poniedziałek, 26 lutego 2018

Green Velo dzień 9-11 Augustów - Białystok

Dzień 9

Rano z żalem żegnamy "Zdrową Zośkę". Wypijamy jeszcze kawę na tarasie i próbujemy przepysznego ciasta pani Justyny. Niestety czas ruszać dalej - pociesza mnie tylko fakt, że przed nami jeszcze jedna, wyczekiwania przeze mnie atrakcja Green Velo na odcinku Elbląg - Białystok, a mianowicie Biebrzański Park Narodowy.

Minęliśmy Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej i objechaliśmy obrzeżem Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Przecięliśmy Suwalski Park Krajobrazowy. Przejechaliśmy przez Wigierski Park Narodowy i przez Puszczę Augustowską. Przed nami była jeszcze Biebrza, o której urodzie słyszy się niemal tyle, co o Białowieży. Ostatnim z Parków miał być tylko zahaczony przez nas lekutko Narwiański Park Krajobrazowy.



 Co wam przypomina odwrócone logo lodziarni na serwetce? Przypadek? NIE SĄDZĘ.

Ale na razie kierujemy się na śniadanie właściwe do Augustowa, chcę też wysłać kartki pocztowe. Rozdzielamy się w poszukiwaniu bankomatu, Staszek instaluje się na augustowskim rynku, dzieląc sprawiedliwie ser koryciński, ogórki i pomidory. Triumfalnie okazuje mi jeszcze złoty okrąg sękacza, jak medal olimpijski. Wcześniej pod sklepem ucinamy sobie pogawędkę z rowerzystami przemierzającymi Mazury poza Green Velo, objeżdżającymi bardziej znane Giżycko, Mikołajki, Jezioro Śniardwy... Zazdroszczę im trochę, ale wiem też, że omijamy tłumy turystów i żeglarzy okupujące duże jeziora. W Augustowie atmosfera przypomina nadmorski kurort, przy brzegu bujają się malutkie łódki, mnóstwo rodzin z dziećmi, wózki lodziarzy na kółkach... Chwilę napawamy się cywilizacją w lodziarni, a potem już ruszamy dalej, w stronę Biebrzy.



Od teraz możemy się już cieszyć zupełnie płaską drogą, co cieszy, zwłaszcza w narastającym upale. Odcinek między Augustowem, a właściwie Białobrzegami, a Dębowem, gdzie docieramy do brzegów rzeki, może się nieco dłużyć, jedziemy nie bardzo ruchliwą drogą asfaltową. W pewnym momencie asfalt się po prostu kończy, a my wjeżdżamy między domami na szutrową, pylącą w upale drogę biegnącą w stronę pastwisk. Robimy przystanek w MORze w okolicy Jasionowa Dębowskiego, tuż koło ogromnego gospodarstwa. Jest gorąco, spożywamy resztki wybornego korycińskiego i z namaszczeniem kroimy kawałki sękacza. Z buziami pełnymi jedzenia obserwujemy mijające nas wielkie stado krów, wracających z łąki pewnie na udój - robi to na nas takie wrażenie, że zapominam włączyć filmowania (cały wyjazd nagrywam filmiki), a Staszkowi udaje się zrobić tylko jedno zdjęcie. Pod wściekle niebieskim niebem ruszamy dalej, by w końcu pierwszy raz zobaczyć Biebrzę, która wiła się zakosami już całkiem niedaleko od nas.





Biebrza przecina zupełnie płaską w tamtych rejonach okolicę, a szlak wiedzie nas teraz dłuższy kawałek wzdłuż samej rzeki. Dookoła łąki lub pola uprawne, gdzieniegdzie mignie nam traktor. Okoliczni mieszkańcy mogą gospodarować na terenach przylegających do chronionych obszarów Biebrzańskiego Parku Narodowego. Te okolice znacznie różnią się od bagiennych łąk Parku, które będziemy oglądać następnego dnia. Ja nawet z całkiem bliska!

Na razie przejeżdżamy przez Biebrzę po drewnianym mostku i w Dolistowie zatrzymujemy się przy sklepie spożywczym, uzupełniając płyny i kalorie (bardziej kalorie). Dalej pedałujemy w stronę Wrocenia, ale nocleg planujemy dopiero w Goniądzu. Za Wroceniem odbijamy nieco od Biebrzy i jedziemy przez urokliwe pola i łąki. W samym Goniądzu początkowo chciałam się rozbić na polu namiotowym przy Gminnym Ośrodku Kultury, ale mimo istnienia takiej pozycji w Internecie, po przyjeździe na miejsce całujemy klamkę. Przez zamknięte drzwi słyszymy, że telefon rzeczywiście dzwoni w środku, ale nie ma nikogo. Swoją drogą - i jak z wieloma rzeczami na tym wyjeździe - dzięki temu trafiamy lepiej, do Agroturystyki Sośniaki kawałek dalej, którą polecamy z całego serca. Bardzo symaptyczny młody właściciel prowadzi nas na sam brzeg Biebrzy, więc szaleję ze szczęścia, rozbijając swój tymczasowy domek z widokiem na zachodzące nad Biebrzą słońce. Spędzamy przepiękny wieczór, pogryzając zakupione w goniądzkim sklepie ogórki kiszone i gapiąc się na oranżowo-różowe niebo. Romantyzm 100%. Sośniaki to też domki kempingowe, możliwość wypożyczenia rowerów i kajaku, więc jeśli będziecie w tamtej okolicy, wpadajcie bez obaw. Mieliśmy szczęście, bo był to ostatni wieczór, podczas którego mogliśmy zanocować na polu bez wcześniejszej rezerwacji - następnego dnia od rana do agroturystyki zaczęli zjedżać się punkowi goście na odbywający się w weekend festiwal Rock na Bagnie. Czad, no nie?





Dzień 10

Staramy się powycierać wilgotny od rosy i lekkiego deszczu namiot i przenosimy się pod wiatę obiektu na śniadanie, zanim ruszymy dalej. Kierunek - Carska Droga, czyli droga prowadząca od okolic Białegostoku na północ aż do Grodna na Białorusi, słynna zwłaszcza z powodu około 33-kilometrowego odcinka między Osowcem a Strękową Górą, ktory przebiega przez tereny gęsto załosione. I tak, właśnie tędy wiedzie nas Green Velo. Czad, no nie?

Oczywiście, że ekscytowało mnie to na maksa, nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcze dojedziemy do Osowca-Twierdzy (dla chętnych można odbić i zwiedzać, my pacyfiści ominęliśmy bez żalu). Jednakowoż, kiedy tuż za skrzyżowaniem zatrzymaliśmy się, by obejrzeć zabawne znaki ostrzegające przed spotkaniem z łosiem (znaki są świetnie opracowane graficznie, naprawdę rozkosz dla miłośnika grafiki) - mina mi nieco zrzedła. Te ogromne bydlaki za nic mają sobie spotkanie z samochodem, nie są specjalnie lękliwe, a - jak podejrzewam - ich gniew może być dotkliwy. Krótko mówiąc, wygodny asfalt Carkiej Drogi zaczęliśmy pokonywać całkiem niespacerowym, i jakże innym od reszty wyjazdu, dziarskim tempem.

Rozglądałam się bardzo uważnie na boki, próbując wzrokiem przebić gęstą ścianę lasu, ale żadnego łosia po drodze nie stwierdzono. Może to i lepiej, bo gdybym rzeczywiście zobaczyła jakiegoś osobnika, zapewne natychmiast rzuciłabym rower w pierony i zaczęła pieszo uciekać w panice z powrotem do Goniądza. Znaki ostrzegające przed łosiami były rozmieszczone co jakiś czas, a co najlepsze, niemal każdy jest inny! Po drodze będziemy mieli kilka MORów, a dodatkowo mapa i znaki informują co jakiś czas o możliwym odbiciu od szosy, by dotrzeć do wieży widokowej lub innego znaczącego punktu. Zatrzymujemy się przy jednej z wież i wyłazimy na nią, podziwiając przed sobą aksamitną i zieloną połać bagna. Po przejechaniu dość długiego i monotonnego, leśnego odcinka dojeżdżamy do reklamowanej juz wcześniej karczmy w Dobarzu - nam to wypadło akurat w porze wczesnego lanczu, więc chętnie posiliśmy się kawą i ciastami. Karczma to wielkie gmaszysko, ale obsługa była naprawdę sympatyczna, ciasta przepyszne, a dla mało eleganckich włóczęgów znalazło się miejsce na zadaszonym tarasie z tyłu, co odpowiadało naszym potrzebom. Polecamy się zatrzymać, bo do cywilizacji daleko.

Zbierając się do odjazdu zostajemy zaczepieni jeszcze przez bardzo malowniczego jegomościa, który opowiada nam, że niedawno w Dobarzu ktoś widział rysia na Carskiej Drodze! Jeśli to prawda, to spotkanie rzeczywiście niesamowite, bo stwory te są niesamowicie skryte i przebiegłe. Kolejna z rozmów odbyta tylko dlatego, że mamy wielkie żółte sakwy i plastikowe chełmy na głowach. Jest super.

Kolejny przystanek zarządziłam zupełnie znienacka - nagle po mojej prawej ukazała się znajoma ze zdjęcia drewniana kładka wychodząca daleko w bagno. To Długa Luka, o której czytałam jeszcze w Krakowie, ale nie chciałam się nastawiać na konieczne jej poszukiwanie. Umknęła mi informacja, że zaczyna się dokładnie przy Green Velo! Oprócz nas, zatrzymały się przy kładce jeszcze dwa samochody. Staszek nie chciał iść i wolał pilnować rowerów, a ja poszłam, ale... nie pomyślałam, żeby wziąć od Staszka aparat. Kicałam raźno po kładce, płosząc stada jaszczurek zwinek oraz dziwnych, pękatych pająków, a za mną szybkim krokiem szły dwie kobiety, wyróżniające się całkiem oficjalnym strojem (czółenka i garsonki), z których starsza cały czas tłumaczyła coś młodszej. Panie musiały być pracownicami naukowymi, bo najwięcej uwagi poświęciły wodniczce, unikalnemu ptaszkowi, który upodobał sobie biebrzańskie bagna jako swoje siedlisko. Tutaj znowu dało znać o sobie moje niebywałe szczęście: dzięki temu, że i my, i panie, zatrzymaliśmy swoje pojazdy dokładnie w tym samym momencie przy Długiej Luce, to gdy dotarłyśmy na kończącą kładkę platformę widokową, jedna z pań pokazała drugiej (a tym samym i mnie) - najprawdziwszego łosia! Był co prawda tak daleko nas, że był wielkości łepka od szpilki, ale był to ewidentnie łoś. Próbowałam mu zrobić zdjęcie telefonem i dopiero wtedy zorientowałam się, że przecież aparat z niezłym optycznym zoomem został z Staszkiem...





Ruszyliśmy dalej w stronę Tykocina, podekscytowani spotkaniem z łosiem (ja) oraz nieco już głodni (oboje). Tego dnia planowaliśmy nocować już pod dachem, by nie musieć ryzykować spotkaniem z burzą nad ranem, którą zapowiadali - chcieliśmy dowieźć namiot w jakim takim stanie do Krakowa. Zjechawszy z Carskiej Drogi, między polami i wioskami podążaliśmy w stronę Tykocina. Ważne, by nie przegapić odbicia w lewo - prosto szlak zmierza na Łomżę, i dla osób kierujących się do Białegostoku i dalej jest to ślepa odnoga (ale dzięki temu pozwala dołączyć do szlaku z innego większego miasta w okolicy, jeśli mamy z Łomżą połączenie kolejowe). Mijając jeszcze po drodze wioskę bocianią w Pentowie dotarliśmy na charakterystyczny tykociński rynek. Po 16:00 na początku wakacji było tam raczej pustawo. wahaliśmy się między pierogami a rybą, ale wybraliśmy jednak restaurację "Opowieści z Narni", szczycącą się odtwarzaniem lokalnych smaków dzięki zachowanym przepisom kulinarnym.

Dzień 11

Ostatni nocleg wypadł nam w mało urokliwej agroturystyce przy ruchliwej drodze S8 na Białystok, ale kiedy rano deszcz walił w szybę dachowego okna, pod którym leżeliśmy i gapiliśmy sie w niebo, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że pomysł był trafiony. Po burzy ostatni dzień dał nam dowód, dlaczego powinniśmy się cieszyć z umiarkowanej, przeplatanej przelotnym deszczem (ale i z dużą domieszką krystalicznie niebieskiego nieba) pogodą. Ostatnie 30 kilometrów do Białegostoku i powyżej 30 stopni na termometrze wypruły z nas wszystkie siły. Za Rzędzianami przejechaliśmy skrajem Narwiańskiego Parku Narodowego, ale szlak nie prowadzi nas głębiej. Za MORem w Pańkach z kolei zaczyna się fragment będący ścieżką rowerową wiodącą do samego celu, tfu, Białegostoku, i na tej ścieżce spotykaliśmy już dużo osób korzystających z pięknej pogody i pedałujących na lekko do MORu i z powrotem. Jeszcze ostatni przystanek pod sklepem, ostatnie lody na Green Velo i za jakiś czas docieramy do tablicy z napisem "BIAŁYSTOK".



Gdy wyruszaliśmy, chyba nikt nam nie wierzył, że to zrobimy :-) Ba, sama nie wierzyłam! Nie mogłam mieć pewności, jak rzeczywiście wygląda Green Velo - w internecie znajdziecie masę negatywnych głosów - ani czy spodoba nam sie podróżowanie rowerowe na dłuższym dystansie. Liczyłam się z tym, że możemy w każdej chwili zrezygnować i jakoś pociągiem wrócić. Ale udało się!



Świętujemy na rozprażonym białostockim rynku, racząc się pizzą i sałatką paryską (! kto był w Białymstoku, ten wie). Jedziemy jeszcze do parku, by odpocząć przed pociągiem, ale wtedy nad miasto nadciąga wściekła nawałnica, która w ciągu paru minut demoluje parasole restauratorów na rynku,  obrywa linie wysokiego napięcia, drzewa łamie jak wykałaczki, a nas, przemoczonych do nitki, więzi pod daszkiem urzędu miasta. Robi sie nerwowo, deszcze leje jak dziki, a my nawet nie wiemy, jak przedostać się na peron z rowerem (po jednej stronie torów przejścia bronią monstrualnie wysokie schody, bariera nie do przejścia z obładowanym rowerem, a zwłaszcza, gdyby wszystko jest absolutnie mokre i śliskie od deszczu). W końcu, przepytawszy lokalsów, mijający korzenie ogromnych powalonych drzew, które powyrywały kawały asfaltu upadając, meldujemy się na dworcu, gdzie kryjemy się przed burzą i wodą i gdzie koczujemy aż do przyjazdu pociągu. Pociągu, który ucieszy nas wagonem rowerowym na kilkanaście pojazdów i który już bez przesiadek zawiezie nas do Krakowa.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Green Velo dzień 6 - 8 - Grądy Węgorzewskie - Augustów

Dzień 6 

Dnia szóstego wyprowadzamy rano rowery i żegnamy się z nieco zmartwionymi gospodarzami, bo od rana mżawka siecze pod ostrym kątem, a ciemne chmury pokrywają całe niebo. Przed nami fragment, który mimo swej ogromnej urody, wypruje ze mnie wszystkie flaki - minimalny, niezauważalny gołym okiem podjazd, który przez 30 kilometrów będzie się ciągnął od Grądów Węgorzewskich do Gołdapi. Deszcz niedługo ustaje, ale pozostawia po sobie kompletnie przemoczony piach na drodze, w którym opony rowerów buksują bezradnie, a pedałowanie przypomina obowiązki Syzyfa. Wokół nas piękne pola, Staszek dzwoni na nadjeżdżajacych z naprzeciwka rowerzystów z sakwami (zaczepia w ten sposób wszystkich na trasie), a ja czuję, że zaraz kopnę w kalendarz. Kiedy docieramy wreszcie do wspomnianego wcześniej dziwacznego MORu w czyimś ogrodzie, jestem głęboko przekonana, że moje męki sie skończyły. Krótka rozmowa z parą przemierzającą szlak w przeciwnym kierunku z Suwałk do Elbląga szybko rozwiewa moje szczęście: chłopak porównuje co dopiero przejechany przez nich odcinek do... jeżdżenia rowerem po Bieszczadach. I nie przesadzał specjalnie. 






Na razie wisi nad nami jakaś uporczywa burza, przed którą czym prędzej chcemy się schronić w Gołdapi, a i zjedzenie czegoś ciepłego też jest kuszące. Mijamy po prawej Piękną Górę z wyciągiem krzesełkowym oraz nieco tylko kuriozalną obrotową kawiarnią, ale na tle granatowych chmur szczyt nie wygląda zachęcająco. Prujemy dalej aż do miasta, deszcz dopada nas parkujących przed Lidlem i napychających kieszenie słodyczami. Wyciągamy kutki i kierujemy się do centrum. Kręcimy się chwilę w okolicach rynku, aż w końcu uznajemy, że nie mamy sił szukać dalej i instalujemy się w kontrowersyjnej urody restauracji Janczes na gołdapskim Placu Zwycięstwa. Obok drzwi dumnie wisi szyld z moim ulubionym, zapomnianym już słowem "Ciastkarnia", a wewnątrz lśni szklana lada z garmażerią żywcem wyjęta z lat '80. Cały ten anturaż mocno nas onieśmiela, więc wycofujemy się na ogródek, ale koniec końców dostajemy kawę i obiad, co czyni nas zupełnie usatysfakcjonowanymi. Gołdap jest rozległa i z pewnością warto by w niej spędzić więcej czasu, Green Velo omija w sporej odległości samo jezioro Gołdap i stworzone przy nim tężnie solankowe. My tylko robimy zapasy i ruszamy dalej: tego dnia czeka nas największa nasza przygoda, czyli nocleg na dziko w Stańczykach.








Przeczytałam jeszcze w domu, że teren prywatny wokół słynnych mostów w Stańczykach jest umiarkowanie przychylny tego typu pomysłom. Z drugiej strony, obrzeża Puszczy Rominckiej i bliskość granicy niespecjalnie nastawiały mnie pozytywnie do tego pomysłu - pod względem noclegów lubię być przede wszystkim legalna ;) Odpisałam kilka adresów w Pluszkiejmach, Rogajnach i Dubeninkach (tutejsze schronisko młodzieżowe jest trudne do zlokalizowania, chociaż jego adres jeszcze tuła się po internetach), ale jakoś siłą rozpędu, dotarłszy urokliwą, stareńką i naszpikowaną dziurami aleją zadaszoną koronami drzew i dość stromym zjazdem, meldujemy sie na parkingu w Stańczykach. 



 Tak, to ta aleja i te dziury.
  
Wstęp na mosty jest płatny. Porzucamy rowery z całym szpejem przy wejściu i podchodzimy do budki z biletami. Starszy sprzedawca od razu tytułuje mnie królewną (wyobrażacie sobie królewnę po 6 dniach na rowerze, w słońcu i deszczu, bez makijażu?), więc odparowuję, że każda królewna potrzebuje swojego zamku. Rycerz niepewnie stoi już za mną. Pan okazuje się bardzo miły i doradza nam rozbicie się na łące nieco poniżej parkingu. Dziękujemy i idziemy zwiedzać mosty.






Słońce po tym długim, deszczowym dniu zachodzi całkiem ładnie. Chwilę wahamy się, czy z namiotem nie wejść głębiej w las, ale ostatecznie rozbijamy się na świeżo wykoszonej łące. Jemy romantyczną kolację z widokiem na panoramę Stańczyków i wraz z zapadnięciem zmroku wczołgujemy sie do namiotu. Spaliśmy już dobre dwie godziny, kiedy nad swoją głową usłyszałam charakterystyczny, głuchy łomot tłustego bitu i warkot silnika. Pech chciał, że nasz nocleg na dziko wypadł dnia szóstego, czyli w sobotę. W sobotę parking przed zamkniętym już wejściem na mosty widocznie zamienia się w lokalny punkt spotkań, z braku knajpy w najbliższej okolicy. Śmiechy i muzyka napędziły mi dużego strachu, nie ukrywam tego, bo widmo konfrontacji naszej wątłej dwójki z podpitymi lokalsami to nie była najprzyjemniejsza rzecz. Zabawne, że Staszek nawet się nie obudził, kiedy ja warowałam ściskając scyzoryk w spoconej łapce, gotowa do samoobrony - może to i lepiej, bo przynajmniej stres jednemu z nas został oszczędzony. Imprezowicze albo nas nie widzieli, albo zignorowali ciemny namiot, bo po trzydziestu lub sześćdziesięciu minutach po prostu odjechali. Jak się domyślacie, nie wyspałam się za bardzo tej nocy i pierwszy w mojej karierze włóczęgi dziki nocleg nie zapisał się szczególnie kolorowo w mojej pamięci.


 MOR w Stańczykach

Dzień 7

Rano jednak budzimy się cali i nienaruszeni oczywiście - rowery przypięte do znaku wyżej też chyba nie zwróciły niczyjej uwagi. Zwijamy namiot i żegnamy naszą łączkę (ja z ulgą). Śniadanie jemy nieco wyżej, na pagórku w MORze w Stańczykach. Ten MOR też ewidentnie służy za przydrożny zajazd bynajmniej nie rowerzystom, sądząc po plamach i butelkach po piwie. Ruszamy dalej.






Szlak prowadzi nas przez piękne tereny skraju Puszczy Rominckiej. Gdzieniegdzie napotykamy pojedyncze domy i niewielkie przysiółki, przycupnięte nad brzegami niewielkich jeziorek. Kierujemy się w stronę trójstyku granic w Bolciach. Droga nieco mi się dłuży, bo jestem tego trójstyku piekielnie ciekawa - to troszkę cezura naszej podróży, wypadająca nieco po połowie dystansu, ale jest to jednocześnie drugi, po Nowej Pasłęce, najdalej wysunięty na północ punkt Velo. Z trójstyku szlak odbija niemal prosto na południe, co sprawia, że mam wrażenie, że od tego momentu jedziemy już prosto do domu. W Bolciach zatrzymujemy się na parkingu dla autokarów i samochodów osobowych, by zrobić zdjęcie przy słynnym znaku Green Velo. Jako rowerzyści możemy podjechać pod sam trójstyk, zmotoryzowni muszą podejść pieszo. Miejsce jest ciekawe, bo strony rosyjskiej nie wolno pod żadnym pozorem fotografować... Kawałek dalej widać zaparkowany samochód straży granicznej.




Przy pięknej pogodzie ruszamy dalej, w stronę Suwałk, gdzie tego dnia planujemy nocleg. Zaraz za trójstykiem czeka nas dość długi i uciążliwy fragment piaszczystej drogi, snującej się góra-dół po pagórkach, rozjeżdzonej przez ciężki sprzęt i wilgotnej od niedawnego deszczu, która trochę psuje nam humory. Dodatkowo, wjeżdżamy w najbardziej zaskakującą krainę geograficzną, którą nazwałam Górami Suwalskimi. Naprawdę! Z góry praży nas nielitościwe słońce, a pod osypujące się piaskowe góry rowery musimy wypchać. Otaczają nas przepiękne krajobrazy z jeziorami, ale komfort jazdy pozostawia wiele do życzenia. Z ulgą witamy asfalt, ale podjazdy tylko się powiększają. W swojej paroletniej intenswynej włóczędze rowerowej po Małopolsce uwielbiałam mierzyć się z podjazdami, ale z sakwami - to już nie jest takie zabawne. Na szczęście Staszek, który niespecjalnie dużo jeździ na rowerze, na całej trasie Velo okazał się świetnym "zającem": jechał z przodu i narzucał tempo. Może się to wydawać dziwne, ale jazda z przodu męczyła mnie bardziej niż trzymanie tempa Staszka, nawet jeżeli było większe, niż sama bym narzuciła. Sprawdziło się to niejednokrotnie, a zwłaszcza trakcie niekończących się, stromych podjazdów tuż przed Suwałkami. Staszek przeprowadził nas przez nie równym, mocnym tempem, oszczędzając mi sporo nerwów, zwłaszcza po nieprzespanej nocy.


Podlasie ziemniakami stoi!

Mijamy Jezioro Hańcza i przekraczmy rzekę Czarną Hańczę. Przed samymi Suwałkami teren nieco się uspokaja, za to sam wjazd do miasta zapamiętałam jako niekończący się pozornie odcinek ścieżki rowerowej wzdłuż blokowiska... Męczący. Ostatecznie chyba zjeżdzamy ze szlaku i już za pomocą nawigacji kierujemy się do Eurocampingu Suwałki, w którym tego dnia planujemy rozbić namiot. Camping jest nowoczesny i bardzo wygodny, przygotowany może bardziej z myślą o camperach (oczywiście nie opuszczały mnie wizje campera najeżdżającego na nasz mały namiot i miażdżącego nas śpiących w środku), zlokalizowany tuż przy stadionie. Natrafiliśmy na imprezę otwarcia mistrzostw w piłkę nożną dla dzieciaków, która na szczęście trwała krótko, ale dzięki temu przekonaliśmy się, że w czasie meczu hałas mógłby być uciążliwy. Na szczęście tego wieczoru nic nam już nie przeszkadza. Nowe i wygodne łazienki zachęcają nas do zrobienia większego prania, więc ostatecznie obwieszamy namiot mokrymi szmatami niczym smętnymi chorągwiami. Zasypiamy, otoczeni przez białe campery jak przez wielkie, łagodne psy.

Dzień 8

Następnego dnia rankiem ruszamy na podbój Suwałk. Poniedziałek rano w mieście powiatowym to chyba niekoniecznie jest najlepsza pora na śniadanie w kawiarni, większość otwarta jest dopiero później. Prowadząc dyskusje o naturze filozoficznej ostatecznie wciągam Staszka szczęśliwym trafem do ogrodu restauracji Rozmarino, której obrośnięte roślinami piętro kojarzy mi się nieco z oglądaną trzy miesiące wcześniej Szimpla Kert w Budapeszcie, oczywiście w skali mini. Wsuwam całkiem przyjemną pizzę, ale Staszek ponuro upiera się przy naleśnikach naprzeciwko, które koniec końców okazują się niewarte swojej ceny. Żałuję bardzo, że o tej porze resturacja tatarska "U Alika" była zamknięta...



Zabrane na wynos naleśniki planujemy zjeść w suwalskim MORze, który okazuje się... okropną, marną ławeczką przy wejściu na dworzec, przy ruchliwej drodze pełnej pędzących tirów. Chyba najgorszy MOR na przestrzeni tych siedmiuset kilometrów. Cóż, czas ruszać dalej - wkrótce opuszczamy miasto i wjeżdżamy w Wigierski Park Narodowy. 







Teren się wypłaszcza, prowadzi głównie lasami i tego dnia pokonujemy całkiem sporo kilometrów, zupełnie tego nie odczuwając. Droga sama leci pod kołami, a podczas skrótu, który robimy między Rosochatym Rogiem a Suchą Rzeczką, jesteśmy wręcz pijani radością leśnej jazdy. Jakbym w ogóle nie miała sakw! Oddychamy głęboko (przybysze z zaczadzonego Krakowa), zanurzeni w sosnową zieleń, co jakiś czas mijając w skupieniu powstańcze groby, których jest w lesie kilka. Krążę myślami wokół tych walk toczonych w opiekuńczych matecznikach, gdzie można było przepaść jak kamień w wodę.... 

W Suchej Rzeczce nagle dopada nas deszcz, szczęśliwym trafem dosłownie sto metrów przed zielonym parasolem zajazdu "U Lecha". Zaciekawieni, czy w ogóle jest otwarte, ładujemy się do środka. Okazuje się, że Zajazd ma certyfikat MPRu, ale zupełnie przypadkiem jest to pierwszy poniedziałek wakacji i pierwszy dzień, kiedy właściciel postanowił otworzyć zajazd w dzień powszedni (poza wakacjami zajazd może być czynny tylko w weekendy, czujcie się ostrzeżeni). Ponieważ i tak pada deszcz, i tak jesteśmy głodni, próbuję sie dowiedzieć, co można zjeść. Trafiamy w sam środek zamieszania - deszcz przygnał do zajazdu nie tylko nas, ale i kilka rodzin z dziećmi - i pierwszy raz tak długo, chyba ponad pół godziny, czekam w ogóle na odpowiedź właściciela, co jest w menu! Zmęczenie jednak uziemia mnie nad filiżanką kawy... i bardzo dobrze! Zamawiamy po jednej sztuce każdej potrawy regionalnej, jaka jeszcze została: dostajemy najlepszą babkę ziemniaczną, jaką jadłam dotychczas, kiszkę i kartacza, a Staszek wybiera jeszcze jeden litewski pieróg z soczewicą o nazwie kakor. Żałujemy, że nie są dostępne tajemnicze czenaki... Wszystko niesamowicie nam smakowało, i to nie tylko ze względu na daleką drogę za nami. KONIECZNIE odwiedźcie Zajazd "U Lecha" przejedżając przez tę część Green Velo, bo kuchnia regionalna tam podawana naprawdę jest przygotowywana z sercem! 



Wzmocnieni ruszamy dalej, poprzez sosnowe lasy kierując się do Augustowa. Przed Augustowem zachwycają nas łany, wprost łany, ogromnych czerwonych poziomek. Teoretycznie w parku krajobrazowym nie powinno się podjadać darów natury, ale sami rozumiecie... Przed samym Augustowem napotykamy jeszcze leżącego na drodze padalca, którego samodzielnie próbuję przeprowadzić na pobocze ścieżki, bo ruch rowerowy w tych okolicach już się mocno wzmaga. Mijający nas rowerzyści kiwają z ubolewaniem głowami nad szaloną osobą próbującą przepłoszyć padalca, który ani drgnie... Staszek z kolei nie może uwierzyć, że to jaszczurka, BO PRZECIEŻ NIE MA NÓG.




Pod sklepem w Augustowie urządzam małą awanturkę. Początkowo odpisałam adres campingu Necko, ale coś nie do końca podobały mi się oceny i opinie... Ostatecznie znajduję na Facebooku fanpage Leśnego Zakątka Kultury "Zdrowa Zośka", ze świetnymi ocenami i zachwyconymi opiniami gości. Staszek początkowo niechętnie zgadza się nadłożyć kilka kilometrów, ale był to absolutny strzał w dziesiątkę. To zaciszne pole namiotowe z barem/resturacyjką serwującą domowe jedzenie, prowadzone przez przesympatyczną panią Justynę - tego wieczora jesteśmy tam zupełnie sami z właścicielką. Sanitariaty są nowe, wszystko utrzymane w drewnianym, skandynawskim klimacie, a barek przypomina wręcz fajną hipsterską knajpkę. Wszystko jest dziełem pani Justyny, która organizuje też w Zakątku koncerty i różnego rodzaju kulturalne wydarzenia. Nazwa wzięła się stąd, że ośrodek znajduje się na przylądku... Goła Zośka, a wcześniej w tym miejscu przez wiele lat znajdował się ośrodek wynajmowany przez studentów medycyny. Na miejscu obowiązuje zakaz puszczania głośnej muzyki i zanim się oburzycie zapewniam, że to NAPRAWDĘ dobry pomysł: z drugiego brzegu dobiegają mnie słabe odgłosy mocno prostackiej imprezy. Staszek nawet nic nie słyszy. Jesteśmy tam tuż po nocy świętojańskiej, przy brzegu jeziora - schodki prowadzą wprost na pomost - bujają się na falach jeszcze porzucone wianki. Jemy romantyczną kolację na pomoście, mocząc nogi w różowo-oranżowej wodzie, obserwowani czujnie przez dwie namolne kaczki. Zachód słońca, twój ukochany i świeżo obrany zielony ogórek - czego można chcieć więcej? Dostajemy jeszcze możliwość urządzenia małego ogniska i kompletnie oczarowani Gołą... wróć, Zdrową Zośką, zasypiamy w naszym dwuosobowym rozkładanym apartamencie. Nie mogło być piękniej <3








O mnie

Moje zdjęcie
Odbieram rzeczywistość głównie poprzez oczy.

Wyślij list

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Szukaj na tym blogu