czwartek, 19 maja 2016

Heartbeats

Następnego dnia rano, ledwo wyszłam z naszego apartamentu pod lipą, natknęłam się od razu na K. zawierającą znajomości z panami obsługującymi kosiarki spalinowe na parkingu schroniska. Nieco zdziwiło mnie, że w tym parku krajobrazowym ktoś zadaje sobie trud przystrzygania trawy w równe dywany, ale widocznie jakość liczy się wszędzie i  ze spokojem obserwowałam K., zanoszącą się śmiechem podczas koszenia dywanów. Po śniadaniu i dokonaniu niezbędnej dokumentacji fotograficznej ruszyłyśmy najpierw na rozgrzewkę na Sokolik. Skała ukryta w kosmatym lesie. Dwa lata temu szłam na nią bardzo nabożnie, jakbym spodziewała się nie wiadomo co cennego tam spotkać. Nie wiedząc jeszcze, że co cenne, to siedzi w Krakowie i pochodzi z Radomia.

Na Sokolik prowadzą strome, żeliwne schody, a z górnej platformy widać cały świat. Nie bujam! Po jednej stronie masz Szrenicę, Śnieżkę i Śnieżne Kotły. Po drugiej Jelenią. A z trzeciej - Miedziankę! Tam też tego dnia wiodły nasze ścieżki, ale jak zwykle, litościwy los poplątał je mądrze i czule. Zaczęło się od tego, że oczywiście poprowadziłam źle i niepotrzebnie wróciłyśmy do Szwajcarki, by iść dalej niebieskim szlakiem.  To był już trzeci przypadek zgubienia w ciągu sześciu dni! Ustanawiałam rekordy. Okazało się, że jesteśmy nie w drodze do Trzcińska, tylko Janowic Wielkich, czego należało się spodziewać, jeżeli choć raz dotarło się do Szwajcarki. K. przyjęła ze spokojem przymusową zmianę kierunku, uspokojona wiadomością, że trafimy na zamek. Tuż pod zamkiem Bolczów spotkałyśmy trójkę wesołych emerytów, którzy od razu zaczęli przezywać nas maturzystkami. Jako klasyczna rozbijaczka złudzeń natychmiast stęknęłam, że po maturze jestem już lat dziesięć, ale od razu dodałam pogodniej, że każdego maja myślę o tym z radością. Jeden ze staruszków pochwalił się swoim wynikiem i kokieteryjnie zaznaczył, że przecież nie wygląda. Wyglądał za to jak krasnal Hałabała, czym oczywiście z miejsca podbił me serce, ale czego nie odważyłam się mu powiedzieć. Jestem też głęboko przekonana, że jeżeli S. będzie dane dożyć tak czcigodnego wieku, będzie wyglądał dokładnie tak samo, łącznie z czerwoną czapeczką z daszkiem. Zaczęli wypytywać nas o plany i na wieść o chęci zdobycia Skopca wyraźnie spochmurnieli. Poradzili nam, by zamiast pchać się na Skopiec z Janowic pieszo, złapać busa do Komarna i stamtąd podejść z pętli niewiele do góry. Ponieważ Leniwy Jogin królował już we mnie niepodzielnie, pomimo początkowej buty coraz cieplej myślałam o krótkim podejściu. Emeryci zrobili sobie z nami zdjęcie (atrakcja!) i ruszyli w dół, a my wspięłyśmy się na ruiny zamku, rzucając okiem na królową Śnieżkę. Gadając jak nakręcone zeszłyśmy do Janowa, by szybko uzupełnić kalorie. Tam też odbyłam swój najciekawszy dialog podróżny potwierdzający, że jednak warto było wynaleźć nawigację GPS:
- Przepraszam, jak dojść do przystanku Janowice Wielkie Szkoła?
- Prosto, a potem za stacją w prawo, no tak jak się do szkoły idzie! - odparła pogodnie i pewnie kobieta, wprawiając w K. atak niepowstrzymanego śmiechu, który trzymał ją prawie trzy dni.

Kusiło mnie, by za wskazówkami kobiety podążyć od razu, ale K. zaoponowała, że jest głodna i jednak priorytet powinien mieć browar w Miedziance. Z trudem odwróciłam swoje myśli od celu (Skopca) i zaczęłam brnąć pod górę opowiadając zapewne szeroko o Filipie Springerze, kiedy to nagle K. szybkim jak wąż ruchem wystawiła kciuka za moim plecakiem (za moimi plecami!) i już zatrzymała się dla nas młoda, elegancko ubrana kobieta w małym samochodzie. Nie miałyśmy pojęcia, że jazda stopem do Miedzianki potrwa dokładnie 2 minuty. Kobieta powiedziała tylko "to blisko" i już stałyśmy oniemiałe przed jasnym, nowoczesnym budynkiem. Po przedostaniu się tu przez góry,  ze skromnym śniadaniem, byłyśmy głodne jak wilki. K. wymarzyła sobie pieczoną golonkę i dostała ją. Trzeba było widzieć jej szczęście! Mnie aż roznosiło po tarasie, bo oto byłam w swoim miejscu pielgrzymkowym, z widokiem na "cycki", prażona słońcem, z plecakiem, lekka i wolna. Spędziłyśmy tam całkiem długie dwie godziny, kurząc papierochy i debatując, jakie piwa wynieść w plecakach. Niestety wizja transportowania łupów na Skopiec i do Szwajcarki nie sprzyjała piwnemu haulowi. Ostatecznie Mniszek, Wołek, Cycuch i Rudawskie padły. N a p r a w d ę planowałam dowieźć któreś z nich do Krakowie i z u p e ł n i e nie wiem, co się z nimi stało!

Po opędzlowaniu pierogów łomnickich i wspomnianej wybornej golonki ruszyłyśmy dalej, łapiąc stopa na kolejne dwie minuty zjazdu do Janowic. Podwożący nas mężczyzna świetnie wczuł się w rolę cicero Doliny Pałaców i Ogrodów, ale nie skorzystałyśmy z możliwości dowozu do Trzcińska. Czekał nas jeszcze Skopiec. Stanęłyśmy na znalezionym ostatecznie przystanku Janowice Wielkie Szkoła, który znajdował się przy szkole oraz równocześnie przy ośrodku pomocy społecznej. I bum! - zderzenie naszej roześmianej, dwuosobowej drużyny dyskutującej zawzięcie ceny skupu ślimaka winniczka (3 złote za kilogram), a po drugiej stronie płotu ciekawe, uporczywe spojrzenia z kompletnie innego świata. Bezradność i dzikość zarazem. Niby brałam udział w rozmowie o kurach nioskach sprzedawanych w remizie, lecz w rzeczywistości patrzyłam wgłąb siebie szukając elementu, który zadecydował o tym, że nie stoję za zamkniętym ogrodzeniem. K. podążyła za moim spojrzeniem. K. kończy psychologię i wie, jak bywa za takimi płotami. 

Nie znalazłam powodu. Przypadek. Że ja z plecakiem, a oni tam. Moment. Okamgnienie. Błogosławieństwo.

Podjechał w końcu jakiś bus, który zabrał nas kawałek dalej. K. roześmiana dyskutuje z kierowcą. W Radomierzu wysiadamy na ciasnym zakręcie i odkrywamy, że jesteśmy z powrotem na szlaku. Ale nie chce nam się iść, więc zatrzymujemy szkolny autobus i pakujemy się do środka. Na tym zakręcie znajdziemy się parę godzin później, domykając pętlę. Wspinamy się mozolnie na przełęcz pod Skopcem, zmęczone upałem i przypieczone na krucho. Im wyżej, tym piękniej, więc trochę się rozchmurzamy, szukając figlarnie ukrytego w krzakach szlaku. Na Skopcu znowu wspaniała skrzyneczka, a w niej - niezmierzone bogactwo! Podpaski, zapalniczka, czeskie cukierki z Krecikiem, gumy do żucia, chusteczki i oczywiście pieczątka. Postanawiamy dołożyć do zapalniczki dwa papierosy Vogue, a w zamian zjeść cukierki z Krecikiem. K. próbuje sobie przypomnieć składowe miłości według Sternberga, ale zawiesza się na intymności i zaangażowaniu. Parę dni później odkrywam, że brakowało namiętności, ale i tak nie zbiega się to z moją koncepcją. Bardzo prostą: czułość i zachwyt.

Schodzimy ze Skopca przez fantastyczne łąki. Z jednej podrywa się nakrapiane sarniątko i gna w stronę lasu. Otwierają się szeroko widoki, mijamy przeszkody do krossa usadowione na szczycie góry, a potem nas mija troje jeźdźców. Pewnie jadą tam skakać! - zachwyca się K., ale idziemy dalej, schodząc niżej i niżej. Łany rzepaku. Wodospady kwiecia. Wąchamy przepiękny purpurowy krzak wylewający się zza płotu, ja robię zdjęcia niemal wszystkim jabłoniom. Napotykamy komiczny przystanek z wsadzoną do środka wygodną kanapą. K. zanosi się ze śmiechu, tarzając po meblu, a ja sprawdzam rozkład jazdy. Jeden bus rano, drugi wieczorem. Rzeczywiście warto mieć na czym siedzieć, czekając. Wychodzimy na prostą drogę aż po horyzont, rozdzielającą morze rzepaku. Przed nami piękne, samotne drzewo na tle Sokolika i Krzyżnej. Jak z bajki! Słońce schodzi coraz niżej, oświetlając nam scenę polowania przez lisa na niewidocznego gryzonia, Animal Planet na żywo. W końcu między miękkimi krągłościami łąk docieramy do Trzcińska, gdzie się rozdzielamy, bo K. chce iść w górę niebieskim szlakiem, którym jeszcze nie szła. Leniwy Jogin nie daje się namówić i noga za nogą, robiąc zdjęcia, rusza do góry żółtym.

I tak byłam pierwsza w schronisku, he he.






środa, 18 maja 2016

Divers

Czwartego dnia rano usiłuję zapłacić, ale nie zastaję moich gospodarzy, tylko ich małoletniego syna, któremu zostawiam pieniądze, i ruszam na przystanek, by złapać coś do Kłodzka. Syn gospodarzy pojawia się zresztą na przystanku dziesięć minut po mnie. Gratuluję sobie refleksu i dzwonię jeszcze odmeldować się. Wsiadam do kołyszącego PKSu i w licznym gronie bardzo starych emerytów docieram do Kłodzka, gdzie pijąc kawę wynajmuję pokój. Gratuluję sobie refleksu i tego, że nie muszę się wspinać na Kłodzką Górę z całym szpejem. Bardzo gadatliwa właścicielka w pięć minut opowiada mi całe swoje życie, ale w końcu ruszam mozolnie na szlak. Powyżej Kłodzka nie spotykam już absolutnie nikogo. Ostatnich ludzi widzę na Kukułce. Równo osiem tysięcy poniżej szczytu Everestu, a jednak jak pięknie! Ponieważ od wczoraj już oficjalnie jestem leniwym joginem, idę powoli, przystając na papierosa, podziwianie widoków i opatrywanie pokruszonych stóp. I tak ostatecznie włażę na tę Kłodzką Górę. Bo jak inaczej. Na szczycie znajduję bardzo interesującą skrzyneczkę z pieczątką z opisem Kłodzkiej, a także białkowym batonikiem, który zostawiam w spokoju, bo mam swoje. Może będzie ktoś bardziej potrzebujący. Siadam na pniu i zanurzam się w telefonie, aż do momentu, kiedy nie słyszę wyraźnie kroków dwunożnej istoty w krzakach. Przysięgam, dwunożnej, a niech mnie! I to dwunożne zbliżało się do mnie. Przytaiłam się na pniu, wytężając wzrok, ale nie przebiłam zwartej ściany młodych drzewek i ostatecznie spanikowałam, wmawiając sobie, że to pewnie kłodzka odmiana Wielkiej Stopy i nie pozostaje mi nic innego, jak spierdalać. Zarzuciłam plecak, chwyciłam w łapy kije i tupiąc głośno, by odstraszyć wszelkie stopy, z godnością, ale szybko, zaczęłam schodzić. 

Droga powrotna, mimo narastającego zmęczenia, poszła mi już sprawnie, zdążyłam nawet zawitać do polecanego baru "Małgosia" na solidne gołębie. Ale pokój tym razem był jakiś przygnębiający. Oprócz mnie mieszkała tam jeszcze pracująca para: on, zwalisty i brzydki jak zdegenerowany Fred Flinston, i szara zniszczona ona. I tej jej było mi żal. Zastanawiałam się, jaki splot losu przywiązał ją do tego klnącego Freda i jakie jest jej życie, w ciasnym wynajmowanym pokoju, ze ślepą wspólną kuchnią i łazienką na korytarzu. Jak ludzie potrafią się uwiązać. I jak dobre i mocne jest moje życie. WOLNE.

I smutny już jakiś był ten wieczór, który postanowiłam szybko przespać i rano jak najszybciej pobiec na dworzec, na autobus do mojego ukochanego Wrocławia. 

Wrocław przywitał mnie bardzo gorąco. Zadowolona poszłam na Rynek zjeść jakieś najlepsze lody i smażyłam się w majowym słońcu, kiedy pojawiła się K. i już razem miałyśmy ruszyć w Rudawy Janowickie. Po tym smutnym wieczorze w Kłodzku z ulgą przyjęłam jej towarzystwo i z radością pukałam w szybę z wnętrza pociągu, widząc, jak idzie po peronie z kierowcą z bla bla cara, z którym przyjechała i który niósł jej plecak. Cała K.! Od tamtej chwili wszędzie, gdzie się pojawiłyśmy, nawiązywała znajomości i ludzie robili jej przysługi. Przez dwie godziny jazdy z Wrocławia do Trzcińska omówiłyśmy najważniejsze tematy, kładąc zrąb pod naszą trzydniową wędrówkę i niekończącą się opowieść. Obawiałam się, że wracająca z dalekich podróży K. będzie rozczarowana zwykłymi, małymi Rudawami. Ale nie - tego szukała. To było dla niej kojące.

Wraz ze zmierzchem, zmęczone i głodne, dotarłyśmy do schroniska i zostałyśmy zakwaterowane w małym domku pod opiekuńczą lipą. Piwo i papierosy. K. piła mojego ulubionego sommersby o smaku kwiatów dzikiego bzu, który piłam rok wcześniej przez pół sierpnia w pewnym nadmorskim kurorcie. Z szumem morza w głowach kładziemy się do snu, jeszcze pogadując ostatkiem sił, nurkując w noc przed kolejnym etapem przygody.

wtorek, 17 maja 2016

Riptide

Więc trzeciego dnia powoli zbieram się do wyjścia. Myślałam, że wystrzelę o siódmej jak roześmiany pocisk, ale coraz bardziej puchnie we mnie leniwość leniwego jogina. Ale wychodzę. Kawałek za ostatnimi domami trochę się rozchmurzam, bo widzę przed sobą czyściutki, zielono-niebieski horyzont, kształtne chmury i idealne w swych sylwetkach drzewa. Kawałek dalej, na zakręcie, spotykam przy samochodzie dwóch wspinaczy. Mówią, że właściwie chcieli mnie podwieźć, ale pomyśleli, że będę się bała. Za nic nie przyznam, że pewnie mają rację, chodzi przecież o odbicie szlaku, który właśnie na tym zakręcie ucieka w prawo. Chwilę z przystojniejszym z nich pochylamy się nad mapą, próbując dociec, na którym z narysowanych zakrętów właśnie się znajdujemy, a w tym czasie drugi dziwi się głośno, że przyjechałam z Krakowa. No z Krakowa, wzruszam ramionami, uwielbiam być akurat tu i nie pierwszy raz tu jestem. Machamy sobie na pożegnanie i ruszam stromo w górę, obok dziwnych zrujnowanych budowli, stromo przez las. 

A potem znowu gubię szlak. Przysięgam, nie jestem gamoniem, nie weszłam w las wczoraj - znaki giną po prostu. Prawie tysiąc kilometrów doświadczenia pieszo. Dziesięć razy tyle rowerem! Nie wiem, gdzie miałam skręcić, może dalej? Krążę góra-dół, w końcu postanawiam iść drogą pożarową, mijając po drodze szlak czerwony. Wiem, że nadkładam dużo drogi, a w dodatku pogoda spsuła się i otoczyły mnie ołowiane, ponure mgły. Idę jednak dość przekonana drogą pożarową, powtarzając sobie pod nosem, że mam skręcić w prawo, skręcić w prawo, skręcić w prawo, ale ostatecznie zaraz za wyczekiwanym zakrętem w prawo przeklęta droga rozgałęzia się kilkukrotnie jak dziadowski bicz i jak automat, mimo woli, zawracam. Wściekam się i czuję lekki ataczek paniczki, ale w końcu mózg mi się rozjaśnia i postanawiam pójść jedynym znalezionym szlakiem - czerwonym. Najprostsza decyzja, najtrudniej ją podjąć. Wydostaję się z plątaniny pożarowych dróg jak z pajęczej sieci i szybko wspinam na górę, by już po chwili stanąć pod tonącą w chmurach wieżą na Czernicy. Z nerwów postanawiam wykurzyć jednego papierosa w parku krajobrazowym i, masz ci los, przyłapuje mnie na tym nadchodzący turysta. Nic jednak poza zwyczajowym "dzień dobry" nie odzywa się, ale ja mimo wszystko jestem pokrzepiona jego obecnością. Chociaż obawiam się, że piorun z ciemnego nieba zaraz walnie w drewnianą wieżę w celu ukatrupienia mnie grzesznej, to jednak wspinam się na górę i jestem zaskoczona, że nieco widać, mimo mgieł. Ruszam dalej już raźniej, złażąc metodycznie w dół żółtym szlakiem w stronę rzeki Białej Lądeckiej i wsi Bielice. Jestem już zmęczona i lękam się myśleć o mapie, która nieubłaganie pokazuje mi jakieś kilkanaście kilometrów do domu wzdłuż asfaltowej drogi, jak to liczę, rozcapierzając palce jak cyrkiel na szerokość podziałki i odmierzając jej długość jakieś osiem razy. Ale za cholerę nikt nie zmusiłby mnie, by wracać taką samą drogą w górę. Włażę więc na Kowadło, które tego dnia jest moim celem (2:4 dla mnie, góry Korony!) i schodzę z powrotem do wsi. Wcześniej na szczycie jestem kompletnie sama, mozolnie wspinająca się wzdłuż czerwonej nitki granicy. Ponuro i ciemno, a ja czuję się słaba, kompletnie nie ta sama, która dwa lata wcześniej przebiegała przez Rudawiec i Puszczę Śnieżnej Białki w pełnym galopie, pokonując odległości ultra i dokonując wyczynów przedziwnych. Zrezygnowana schodzę. Mija mnie biegacz. Wtedy postanawiam: mój pierwszy stop. Mijam go stojącego przy samochodzie - jeszcze wtedy nie wiem, że nie był sam - i niby to beztrosko zaczynam iść wzdłuż wsi Bielice, dla niepoznaki przystając jeszcze na kompletnie pozbawionym rozkładu jazdy i nadziei przystanku autobusowym. Cały czas oglądam się za siebie przez lewe ramię i w końcu widzę, jak nadjeżdża czarny samochód i zatrzymuję mojego biegacza z rodziną. Pozwalają mi ufnie usiąść koło małej dziewczynki w foteliku i pierwszy raz jadę sobie, autostopem, do siebie do Stronia. I co, że 15 minut? Pogadujemy z biegaczem o górskim bieganiu (udając, że wciąż biegam, a przecież po Perłach Małopolski w Ojcowie przyrzekłam sobie nigdy już, nigdy, ale to absolutnie przenigdy nie założyć już swoich Sauconów), w końcu wysadzają mnie prawie pod domem i odjeżdżają, by łowić pstrągi. A ja, szczęśliwa jak fretka, przebieram się w cywilne ubranie i ruszam do Stronia na obiad.

Jest dopiero piętnasta i mam dla siebie całe popołudnie i wieczór, zakończywszy już działania górskie na ów dzień, ogromny luksus. Snuję się powoli, kulejąc i łapczywie podczytując Pokolenie Kolosów, w końcu trafiam do miłej pizzerii o niezachęcającej nazwie, która, wbrew uprzedzeniom, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Pochłaniam przepyszną pizzę - żałując, że nie trafiłam tam wczoraj - i podczytuję równie łapczywie, jak jem, Pokolenie Kolosów. W końcu postanawiam jednak zabrać resztkę pizzy w siateczce do pokoju, dziękuję, chwalę i wychodzę. Powoli toczę się w stronę domu, żałując, że sześćdziesiąt milionów nie padło jednak w Stroniu i że to nie byłam ja.

Ale nie udaje mi się wytrzymać w pokoju, ubieram się znowu i wychodzę na jasną drogę za domem, która kusi mnie przez moje okno. Słońce zachodzi na miedziano, a ja siadam na wielkim kamieniu na łące między domami i fotosyntetyzuję, twarzą do słońca, w asanie żaby. To wtedy już na pewno narodził się Leniwy Jogin, a ja wzięłam go w objęcia i postanowiłam pokochać. A więc zostałam Leniwym Joginem i dobrze, bo dzięki temu wycieczka udała się wyśmienicie.

poniedziałek, 16 maja 2016

Wild eyes

Podróż rozpoczynam 6 maja, w cygańskie święto Ederlezi, czyli dzień świętego Jerzego. Początek wiosny, najważniejsze święto w roku. 

Pierwszy przystanek - Katowice. Przypominam sobie, że zapomniałam kubka i automatycznie zapada decyzja, że jadę z przesiadką w Gliwicach. Więcej przygody! W empiku kupuję drogi i uroczy kubek z Muminkami. Panna Migotka z grzywką, Muminek patrzy na nią... oczami właściwie bez wyrazu, ale to wciąż my. Podjeżdża najstarszy pociąg świata. Siadam obok jakiegoś młodego kolesia ze słuchawkami w uszach, po przekątnej starszy pan z aparatem słuchowym. Przejęty, przestraszony pyta siedzącą naprzeciwko kobietę, czy pociąg jedzie dalej niż do Gliwic. Bo martwi się, że nie wysiądzie w Gliwicach. Ja też nigdy nie byłam w Gliwicach i teraz martwię się o niego, spoglądając z ukosa raz po raz. Widziałam go potem w tłumie, pakującym się do mojego małego, żółciutkiego pociągu do Brzegu. Chyba miał od razu bilet, bo ja musiałam jeszcze pogalopować przez kompletnie rozkopany dworzec do okienka. Galopuję z powrotem na peron. Widzę koniec torów. Urwane szyny na remontowanym peronie. Koniec świata. Melduję się w Gliwicach.

Potem wsiadam do wesolutkiego żółtego pociągu do Brzegu. Usiłuję wtłoczyć plecak na górną półkę, ale jest zbyt gruby. Małżeństwo z naprzeciwka każe plecak posadzić na siedzeniu. Jakiś czas później okazują się nie być małżeństwem, bo jedno z nich wysiada, a drugie w milczeniu towarzyszy mi jeszcze parę kilometrów. A tak się wydawali do siebie pasować!

Potem wolne miejscem zajmuje dwóch mężczyzn - młody i stary. Obaj grubi, silni, spracowani. I rozmawiają o zwierzętach. Najpierw młody o tym, jak uratował zaskrońca. Potem stary o drapieżnych ptakach. Komentują mijane pola. Czy to wykosili trawę, żeby ją zakisić? - pyta stary. Kiedy mijamy budkę dróżnika, obaj jednocześnie jak na komendę unoszą potężną łapę w górę i kiwają nią na pozdrowienie, jak te japońskie figurki kotów, co przynoszą szczęście.

Potem rozprażony Prudnik. Idę, zrzucając z siebie po drodze ciuchy i przepoczwarzając się w wędrowca. Wydostaję się poza miasto i pod znakiem wskazującym drogę do klasztoru widzę pusty, porzucony wózek inwalidzki. Cuda, chromi chodzą, a ja znowu widzę - z wieży oglądam świat na nowo. Wcześniej pomagam dwóm dziewczynom zepchnąć auto, które nie chciało zapalić, w dół wzgórza. Mam nadzieję, że stał się cud i odjechały. 

A potem za sanktuarium gubię szlak. Na Świętej Górze. Ja, królowa GSS, pierwszy raz na poważnie kompletnie nie wiem, w którą stronę pójść. Nigdzie nie ma czerwonych znaków. Tracę godzinę na kręcenie się w kółko, w upale. W końcu na wyczucie i wedle słońca brnę dalej, coraz szybciej, coraz rozpaczliwiej, aż w końcu wybiegam wprost na szlak. Aby uspokoić nerwy i określić, w którą stronę będzie cel, a w którą Prudnik, przykucam jak zwierzę łapczywie paląc papierosa. W końcu ruszam, ale gonitwa zmęczyła mnie mocno i coraz bardziej chce mi się pić. Zapomniałam o wodzie w Prudniku. Brnę przez szlak zła i wystraszona - znak pokazał wciąż 5 godzin do Biskupiej Kopy. Jakbym wręcz się cofnęła! Zaczynam fantazjować o odwołaniu noclegu w schronisku, ale kiedy widzę ogromne, odstręczające hotele w Pokrzywnej, pokrzepiona kartonem lodowatego soku - zaczynam gnać.

Ze zmęczonych nóg wyciskam ultra prędkość i jak dziwaczny pająk z kijkowatymi nogami gnam przez coraz ciemniejszy las. I kolejny raz - wyprzedzam czas. Godzinę urywam z planu, kiedy wreszcie docieram do schroniska. Niby żałuję, że skoro miałam godzinę, to nie wskoczyłam na Kopę na zachód słońca, ale udaję - wcale nie chciałam. Jestem wykończona. Padam do łóżka, kiedy w schronisku do późna trwają lekcje tańca. Dla starszych i zaawansowanych. Serio. Wcześniej jeszcze, owinięta moim polarem w kolorze "alarm", siedzę na tarasie i patrzę, jak nad całą Opolszczyzną zapada zmrok, jak zapala się szeroko rozlane morze świateł.

Zresztą dobrze, że nie włażę na Kopę, bo rano jest otwarta wieża widokowa. Prawie podskakuję z radości, że w schronisku jest kawa z ekspresu, a potem oglądam cały świat z góry. Najpiękniej.

Schodzę leniwie do Głuchołazów i oszukuję, omijając spory fragment czerwonego szlaku. Tak mi już zostanie do końca wyjazdu, tak, że podróż sama z siebie stała się Wędrówką Leniwego Jogina. Wszystko, ale to wszystko, ale naprawdę wszystko kwitnie jak popieprzone, a do tego w powietrzu fruwają takie maleńkie puszki, kłębki, jak confetti. 

W Głuchołazach ostatecznie doganiam busa i nic nie oglądam. I dobrze, bo gdybym przy kolejnej przesiadce miała spędzić ponad godzinę na obskurnym nyskim dworcu, byłoby kiepsko. W Kłodzku za to zjadam obiad w barze "Dobrze". Jest pięknie, pięknie, pięknie. Nysa, Paczków, Otmuchów, Złoty Stok, Lądek Zdrój. Jestem w zachwycie. 

Jeszcze chwila niepewności i ląduje w przepięknym pokoju z łazienką i małżeńskim łóżkiem. Stronie Śląskie, sanatoryjno-ekstremalne. Downhillowcy w jedną stronę, emeryci na składakach w drugą. Mam pizzę, papierosy i internet. Siedzę w jasno oświetlonej otwartej kuchni i czuję, że to wspaniałe wakacje. 

PS. Czy ktoś wie, czy można chodzić bez małego palca u stopy? Czy będę się przewracać? Bo coś czuję, że niedługo mi odpadnie.

PS. 2 Przypadkiem wynajęłam nocleg idealnie przy żółtym szlaku na Kowadło. CZY MOŻE BYĆ LEPIEJ?

PS. 3 Powyższe słowa zapisałam w zeszycie drugiego dnia wędrówki, a potem już po prostu wędrowałam i zapisywałam wszystko w głowie. I byłam na Dolnym Śląsku, a to oznacza, że nad głową świeci mi jaskrawa aureola, i wszyscy, ale to wszyscy, ale to naprawdę wszyscy się do mnie uśmiechają, bo widać, że co jak co, ale święta jestem na pewno.