie, motocykl. Motocyklista wpływa na środek jezdni, mijając samochód w momencie, kiedy ja omijam zeskakującego na asfalt pieszego, przez upiornie długą chwilę (we got too close to the flame) zbliżamy się do siebie twarzą w twarz, zdumieni zupełnie, w najciaśniejszym zakątku zakrętu on nachyla się w moją stronę, jakby z czułością, jakby chciał oprzeć swoją zmęczoną głowę o moje ramię, i gdyby to zrobił, pewnie też zamknęłabym oczy, jak zacisnęłam wtedy powieki, na ułamek sekundy (then we should all die together) zamarła w tym pędzie na chwilę dziwnej intymności, i wydech, kiedy napięta do granic możliwości bliskość naszych czarno ubranych ciał pęka i wystrzelamy daleko od siebie. Wraca mi słuch, który uciekł w popłochu (and I don't want to see what I've seen), a wierna droga porywa mnie czym prędzej, zagarniając zazdrośnie ramionami, ciągnąc za sobą w biegu ku słońcu.





I znowu pochylam głowę z wdzięcznością za rozwijanie przede mną szlaku jak wstążki.


Był taki moment pod szczerze niebieskim niebem, na tle którego widziałam gruzłowate, niewysokie drzewo, rozkładające szeroko gałęzie niczym skrzydła żałosnego ptaka-nielota. Pod tym drzewem słała się sucha, zeszłoroczna trawa, która zaniosłaby się tumanami kurzu, gdybym próbowała usiąść. A to właśnie chciałam zrobić: uwalić się pod tym drzewem jak zmęczone zwierzę, wzniecając w powietrze obłoczki pyłu. Pod opiekuńcze skrzydła drzewa prowadziła apetycznie wydeptana ścieżynka, zapraszająca zalotnie, żeby na nią wstąpić. Uderzyła mnie paskudna myśl, że tam chciałabym zostać. Tam chciałabym umrzeć, ale dlaczego umrzeć, skoro stoję ewidentnie żywa w środku słonecznego dnia, dlaczego, do diabła, chciałabym umrzeć, skoro wszystko wokoło z wrzaskiem rwie się do życia, dlaczego, na bogów, pomyślałam o śmierci, kiedy ciepło rozlewało się po mnie od palców stóp po koniuszki rzęs? Zwinąć się w kłębek wokół pnia i trwać. To miejsce było jakieś takie z moich snów.


Potem wróciłam.














To właśnie mam na myśli, kiedy piszę "samotność i rower".

środa, 5 marca 2014

Ach, boże

Jeden z kolegów w pracy woła na mnie: niebieska. Bóg widzi, że czerwień przelewa się we mnie jak ukrop.

Wypuściłam się sama na wolność. Pode mną kilkanaście kilogramów żelastwa - w rzeczywistości lekkie jak pióro, targane niemal najlżejszym podmuchem wiatru. Szum w uszach, smakowite mlaskanie błota pod oponami, z lubością przeciągam się unosząc biodra w powietrze. Gdyby tylko słońce wychynęło zza ciężkich zwałów mgły, byłabym w niebie. Tuman galopuje tuż nad ziemią, wyraźnie rozróżniam porozrywane na cząstki strzępki, macki, frędzle, wstążki, nici, pasma, pukle, loki, meandry. Ja i las. Wilgotna wata przetyka drzewa, wycisza, wytłumia otaczającą mnie przestrzeń, zatykając uszy i usta, zapierając oddech, przesłaniając wzrok. Ale jestem z powrotem na szlaku, zimę przespałam krótkim, gorączkowym snem i znowu rozkłada się przede mną wachlarz miesięcy zachodzących na siebie jak karty, w grudniu przetasuję je wszystkie. Mróz łamie palce. Po policzku rozbiegają się czerwone rysy popękanych naczynek. Kruszeje skóra jak szkło.

Nad buczącymi przeciągle drzwiami płoną czerwone cyfry. Sto czterdzieści sześć kilometrów na godzinę. Wciska mnie w fotel przeciążenie bezwładnego umysłu. Na pół drzemię, na pół obserwuję ze zmarszczonymi brwiami swoje odbicie goniące przez trzy godziny mnie samą w pociągu. Jest coś dobrego w tym pędzie, coś prawidłowego, coś odpowiadającego dokładnie mojemu wygnaniu, samotność i modny magazyn leżący na pustym siedzeniu obok. Warszawa zabiegana jak zwykle. Jest coś w tym mieście, co mi odpowiada, jakby przeczucie, że mogę (będę) tam kiedyś mieszkać, poczucie momentalnego, nieuzasadnionego zadomowienia, obce z zasady wiecznemu tułaczowi po drogach i miastach. Wylizuję z kącików ust zebrane okruchy. Mnóstwo okruchów. 

Ból, tyle bólu, tyle bólu, który tak wielki, że nie mieści się w mojej małej, wyschniętej na czarno rodzynce serca. "Jesteś przeziębiona?" - pyta zaniepokojona A. z wnętrza mojego idealnie żałobnego smartfonu. - "Masz taki smutny głos". Zmagam się z huraganem napierających hormonów i nie potrafię się podnieść przygnieciona ciężarem cierpienia. Oczywiście, jest jakaś część mnie, która podrzuca nerwowo nogę założoną na nogę i skrupulatnie notuje te odrażające napady humorów, by móc je przerobić na anegdotę. Ale ból jest prawdziwy jak grota w skale, zionąca chłodem, wilgocią i smrodem rozkładu. Chcę wyć, wyć, wyć, bo ostatnio wściekłość jest stanem naturalnym, przetykanym epizodycznymi napadami spokoju - rzadkiego - ducha. Kolejna cezura nadchodzi stukając obcasami znoszonych butów. Dwadzieścia sześć okrążeń.

Bez zmian.





Śniło mi się dzisiaj, że przyprowadziłam do domu Hitlera, i nikt poza mną nie wiedział, że to on, wszyscy witali go wesoło i proponowali herbatę, a ja oszalała ze strachu myślałam tylko: "zabierzcie stąd dzieci, to Hitler!", wyglądał chwilami jak Franz Kafka, a chwilami jak Marilyn Manson. Zmusił mnie do założenia sukienki, w celu świadczenia mu jakichś zwyrodniałych usług seksualnych i groził, że zagazuje wszystkich, jeśli tego nie zrobię. 


Nie wiem, czy szukać tego w senniku pod "Hitler", czy pod "führer".

O mnie

Moje zdjęcie
Odbieram rzeczywistość głównie poprzez oczy.

Wyślij list

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Szukaj na tym blogu