czwartek, 19 maja 2016

Heartbeats

Następnego dnia rano, ledwo wyszłam z naszego apartamentu pod lipą, natknęłam się od razu na K. zawierającą znajomości z panami obsługującymi kosiarki spalinowe na parkingu schroniska. Nieco zdziwiło mnie, że w tym parku krajobrazowym ktoś zadaje sobie trud przystrzygania trawy w równe dywany, ale widocznie jakość liczy się wszędzie i  ze spokojem obserwowałam K., zanoszącą się śmiechem podczas koszenia dywanów. Po śniadaniu i dokonaniu niezbędnej dokumentacji fotograficznej ruszyłyśmy najpierw na rozgrzewkę na Sokolik. Skała ukryta w kosmatym lesie. Dwa lata temu szłam na nią bardzo nabożnie, jakbym spodziewała się nie wiadomo co cennego tam spotkać. Nie wiedząc jeszcze, że co cenne, to siedzi w Krakowie i pochodzi z Radomia.

Na Sokolik prowadzą strome, żeliwne schody, a z górnej platformy widać cały świat. Nie bujam! Po jednej stronie masz Szrenicę, Śnieżkę i Śnieżne Kotły. Po drugiej Jelenią. A z trzeciej - Miedziankę! Tam też tego dnia wiodły nasze ścieżki, ale jak zwykle, litościwy los poplątał je mądrze i czule. Zaczęło się od tego, że oczywiście poprowadziłam źle i niepotrzebnie wróciłyśmy do Szwajcarki, by iść dalej niebieskim szlakiem.  To był już trzeci przypadek zgubienia w ciągu sześciu dni! Ustanawiałam rekordy. Okazało się, że jesteśmy nie w drodze do Trzcińska, tylko Janowic Wielkich, czego należało się spodziewać, jeżeli choć raz dotarło się do Szwajcarki. K. przyjęła ze spokojem przymusową zmianę kierunku, uspokojona wiadomością, że trafimy na zamek. Tuż pod zamkiem Bolczów spotkałyśmy trójkę wesołych emerytów, którzy od razu zaczęli przezywać nas maturzystkami. Jako klasyczna rozbijaczka złudzeń natychmiast stęknęłam, że po maturze jestem już lat dziesięć, ale od razu dodałam pogodniej, że każdego maja myślę o tym z radością. Jeden ze staruszków pochwalił się swoim wynikiem i kokieteryjnie zaznaczył, że przecież nie wygląda. Wyglądał za to jak krasnal Hałabała, czym oczywiście z miejsca podbił me serce, ale czego nie odważyłam się mu powiedzieć. Jestem też głęboko przekonana, że jeżeli S. będzie dane dożyć tak czcigodnego wieku, będzie wyglądał dokładnie tak samo, łącznie z czerwoną czapeczką z daszkiem. Zaczęli wypytywać nas o plany i na wieść o chęci zdobycia Skopca wyraźnie spochmurnieli. Poradzili nam, by zamiast pchać się na Skopiec z Janowic pieszo, złapać busa do Komarna i stamtąd podejść z pętli niewiele do góry. Ponieważ Leniwy Jogin królował już we mnie niepodzielnie, pomimo początkowej buty coraz cieplej myślałam o krótkim podejściu. Emeryci zrobili sobie z nami zdjęcie (atrakcja!) i ruszyli w dół, a my wspięłyśmy się na ruiny zamku, rzucając okiem na królową Śnieżkę. Gadając jak nakręcone zeszłyśmy do Janowa, by szybko uzupełnić kalorie. Tam też odbyłam swój najciekawszy dialog podróżny potwierdzający, że jednak warto było wynaleźć nawigację GPS:
- Przepraszam, jak dojść do przystanku Janowice Wielkie Szkoła?
- Prosto, a potem za stacją w prawo, no tak jak się do szkoły idzie! - odparła pogodnie i pewnie kobieta, wprawiając w K. atak niepowstrzymanego śmiechu, który trzymał ją prawie trzy dni.

Kusiło mnie, by za wskazówkami kobiety podążyć od razu, ale K. zaoponowała, że jest głodna i jednak priorytet powinien mieć browar w Miedziance. Z trudem odwróciłam swoje myśli od celu (Skopca) i zaczęłam brnąć pod górę opowiadając zapewne szeroko o Filipie Springerze, kiedy to nagle K. szybkim jak wąż ruchem wystawiła kciuka za moim plecakiem (za moimi plecami!) i już zatrzymała się dla nas młoda, elegancko ubrana kobieta w małym samochodzie. Nie miałyśmy pojęcia, że jazda stopem do Miedzianki potrwa dokładnie 2 minuty. Kobieta powiedziała tylko "to blisko" i już stałyśmy oniemiałe przed jasnym, nowoczesnym budynkiem. Po przedostaniu się tu przez góry,  ze skromnym śniadaniem, byłyśmy głodne jak wilki. K. wymarzyła sobie pieczoną golonkę i dostała ją. Trzeba było widzieć jej szczęście! Mnie aż roznosiło po tarasie, bo oto byłam w swoim miejscu pielgrzymkowym, z widokiem na "cycki", prażona słońcem, z plecakiem, lekka i wolna. Spędziłyśmy tam całkiem długie dwie godziny, kurząc papierochy i debatując, jakie piwa wynieść w plecakach. Niestety wizja transportowania łupów na Skopiec i do Szwajcarki nie sprzyjała piwnemu haulowi. Ostatecznie Mniszek, Wołek, Cycuch i Rudawskie padły. N a p r a w d ę planowałam dowieźć któreś z nich do Krakowie i z u p e ł n i e nie wiem, co się z nimi stało!

Po opędzlowaniu pierogów łomnickich i wspomnianej wybornej golonki ruszyłyśmy dalej, łapiąc stopa na kolejne dwie minuty zjazdu do Janowic. Podwożący nas mężczyzna świetnie wczuł się w rolę cicero Doliny Pałaców i Ogrodów, ale nie skorzystałyśmy z możliwości dowozu do Trzcińska. Czekał nas jeszcze Skopiec. Stanęłyśmy na znalezionym ostatecznie przystanku Janowice Wielkie Szkoła, który znajdował się przy szkole oraz równocześnie przy ośrodku pomocy społecznej. I bum! - zderzenie naszej roześmianej, dwuosobowej drużyny dyskutującej zawzięcie ceny skupu ślimaka winniczka (3 złote za kilogram), a po drugiej stronie płotu ciekawe, uporczywe spojrzenia z kompletnie innego świata. Bezradność i dzikość zarazem. Niby brałam udział w rozmowie o kurach nioskach sprzedawanych w remizie, lecz w rzeczywistości patrzyłam wgłąb siebie szukając elementu, który zadecydował o tym, że nie stoję za zamkniętym ogrodzeniem. K. podążyła za moim spojrzeniem. K. kończy psychologię i wie, jak bywa za takimi płotami. 

Nie znalazłam powodu. Przypadek. Że ja z plecakiem, a oni tam. Moment. Okamgnienie. Błogosławieństwo.

Podjechał w końcu jakiś bus, który zabrał nas kawałek dalej. K. roześmiana dyskutuje z kierowcą. W Radomierzu wysiadamy na ciasnym zakręcie i odkrywamy, że jesteśmy z powrotem na szlaku. Ale nie chce nam się iść, więc zatrzymujemy szkolny autobus i pakujemy się do środka. Na tym zakręcie znajdziemy się parę godzin później, domykając pętlę. Wspinamy się mozolnie na przełęcz pod Skopcem, zmęczone upałem i przypieczone na krucho. Im wyżej, tym piękniej, więc trochę się rozchmurzamy, szukając figlarnie ukrytego w krzakach szlaku. Na Skopcu znowu wspaniała skrzyneczka, a w niej - niezmierzone bogactwo! Podpaski, zapalniczka, czeskie cukierki z Krecikiem, gumy do żucia, chusteczki i oczywiście pieczątka. Postanawiamy dołożyć do zapalniczki dwa papierosy Vogue, a w zamian zjeść cukierki z Krecikiem. K. próbuje sobie przypomnieć składowe miłości według Sternberga, ale zawiesza się na intymności i zaangażowaniu. Parę dni później odkrywam, że brakowało namiętności, ale i tak nie zbiega się to z moją koncepcją. Bardzo prostą: czułość i zachwyt.

Schodzimy ze Skopca przez fantastyczne łąki. Z jednej podrywa się nakrapiane sarniątko i gna w stronę lasu. Otwierają się szeroko widoki, mijamy przeszkody do krossa usadowione na szczycie góry, a potem nas mija troje jeźdźców. Pewnie jadą tam skakać! - zachwyca się K., ale idziemy dalej, schodząc niżej i niżej. Łany rzepaku. Wodospady kwiecia. Wąchamy przepiękny purpurowy krzak wylewający się zza płotu, ja robię zdjęcia niemal wszystkim jabłoniom. Napotykamy komiczny przystanek z wsadzoną do środka wygodną kanapą. K. zanosi się ze śmiechu, tarzając po meblu, a ja sprawdzam rozkład jazdy. Jeden bus rano, drugi wieczorem. Rzeczywiście warto mieć na czym siedzieć, czekając. Wychodzimy na prostą drogę aż po horyzont, rozdzielającą morze rzepaku. Przed nami piękne, samotne drzewo na tle Sokolika i Krzyżnej. Jak z bajki! Słońce schodzi coraz niżej, oświetlając nam scenę polowania przez lisa na niewidocznego gryzonia, Animal Planet na żywo. W końcu między miękkimi krągłościami łąk docieramy do Trzcińska, gdzie się rozdzielamy, bo K. chce iść w górę niebieskim szlakiem, którym jeszcze nie szła. Leniwy Jogin nie daje się namówić i noga za nogą, robiąc zdjęcia, rusza do góry żółtym.

I tak byłam pierwsza w schronisku, he he.






1 komentarz:

  1. O matko i ja się uśmiałam z tej praktycznej informacji :D No też pytanie, tak jak się do szkoły idzie, swoją drogą od razu nasuwa mi się na myśl dialog ze starej polskiej komedii "Galimatias" - "Grabowo, Grabowo" :D

    OdpowiedzUsuń