poniedziałek, 12 lutego 2018

Green Velo Elbląg - Białystok dzień 6 - 8

Dzień 6 

Dnia szóstego wyprowadzamy rano rowery i żegnamy się z nieco zmartwionymi gospodarzami, bo od rana mżawka siecze pod ostrym kątem, a ciemne chmury pokrywają całe niebo. Przed nami fragment, który mimo swej ogromnej urody, wypruje ze mnie wszystkie flaki - minimalny, niezauważalny gołym okiem podjazd, który przez 30 kilometrów będzie się ciągnął od Grądów Węgorzewskich do Gołdapi. Deszcz niedługo ustaje, ale pozostawia po sobie kompletnie przemoczony piach na drodze, w którym opony rowerów buksują bezradnie, a pedałowanie przypomina obowiązki Syzyfa. Wokół nas piękne pola, Staszek dzwoni na nadjeżdżajacych z naprzeciwka rowerzystów z sakwami (zaczepia w ten sposób wszystkich na trasie), a ja czuję, że zaraz kopnę w kalendarz. Kiedy docieramy wreszcie do wspomnianego wcześniej dziwacznego MORu w czyimś ogrodzie, jestem głęboko przekonana, że moje męki sie skończyły. Krótka rozmowa z parą przemierzającą szlak w przeciwnym kierunku z Suwałk do Elbląga szybko rozwiewa moje szczęście: chłopak porównuje co dopiero przejechany przez nich odcinek do... jeżdżenia rowerem po Bieszczadach. I nie przesadzał specjalnie. 






Na razie wisi nad nami jakaś uporczywa burza, przed którą czym prędzej chcemy się schronić w Gołdapi, a i zjedzenie czegoś ciepłego też jest kuszące. Mijamy po prawej Piękną Górę z wyciągiem krzesełkowym oraz nieco tylko kuriozalną obrotową kawiarnią, ale na tle granatowych chmur szczyt nie wygląda zachęcająco. Prujemy dalej aż do miasta, deszcz dopada nas parkujących przed Lidlem i napychających kieszenie słodyczami. Wyciągamy kutki i kierujemy się do centrum. Kręcimy się chwilę w okolicach rynku, aż w końcu uznajemy, że nie mamy sił szukać dalej i instalujemy się w kontrowersyjnej urody restauracji Janczes na gołdapskim Placu Zwycięstwa. Obok drzwi dumnie wisi szyld z moim ulubionym, zapomnianym już słowem "Ciastkarnia", a wewnątrz lśni szklana lada z garmażerią żywcem wyjęta z lat '80. Cały ten anturaż mocno nas onieśmiela, więc wycofujemy się na ogródek, ale koniec końców dostajemy kawę i obiad, co czyni nas zupełnie usatysfakcjonowanymi. Gołdap jest rozległa i z pewnością warto by w niej spędzić więcej czasu, Green Velo omija w sporej odległości samo jezioro Gołdap i stworzone przy nim tężnie solankowe. My tylko robimy zapasy i ruszamy dalej: tego dnia czeka nas największa nasza przygoda, czyli nocleg na dziko w Stańczykach.








Przeczytałam jeszcze w domu, że teren prywatny wokół słynnych mostów w Stańczykach jest umiarkowanie przychylny tego typu pomysłom. Z drugiej strony, obrzeża Puszczy Rominckiej i bliskość granicy niespecjalnie nastawiały mnie pozytywnie do tego pomysłu - pod względem noclegów lubię być przede wszystkim legalna ;) Odpisałam kilka adresów w Pluszkiejmach, Rogajnach i Dubeninkach (tutejsze schronisko młodzieżowe jest trudne do zlokalizowania, chociaż jego adres jeszcze tuła się po internetach), ale jakoś siłą rozpędu, dotarłszy urokliwą, stareńką i naszpikowaną dziurami aleją zadaszoną koronami drzew i dość stromym zjazdem, meldujemy sie na parkingu w Stańczykach. 



 Tak, to ta aleja i te dziury.
  
Wstęp na mosty jest płatny. Porzucamy rowery z całym szpejem przy wejściu i podchodzimy do budki z biletami. Starszy sprzedawca od razu tytułuje mnie królewną (wyobrażacie sobie królewnę po 6 dniach na rowerze, w słońcu i deszczu, bez makijażu?), więc odparowuję, że każda królewna potrzebuje swojego zamku. Rycerz niepewnie stoi już za mną. Pan okazuje się bardzo miły i doradza nam rozbicie się na łące nieco poniżej parkingu. Dziękujemy i idziemy zwiedzać mosty.






Słońce po tym długim, deszczowym dniu zachodzi całkiem ładnie. Chwilę wahamy się, czy z namiotem nie wejść głębiej w las, ale ostatecznie rozbijamy się na świeżo wykoszonej łące. Jemy romantyczną kolację z widokiem na panoramę Stańczyków i wraz z zapadnięciem zmroku wczołgujemy sie do namiotu. Spaliśmy już dobre dwie godziny, kiedy nad swoją głową usłyszałam charakterystyczny, głuchy łomot tłustego bitu i warkot silnika. Pech chciał, że nasz nocleg na dziko wypadł dnia szóstego, czyli w sobotę. W sobotę parking przed zamkniętym już wejściem na mosty widocznie zamienia się w lokalny punkt spotkań, z braku knajpy w najbliższej okolicy. Śmiechy i muzyka napędziły mi dużego strachu, nie ukrywam tego, bo widmo konfrontacji naszej wątłej dwójki z podpitymi lokalsami to nie była najprzyjemniejsza rzecz. Zabawne, że Staszek nawet się nie obudził, kiedy ja warowałam ściskając scyzoryk w spoconej łapce, gotowa do samoobrony - może to i lepiej, bo przynajmniej stres jednemu z nas został oszczędzony. Imprezowicze albo nas nie widzieli, albo zignorowali ciemny namiot, bo po trzydziestu lub sześćdziesięciu minutach po prostu odjechali. Jak się domyślacie, nie wyspałam się za bardzo tej nocy i pierwszy w mojej karierze włóczęgi dziki nocleg nie zapisał się szczególnie kolorowo w mojej pamięci.


 MOR w Stańczykach

Dzień 7

Rano jednak budzimy się cali i nienaruszeni oczywiście - rowery przypięte do znaku wyżej też chyba nie zwróciły niczyjej uwagi. Zwijamy namiot i żegnamy naszą łączkę (ja z ulgą). Śniadanie jemy nieco wyżej, na pagórku w MORze w Stańczykach. Ten MOR też ewidentnie służy za przydrożny zajazd bynajmniej nie rowerzystom, sądząc po plamach i butelkach po piwie. Ruszamy dalej.






Szlak prowadzi nas przez piękne tereny skraju Puszczy Rominckiej. Gdzieniegdzie napotykamy pojedyncze domy i niewielkie przysiółki, przycupnięte nad brzegami niewielkich jeziorek. Kierujemy się w stronę trójstyku granic w Bolciach. Droga nieco mi się dłuży, bo jestem tego trójstyku piekielnie ciekawa - to troszkę cezura naszej podróży, wypadająca nieco po połowie dystansu, ale jest to jednocześnie drugi, po Nowej Pasłęce, najdalej wysunięty na północ punkt Velo. Z trójstyku szlak odbija niemal prosto na południe, co sprawia, że mam wrażenie, że od tego momentu jedziemy już prosto do domu. W Bolciach zatrzymujemy się na parkingu dla autokarów i samochodów osobowych, by zrobić zdjęcie przy słynnym znaku Green Velo. Jako rowerzyści możemy podjechać pod sam trójstyk, zmotoryzowni muszą podejść pieszo. Miejsce jest ciekawe, bo strony rosyjskiej nie wolno pod żadnym pozorem fotografować... Kawałek dalej widać zaparkowany samochód straży granicznej.




Przy pięknej pogodzie ruszamy dalej, w stronę Suwałk, gdzie tego dnia planujemy nocleg. Zaraz za trójstykiem czeka nas dość długi i uciążliwy fragment piaszczystej drogi, snującej się góra-dół po pagórkach, rozjeżdzonej przez ciężki sprzęt i wilgotnej od niedawnego deszczu, która trochę psuje nam humory. Dodatkowo, wjeżdżamy w najbardziej zaskakującą krainę geograficzną, którą nazwałam Górami Suwalskimi. Naprawdę! Z góry praży nas nielitościwe słońce, a pod osypujące się piaskowe góry rowery musimy wypchać. Otaczają nas przepiękne krajobrazy z jeziorami, ale komfort jazdy pozostawia wiele do życzenia. Z ulgą witamy asfalt, ale podjazdy tylko się powiększają. W swojej paroletniej intenswynej włóczędze rowerowej po Małopolsce uwielbiałam mierzyć się z podjazdami, ale z sakwami - to już nie jest takie zabawne. Na szczęście Staszek, który niespecjalnie dużo jeździ na rowerze, na całej trasie Velo okazał się świetnym "zającem": jechał z przodu i narzucał tempo. Może się to wydawać dziwne, ale jazda z przodu męczyła mnie bardziej niż trzymanie tempa Staszka, nawet jeżeli było większe, niż sama bym narzuciła. Sprawdziło się to niejednokrotnie, a zwłaszcza trakcie niekończących się, stromych podjazdów tuż przed Suwałkami. Staszek przeprowadził nas przez nie równym, mocnym tempem, oszczędzając mi sporo nerwów, zwłaszcza po nieprzespanej nocy.


Podlasie ziemniakami stoi!

Mijamy Jezioro Hańcza i przekraczmy rzekę Czarną Hańczę. Przed samymi Suwałkami teren nieco się uspokaja, za to sam wjazd do miasta zapamiętałam jako niekończący się pozornie odcinek ścieżki rowerowej wzdłuż blokowiska... Męczący. Ostatecznie chyba zjeżdzamy ze szlaku i już za pomocą nawigacji kierujemy się do Eurocampingu Suwałki, w którym tego dnia planujemy rozbić namiot. Camping jest nowoczesny i bardzo wygodny, przygotowany może bardziej z myślą o camperach (oczywiście nie opuszczały mnie wizje campera najeżdżającego na nasz mały namiot i miażdżącego nas śpiących w środku), zlokalizowany tuż przy stadionie. Natrafiliśmy na imprezę otwarcia mistrzostw w piłkę nożną dla dzieciaków, która na szczęście trwała krótko, ale dzięki temu przekonaliśmy się, że w czasie meczu hałas mógłby być uciążliwy. Na szczęście tego wieczoru nic nam już nie przeszkadza. Nowe i wygodne łazienki zachęcają nas do zrobienia większego prania, więc ostatecznie obwieszamy namiot mokrymi szmatami niczym smętnymi chorągwiami. Zasypiamy, otoczeni przez białe campery jak przez wielkie, łagodne psy.

Dzień 8

Następnego dnia rankiem ruszamy na podbój Suwałk. Poniedziałek rano w mieście powiatowym to chyba niekoniecznie jest najlepsza pora na śniadanie w kawiarni, większość otwarta jest dopiero później. Prowadząc dyskusje o naturze filozoficznej ostatecznie wciągam Staszka szczęśliwym trafem do ogrodu restauracji Rozmarino, której obrośnięte roślinami piętro kojarzy mi się nieco z oglądaną trzy miesiące wcześniej Szimpla Kert w Budapeszcie, oczywiście w skali mini. Wsuwam całkiem przyjemną pizzę, ale Staszek ponuro upiera się przy naleśnikach naprzeciwko, które koniec końców okazują się niewarte swojej ceny. Żałuję bardzo, że o tej porze resturacja tatarska "U Alika" była zamknięta...



Zabrane na wynos naleśniki planujemy zjeść w suwalskim MORze, który okazuje się... okropną, marną ławeczką przy wejściu na dworzec, przy ruchliwej drodze pełnej pędzących tirów. Chyba najgorszy MOR na przestrzeni tych siedmiuset kilometrów. Cóż, czas ruszać dalej - wkrótce opuszczamy miasto i wjeżdżamy w Wigierski Park Narodowy. 







Teren się wypłaszcza, prowadzi głównie lasami i tego dnia pokonujemy całkiem sporo kilometrów, zupełnie tego nie odczuwając. Droga sama leci pod kołami, a podczas skrótu, który robimy między Rosochatym Rogiem a Suchą Rzeczką, jesteśmy wręcz pijani radością leśnej jazdy. Jakbym w ogóle nie miała sakw! Oddychamy głęboko (przybysze z zaczadzonego Krakowa), zanurzeni w sosnową zieleń, co jakiś czas mijając w skupieniu powstańcze groby, których jest w lesie kilka. Krążę myślami wokół tych walk toczonych w opiekuńczych matecznikach, gdzie można było przepaść jak kamień w wodę.... 

W Suchej Rzeczce nagle dopada nas deszcz, szczęśliwym trafem dosłownie sto metrów przed zielonym parasolem zajazdu "U Lecha". Zaciekawieni, czy w ogóle jest otwarte, ładujemy się do środka. Okazuje się, że Zajazd ma certyfikat MPRu, ale zupełnie przypadkiem jest to pierwszy poniedziałek wakacji i pierwszy dzień, kiedy właściciel postanowił otworzyć zajazd w dzień powszedni (poza wakacjami zajazd może być czynny tylko w weekendy, czujcie się ostrzeżeni). Ponieważ i tak pada deszcz, i tak jesteśmy głodni, próbuję sie dowiedzieć, co można zjeść. Trafiamy w sam środek zamieszania - deszcz przygnał do zajazdu nie tylko nas, ale i kilka rodzin z dziećmi - i pierwszy raz tak długo, chyba ponad pół godziny, czekam w ogóle na odpowiedź właściciela, co jest w menu! Zmęczenie jednak uziemia mnie nad filiżanką kawy... i bardzo dobrze! Zamawiamy po jednej sztuce każdej potrawy regionalnej, jaka jeszcze została: dostajemy najlepszą babkę ziemniaczną, jaką jadłam dotychczas, kiszkę i kartacza, a Staszek wybiera jeszcze jeden litewski pieróg z soczewicą o nazwie kakor. Żałujemy, że nie są dostępne tajemnicze czenaki... Wszystko niesamowicie nam smakowało, i to nie tylko ze względu na daleką drogę za nami. KONIECZNIE odwiedźcie Zajazd "U Lecha" przejedżając przez tę część Green Velo, bo kuchnia regionalna tam podawana naprawdę jest przygotowywana z sercem! 



Wzmocnieni ruszamy dalej, poprzez sosnowe lasy kierując się do Augustowa. Przed Augustowem zachwycają nas łany, wprost łany, ogromnych czerwonych poziomek. Teoretycznie w parku krajobrazowym nie powinno się podjadać darów natury, ale sami rozumiecie... Przed samym Augustowem napotykamy jeszcze leżącego na drodze padalca, którego samodzielnie próbuję przeprowadzić na pobocze ścieżki, bo ruch rowerowy w tych okolicach już się mocno wzmaga. Mijający nas rowerzyści kiwają z ubolewaniem głowami nad szaloną osobą próbującą przepłoszyć padalca, który ani drgnie... Staszek z kolei nie może uwierzyć, że to jaszczurka, BO PRZECIEŻ NIE MA NÓG.




Pod sklepem w Augustowie urządzam małą awanturkę. Początkowo odpisałam adres campingu Necko, ale coś nie do końca podobały mi się oceny i opinie... Ostatecznie znajduję na Facebooku fanpage Leśnego Zakątka Kultury "Zdrowa Zośka", ze świetnymi ocenami i zachwyconymi opiniami gości. Staszek początkowo niechętnie zgadza się nadłożyć kilka kilometrów, ale był to absolutny strzał w dziesiątkę. To zaciszne pole namiotowe z barem/resturacyjką serwującą domowe jedzenie, prowadzone przez przesympatyczną panią Justynę - tego wieczora jesteśmy tam zupełnie sami z właścicielką. Sanitariaty są nowe, wszystko utrzymane w drewnianym, skandynawskim klimacie, a barek przypomina wręcz fajną hipsterską knajpkę. Wszystko jest dziełem pani Justyny, która organizuje też w Zakątku koncerty i różnego rodzaju kulturalne wydarzenia. Nazwa wzięła się stąd, że ośrodek znajduje się na przylądku... Goła Zośka, a wcześniej w tym miejscu przez wiele lat znajdował się ośrodek wynajmowany przez studentów medycyny. Na miejscu obowiązuje zakaz puszczania głośnej muzyki i zanim się oburzycie zapewniam, że to NAPRAWDĘ dobry pomysł: z drugiego brzegu dobiegają mnie słabe odgłosy mocno prostackiej imprezy. Staszek nawet nic nie słyszy. Jesteśmy tam tuż po nocy świętojańskiej, przy brzegu jeziora - schodki prowadzą wprost na pomost - bujają się na falach jeszcze porzucone wianki. Jemy romantyczną kolację na pomoście, mocząc nogi w różowo-oranżowej wodzie, obserwowani czujnie przez dwie namolne kaczki. Zachód słońca, twój ukochany i świeżo obrany zielony ogórek - czego można chcieć więcej? Dostajemy jeszcze możliwość urządzenia małego ogniska i kompletnie oczarowani Gołą... wróć, Zdrową Zośką, zasypiamy w naszym dwuosobowym rozkładanym apartamencie. Nie mogło być piękniej <3








niedziela, 11 lutego 2018

Green Velo Elbląg Białystok dzień 3 - 5

Dzień 3

Rano zwijamy swój domek pod czujnym okiem pasących się koni gospodarzy. Tuż przed wyruszeniem dogania nas niemiecki turysta, który jak okazało się, nocował w wynajętym w tym samym gospodarstwie pokoju. Od dłuższego już czasu przemierzał samotnie Europę na rowerze i tak właśnie zetknęliśmy się z nim rankiem trzeciego dnia na Velo. Ruszamy dalej rozmawiając o stanie dróg rowerowych w Polsce (niezadawalający). Rozstajemy się przy najbliższym MORze przed Pieniężnem, bo potrzebuję przepaku - niestety nasze ścieżki już się później nie przecięły. Ciekawe ile ostatecznie trwała jego niesamowita podróż? 





MORy, czyli Miejsca Obsługi Rowerzystów, to bardzo potrzebne przystanki na trasie Green Velo, rozmiaszczone średnio co około 10 kilometrów i dobrze oznaczone na mapach szlaku (piszę średnio, bo czasem jest ich znaczne zagęszczenie, innym razem wypatruje się ich z utęsknieniem). Zazwyczaj znajduje się w nich altanka, dzielnie chroniąca nas przed deszczem lub słońcem (to drugie bywa bardziej uciążliwe niż to pierwsze), kilka stojaków rowerowych do zacumowania roweru i stolików z ławami. W wersji premium otrzymujemy toi-toia ;) Każdy MOR będzie trochę inny, bo też trzeba wiedzieć, że każde województwo samo dbało i zagospodarowywało swój odcinek szlaku. Na odcinku Elbląg - Białystok najbardziej zapadły mi w pamięć MOR przed Gołdapią, stojący w czyimś ogrodzie (!), świetnie wyposażony i urokliwie obudowany drewnem MOR pośrodku niczego tuż przed trójstykiem granic w Bolciach i MOR przed Stańczykami, usadowiony fantastycznie na byłym nasypie kolejowym ponad bezkresnymi pastwiskami, z całkiem porządną wybrukowaną altaną, która moim zdaniem świetnie zmieściłaby nasz dwuosobowy namiot i w razie nagłej potrzeby nadała się na romantyczny nocleg na dziko (byle nie w czasie burzy!).

Gdy znowu ruszamy dalej, robię moje najulubieńsze zdjęcie ze szlaku, z niskimi chmurami przewiewanymi przez całkiem dziarski wiatr i samotnym drzewem (i samotnym Staszkiem).



Staszek, jako mieszczuch, nie mógł uwierzyć, że naprawdę sklep może być otwarty tylko kilka godzin dziennie. 


W Pieniężnie uzupełniamy zapasy i ruszamy w stronę Lidzbarka Warmińskiego, gdzie planujemy kolejny nocleg. Droga prowadzi nas nie tylko między polami, co ukochałam sobie całym sercem, ale powoli zaczyna nas też wprowadzać na bardzo charakterystyczne dla Green Velo odcinki poprowadzone nasypami kolejowymi. Zwłaszcza później, na Suwalszczyźnie, droga będzie nas wiodła wałem wznoszącym się ponad okoliczne łąki, często ze szlakiem ograniczonym świeżo postawionymi na potrzeby Velo zielonymi barierkami. Efekt jest zachwycający, ale ja częściej  markotnieję na myśl, jak wiele linii kolejowych zostało opuszczonych, zastąpionych przez smrodzące samochody i prywatne mikrobusy, a które to linie mogły służyć mieszkańcom do przyjaznego środowisku przemieszczania się pociągami regio. Wiem, nikt nie pała miłością do PKP, ale gdyby mogły tu powstać linie jakichś Kolei Warmińskich i Suwalskich, takich, jak linie Kolei Śląskich i Kolei Dolnośląskich, to pewnie chętnie by z nich korzystano. Ale to tylko moje smętne marzenia - po torach nie ma już nawet śladu.




Odcinek przed Górowem Iławieckim prowadzi nas przez podmokłe tereny, które grają niesamowitym dźwiękiem jakiejś tajemniczej istoty. Dźwięk jest rozgłośny, powtarzający się i mocno niepokojący, zafascynował nas od razu. Obstawialiśmy raczej jakiś nieznany rodzaj bagiennej sowy, jednak parę dni i sporo kilometrów później okazało się, że to jakiś płaz. Jeśli ktoś może mi podpowiedzieć, co to za żaba tak śpiewa, będę wdzięczna. Żabska kryły się gdzieś w rozlewiskach przyozdobionych malowniczo sterczącymi w górę gołymi, poschniętymi drzewami. W okolicy Górowa rozciągają się tereny Ostoi Warmińskiej, jednego z licznych obszarów Natura 2000, która pozwala chronić właśnie zwłaszcza rzadkie płazy i ptaki. 




Odcinek jest przepiękny, ale i dość długi, więc zdążyliśmy zdrowo zgłodnieć docierając do Górowa. Zaraz przy wjeździe Velo do miasta wpadamy na resturację "Róża Wiatrów", posiadającą status MPRa i gdzie nakarmiono nas niesamowicie. Porcje były gigantyczne, więc część trafiła do pudełka i została spożyta na kolację. Jeśli natraficie tam na zupę pomidorową na ostro z maleńkimi mięsnymi kuleczkami, zaklinam was, bierzcie to w ciemno <3 

Około 15 km na północ od Górowa znajduje się najbardziej bociania wieś w Polsce - Żywkowo. Bociany towarzyszyły nam na trasie w przemożnej ilości (jako przybysze z mało rolniczej Małopolski byliśmy ich obecnością totalnie zachwyceni), ale gdyby ktoś miał więcej czasu na Velo, to z pewnością warto odbić ze szlaku i ją odwiedzić. Drugą wioskę bocianią napotkamy jeszcze tuż przed Tykocinem. 

Ten bociek śledził skwapliwie traktor pracujący na polu.
 

Dalej kierujemy się w stronę Lidzbarka Warmińskiego, gdzie zakończymy trzeci dzień podróży. Oprócz oficjalnej strony Green Velo, w kwestii noclegów inspirowałam się mocno tym superprzydatnym wpisem na blogu Rowerowy kraj. W związku z tym w Lidzbarku zamierzaliśmy skorzystać z gościnności Domu Pielgrzyma... wszak pielgrzymowaliśmy bardzo dzielnie, tyle że na dwóch kołach ;) Tak jak i autorka wpisu, zjawiwszy się pod lidzbarską parafią, zostaliśmy zaprowadzeni nie do domu pielgrzyma jako takiego, ale do pokojów znajdujących się nad mieszkaniem księży. Pokoje są bardzo wygodne i z łazienkami, a dodatkowym smaczkiem był fakt, że oprócz nas nocowały tam jeszcze dwie inne pary rowerzystów, co zdradzały cztery rowery przypięte tuż przy wejściu! Następnego dnia na szlaku minęliśmy się z jedną parą "współspaczy".



 Łyna i część budynków przy kolegiacie z wikarówką, w której nocowaliśmy

Wieczorem jeszcze przeszliśmy się po Lidzbarku, a kobiety pracujące na parafii poleciły nam zobaczyć... cmentarz. Kolegiata św. Piotra i Pawła, przy której znaleźliśmy nocleg, jest pięknie położona w zakolu rzeki Łyny, a cmentarz miejski znajduję tuż obok na drugim brzegu. Jest wyjątkowy, ponieważ umiejscowiony na dość stromo wznoszącym się wzgórzu i ukształtowany na wzór Golgoty, ze stacjami drogi krzyżowej umieszczony prowadzącymi do końcowego ukrzyżowania i ołtarza - nieco niżej znajduje się Grób Pański. Wiem, że to może nie brzmi jak topowa atrakcja turystyczna, ale naprawdę warto to zobaczyć.

Dzień 4

Po wyśmienitym noclegu rano robimy zakupy i okrążając Zamek Biskupów Warmińskich ruszamy dalej. Niestety nie zatrzymujemy się w Stoczku Klasztornym, by obejrzeć - jak się łatwo domyślić - klasztor, jedziemy dalej. Kolejny przystanek to Bartoszyce, gdzie zatrzymujemy się na obiad. Na rynku wpadamy do fajnej, nowej i tłumnie odwiedzanej przez lokalsów jadłodajni Pełny Gar (polecamy!), gdzie pierwszy raz udaje mi się dorwać wymarzonego kartacza. Pogoda jest kapitalna, a miasteczko naprawdę sympatyczne, dlatego prażymy się chętnie na ławeczce w centrum (ochładzam się wbiegając pod sponsorowaną przez miasto kurtynkę wodną, dziękuję Bartoszyce!) oraz ucinamy sobie pogawędkę z panią, która zainteresowała się naszą dwójką rowerowych włóczęgów i opowiedziała o własnych, godnych podziwu wyprawach rowerowych w okolicy Warszawy. Chcę jeszcze zobaczyć w Bartoszycach słynne pogańskie Kamienne Baby. Dobrze zaopatrzeni ruszamy dalej, ładnie przeprowadzonym przez miasto szlakiem. Bartoszyce zapamiętałam jako jedno najfajniejszych miast na szlaku, bardzo ruchliwe, gwarne, pełne życia.


 Fragment szlaku poprowadzony przez park w Bartoszycach

Za Bartoszycami w Krawczykach robimy kolejny z zaznaczonych na naszej mapce z pierwszego postu skrótów. To jednak dobry wybór, bo tego dnia czeka nas mocne odbicie za szlaku. Po odmierzeniu standardowych siedemdziesięciu kilometrów w okolicach Sępopola i Korszy nie objawił mi się żaden interesujący nocleg. Mogliśmy próbować jechać w ciemno i szukać agroturystyki czy wręcz motelu przy drodze, ale jako że okolica nie wydawała mi się specjalnie turystycznie popularna, postanowiłam zadzwonić do znalezionego wcześniej schroniska młodzieżowego w Reszlu, oddalonego od GV o około 17 kilometerów. W Korszach zatrzymujemy się więc w poszukiwaniu apteki (po 17:00 w małej miejscowości to nie lada wyczyn ;) ), i kiedy Staszek poszukuje medykamentów, ja przeżywam spotkanie pierwszego stopnia z ogromnym robalskiem. Znaczy ćmą. A potem z pijanym żulem ;) Pogoda nieco się psuje, a przed nami jak się okazuje długi i dość stromy podjazd do Reszla, ale ostatecznie docieramy tam bez przeszkód.

Przystanek Korsze





Schroniska młodzieżowe to kolejna inspiracja z posta "Rowerowy kraj". O ile na obiadach i innych prowiantach w ogóle nie oszczędzaliśmy (właściwie mówiąc szczerze byłam ciągle wściekle głodna!), to noclegi planowaliśmy opędzać jak najtańszym kosztem. Stąd namiot i raczej unikanie pokojów w agroturystykach. Ostatecznie rozpiętość naszych cen wahała się od 0 zł do 55 zł, co uważam za świetny wynik, z całkiem dużą częścią noclegów poniżej 25 zł.  Jedyne, co mi umknęło, jeśli chodzi o schroniska młodzieżowe, to fakt, że są one czynne zwykle po zakończeniu roku szkolnego (autorka "Rowerowego kraju" podróżowała w czasie szkolnych wakacji). W Reszlu zjawiliśmy się w przedzień zakończenia nauki. Na szczęście dyrekcja szkoły pozwoliła nam wyjątkowo zanocować, mimo że w budynku internatu wciąż urzędowała młodzież. Zapewne przeważył fakt, że było nas tylko dwoje i nie wydawaliśmy się stwarzać zagrożenia pijaństwem i imprezowaniem. Jesteśmy do dzisiaj bardzo wdzięczni! 

Jeszcze w Bartoszycach, w cukierni z bardzo smacznymi ciastkami, polecono nam z ogromnym przekonaniem pizzerię Feniks w Reszlu jako must-see and must-try ;) Postanowiliśmy oczywiście to sprawdzić. Pizza jest tam raczej amerykańska niż włoska, ale obsługa przesympatyczna, a lokal cieszy się naprawdę dużym powodzeniem wśród lokalsów (zresztą sami zobaczcie, jakie ma wysokie oceny na Facebooku, na moment, kiedy to piszę, to 4,9!). Skosztowaliśmy oczywiście pizzy reszelskiej! Porcje były tak słuszne, że starczyło nam jeszcze na dekadenckie śniadanie dnia kolejnego. Alternatywnie możecie skorzystać z restauracji na reszelskim zamku, która tego dnia chwaliła się wykwintnym daniem złożonym z młodych ziemniaków, jajka i zsiadłego mleka za dość kontrowersyjną cenę... Testujecie na własne ryzyko ;) Poza tym jest też w Reszlu kilka  kawiarni. Niestety nie mieliśmy okazji wleźć na wieżę (uwielbiam wieże widokowe!), czego bardzo żałuję!





Dzień 5

A dobre wsparcie w postaci śniadania mistrzów się przydało. Kolejny dzień niestety przywitał nas deszczem. Oszczędzę wam zdjęcia Staszka w niebieskiej foliowej pelerynce pod kolor oczu (albo raczej Staszkowi tego oszczędzę). Mimo niesprzyjających warunków chciałam pojechać i zobaczyć sanktuarium w Świętej Lipce, skoro byliśmy już tak blisko. Tego dnia mieliśmy zamiar dotrzeć do szlaku dopiero w Srokowie przed Węgorzewem. Korzystając z nawigacji satelitarnej, przez deszczowy las przedostaliśmy się do Sanktuarium szlakiem Camino de Santiago (tak! szlaków oznaczonych słynnymi muszelkami św. Jakuba jest bardzo dużo w całej Europie, a jak widać także na północy naszego kraju). Sam kościół zdążyliśmy obejrzeć błyskawicznie w pięć minut przed rozpoczynającą się mszą (zwiedzanie w trakcie nabożeństw jest zawsze co najmniej niemile widziane), obeszliśmy jeszcze krużganki i ponieważ deszcz się wzmagał, zadekowaliśmy się w kawiarence przy parkingu na pierwszą tego dnia kawę. Akurat trafiliśmy na moment dostarczenia domowych ciast, więc sami rozumiecie. 





Deszcz powoli się skończył, a my pod zachmurzonym niebiem kierowaliśmy się dalej, przejeżdżąjąc przez Kętrzyn. Odcinek poza szlakiem Velo nie nastręczył nam żadnych problemów. Do Srokowa nad jeziorem Rydzówka dotarliśmy już jednak mocno głodni. W samym miasteczku o ciekawym rynku z ratuszem niestety nie znaleźliśmy ani jednej jadłodajni, ale domyśliliśmy się, że dalej, przy rekreacyjnych terenach nad jeziorem, coś znaleźć się musi. I rzeczywiście, w Leśniewie przy drodze znajduje się smażalnia "Grochówka" cała w stylu nadmorskiej tawerny, znajdziecie ją też na stronie Green Velo. Urzekła nas drewniana wieża, na której górnym piętrze spożyliśmy nasze smażone ryby. Podczas posiłku próbowałam znaleźć nam nocleg w Węgorzewie. Już w Świętej Lipce okazało się, że w węgorzewskim schronisku młodzieżowym w dniu zakończenia roku nie będzie nikogo, a od początku następnego tygodnia schronisko służy tylko grupom. Kiedy w internetowej wyszukiwarce zobaczyłam nazwę "Zielone Wzgórze" i pełne zachwytów opinie, uparłam się, żeby zrobić wyjątek od naszego budżetu i szarpnąć się na agroturystykę. Nie mogliśmy lepiej trafić!

Kętrzyn



Urzekające Srokowo





Węgorzewo rozczarowuje nas brakiem architektonicznego uroku (zamek krzyżacki był w całości przykryty foliami z powodu remontu i otoczony blachą), sytuację ratują nieco gofry. W przeciwieństwie do miasta, gdy tylko zrobiliśmy zakupy i wyjechaliśmy nieco poza zabudowania, okazało się, że fragment szlaku za Węgorzewem to absolutna bajka. 10 kilometrów dzielące nas od Grądów Węgorzewskich, gdzie znajduje się agroturystyka "Zielone wzgórze", to jazda przez piękny las i cudowne pastwiska szeroką, szutrową drogą. Słońce wyszło zza chmur i byliśmy świadkami cudownego zachodu. To właśnie tam obserwowaliśmy dwa dokazujące na łące o złotej godzinie zające, a kawałek dalej na jednym, skoszonym pastwisku, naliczyliśmy 28 bocianów. W czerwcu to na pewno nie był jeszcze czas na bocianie sejmiki! Odbiliśmy nieco ze szlaku do "Zielonego wzgórza" i ten wieczór stał się jeszcze piękniejszy.








Uwierzcie mi na słowo, że Staszek fotografuje 28 bocianów

Wyobraźcie sobie dom nad stawem pośród nieskończonych łąk. Właściwie nie powinnam wam mówić o tym miejscu, tylko zachować je dla siebie, bo kto tam raz pojechał, z pewnością będzie chciał wrócić! Przemili, przesympatyczni właściciele przyjęli nas bardzo serdecznie, mimo tego, że byliśmy tylko przejazdem na jedną noc, co zawsze jest trochę kłopotliwe (cena za noc jest niższa przy dłuższych pobytach). Oprócz pokoi w osobnym domu dla gości znajduje się sala z kominkiem, który dla nas rozpalono (wysuszenie mokrych elementów odzieży było bezcenne tego wieczora!), a w dodatku zostaliśmy zaopatrzeni w kapoki i wysłani na rejs łódką po stawie. Ja i Staszek, szczury absolutnie lądowe ledwo umiejące pływać, piszczeliśmy z zachwytu i ze strachu, pływając najpierw tratwą, a potem łódką po metrowej głębokości stawie. Naprawdę, nie można nam chyba było sprawić większej frajdy! Wszystko to pod różowym niebem, w pięknym ogrodzie "Zielonego wzgórza". I to tam, na sekretnej wyspie, wreszcze odkryliśmy tajemnicę dziwnych stworzeń sprzed Górowa Iławieckiego i wyjaśniło się, że ten miarowy zaśpiew wydają z siebie żaby. To znaczy tak przypuszczamy...

Nocleg dnia piątego to najdroższy, ale chyba najfajniejszy wieczór na Green Velo - choć "Zdrowa Zośka" z Augustowa jest tuż za nim. Tymczasem zobaczcie zdjęcia: