sobota, 23 marca 2019

Kto w Lasku - dostanie po kasku

W ogóle to zaczęło się od tego, że pojawiła się w mojej głowie myśl, że boję się wjechać do Lasku Wolskiego, bo na pewno downhillowiec spadnie mi na głowę, na podjeździe zapomnę, jak się kręci pedałami, a przy zjazdach zablokuję się niczym stary zamek w drzwiach i nic z tego Lasku nie będzie. Na takie myśli jedynym rozwiązaniem jest po prostu natychmiast zrobić tę rzecz, której się boisz, więc wsiadłam rano na rower i popedałowałam w stronę Kopca Kościuszki.

I tu mogę wam z góry poczynić spoiler, że niestety tym razem obawy były uzasadnione, a złe przeczucia sprawdziły się w dwójnasób. Zazwyczaj jest tak, że mam przygody, jak tylko zrobię krok poza próg własnego mieszkania, ale tym razem w Lasku tych przygód było aż za wiele. Nie byłam tam w zeszłym roku, bo forma rowerowa w sezonie 2018 była dętka, i kręciłam się tylko trochę po Jurze, unikając zetknięć z ludźmi, zwłaszcza na rowerach. Jakby tego było mało, w sierpniu w Dolince Kobylańskiej zaliczyłam najbardziej chyba jak dotychczas spektakularną glebę, waląc rozgłośnie łbem w ziemię, co nie poprawiło stosunku do roweru i lekko uszkodziło przednią przerzutkę Kellysa, co martwiło mnie chyba bardziej, niż potencjalny krwiak w mózgu. W ogóle zresztą lata 2018 nie było i stosujmy się do zasady: 





Ale że po dobiciu Korony Gór Polski działania górskie nieco mi się znudziły, postanowiłam jednak popracować nad rzeźbą ud i łydek. Chciałam celowo wyjechać do Lasku wcześnie, żeby nie zdążyli na szlaki wyjechać downhillowcy, ani w ogóle nikt, ale dziś mgła zalegała gęsta jak śmietana w całym mieście, więc postanowiłam ją trochę przeczekać i ostatecznie wyruszyłam tuż przed 9:00. Po drodze na Kopiec Kościuszki oczywiście musiałam obfotografować kwitnące wzdłuż drogi pole żonkili, a potem jeszcze tradycyjnie sfilmować widok z tego brutalnie wygolonego miejsca nieco poniżej Kopca, gdzie dodatkowo w tym roku pojawiło się więcej infrastruktury turystyczno-spacerowej w postaci przypominających latające spodki ławek i stoliczków. Kiedy w końcu, klnąc pod nosem, zjechałam po tych zdumiewających kocich łbach prowadzących wprost na jezdnię ulicy Starowolskiej, już z daleka zobaczyłam, że są.

Downhillowcy.

Albo nazwijcie ich jak chcecie. Może to zwykłe mtb, albo enduro, nieważne na czym jeżdżą, bo choćby to były Wigry 3, to łączy ich fakt, że oni jeżdżą w dół. Szybko. I straszno. W dodatku anektują coraz większe połacie Lasku i człowiek - zwykły, szary, przestraszony człowiek na tanim rowerze, wiecie, o kim mowa - nigdy nie może być pewien, skąd taki wyskoczy. Unikam ich od lat, odkąd odkryłam, że usypują hopki na szlakach pieszych, na które trzeba uważać, i rozjeżdżają ścieżki. I jeszcze przywożą rowery samochodem do Lasku, co napawa mnie absolutnym zdumieniem, jakby nie mogli na nich po prostu tam dojechać! Pewnie naprawdę nie mogą, ale tym bardziej dziwne, bo po co płacić złote dukaty za coś, czego geometria nie pozwala dojechać z Rynku do Parku Decjusza. F e n o m e n.

No więc skręcam w Lasek, omijając tych wypakujących się, ale już przeklinam, że wyjechałam tak późno, że nawet te lenie już wstały. Ledwo minęłam szlaban, a już wyskoczył na mnie kolejny, zamaskowany mściciel, łypiąc na mnie zza gogli. Gogli! Dziś w Lasku było sucho zupełnie, więc te gogle chroniły go chyba tylko przed tym, by nie podzielić losów Witkacjańskiego Bunga. Jakby je miał przyciemniane, wzięłabym go za zagubionego spawacza.

Więc wyskakuje na mnie ten typ, co mnie już na starcie rozstraja i co uznaję za zły omen. Miałam jechać na lewo, czarnym szlakiem, jak zawsze jeździłam, powoli kierując się w stronę Zoo. Ale od razu uruchomiłam instynkt tropiciela i zbadałam ślady: rozjeżdżone dziko i świeżo, więc zaczęłam się wahać, bo czułam, że tam siedzą intruzi i zapewne zaraz kolejny wyskoczy z krzaków jak filip z konopii. Po mojej prawej grupka biegaczy zbiegała w dół do parkingu niebieskim szlakiem rowerowym, co uznałam za dobry znak, że droga chyba jest bezpieczna i niezaatakowana przez te rozpędzone demony. Wepchałam rower na niebieski i zaczęłam pedałować w górę. 

Rozglądałam się na boki przerażona, że na pewno gdzieś się czają. W końcu wiedziałam, że są blisko. Zmylił mnie jednak spokój i cisza, panująca w lesie, więc nabrałam nieco pewności siebie i dojechawszy niemal do Zoo skręciłam dalej w lewo w niebieski. I zaczęło się.

Zaczął się zjazd, ale początkowo nic nie zapowiadało katastrofy. Ot ścieżka, może ciut wąska, ale jadę, przecież na szlaku jestem. Oznaczenia wymalowane, świeże, tylko ta wąskość taka... Podejrzana. W końcu poczułam, że wchodzi - blokada. Rączki kurczowo zaciśnięte na obu hamulcach, a w nogach wata. I tak stoję: na tej ścieżce niebiesko znaczonej, sparaliżowana, z głową w dół, tyłkiem w górze, i nie mogę się ruszyć w żadną stronę. Zaczynam pertraktacje sama ze sobą, namawiając się do puszczenia chociaż przedniego hamulca. Po dłuższej chwili udaje mi się samą siebie namówić, że chociaż po troszeczku, powolutku, zacznę się na luzie spuszczać w dół, i zobaczymy, co tam dalej będzie - w końcu i tak nie chciało mi się wypychać roweru z powrotem ku górze, skoro trochę już zdążyłam się obniżyć. Więc puszczam hamulce i zaczynam zjedżać, pokwikując. Wtedy ścieżka już ostatecznie się zwęża i zaczyna się piekielny i podstępny meander zakrętów. Pierwszy jeszcze jakoś ogarnęłam, ale przy drugim wryło mnie znowu bliską płaczu. O co chodzi z tymi zakrętami?! Były tak wąskie, że przysięgam, nie pomieściłyby moich apetycznych bioder, a co dopiero mówić o moim wielkim Kellysie! Wiem już, to podstęp i nie jestem na szlaku rowerowym, tylko na ścieżce tych przeklętych wariatów, złapana w pułapkę, a na domiar złego słyszę nagle nad swoją głową dziwaczne cykanie. Jedzie. Oczywiście, jakżeby inaczej, jedzie jeden element. Spoglądam w dół, a los kpi już ze mnie bezczelnie - od dołu wąziutką wstążeczką tracka pnie się zadowolona dziewczyna z psem, rzucając zwierzęciu piłki. Natychmiast wizualizuję sobie lądowanie tej piłki w moim oczodole, podczas gdy pies rzuca się na mnie, a tamten z góry wjeżdża na pełnej petardzie w mój dolny odcinek kręgosłupa. Poddaję się. Spycham rower ze ścieżki, ustawiając się za solidną zasłoną drzew, myśląc, że jak gościa wyrzuci, to przynajmniej zatrzyma się na pniach, mnie nie sięgając. Gość mieści się w zakręt - nie ma wszak tak krągłych bioder - i jedzie dalej, a ja powoli wprowadzam rower na ścieżkę poniżej zakrętu. Nic z tego, nie puści mnie - dalej stoję, zaciskając oba hamulce, i proszę już zupełnie na głos, by mnie ktoś stamtąd po prostu zabrał. Dziewczyna z psem rzuca mi "cześć", roześmiana, a potem ciska radośnie piłkę, kontynuując beztroski marsz trackiem w górę, a ja na luzie próbuję jakoś doszyć kolejny kawałek szlaku. Dojeżdżam do następnego zakrętu i odpadam, po prostu nie mogę - w głowie mi się nie mieści, jak mam się w niego wpasować. Zsiadam, biorę rower pod pachę i złażę w poprzek serpentyn tracka, bo poniżej widzę normalną, szeroką ścieżkę, jakie za moich czasów były w Lasku i komu to przeszkadzało. Postanawiam jechać nią dalej.

Na ścieżce uspokajam się nieco, jest troszkę stromo, ale szeroko, więc przynajmniej mogę odetchnąć. Na krótko. Niebieski szlak wije się po mojej lewej i w momencie, kiedy nieco się poszerza i postanawiam na niego wrócić - zauważam ruch w górze. Nie wierzę. Tamten cykacz. Wyprzedziłam go po szerokiej ścieżce, a teraz właśnie on mnie dogania. Znowu jest za mną. 

Dociskam pedały, by uciec tamtemu, który rozpędzony rżnie w dół wpatrzony w nawierzchnię i nie ma szans, żeby mnie widział. Jestem cała na czarno i mam czarny rower, pewnie uzna mnie za dziwaczną plamę cienia i będzie próbował przeciąć tę plamę na skróty. Gnam w dół i w górę szeroką ścieżką, ale oczywiście dopędza mnie, tuż przed rozwidleniem czarnego pieszego i niebieskiego rowerowego. W sekundzie decyduję, że czarny pieszy to moja szansa ucieczki i przejeżdżam za szlaban. Tamten w ostatniej chwili orientuje się, że niebieski odbija, i cykacz skręca nieco w górę, znikając mi z pola widzenia. Uff, zwiałam. 

Zadowolona zwalniam i mina mi rzednie, bo wpakowałam się w kozi róg. Pieszy czarny zaczyna się wspinać na zbocze niemal pionowo, przekraczając czyjś prywatny płot - nie mam szans się tam pchać z rowerem. Przeklinam cykacza, opanowuję drżące kolana i postanawiam, że tak tego nie zostawię. Nie będą mnie downhillowcy przeganiać z Lasku, co to, to nie. Postanawiam zeskoczyć na wał wzdłuż Wisły, objechać szybko pod Jubilat na Orlej, kupić sobie na pocieszenie baton, a potem wrócić do Lasku koło Uniwersytetu Rolniczego i spróbować jeszcze raz wbić się na szlaki. Albo przynajmniej porzeźbić uda na asfaltowych podjazdach. 

Jak postanawiam, tak czynię. Migiem przelatuję przez wał, skręcam w Orlą, po małej zamotce na dziko wnoszę rower przez zbocze do góry (jak to możliwe, że Orla ma tam po prostu przerwę, kompletny brak przejazdu?!) i po krótkim postoju pod sklepem, melduję się z powrotem na drodze, wspinając się zdeterminowana do góry pod klasztor. Odpieram jeszcze atak rozbrykanego wyżła (dam głowę, że właściciel krzyknął do niego "Zostaw TO!", mając na myśli mnie i mój rower) i wjeżdżam na powrót w Lasek. Węszę przez chwilę przy jednej ze ścieżek, ale nie mam odwagi pchać się w nią na ślepo i w końcu wybieram bezpieczny wariant - podjazd asfaltem Aleją Wędrowników, co akurat zrobiłam już w zeszłym roku i wiem, że jest wykonalne, a poza tym dobrze pasuje do nadrzędnego celu rzeźbienia kończyn dolnych. Tym razem asfalt mam niemal caly dla siebie, i podziwiając zawilce, prawie z przyjemnością pcham się do góry, dumna z siebie. 

Na górze znowu źle skręcam - wypadły mi z głowy niegdyś dobrze znane ścieżki, znane także z treningów biegowych - i ląduję w jakimś śmiesznym, krótkim offroadowym wariancie. Nie zrażam się tym jednak, wracam na asfalt i tym razem kierując się znakami, docieram do Kopca Piłsudskiego. Dla uspokojenia nerwów, wiedząc, że dziś czasowo już niczego nie dokonam, postanawiam figlarnie wbiec na Kopiec, tak żeby dołożyć sobie rzeźbienia, i żeby było szybciej. Jak postanawiam, tak czynię, przypinam rower i ku uciesze innych spacerujących, w rowerowym kasku na głowie, wolniutkim zdyszanym tempem zaczynam biec na szczyt, trzymając mocno paski plecaka.

Na szczycie z rozczarowaniem stwierdzam, że otacza mnie gęsty smog i widoczność jest niewiele lepsza niż żadna. Nagrywam znudzone stories, przedstawiające mój cień na szczycie Kopca, i jednym okiem zerkam, czy te dwa spacerujące na dole owczarki kaukaskie nie obsikują mi roweru. I wtedy go zauważam - cykacz. Naprawdę, dołem pedałował jak gdyby nigdy nic zaś ten cykający rowerzysta, mój prześladowca z niebieskiego rowerowego. Obserwuję go w napięciu, gdzie pojedzie, i gdy widzę, że zmierza w stronę obserwatorium, natychmiast postanawiam skierować się w dokładnie przeciwnym kierunku, czyli na szlak na Panieńskie Skały, chociaż miałabym rower nim znieść na dół, w przypadku braku warunków do jazdy. Zbiegam z Kopca, mijając się z górskim biegaczem idealnie na przecięciach ścieżek, jak w jakimś bieganiu synchronicznym - gość pewnie myślał, że to jakiś żart, że goni go zasapana pulchna rowerzystka, w nieodłącznym kasku na głowie.

Mam już serdecznie dość tego Lasku i nadmiar wrażeń chyba sprawia, że jest mi już wszystko jedno. Co paradoksalnie poprawia mój styl jazdy - spokojnie zjeżdżam pieszym szlakiem, uważając na spacerowiczów i psy, i nawet całkiem śmiało przeprawiam się przez Panieńskie Skały. Podbudowana, postanawiam jeszcze podjechać czarnym szlakiem pod Zoo, żeby dobić przewyższeń i dobić uda. Spokojnie wjeżdżam sobie do góry, bez stresu pedałując na jedynce, i zawracam pod Zoo na zjazd, który nie należy do moich ulubionych ze względu na prędkość, ale tym razem chętnie w nim odpoczywam. 

W Parku Decjusza fiołki pachną obłędnie. Postanawiam objechać wałami Rudawy do podjazdu na Zakamycze, dobić się tą moją ulubioną górką, a potem przez obserwatorium dostać się na asfalt do Tyńca i nim wrócić do domu. Spokojna, że nie będę musiała już dzisiaj oglądać Lasku, ani żadnych downhillowców ani innych wariatów - co najwyżej kolarzy szosowych - ładnie wyjeżdżam oba zakamyckie podjazdy i żwawo wpadam na tyniecki asfalt, z krótkim odpoczynkiem na żółtym moście, który ostatnio na Instagramie wzbudził wasze spore zainteresowanie. Kręcąc Stories w biegu, na najwyższym przełożeniu szybciuchno przewalam się przez ścieżkę i już spokojnie przez Błonia wracam do domu, szczęśliwa, że w ogóle przeżyłam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Laskiem i oboma Kopcami.

Dacie wiarę w tyle przygód na 48 kilometrach treningu? Tego chyba nikt inny nie ma. W domu okazuje się, że wykręciłam 2012 m w górę, co niby jest równe tatrzańskiemu Beskidowi, choć muszę przyznać, że na przyszłość zostawia pewien niedosyt. Może następnym razem trzepnęłabym tych podjazdów więcej? 

Czy istnieje dyscyplina "uphill"?

niedziela, 13 maja 2018

Główny Szlak Świętokrzyski - Szczytniak - Kuźniaki

(Wszystko zaczęło się pechowo i ugrzęzłam na dworcu w Kielcach, czekając na busa firmy Muszkieter, który miał mnie zawieźć do Gołoszyc. Niestety był 3 maja i okazało się, że to, że bus jeździ codziennie, nie obejmuje świąt państwowych. Zrezygnowana próbowałam jeszcze ruszyć do Ostrowca Świętokrzyskiego i przesiąść się na coś w kierunku Opatowa - a stamtąd spróbować złapać stopa - ale cała procedura zajęłaby mi kolejne 3 czy 4 godziny. Zatem kiedy usłyszałam, że bus przejeżdża przez Nową Słupię, wysiadłam, chociaż opłaciłam już bilet do samego końca. Jak wrócę w Góry Świętokrzyskie i dokręcę brakujący początek szlaku z Gołoszyc, uzupełnię relację)

Dzień 1 
 Nowa Słupia - Szczytniak - Trzcianka - 23 km

Zaczynam więc na rynku w Nowej Słupi, z zamierzeniem powłóczenia się po okolicy i dobicia do szlaku na Szczytniaku (12,5 kilometra od Gołoszyc). Podchodzę do znaków i sprawdzam, ile stąd szłabym na Święty Krzyż (1 h) lub Kobylą Górę (również 1 h), która znajduje się tuż nad miejscowością Trzcianka, gdzie mam już zaklepany nocleg. Tymczasem wybieram jednak pętlę czarnym i niebieskim szlakiem wokół Starej Słupi przez Grzegorzowice i Skoszyn na Szczytniak.




Wybór nie był taki najgorszy - mam przed sobą prawie cały dzień z fenomenalną pogodą, a trasa wiedzie mnie przez przepiękne pola kwitnącego rzepaku i kwietne łąki. Owszem, drepcze się asfaltem, ale droga nie jest ruchliwa i pozwala w pełni cieszyć się niesamowitym pięknem polskiej wsi. W kwitnących sadach trawa aż buzuje od mleczy i dmuchawców, aż chciałoby się zrzucić plecak i po prostu w nich wytarzać. 

Początkowo ruszam z Nowej Słupi drogą łaczącą czarny i niebieski szlak - chwilę za zabudowaniami niebieski odbija w prawo w drogę szutrową przy wysokich drzewach (słabo oznaczony skręt), zaś czarny biegnie prosto asfaltem, by wspiąć się na Chełmową Górę (351 m). Niebieski prowadzi pomiędzy polami i domami, pozwalając mi podziwiać ogrody i nacieszyć się kwitnącymi bzami. Idę niebieskim tylko do momentu, gdy znowu napotkam czarny, by skrócić sobie drogę o godzinę i nie wspinać się z ciężkim plecakiem niepotrzebnie na wzniesienie. Tak naprawdę to czarny doprowadzi mnie na Szczytniak.






Przy skrzyżowaniu z czarnym powinien (według mojej mapy) znaleźć się jakiś drogowskaz, ale go nie ma - po prostu przy skrzyżowaniu ulic w Grzegorzowicach trzeba wypatrzyć znaki czarne zaczynające swój bieg w naszą prawą stronę, a niebieski kontynuuje drogę przed siebie. Ja odbijam na czarny i dochodzę do ruchliwej szosy nr 751, wzdłuż której idę kawałek skręciwszy w lewo. Po około 5-7 minutach trzeba odbić w prawo w szutrową drogę za domem - skręt nie jest oznaczony, więc trzeba się pilnować, bo wygląda jak wjazd do posesji. Znaki pojawią się za chwilę, ale z szosy 751 nie da się ich wypatrzyć. Dalej polną drogą do Skoszyna, po dojściu do szosy przed dworkiem należy odbić w prawo - znaki znów nie są widoczne, a następne po paru minutach w lewo w stronę kościoła. Tutaj już na szczęście nie można się zgubić. Dalej czarnym szlakiem przez Stary Skoszyn (jeden sklep po drodze, z racji święta oczywiście zamknięty, ale niczego nie potrzebowałam), aż przy końcu asfaltowej drogi musimy wejść w las po lewej.


Tutaj miała miejsce maleńka zamotka, bo las był dość mocno ekploatowany i zgubiłam znaki, zwłaszcza że las przecina sporo różnych ścieżek. Ponieważ jednak w gruncie rzeczy szlak na Szczytniak wiedzie już od tego momentu prosto w górę, postanowiłam pójść jedną ze ścieżek i dotarłam do znakowanego szlaku. Chwilowo mocno pod górę, potem się wypłaszczy. Od tej pory znaki mi juz towarzyszą. Przechodzimy przez skrzyżowanie z minikapliczką na drzewie prosto i po jakimś czasie docieramy już do tablicy informującej nas o wejściu na teren Rezerwatu Szczytniak - zaraz za nią jest maleńkie gołoborze, które należy przeciąć w lini prostej (nie ma znaków), i na górze jesteśmy już na szczycie, gdzie w końcu dobijam do czerwonych znaków Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

Z mapy wynika, że drogowskaz znajduje się kawałeczek za mną, ale już nie wracam, by na niego spojrzeć. Ze Szczytniaka według mojej mapy do Kobylej Góry nad Trzcianką powinno być 2 h 35 minut i około 11 kilometrów. Z Nowej Słupi zrobiłam 12 kilometrów, więc wyłączając Endomondo trochę czuję się tak, jakbym jednak przyszła z Gołoszyc :) 





Na szczycie spotykam parę osób, jest też na szlaku sporo biegaczy. Szlak to niezbyt szeroka ścieżka między drzewami - cały szczyt jest zalesiony, więc widoków nie ma, za to idzie się w miarę sprawnie, bo nie dokucza upał. Po drodze jest jeden moment, kiedy czerwony szlak wychodzi na szutrową drogę wiodącą w stronę Jeleniowa, by po chwili z powrotem odbić w las i zacząć wspinać się na Górę Jeleniowską - tutaj trochę męczące, strome podejście. Za Rezerwatem Góra Jeleniowska na granicy lasu urządzam sobie popas, siedząc na skraju pastwiska z widokiem na miejscowość Paprocice oraz wprost na klasztor na Świętym Krzyżu, który ostatni raz widziałam w okolicy Starej Słupi. Przechodzę przez Paprocice i koło kościoła odbijam w prawo stromo pod górę między domami, gdzie na końcu asfaltu zaczyna się podejście na Kobylą Górę. Muszę przyznać, że nawet nie zauważyłam samego szczytu i dojścia szlaku zielonego z Nowej Słupi... Trzeba trochę kluczyć między powalonymi drzewami (to będzie mi towarzyszyć na całym GSŚ) i zaraz już schodzi się w Trzciance, przecinając rzekę po prowizorycznie przerzuconych deseczkach. Szlak przecina najpierw jedną asfaltową dróżkę, a potem szosę do Nowej Słupii (jest to dobrze oznaczone). Na razie ja odbijam na nocleg w położonej naprawdę przy szlaku Agroturystyce "Przy Szlaku". Nie wiem, czy to tylko kwestia mojej formy i postojów, ale wydaje mi się, że realnie zabrało mi to więcej czasu niż wskazuje mapa, a zazwyczaj trzymam rozsądne tempo.

Dzień 2 
Trzcianka - Ameliówka - 29 km

Drugiego dnia rano przed 8:00 wychodzę na szlak i zaraz zaczyna się ścieżka przyrodnicza przez Puszczę Jodłową na Święty Krzyż. Słońce przesiewa się przez świeżuchną zieleń liści i atmosfera Puszczy mnie urzeka - jest tu naprawdę podniośle, chociaż to nie dzikie zarośla Puszczy Białowieskiej. Jodłowa jest raczej przestronna pod tym względem. Bardzo ładnym szlakiem - o ile potraficie docenić urok leśnej, niewidokowej ścieżki - docieramy pod klasztor na Świętym Krzyżu, który nagle daje o sobie znać łyskającym spomiędzy drzew... kotłem polowej kuchni.


Jest wciąż przed 9:00, więc szybko mijam klasztor i jego atrakcje (między innymi muzeum), by jak najprędzej znaleźć się na platformie widokowej na Łysej Górze. Wstyd się przyznać, ale dopiero pierwszy raz jestem w Górach Świętokrzyskich i strasznie się cieszę na zobaczenie tej pogańskiej, magicznej Łysej Góry. Jest piątek, mimo majowego weekendu w budce nikt nie sprzedaje biletów, na platformie jestem sama i mam całe gołoborze dla siebie :)



Ruszam z powrotem na szlak. Przede mną około półgodzinny marsz na Przełęcz Hucką, gdzie znajduje się parking, budki z pamiątkami, przystanek meleksów i inne typowe komercyjne atrakcje. Dopadam z radością małej budki ze słodyczami, która na moje szczęście jest otwarta, a potem zatrzymuję się obok w karczmie Izba Dobrego Smaku - uwaga: to jedna z dwóch karczm, które mijam po drodze aż do Kuźniaków. Serio. I druga jest dosłownie kawałek dalej w Kakoninie, więc radzę skorzystać z oferty jednej lub drugiej, bo będziecie żałować ;) 

W karczmie dostępna jest na razie tylko zupa o świętokrzyskim rodowodzie, ale porcja za 9 zł jest naprawdę uczciwa, poza tym jej głównym zadaniem do spółki z kawą jest po prostu podnieść moje morale. Punkt 10:00 ruszam dalej - szlak parę metrów w dół za karczmą odbija w prawo między domami i w tym momencie zaczyna się moim zdaniem najpiękniejszy fragment GSŚ.



Po minięciu domów zaczyna się cudowna, żółta ścieżka między polami w stronę Kakonina. Jest jeszcze drewniany stół i ławki, więc można sobie usiąść i się napawać :) Za chwilę ścieżka zanurzy się w las i będzie biegła dość długi czas tuż na granicy lasu - co pozwoli cieszyć się widokami zieleniących się pól, a jednocześnie wciąż być skrytym w chłodnym cieniu drzew. Bajka! Idziemy po płaskim, więc jest lekko, ale i urozmaicenie i przyjemnie. Wiem, że nie brzmi to jak totalny szał, ale naprawdę tam najbardziej mi się podobało z całej ponad stukilometrowej wędrówki, na równi z okolicami Przełęczy Krajeńskiej, gdzie dotarłam jeszcze tego samego dnia.

Jest to popularny szlak na Święty Krzyż i Łysą Górę, więc napotykam dość sporo turystów. W pewnym momencie dogoni was zielony szlak rowerowy, który odbije za chwilę w prawo, a wy musicie w lewo polną drogą - gdybyście jednak poszli za zielonym rowerowym, i tak dotrzecie z powrotem do czerwonego, bo rowerowy robi tylko malutką pętelkę, by wcześniej niż czerwony pieszy wydostać się na asfalt. W Podlesiu szlak wychodzi na nieruchliwą drogę asfaltową w stronę Kakonina, ale jest na tyle widokowo, że to wynagradza brak lasu. Za mną widać cały czas Święty Krzyż, więc dla wędrowców zmierzających w przeciwnym kierunku niż ja to fajna perspektywa. W Kakoninie jest drugi tego dnia sklepik ze słodyczami i napojami (nie, to nie jest normalny spożywczak), zabytkowa zagroda i kolejna karczma Izba Dobrego Smaku (to jakaś lokalna marka?). W sklepiku kupuję colę i sezamki, ale karczmę omijam - szlak prowadzi w lewo wzdłuż ogrodzenia przybytku i zaraz dosłownie doprowadza nas do bramy - tak, bramy! - Puszczy Jodłowej.


Ponieważ to szlak wiodący na Łysicę - najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich i dla mnie 24. szczyt Korony Gór Polski - tutaj znowu napotkałam więcej turystów. Tutaj uwaga o drogowskazach: na Świętym Krzyżu powitała mnie niezbyt wesoła informacja, że na Łysicę aż 6,5 godziny drogi, a 7,5 godziny do miejscowości Święta Katarzyna. Trochę mnie to przeraziło, ale na mojej mapie czasy układały się krócej i rzeczywiście, minąwszy kaplicę świętego Mikołaja, niespodziewanie dla samej siebie na Łysicy stanęłam już po niecałych 4 godzinach od wyruszenia ze Świętego Krzyża. Nie tylko ja byłam zdziwiona tymi czasami, bo drogowskaz na Łysicy wskazuje 2,5 h do Kakonina, co zastanawiało grupę turystów z sąsiedniej ławki, a ja spod karczmy w Kakoninie szłam tylko około godziny. Więc nie dajcie się nastraszyć!

Zejście do Świętej Katarzyny jest uciążliwie ze względu na ogromne, charakterystyczne kamienie na szlaku, ale do parkingu idzie się szybko, mijając kapliczkę i źródełko św. Franciszka. Szlak zaraz za parkingiem odbija w lewo i do góry, więc nie zagłębiamy się w samą miejscowość. Przed opuszczeniem granic Świętej Katarzyny kolejny znak wskazuje 350 m do sklepu - rejestruję takie znaki, bo uwierzcie mi, wiele ich nie ma na GSŚ :) W dodatku teraz w przypadku niedziel niehandlowych, czy zwyczajnych długich weekendów jak majowy, może być z tym problem. Za Świętą Katarzyną zaczyna się trochę uporczywy kawałek, bo idziemy poboczem dość ruchliwej drogi. Jakiś czas towarzyszą nam niebieskie znaki, które wkrótce odbijają w prawo na Zagórze i Wilków, my natomiast idziemy dalej prosto pod górę, i po chwili wynurzamy się z lasu przy zatoczce przystanku autobusowego. Czeka nas dalej marsz poboczem, ale od teraz będziemy sie poruszać przez niezwykle widokowe okolice Przełęczy Krajeńskiej. Cudownie! W dół zbiegają równe kolorowe pasy pól, dużo kwitnących drzew i daleki horyzont. Przed nami trochę na prawo masyw Wymyślonej i Radostowej. Widoki wynagradzają marsz poboczem ruchliwej szosy. Zatrzymuję sie na chwilę pod śliczną drewnianą kapliczką - przystanek autobusowy zajął rowerzysta, który zatrzymał się w tym miejscu na kanapkę. Przystanek i kapliczka to dwa luksusowe kawałki ochrony przed słońcem. 








Piękne widoki pomagają przetrwać marsz do przełęczy (kilka-kilkanaście minut), gdzie szlak pozostawia ruchliwą drogę i odbija w prawo przez wieś. Tu kolejny sklep. Przy przedsiębiorstwie zajmującym się chyba wydobyciem piaskowca (dużo ciężarówek) droga asfaltowa skręca w prawo, a szlak prowadzi nas prosto wzdłuż ogrodzenia - wygląda to niezbyt zachęcająco w tym miejcu, ale uwierzcie mi, kawałek dalej sceneria zmienia się nie do poznania. Mamy przed sobą górę Wymyśloną, a wokoło najbardziej fenomenalny wiejski krajobraz. Szlak wiedzie ścieżką między polami i zagajnikami brzózek, z widokiem na leżące w dole Zagórze. Zatrzymuję się na posiłek na miedzy z najlepszym widokiem - nie mogę się powstrzymać. Chociaż pod koniec posiłku widzę ruchliwą kropkę: babinę w chuście energicznym krokiem wspinającą się w moim kierunku - ewidentnie zaniepokoił ją intruz w pobliżu jej pola :) Akurat składam plecak i ruszam, by jeszcze sprzed szczytu Wymyślonej mierzyć się wzrokiem z babcią, która dotarła w tym czasie już niemal do miejsca, gdzie siedziałam. Fragment wokół Przełęczy Krajeńskiej i na szczyt Wymyślonej to też jeden z najurokliwszych momentów szlaku moim zdaniem.









Kwiat paproci?

Z Wymyślonej szlak zaskakująco mocno schodzi w dół tylko po to, by za chwilę skrobać się z powrotem niemal pionowo na szczyt Radostowej. Ten widok może nieco zniechęcać, ale mimo zmęczenia tego dnia poszło mi całkiem sprawnie. Na Radostowej ślady po ognisku i wiata, a dla mnie był to już właściwie koniec szlaku na dziś - e-podróżnik pokazał mi, że autobus kieleckiego ZTM zawiezie mnie z pobliskiej Ameliówki do Kielc. Zejście z Radostowej nie nastręcza trudności, a przystanek autobusowy w jedną i drugą stronę znajduje się wprost na szlaku. Autobus numer 10 mam za pół godziny, więc siadam i czekam. Jak dowiaduję się wieczorem czytając relację Angeliki z bloga My na szlaku, przerywam wędrówkę w idealnym momencie - kilkaset metrów dalej zaczyna się niemal pionowe podejście pod Diabli Kamień, które na pewno nie nadawało się do przejścia przeze mnie tego dnia. 

Zaplanowałam dwa kolejne noclegi w Kielcach trochę z lenistwa, bo nie chciało mi sie szukać kolejnych agroturystyk na szlaku. Zaletą tego rozwiązania było po pierwsze: kolejny dzień szłam na lekko, a po drugie mogłam sobie regulować długość trasy zależnie od potrzeb, bylby tylko znaleźć połączenie z Kielcami. Na przykład myślałam, że drugiego dnia uda mi się dojść do Masłowa, ale jednak skończyłam w Ameliówce. Nie ograniczał mnie nocleg w konkretnym miejscu, a jak się okazało, to podejście pod Diabelski Kamień dobrze było sobie zostawić na następny dzień. Poza tym, w Kielcach liczyłam też na obiad i dostęp do sklepu. 

Dzień 3
Ameliówka - Miedziana Góra - 34 km

Następnego dnia dojechałam z powrotem autobusem nr 10 na przystanek, z którego skończyłam - gdyby ktoś szukał informacji, to dokładnie ten przystanek nazywał się "Ciekoty III" - przystanek "Ameliówka" jest nieco wcześniej, do szlaku należałoby jeszcze podejść. Chciałam zacząć dokładnie w tym miejscu, gdzie skończyłam poprzedniego dnia, a poza tym wiedziałam już, że szlak będzie odbijał ostro w prawo. Rzeczywiście, trzeba sie pilnować, by po prawej stronie drogi wypatrzyć wejście w las. Była opisana przez Angelikę drewniana bramka - tym razem otwarta - a zaraz za nią pionowa ściana, na która trzeba się wdrapać. Niestety, tutaj uwaga - lokalni downhillowcy postanowili przerobić ten fragment czerwonego szlaku na swoją trasę zjazdową. Aż do samego szczytu co kawałek małe skocznie dla rowerów - ostrzegam, bo bliskie spotkanie z takim delikwentem na szlaku, kiedy idzie się zmęczonym i z ciężkim plecakiem, może być bardzo nieprzyjemne dla obu stron. 




Po stromym podejściu szlak w miarę się wypłaszcza i pod koronami drzew wiedzie nas do Diabelskiego Kamienia, gdzie jest miejsce na ognisko, ławeczka i parę tablic informacyjnych. Nie byłabym sobą, gdybym wbrew wszelkim zasadom BHP nie wlazła na szczyt tego kamienia - pokarało mnie, bo selfiaka ze szczytu trafił szlag razem z resztą zdjęć z telefonu. Dobrze, że zabrałam też lustrzankę!

W okolicy Kamienia nie zatrzymuję się, bo odstręczają mnie trochę od niego zabałaganione ślady po ogniskach i może nieco mało przyjemny klimat... Za to kawałek dalej, tuż przed wieżą widokową na Klonówce, aż przysiadam z wrażenia nad pięknym widokiem, którym mam z prawej. Nie mogę się oderwać! W końcu jednak ruszam dalej, bo tego dnia będzie mi szło wyjątkowo powoli, mimo że szłam na lekko. Spod wieży widokowej prosta droga do Masłowa (sklep i przystanek autobusowy tuż przy szlaku). Wspaniały nastrój puentuję orzechowym Magnumem i maszeruję chodnikiem wzdłuż drogi. Szlak odbija dopiero przy kościele - akurat mam szczęście i odbywa się w nim jakaś wielka uroczystość, i cała okolica jest zastawiona samochodami parafian. Naprawdę, ledwo się przeciskam, by odnaleźć znaki szlaku! Z placu przed kościołem w dół drogą asfaltową, potem w prawo, a za kolejne parę minut odbicie w lewo. Tutaj droga asfaltowa między polami wyprowadza nas z miejscowości, aż szlak odbije na Domaniówkę. Widać ją już spod kościoła, więc byłam ciekawa, czy z Domaniówki zobaczę wciąż te samochody. Tak, zobaczyłam :)



Wieża widokowa na Klonówce





Początkowo ładny widokowo szlak między polami, potem skręca już między drzewa i tak prowadzi aż do Dąbrowy-Kolonii. Tutaj winien być drogowskaz, ale go nie zauważyłam, natomiast krzyżuje się tu żółty szlak i kończy się tutaj asfaltowa droga, która chyba jakoś doprowadzi was do Kielc lub co najmniej do przystanku autobusowego (tak to wygląda na mapie, sama nie sprawdzałam). Ruszam dalej na Koszarkę. Szlak prowadzi między domami i mija kolejny sklep, ale w którym akurat między 12:00 a 14:00 jest przerwa, więc a kuku! Nic nie kupisz. Była godzina 13:00.

Szlak doprowadza do ruchliwej drogi nr 73 - przechodzimy na drugą stronę i w prawo trzeba iść wzdłuż ekranów. To nie jest przyjemny fragment i wejście w las kilkaset metrów dalej jakoś nie poprawia sytuacji. Taki sobie las bez kilmatu. Popychała mnie do przodu ciekawość, bo przede mną było jeszcze przejście przez drogę S7 w postacie szerokiego, wysadzanego trawą pasa ziemi - to przejście służy tez zwierzętom. Turystom i zwierzętom, tak zostaliśmy zrównani... Niestety dalej wciąż sytuacja się nie poprawia, bo przede mną oficjalnie najmniej przyjemny odcinek GSŚ - 1400 metrów marszu wzdłuż ruchliwej drogi na Zagnańsk, którą samochody pędzą z dużą prędkością. Niestety nie da się uciec ani ominąć tego fragmentu, trzeba iść. Jednak zaraz na początku tego odcinka na drzewie napotykam zabawną (nie w zamierzeniu autora) tabliczkę, która tak mnie rozśmiesza, że śmieję się całe półtora kilometra, aż do skrętu w lewo przy pomniku, gdzie dalej chichocząc opadam na mikoławeczkę i spożywam posiłek.

Czas leci, a mnie droga coś się dłuży, zamiast skracać. Przede mną szczyt Sosnowicy z paroma ławkami i stołami, ale przyznam, że nie zachęcająco to wyglądało. Ruszam dalej na Tumlin drogą między domami i przez tory. Oczywiście pociąg nadjechał dosłownie dwie minuty po tym, jak je przekroczyłam, przyprawiając mnie o gęsią skórkę... Droga wspina się dość ostro pod górę. Kawałek dalej pod drzewami ni stąd ni zowąd spotykam wmurowany w kamień znaczek Głównego Szlaku Świętokrzyskiego, podobny do tego, jaki znajduje się na początku i na końcu szlaku... A przecież nie jest to nawet jego połowa! Taka niespodzianka. Przecinam drogę i ruszam dalej na wzgórze, do rezerwatu Kamienne Kręgi Tumlin. Na schodach kapliczki z 1850 roku urządzam sobie popas - lubię miejsca naznaczone pogańską mocą - i o mało nie przyprawiam o zawał przechodzącej pani, która wychodząc zza kapliczki musiała pomyśleć, że na schodach rozsiadł się jakiś leśny demon. I, bez butów, je sobie jajko. 




Miałam w planach zdążyć na jakiś bus w Miedzianej Górze, więc mimo zmęczenia musiałam przyspieszyć. Z Grodowej góry zejście jest dość strome, ale szybko je pokonuję i przechodzę przez przysiółek Podgród. Słońce już powoli chowa się za lasem, a tu okazuje się, że czeka mnie jeszcze bardzo strome podejście na Wykieńską. Las w tym miejscu jest mocno zdewastowany, nie wiem, czy to przecinka, czy jakieś szkody wiatru, w każdym razie muszę ostrożnie przedzierać się przez stosy gałęzi, a do tego podejście w górę jest naprawdę pionowe. Na blogu Łukasza Supergana ktoś zadał pytanie o możliwość przejechania szlaku rowerem - w większości jak najbardziej, ale takie momenty jak podejście pod Diabelski Kamień w Ameliówce, zejście z Góry Grodowej, podejście na Wykieńską, podejście na Radostową czy zejście z Łysicy do Świętej Katarzyny są dla rowerów nieprzejezdne. Ale pewnie da się to spokojnie ominąć. 

Tymczasem resztkami sił wdrapuję się na Wykieńską i ruszam dalej w stronę już mniej agresywnego Kamienia, a z niego szybko schodzę do drogi nr 74 w Miedzianej Górze, gdzie łapię busa do Kielc.

Dzień 4
 Miedziana Góra Ciosowa - Kuźniaki - 19 km

O 7 rano melduję się na dworcu w Kielcach, by o 7:25 złapać busa do Miedzianej Góry. Planuję zdążyć na busy, które rzekomo mają jechać z Huciska o 12:30 lub 13:30 - o 16:38 mam juz pociąg do Krakowa, z Kuźniaków muszę jeszcze dostać się do pobliskiego Huciska. Gdy pojawia się bus, zaczynają się niejedyne tego dnia komplikacje. Razem ze mną do środka chce ładować się jakis kilkudziesięcioosobowy rajd i kierowca woli wziąć ich najpierw, bo jadą dalej, i przed oczami staje mi już widmo porażki! Ostatecznie mieszczę się, a kierowca pamięta, żeby zatrzymać się dla mnie w Ciosowej, bo przez tłok zupełnie nie orientuję się, gdzie jesteśmy. Ruszam na szlak. Szybkie podejście na Ciosową, zbudowaną z różowego ciekawego piaskowca. Nie mam jednak czasu na zbyt długie podziwianie, bo czuję, że muszę się spieszyć.





 Ruszam dalej w kierunku Porzecza. Szlak prowadzi ładną drogą między łąkami - zatrzymuję się na zdjęcia, bo poranek jest przepiękny. W samym porzeczu doganiam Green Velo, ale trzeba uważać, bo nie jest oznaczony skręt czerwonego szlaku w lewo - moje wątpliwości rozwiewa przypadkowy rowerzysta, ale jeśli nie spotkacie nikogo obznajomionego z przebiegiem GSŚ, po prostu skierujcie się w lewo tam, gdzie zobaczycie znaki Velo. Za chwilę na słupie pojawią się czerwone znaki szlaku pieszego. Dalej wspinam się dość mozolnie na Baranią Górę, ale zapewniam was, że widok roztaczający się stamtąd szeroko - wynagradza wysiłki. Dalej wchodzimy w las i jeszcze kawałek maszerujemy w stronę szczytu. Na lewo będzie odbijał czarny szlak na Oblęgorek, natomiast tablica "Kuźniaki - 2 h 35 min" była połamana i leżała pod drzewem...





Oblęgorek kusi, ale nie tym razem. Dreptam dalej, chociaż przyznaję bez bicia, że w czwartym dniu marszu czułam już skumulowane zmęczenie - nie mam już dawnej, biegaczej kondycji... W Widomej muszę chwilę posiedzieć na poboczu, potem na Siniewskiej robię dłuższy postój na kanapkę. Nie wiem, że dosłownie 10 min od miejsca w którym siedzę, znajduje się duża, nowoczesna platforma widokowa, wśród domów. Widok jest stamtąd bez zarzutu, ale nie żałuję, że posiłek zjadłam w lesie, bo wokół platformy i altany wala się sporo śmieci, a wiatr pewnie wszystko by mi przewracał. Ruszam dalej. "Meta już przecież niedaleko" - rzucam do mijających mnie rowerzystów w momencie, kiedy próbuję zrobić zdjęcie leżącemu na szlaku zaskrońcowi. Wąż ucieka, rowerzyści śmieją się, że oni też jadą do Kuźniaków, a mnie trochę poprawia się humor. Choć postój robiłam stosunkowo niedawno, przed południem zatrzymuję się jeszcze na przepięknej, wprost bajkowej łące w okolicy Niedźwiedzia, pod Perzową Górą. Wiem, że na busa 12:30 nie zdążę, może 13:30. Nie wiem, ile jeszcze będę maszerować do Huciska, ale łąka jest tak wspaniała, że dociera do mnie, że nie ma co zbyt prędko opuszczać szlaku. Siedzę, chrupiąc ogórki i rozkoszując się słońcem i łąką.






Potem stosunkowo niedługo docieram do groty świętej Rozalii, którą oglądam z zaciekawieniem. Mówiłam, że lubię takie miejsca mocy? Z Perzowej Góry to już naprawdę kilometr do końca. Przede mną już tylko Kuźniacka Góra - troszeczkę mnie jeszcze męczy, bo człowiek już, już by chciał być na mecie! - ale w końcu i ją mijam, droga wychodzi z lasu i po paru minutach jestem w Kuźniakach przy wmurowanym w kamień znaku początku/końca Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.



W tle za drzewem to już Perzowa Góra.



Tutaj nie chodzi o to, że zdjęcie jest jakieś super, ale przedstawia tą fenomenalną łąkę, z której nie chciałam się ruszać. Kolejne też!


Misja - pomijając fakt, że nie dotarłam do Gołoszyc na początek szlaku - zakończona.

I od tej pory znowu wszystko zaczyna się komplikować.
W ogóle jestem przekonana, że jest niedziela niehandlowa, więc dziwię się, że oba sklepy w Kuźniakach są otwarte. Pod sklepem bandy lokalnych wyrostków. Dziwię się, że znaki szlaku jeszcze mnie gdzieś prowadzą, ale zmęczona marzę już o busie do Kielc. Podchodzę na przystanek - żadnych rozkładów jazdy. Mgliście pamiętam, że jedzie z Kuźniaków coś po 15:00, ale jest dopiero 13:30. Zapominam, że o 13:37 powinien jechać jakiś bus w stronę Rudy Strawczyńskiej... O 13:36 opuszczam przystanek i zaczynam maszerować w sandałach lewą stroną drogi. O 13:37 mija mnie jakiś rozpędzony bus. 

Dammit.

Pocieszam się, że to może wcale nie był ten do Kielc, i ruszam w czterokilometrowy spacer w stronę Huciska. Rozmyślam jednak cały czas, czemu przez Hucisko miałby rzekomo jechać ten sam bus relacji Kielce-Stąporków, który parę godzin wcześniej zawiózł mnie do Miedzianej Góry? To dziwne... i niemożliwe. Orientuję się z przerażeniem, że źle sprawdziłam odjazdy - to nie Hucisko koło Kuźniaków, tylko koło Stąporkowa. Co robić? Jest po 14:00, bilet na 16:38 z Kielc do Krakowa kupiony. Zaczynam maszerować w stronę Rudy Strawczyńskiej. Docieram do przystanku, gorączkowo myśląc nad rozwiązaniem. I wtedy olśniewa mnie - bus 15:10 z Kuźniaków!

Błyskawicznie sprawdzam w internecie - tak, ma jechać. Cholera jasna! Jest 14:32, a Google maps twierdzi, że droga powrotna do Kuźniaków zajmie mi 39 minut! A więc spóźnię się minutę na busa! Zaczynam biec - w sandałach, na które zdążyłam już zmienić uciskające buty trekkingowe, które teraz dyndają mi na plecaku, z kijami trekkingowymi i całym szpejem. Gorączkowo wystawiam rękę w kierunku każdego samochodu, który mnie mija - a nie jest ich zbyt wiele. Kierowcy jak na złość jadą niedzielnie samochodami pełnymi członków rodziny, więc tylko rozkładają ręce, jakby słyszeli moje ciche "Proszęęęę..." Biegnę tak jeszcze wzdłuż drogi 2 kilometry, kiedy nareszcie zatrzymuje się młody koleś i podwozi mnie kolejne 2 km, zdziwiony, że tylko tyle trzeba mi do szczęścia. Wysadza mnie na przystanku w Kuźniakach - ale w przeciwnym kierunku, niż przystanek, na którym byłam poprzednio! I tam rzeczywiście jest rozkład jazdy z busem o 15:10. Jestem uratowana. Wyjaśniła się też zagadka, dokąd prowadziły mnie "dalsze" czerwone znaki - początek szlaku jest dopiero przy tym przystanku, a nie tamtym, na którym siedziałam wcześnej.

Ale to jeszcze nie koniec atrakcji. Widzę, że na przystanku w przeciwnym kierunku - siedziałam na nim o 13:30 - ustawia się dziewczyna z walizką. Studentka. Zaczyna mnie to zastanawiać, bo jako miejscowa pewnie wie, że coś będzie teraz jechać. I rzeczywiście, o 15:08 pojawia się bus, jadący w przeciwnym kierunku! Macham do niego jak oszalała i na szczęście zatrzymuje się, zanim zgarnie studentkę. Nie wiem, skąd się wziął i dlaczego jechał o tej samej porze, co bus do Kielc w drugą stronę, ale wsiadłam i jadę. Zdążę na pociąg. Co więcej, ten bus za parę minut minął przystanek w Rudzie Strawczyńskiej, gdzie spokojnie mogłam wsiąść, zamiast panicznie biec z powrotem do Kuźniaków... ale cholera, skąd mogłam wiedzieć?! 

W każdym razie wiem już, że nie czeka mnie nocleg na przystanku w Kuźniakach, że zdążę na pełen powracających studentów pociąg do Krakowa, i powoli zaczynam myśleć... kiedy znowu wrócić na szlak!