sobota, 5 sierpnia 2017

I Speak Because I Can


Jedziemy poprzez wielkie chmury: niebo wydrukowane w nieregularny, lecz monumentalny wzór fluorescencyjnych różów i oranżów na zgaszonym, gołębim tle. Burza stoi obok, fontanna tryskająca w dół. Wokół mnie wszystko płynie: pasma pól ciągną się i plotą, w Rzeszowie patrzę na tańczący aztecki wzór przezroczystych płyt ekranów wokół autostrady: wąż wznosi się i opada, a jego kolor to zachodzące na różano słońce. Potem ciemność przecinana światłami samochodów i tym razem niekończące się pionowe podziały smukłych, tonących w czerni drzew, jak wąskie słowiańskie kolumny.

Potem Lublin, który już praży - wyrywamy poza miasto skacząc przez pagórki, przez tematy w rozmowie, otwierają się przed nami pola zupełnie wysuszone już na złoto. Żniwa blisko. Niebo ma odcień pastelowy od upału - na moich zdjęciach zbieleje na kość. Dopiero zauważam, że jarzębina dojrzała już do szczętu, a przecież trwa jeszcze lipiec! Lato przechyliło się już ku jesieni, czułam to już, gdy z S. przemierzaliśmy szlak na północy kraju. Wtedy jeszcze liście miały kolor życia, teraz już są sztywne. Znacie to, a może jeszcze nie zauważyliście, jak krótko trwa tu lato? Mały dom pośród tych pasów zieleni, złota i hebanu, jak na ludowym fartuchu... W środku cisza i śpiew. Tak, to brzmi jednocześnie, kiedy słuchamy pieśni o wiele starszych niż my.

A wieczorem karnawał. Wybiegamy na zatłoczone ulice i lubelacy zamieniąją się w szalonych, wściekłych przewodników - wymachują ramionami na wszystkie strony, a nam głowy kręcą się jak na śrubkach. Wszystko jest historią, przed naszymi oczami migają magowie, poeci i całkiem współcześni przyjaciele. Płyniemy przez ciasno utkany tłum lubelskimi bramami w kolorach tęczy - "Zawsze tu tak macie?" - śmieję się do P., a on już zagarnia nas jak stado kurcząt i gna na plac Ku Farze. Tam przestrzeń uporządkowano i poprzecinano metalowymi, geometrycznymi podziałami, od których równości aż mnie bolą zęby. Tak silnie mi wibruje ta opięta metalem przestrzeń, jakby fara wciągała w siebie materię, by się na nowo stworzyć. Jakby już na naszych oczach miała zaraz stanąć tu od nowa. Ale już trzeba nam dalej, Brama Grodzka wypluwa nas pod zamek i spływamy w dół miękko po schodach (o dziwo nie gubiąc się nawzajem), a nad głowami tłumu wirują wysoko akrobaci na płonącej kuli. Mam łzy w oczach, jacy oni maleńcy i jak wysoko, i wiem przecież, że są poprzywiązywani do kuli na wszystko najnowocześniejsze sposoby, ale i tak się boję, że zaraz oderwą się i pofruną... w górę, na zawsze! Spada nam na głowy złote konfetti jak odłamki szkła. Opowieści o wszystkich religiach tego miasta, Rzymu wschodu, który jak Rzym na siedmiu stoi wzgórzach i przysięgam, do którego zdają się prowadzić wszystkie wschodnie drogi. Schody, bramy, schody, bramy, czy to jest Paryż, czy krakowskie Podgórze? Dotykamy z czcią murów, kiedy K. mówi o piwnicach sięgających pięć kondygnacji w dół. Jak już miniemy Żmigród, będziemy siedzieć na przypadkowych schodach i po północy śpiewać ludziom pieśni od pani Janiny. Zakończymy na placu Litewskim, od którego zaczęła się opowieść K. o Lu - na drewnianych dechach placu dziewczyny nagle obejmują się i zaczynają wirować w takt słyszanej tylko we własnych sercach muzyki, ciasno przytulone, policzek przy policzku, pełne skupienie.

Następnego dnia śniadanie jemy w tajemniczym ogrodzie kamienicy, gdzie znowu wiele opowieści, przypadkowych cenny spotkań - a potem ruszamy w Las. Naszym kolejnym celem są pieśni leśne, a czy może być coś piękniejszego niż pieśni i las razem? Siedzimy w kole, krążą między nami butelki, słodycze i owoce, a nad nami maszerują obrazy z Kurpii, podróżujemy w czasie i przestrzeni. Dyktafon niezauważony wyłącza się w połowie spotkania, a więc efemeryczność, co tu się wydarzyło, musi zostać w nas.

A na koniec uściski między zielonymi jabłkami, a ciężkimi, kładącymi się od upału kłosami. Było pięknie aż do utraty sił. 






środa, 19 lipca 2017

Sing into my mouth

Znalazłam dziś, właśnie teraz. Szarpałam kopertę drżącymi rękami. Bo drżą mi ręce ze strachu.

Koperta zaadresowana: Otworzyć 27 lutego 2017

Chrzanów, 27 luty 2007

...Więc jeżeli ten list kiedykolwiek zostanie odnaleziony, otwarty i przeczytany, to już będzie oznaczać, że zachowałam na tyle wyobraźni i wrażliwości, żeby o niego zadbać. Nie zapomnieć, nie zgubić, nie wyrzucić. I czy dalej świat jest taki interesujący? Czy dalej jest taki przerażający? Brutalny? Czy jest ktoś, kto jest dla mnie sensem?
Bo stoję już na skraju. Na zakręcie. Ja dalej nie wiem. Tu dookoła jest nadzwyczajna cisza, piszę. Większość z nich ma plany. Ja nie. Bo nie ma sił? Nie ma celu? To były lata mroczne... I mogły być lepsze. Wiem. 
Ale ja dalej nie wiem, co będzie. To Ty mi musisz na to odpowiedzieć. Czy w końcu przestałaś się bać? Co zrobiłaś potem? Dlaczego? A może już wiesz, czemu dotychczas tak było? Jak z perspektywy wygląda ten czas, który wciąż dla mnie jest ciężarem? A co było z przyjaciółmi, co się z nimi stało, co oni robią?
Piszę na cudzej kartce, niedopasowanej do cudzej koperty. Znak tego okresu. Czy w końcu zaczęłam sama dobierać kolory, fasony, drogi, towarzystwo? Czy zaczyna się czas własnych decyzji? I czy uważasz te 10 lat za zmarnowane? Dalej chcesz to skończyć? Uciec? Masz dom? Czy jesteś malarzem?

Czy jesteś szczęśliwa?





Dziś nie chcę na to odpowiadać     

wtorek, 27 września 2016

W moim brzuchu jest żarłoczne zwierzątko, zjadło mi już nogi

Już od dobrych paru dni światło pada rano pod wzruszającym kątem. Jest nieprzejrzyste, lekko zamglone, ale wyraziste w smaku: krystalicznie chłodne. Rano na rowerze marznę mocno, ale jazda jesienią sprawia o wiele większą przyjemność.

Czytam patologicznie dużo, właściwie nie chcę wychodzić. Wyhamowałam. Szukam ciepłych miejsc. Przybrałam na wadze, więc ruch mnie męczy, gwar, szum. Nie chcę rozmawiać. Nagromadziłam wystarczająco dużo siebie. Mam nadmiar duszy, po co mi jeszcze ktoś chce wcisnąć swoją.

Jak z własną sobie trudno poradzić.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Roads

Znajduję zdjęcie sprzed czterech lat. Ktoś przypadkiem przydybał mnie, pochyloną nad aparatem, czujnie obserwującą chmarę rowerzystów, skupioną, w rowerowych rękawiczkach, gotową do skoku. Po karku biegną cieniutkie nitki długich warkoczyków, które nosiłam splecione tuż przy linii włosów. Kim byłam wtedy.

Pstryk.

I wiele zmienia się i nie zmienia, wtedy biegam dziennie po dziesięć kilometrów i nie rozstaję się z rowerem; jestem chuda, wściekła i głodna, i uwierzcie mi, dopiero się rozkręcam; od dłuższego już czasu szczotkuję swoje długie włosy i trenuję niezniszczalność. Trwa rok Smoka. S. mieszka wtedy wciąż trzysta kilometrów na północ i nie ma pojęcia, że niedługo wywróci sobie życie do góry nogami. Ja też nie wiem, że kolejnym krokiem będzie fantastyczna podróż pełna muzyki i światła, a dalej będzie już tylko lepiej. W końcu uważam, że bycie dorosłym jest o wiele przyjemniejsze, niż być od innych zależnym.

Pstryk.


Jesienią celująco zdobywam wykształcenie wyższe pełne i czuję, jak z życia odpływają mi ludzie i miejsca. Robią miejsce na nowych. Którzy przypływają i odpływają. Czasem gwałtownie. Czasem na zawsze. Czasem rzeczy naprawdę rozgrywają się jak w filmie: moje życie rozjeżdża wielka ciężarówka i wybija mnie z toru, po którym się poruszałam; wystrzelam w powietrze lekko jak odbita piłka. Spadam.

Pstryk.


I jeśli ktoś mógłby pomyśleć, że to czarna dziura, która niczego nie tworzy, to jednak było inaczej. W y o s t r z a m wszystkie zmysły jak brzytwy i otwieram się jak dziwaczny kwiat. Uczę się smakować tak, by aż bolały zęby. Kończy się rok Smoka, ale machina raz uruchomiona powoli toczy się dalej. Każdemu życzę otwarcia, choć przecież nie w taki sposób.


Pstryk.


I wiele się zmienia i nie zmienia od smoczego roku przełomu. Dalej robię zdjęcia i nie rozstaję się z rowerem. Włóczę się coraz więcej i wiem, że nie ma nic złego w samotnej wędrówce. Dużo biegam, dopóki nie rozwalę kolana. Ale zdarzenia, miejsca i ludzie dalej przepływają, przynosząc fala za falą swoje myśli, dźwięki, widoki... To jest jak iść szlakiem przez góry. Bywa, że ktoś dołącza na dłużej.


Pstryk. Pstryk. Pstryk.


I zbieram w sobie te różne historie, które opowiadam czasami bez końca, aż sama siebie się wstydzę, że wylewają się ze mnie jak rzeka. Patrzę na siebie sprzed czterech lat i wiem, że nie wymyśliłabym tego, kim jestem dzisiaj. Co robię. Jak wiele rzeczy się splotło na ten mój nędzny sznurek, nić, którą łapię centymetr po centymetrze i która dokądś musi prowadzić. Ale jest dobrze. Jest dobrze, psiakrew, a kto powie, że nie... To go pstryk.

czwartek, 19 maja 2016

Heartbeats

Następnego dnia rano, ledwo wyszłam z naszego apartamentu pod lipą, natknęłam się od razu na K. zawierającą znajomości z panami obsługującymi kosiarki spalinowe na parkingu schroniska. Nieco zdziwiło mnie, że w tym parku krajobrazowym ktoś zadaje sobie trud przystrzygania trawy w równe dywany, ale widocznie jakość liczy się wszędzie i  ze spokojem obserwowałam K., zanoszącą się śmiechem podczas koszenia dywanów. Po śniadaniu i dokonaniu niezbędnej dokumentacji fotograficznej ruszyłyśmy najpierw na rozgrzewkę na Sokolik. Skała ukryta w kosmatym lesie. Dwa lata temu szłam na nią bardzo nabożnie, jakbym spodziewała się nie wiadomo co cennego tam spotkać. Nie wiedząc jeszcze, że co cenne, to siedzi w Krakowie i pochodzi z Radomia.

Na Sokolik prowadzą strome, żeliwne schody, a z górnej platformy widać cały świat. Nie bujam! Po jednej stronie masz Szrenicę, Śnieżkę i Śnieżne Kotły. Po drugiej Jelenią. A z trzeciej - Miedziankę! Tam też tego dnia wiodły nasze ścieżki, ale jak zwykle, litościwy los poplątał je mądrze i czule. Zaczęło się od tego, że oczywiście poprowadziłam źle i niepotrzebnie wróciłyśmy do Szwajcarki, by iść dalej niebieskim szlakiem.  To był już trzeci przypadek zgubienia w ciągu sześciu dni! Ustanawiałam rekordy. Okazało się, że jesteśmy nie w drodze do Trzcińska, tylko Janowic Wielkich, czego należało się spodziewać, jeżeli choć raz dotarło się do Szwajcarki. K. przyjęła ze spokojem przymusową zmianę kierunku, uspokojona wiadomością, że trafimy na zamek. Tuż pod zamkiem Bolczów spotkałyśmy trójkę wesołych emerytów, którzy od razu zaczęli przezywać nas maturzystkami. Jako klasyczna rozbijaczka złudzeń natychmiast stęknęłam, że po maturze jestem już lat dziesięć, ale od razu dodałam pogodniej, że każdego maja myślę o tym z radością. Jeden ze staruszków pochwalił się swoim wynikiem i kokieteryjnie zaznaczył, że przecież nie wygląda. Wyglądał za to jak krasnal Hałabała, czym oczywiście z miejsca podbił me serce, ale czego nie odważyłam się mu powiedzieć. Jestem też głęboko przekonana, że jeżeli S. będzie dane dożyć tak czcigodnego wieku, będzie wyglądał dokładnie tak samo, łącznie z czerwoną czapeczką z daszkiem. Zaczęli wypytywać nas o plany i na wieść o chęci zdobycia Skopca wyraźnie spochmurnieli. Poradzili nam, by zamiast pchać się na Skopiec z Janowic pieszo, złapać busa do Komarna i stamtąd podejść z pętli niewiele do góry. Ponieważ Leniwy Jogin królował już we mnie niepodzielnie, pomimo początkowej buty coraz cieplej myślałam o krótkim podejściu. Emeryci zrobili sobie z nami zdjęcie (atrakcja!) i ruszyli w dół, a my wspięłyśmy się na ruiny zamku, rzucając okiem na królową Śnieżkę. Gadając jak nakręcone zeszłyśmy do Janowa, by szybko uzupełnić kalorie. Tam też odbyłam swój najciekawszy dialog podróżny potwierdzający, że jednak warto było wynaleźć nawigację GPS:
- Przepraszam, jak dojść do przystanku Janowice Wielkie Szkoła?
- Prosto, a potem za stacją w prawo, no tak jak się do szkoły idzie! - odparła pogodnie i pewnie kobieta, wprawiając w K. atak niepowstrzymanego śmiechu, który trzymał ją prawie trzy dni.

Kusiło mnie, by za wskazówkami kobiety podążyć od razu, ale K. zaoponowała, że jest głodna i jednak priorytet powinien mieć browar w Miedziance. Z trudem odwróciłam swoje myśli od celu (Skopca) i zaczęłam brnąć pod górę opowiadając zapewne szeroko o Filipie Springerze, kiedy to nagle K. szybkim jak wąż ruchem wystawiła kciuka za moim plecakiem (za moimi plecami!) i już zatrzymała się dla nas młoda, elegancko ubrana kobieta w małym samochodzie. Nie miałyśmy pojęcia, że jazda stopem do Miedzianki potrwa dokładnie 2 minuty. Kobieta powiedziała tylko "to blisko" i już stałyśmy oniemiałe przed jasnym, nowoczesnym budynkiem. Po przedostaniu się tu przez góry,  ze skromnym śniadaniem, byłyśmy głodne jak wilki. K. wymarzyła sobie pieczoną golonkę i dostała ją. Trzeba było widzieć jej szczęście! Mnie aż roznosiło po tarasie, bo oto byłam w swoim miejscu pielgrzymkowym, z widokiem na "cycki", prażona słońcem, z plecakiem, lekka i wolna. Spędziłyśmy tam całkiem długie dwie godziny, kurząc papierochy i debatując, jakie piwa wynieść w plecakach. Niestety wizja transportowania łupów na Skopiec i do Szwajcarki nie sprzyjała piwnemu haulowi. Ostatecznie Mniszek, Wołek, Cycuch i Rudawskie padły. N a p r a w d ę planowałam dowieźć któreś z nich do Krakowie i z u p e ł n i e nie wiem, co się z nimi stało!

Po opędzlowaniu pierogów łomnickich i wspomnianej wybornej golonki ruszyłyśmy dalej, łapiąc stopa na kolejne dwie minuty zjazdu do Janowic. Podwożący nas mężczyzna świetnie wczuł się w rolę cicero Doliny Pałaców i Ogrodów, ale nie skorzystałyśmy z możliwości dowozu do Trzcińska. Czekał nas jeszcze Skopiec. Stanęłyśmy na znalezionym ostatecznie przystanku Janowice Wielkie Szkoła, który znajdował się przy szkole oraz równocześnie przy ośrodku pomocy społecznej. I bum! - zderzenie naszej roześmianej, dwuosobowej drużyny dyskutującej zawzięcie ceny skupu ślimaka winniczka (3 złote za kilogram), a po drugiej stronie płotu ciekawe, uporczywe spojrzenia z kompletnie innego świata. Bezradność i dzikość zarazem. Niby brałam udział w rozmowie o kurach nioskach sprzedawanych w remizie, lecz w rzeczywistości patrzyłam wgłąb siebie szukając elementu, który zadecydował o tym, że nie stoję za zamkniętym ogrodzeniem. K. podążyła za moim spojrzeniem. K. kończy psychologię i wie, jak bywa za takimi płotami. 

Nie znalazłam powodu. Przypadek. Że ja z plecakiem, a oni tam. Moment. Okamgnienie. Błogosławieństwo.

Podjechał w końcu jakiś bus, który zabrał nas kawałek dalej. K. roześmiana dyskutuje z kierowcą. W Radomierzu wysiadamy na ciasnym zakręcie i odkrywamy, że jesteśmy z powrotem na szlaku. Ale nie chce nam się iść, więc zatrzymujemy szkolny autobus i pakujemy się do środka. Na tym zakręcie znajdziemy się parę godzin później, domykając pętlę. Wspinamy się mozolnie na przełęcz pod Skopcem, zmęczone upałem i przypieczone na krucho. Im wyżej, tym piękniej, więc trochę się rozchmurzamy, szukając figlarnie ukrytego w krzakach szlaku. Na Skopcu znowu wspaniała skrzyneczka, a w niej - niezmierzone bogactwo! Podpaski, zapalniczka, czeskie cukierki z Krecikiem, gumy do żucia, chusteczki i oczywiście pieczątka. Postanawiamy dołożyć do zapalniczki dwa papierosy Vogue, a w zamian zjeść cukierki z Krecikiem. K. próbuje sobie przypomnieć składowe miłości według Sternberga, ale zawiesza się na intymności i zaangażowaniu. Parę dni później odkrywam, że brakowało namiętności, ale i tak nie zbiega się to z moją koncepcją. Bardzo prostą: czułość i zachwyt.

Schodzimy ze Skopca przez fantastyczne łąki. Z jednej podrywa się nakrapiane sarniątko i gna w stronę lasu. Otwierają się szeroko widoki, mijamy przeszkody do krossa usadowione na szczycie góry, a potem nas mija troje jeźdźców. Pewnie jadą tam skakać! - zachwyca się K., ale idziemy dalej, schodząc niżej i niżej. Łany rzepaku. Wodospady kwiecia. Wąchamy przepiękny purpurowy krzak wylewający się zza płotu, ja robię zdjęcia niemal wszystkim jabłoniom. Napotykamy komiczny przystanek z wsadzoną do środka wygodną kanapą. K. zanosi się ze śmiechu, tarzając po meblu, a ja sprawdzam rozkład jazdy. Jeden bus rano, drugi wieczorem. Rzeczywiście warto mieć na czym siedzieć, czekając. Wychodzimy na prostą drogę aż po horyzont, rozdzielającą morze rzepaku. Przed nami piękne, samotne drzewo na tle Sokolika i Krzyżnej. Jak z bajki! Słońce schodzi coraz niżej, oświetlając nam scenę polowania przez lisa na niewidocznego gryzonia, Animal Planet na żywo. W końcu między miękkimi krągłościami łąk docieramy do Trzcińska, gdzie się rozdzielamy, bo K. chce iść w górę niebieskim szlakiem, którym jeszcze nie szła. Leniwy Jogin nie daje się namówić i noga za nogą, robiąc zdjęcia, rusza do góry żółtym.

I tak byłam pierwsza w schronisku, he he.






środa, 18 maja 2016

Divers

Czwartego dnia rano usiłuję zapłacić, ale nie zastaję moich gospodarzy, tylko ich małoletniego syna, któremu zostawiam pieniądze, i ruszam na przystanek, by złapać coś do Kłodzka. Syn gospodarzy pojawia się zresztą na przystanku dziesięć minut po mnie. Gratuluję sobie refleksu i dzwonię jeszcze odmeldować się. Wsiadam do kołyszącego PKSu i w licznym gronie bardzo starych emerytów docieram do Kłodzka, gdzie pijąc kawę wynajmuję pokój. Gratuluję sobie refleksu i tego, że nie muszę się wspinać na Kłodzką Górę z całym szpejem. Bardzo gadatliwa właścicielka w pięć minut opowiada mi całe swoje życie, ale w końcu ruszam mozolnie na szlak. Powyżej Kłodzka nie spotykam już absolutnie nikogo. Ostatnich ludzi widzę na Kukułce. Równo osiem tysięcy poniżej szczytu Everestu, a jednak jak pięknie! Ponieważ od wczoraj już oficjalnie jestem leniwym joginem, idę powoli, przystając na papierosa, podziwianie widoków i opatrywanie pokruszonych stóp. I tak ostatecznie włażę na tę Kłodzką Górę. Bo jak inaczej. Na szczycie znajduję bardzo interesującą skrzyneczkę z pieczątką z opisem Kłodzkiej, a także białkowym batonikiem, który zostawiam w spokoju, bo mam swoje. Może będzie ktoś bardziej potrzebujący. Siadam na pniu i zanurzam się w telefonie, aż do momentu, kiedy nie słyszę wyraźnie kroków dwunożnej istoty w krzakach. Przysięgam, dwunożnej, a niech mnie! I to dwunożne zbliżało się do mnie. Przytaiłam się na pniu, wytężając wzrok, ale nie przebiłam zwartej ściany młodych drzewek i ostatecznie spanikowałam, wmawiając sobie, że to pewnie kłodzka odmiana Wielkiej Stopy i nie pozostaje mi nic innego, jak spierdalać. Zarzuciłam plecak, chwyciłam w łapy kije i tupiąc głośno, by odstraszyć wszelkie stopy, z godnością, ale szybko, zaczęłam schodzić. 

Droga powrotna, mimo narastającego zmęczenia, poszła mi już sprawnie, zdążyłam nawet zawitać do polecanego baru "Małgosia" na solidne gołębie. Ale pokój tym razem był jakiś przygnębiający. Oprócz mnie mieszkała tam jeszcze pracująca para: on, zwalisty i brzydki jak zdegenerowany Fred Flinston, i szara zniszczona ona. I tej jej było mi żal. Zastanawiałam się, jaki splot losu przywiązał ją do tego klnącego Freda i jakie jest jej życie, w ciasnym wynajmowanym pokoju, ze ślepą wspólną kuchnią i łazienką na korytarzu. Jak ludzie potrafią się uwiązać. I jak dobre i mocne jest moje życie. WOLNE.

I smutny już jakiś był ten wieczór, który postanowiłam szybko przespać i rano jak najszybciej pobiec na dworzec, na autobus do mojego ukochanego Wrocławia. 

Wrocław przywitał mnie bardzo gorąco. Zadowolona poszłam na Rynek zjeść jakieś najlepsze lody i smażyłam się w majowym słońcu, kiedy pojawiła się K. i już razem miałyśmy ruszyć w Rudawy Janowickie. Po tym smutnym wieczorze w Kłodzku z ulgą przyjęłam jej towarzystwo i z radością pukałam w szybę z wnętrza pociągu, widząc, jak idzie po peronie z kierowcą z bla bla cara, z którym przyjechała i który niósł jej plecak. Cała K.! Od tamtej chwili wszędzie, gdzie się pojawiłyśmy, nawiązywała znajomości i ludzie robili jej przysługi. Przez dwie godziny jazdy z Wrocławia do Trzcińska omówiłyśmy najważniejsze tematy, kładąc zrąb pod naszą trzydniową wędrówkę i niekończącą się opowieść. Obawiałam się, że wracająca z dalekich podróży K. będzie rozczarowana zwykłymi, małymi Rudawami. Ale nie - tego szukała. To było dla niej kojące.

Wraz ze zmierzchem, zmęczone i głodne, dotarłyśmy do schroniska i zostałyśmy zakwaterowane w małym domku pod opiekuńczą lipą. Piwo i papierosy. K. piła mojego ulubionego sommersby o smaku kwiatów dzikiego bzu, który piłam rok wcześniej przez pół sierpnia w pewnym nadmorskim kurorcie. Z szumem morza w głowach kładziemy się do snu, jeszcze pogadując ostatkiem sił, nurkując w noc przed kolejnym etapem przygody.