niedziela, 26 stycznia 2020

Jak mam rest day, to robię tylko 65 km i kilometr przewyższenia - Beskid Niski dzień 3


Jak to często u mnie bywa, rest day wymyka się spod kontroli. I to nie w tę stronę, w którą myślicie. Mam ramowy plan – ogólnie na cały ten wyjazd mam tylko ramowy plan, rozpięty między Wysową, Rymanowem i Gorlicami, i na początek trzeciego dnia jadę do Jaślisk, gdzie kręcono "Wino truskawkowe", film na podstawie prozy Stasiuka. Gdyby nie wpis innego instagramera, nawet bym o tym nie pamiętała, ale skoro Sznajderman i skoro Stasiuk, to pasuje odwiedzić. Początek mało przyjemny, ląduję przed Barwinkiem na bardzo ruchliwej drodze do granicy, ale udaje się w miarę szybko stamtąd zwiać. Poza tym, był tam sklep! Zatrzymuję się na siku gdzieś przed Daliową i w momencie, kiedy po załatwionej sprawie rozpędzam rower, nagle coś łomocze w lesie i warczy, jak wielkie zwierzę. Nie chcę nic insynuować, ale uciekam czym prędzej, mimo że to 10% podjazd.

W Jaśliskach fotografuję bar Czeremcha, pod dumnym nowiutkim neonem, ale zamknięty na cztery spusty. Ciekawe, czy można tam jesienią zjeść obiad, jak głosi przy drodze banner? Mnie się niestety nie udaje i pedałuję dalej, długim widokowym podjazdem, w stronę Królika Polskiego. Bloki w szczerym polu i sarna, która podnosi głowę z traw dokładnie w momencie, kiedy myślę, że mnie się nawet sarny nie chcą bać. "No, właśnie!" - mówię do niej na głos zrezygnowana i ona dopiero wtedy ucieka, jakby wcześniej w ogóle nie przyszło jej to do głowy. Zjeżdżam do Królika, zatrzymując się po drodze w tym Wołoskim i bezczelnie przełażąc przez ogrodzenie jak kot, by obejrzeć ruiny cerkwi. Little rurex never killed nobody, można by zanucić, chociaż akurat nie jestem tak do końca pewna. Dalej już Rymanów Zdrój, gdzie znowu z trudem szukam jakiejś restauracji, ale w końcu udaje się zamówić żurek i spożyć go radośnie pod jadowicie niebieskim niebem, przy deptaku. Ten żurek mnie całkiem rozleniwia i zwlekam z wyruszeniem, jeszcze chwilę siedząc i wąchając tężnię w towarzystwie starszych kuracjuszy. W końcu jednak ruszam i nadziewam się znowu na pułapkę zastawioną przez nawigację Google. Zamiast zdać się na czerwony szlak pieszy, ten sam, którym cztery lata wcześniej przyszłam do Rymanowa przez góry z S., daję się wyprowadzić w pole, i to dosłownie, pchając rower przez wysokie po pas trawy, pastwiska i gęste krzaki. Klnę jak szewc, ale na pociechę mam przepiękny widok na Rymanów. Nie było to nic specjalnie strasznego, bo widziałam, że szlak pieszy jest zupełnie blisko i wkrótce go doganiam, jadąc już spokojnie przez zbocze, podziwiając widoki. Piękny szlak, swoją drogą, polecam zielony. Jego jedynym minusem były trwające wówczas prace leśne, które dolny odcinek szlaku zamieniły w strumień błota i kolein sięgających mi do pół uda, a które w ciągu sekund zamieniły Hrabiego Solo w fat bike'a, a mnie w Jożina z bażin.

I tak przyozdobiona, dźwigając na sobie pewnie z dwa kilo mokrej gleby, zjawiłam się w ślicznym, pastelowym i drewnianym centrum Iwonicza Zdroju. Uroki MTB! Obtupuję buty z grubsza, otrząsam rower i ładuję się do przyjemnej, a zatłoczonej kawiarni, gdzie miłościwie instaluję się na ogródku razem z moim wesołym fat bikiem, a nie postanawiam usiąść w środku. Zamawiam stały zestaw wyrypny: ciasto, kawę i Colę, i mruczę na leżaku znad mojego buffa ze żbikiem. Rozciągnięty, szczęśliwy kot.

Ale czas płynie nieubłaganie, a ja w moim rest dayu zapędziłam się trochę daleko i wciąż mam parę kilometrów na nocleg. Kierunek: Cergowa, i góra, i miejscowość. Góra o tej nazwie tonie w bardzo malowniczych dymach, które niestety generuje uporczywy chudy wieśniak w ogrodniczkach, wypalający trawę. Robię klimatyczne zdjęcia, jednocześnie mierząc się wściekłym wzrokiem z wieśniakiem, czując bezsilność, że nawet gdybym zdecydowała się na robienie awantury i telefon na policję, to pewnie w radiowozie przyjechałby jakiś kuzyn czy szwagier wieśniaka, a wypalanie trawy na wieśniaczym polu opatrzone zostałoby gromkim rechotem, a nie mandatem. Życzyłam mu, żeby po prostu się spalił, razem z zaparkowanym obok samochodem.

Widok na Beskid Dukielski spod Cergowej nieco mnie rozchmurza, zachodzi słońce, kiedy wjeżdżam do Dukli. Nocowałam w niej ostatnio, te parę lat temu, ale teraz droga prowadzi mnie w innym kierunku i zdumiona mijam rozległe osiedla domów jednorodzinnych. To Dukla jest taka wielka? Gdzie ci wszyscy ludzie pracują, do diabła?! Dalej przejazd przez pastelową już Iwlę i w mroku ostatni podjazd do Chyrowej, na szczęście niewielki. Wielki podjazd czeka mnie rano, bo muszę wymłynkować z powrotem do Krempnej. Jeszcze tylko płacę za obie noce i gospodyni z uśmiechem pyta mnie: "To jutro już do domu?", a ja bez zastanowienia odpowiadam wesoło:
- Tak! Do Gorlic!

I tak właśnie naturalnie przesunęłam swój dom na mapie do Gorlic. A to przecież nawet nie miała być meta ostatniego dnia.


Żbik w środowisku naturalnym - zdjęcie 1.

Wielkie nieba, wielkie drogi - zdjęcie 2.

Poniżej 11% podjazd jest wręcz niezauważalny.

Jaśliska - to odnowiony ratusz

A to zamknięty na kłódkę bar Czeremcha

Rurex w Króliku Wołoskim

Byłam ostrożna.

Tężni wąchanie, grzechów odpuszczenie (Rymanów Zdrój)

Według nawigacji Google, to jest droga. Pozostawiam bez komentarza.

To końcóweczka zielonego szlaku do Iwonicza... Mam szczerą nadzieję, że to już tak nie wygląda.

Zabudowa taka śliczna, jak opłata klimatyczna - Iwonicz

Żbik w naturalnym środowisku - zdjęcie 2.

Płonąca Cergowa

Zachód nad Iwlą - no mam szczęście do przeżycia paru pięknych momentów...



Beskid Niski dzień 1 
Beskid Niski dzień 2 
Beskid Niski dzień 3 - tu jesteś 

Beskid Niski dzień  4

poniedziałek, 23 grudnia 2019

"Tychania" znaczy "zacisze" - Beskid Niski dzień 2


B. pisze, że mam nie jechać żółtym do Regietowa, tylko wracać przez Hańczową i Skwirtne. Pukam się w głowę: po pierwsze primo, nienawidzę się wracać i powtarzać tę samą drogę, a dwa, w Hańczowej jest wstrętny podjazd, który wczoraj zjechałam z najwyższą radością pławiąc się w zachodzącym słońcu, ale którego kolejnego dnia nie chcę od dołu maglować. Żółty szlak pieszy przeprowadzi mnie z Blechnarki do Regietowa przez las, ale podobno jest mylny. Ale kto, jeśli nie my - Hrabia i Hrabina Solo, więc z duszą na ramieniu, oglądając się w kółko za niedźwiedziami, wjeżdżam w rudy jak miedziany rondel las i czekam na tę grapę, którą straszył mnie B. Uważnie, choć na czuja, włażę w kolejne, pełne kolein odnogi ścieżki i z Bożą pomocą melduję się na Przełęczy Regetowskiej, nie gubiąc. Sikam przy szlaku tuż przed tym, jak przejeżdża terenowe auto wypchane dzieciatą rodziną: wąsaty mężczyzna za kierownicą jest chyba szczerze zdumiony widokiem samotnej rowerzystki pedałującej wesoło w mokrym jednym bucie (liście skutecznie zakryły bajoro, w które wpadłam po kostkę) wprost z serca lasu. Byłby zapewne bardziej zdziwiony, gdyby zastali mnie z jeszcze opuszczonymi gaciami. Kawałek dalej, pod dzwonnicą, stoi kamper i kręci się wokół niego biszkoptowy pies. Pies mnie zaczepia, a siedzący na leżaku przed autem właściciel, grzejąc się w porannych promieniach, pyta ze zdumieniem, czemu tak sama jeżdżę. Bingo! Wycieczka bez tego pytania byłaby niezaliczona. Cieszę się, że nie zgubiłam szlaku w lesie, ale przede mną przejazd przez nieistniejące wsie i wyobrażam sobie, że tego dnia będą to październikowe wakacje z duchami, więc się obawiam, chociaż zgrywam luzaka. O, nie mogłam się bardziej mylić.

W Blechnarce włażę do zarośniętej krzakami cerkwi po mszy, kukając ostrożnie jednym okiem z sieni, nie chcąc przeszkadzać jeszcze modlącym się. W Regietowie zamknięta brama cmentarza. Jadę dalej przez las, zatrzymując się, by machnąć piękne zdjęcie z widokiem na krowy. W Smerekowcu cielę żałośnie samotne pod przydrożnym krzyżem, kosmate, i różaniec w cerkwi. Odmawiam grzecznie "Zdrowaś Mario", by sobie do woli obejrzeć ikonostas. Dalej Zdynia, cerkiew odsunięta od drogi, biegnącej wysoko przez wzgórze, więc zmęczona podjazdem cykam fotkę z daleka i zjeżdżam do Koniecznej, gdzie znowu wsadzam swój czarny, czarci, pogański łeb w kasku do cerkwi tuż po nabożeństwie. Jestem gotowa wycofać się, gdyby tylko ktoś zwrócił mi uwagę, ale młody kościelny - tak to się mówi? - krząta się po wnętrzu nic nie komentując, więc dłuższą chwilę stoję zachwycona światłem, wirującym w powietrzu kurzem i zapachem drewna, które to wszystko wciągam w siebie łapczywie i nerwowo uwieczniam, poza zapachem, na zdjęciu. Pod cerkwią jest zadbane boisko do piłki nożnej, z nowiuśkimi bramkami, wesoło.

Dalej mam już zjazd na Radocynę i koniec, uff, asfaltu. Wjeżdżam w tę najpiękniejszą z możliwych, archetypiczną, wzorcową żółtą polną drogę pod niebieskim niebem, jakby narysowało ją dziecko. Wiecie, że takie kocham najbardziej. Mogłabym nadłożyć trochę drogi, by zobaczyć miejsce na bazę namiotową, ale zostawiam sobie ten smaczek na inny raz – pilnuję czasu. W lesie dwóch rajderów enduro, jak myślicie, powiedzieli mi "cześć"? A potem już drzwi nieistniejącej wsi numer jeden i kieruję sie w stronę Czarnego.

Muszę zobaczyć Czarne, bo wiadomo, Sznajderman i Stasiuk. Mam świeżo w pamięci fragmenty "Pustego lasu" o chacie w Czarnem bez prądu i ciężkich zimach. I tam właśnie, jeszcze w Radocynie, zaczynam się przekonywać, że w słoneczną niedzielę te nieistniejące wsie to całkiem tłoczna destynacja. Od Radocyny nie mam zasięgu, więc zatrzymuję się pod analogową mapą koło ośrodka wypoczynkowego, próbując zorientować, gdzie jestem. Jakoś nie mogę ustalić kierunków. Podjeżdża do mnie inny rowerzysta, którego wcześniej wyprzedziłam i już wiedziałam, że na pewno mnie zaczepi. Już z daleka mogę poznać po minie, kogo szalenie interesuje moja samotność na szlaku i kto z pewnością przyczepi się do mnie, żeby się koniecznie dowiedzieć, gdzie jadę. Ten oczywiście chciał. Gadamy chwilę o szlakach, był chyba z Gorlic, ale nie ujawniam, że zamierzam być w Gorlicach za dwa dni i szybko się żegnam pod byle pretekstem, bo jedną z największych i nigdy nie odkrytych przez takich typków tajemnic Wszechświata jest fakt, że jak ktoś jeździ sam, to może właśnie po to, by jeździć samemu, a nie wdawać się w towarzyskie atrakcje. Ruszam szybko, on zostaje w tyle, ale niestety dogania mnie, kiedy fotografuję Hrabiego pod krzyżem i krzyczy, że skoro chcę do Nieznajowej, to źle pojechałam i muszę tam w prawo skręcić. Tak mnie zakręca, że rzeczywiście go słucham i wracam, a jechałam dobrze, bo przecież jechałam na Czarne! A tak, to posłusznie wracam i ruszam na Nieznajową i teraz nie wiem, czy dojechałam już do Czarnego tam, pod tym krzyżem, czy wciąż trochę mi brakło. On pomknął na Czarne.

No więc jadę już na Nieznajową i zaczynają się te słynne brody na Wisłoce, które szalenie mnie cieszą. Przyjemność będę miała podwójną, bo przy drzwiach do nieistniejącej wsi Nieznajowa zawrócę i przejadę z powrotem tą samą drogą, by przez Długie uderzyć na Wyszowatkę. Tam, na tym szlaku do Nieznajowej, turystów było najwięcej, o sikaniu nie byłoby mowy, a do zrobienia zdjęcia drzwiom wsi stała całkiem długa kolejka. Ktoś z pieszych turystów zostawia z wrażenia pod drzwiami kije, ale wołam ich i wracają. Mogłam złośliwie nie wołać, bo chwilę wcześniej zirytowali mnie, rozkładając się pokotem na samym środku szlaku, szeroko. Co za gamonie, no nie? Ale jest cudowny ciepły dzień, więc wybaczam, tak jak wybaczam potem (z trudem) wstrętnym quadowcom rżnącym przez szutrową drogę w Długiem i wzniecających taki gargantuiczny tuman kurzu, że prawie dosłownie się duszę i przez dobre parę minut nie widzę nie tylko drogi, ale nawet najmniejszego kawałka nieba. Skręcam na Długie i uciekając podjazdem przed parą całkiem dziarsko pedałujących rowerzystów w wieku moich rodziców, pospiesznie wspinam się do Wyszowatki.

Przez Wyszowatkę przejeżdżam szybko, ciesząc się widokami i klimatem miejsca, w którym zatrzymał się jakiś 1985 lub 1987 rok. Czeka mnie teraz droga przez Żydowskie i oczywiście boję się, bo przecież to droga przez właściwie rezerwat, pustkowie leśne, i pewnie będę tam sama i pewnie przyjdzie niedźwiedź i pewnie mnie zje. O, jaka kolejna sroga pomyłka. Jeszcze nieśmiało przekraczam znak zakazu wjazdu, ale szybko orientuję się, że to zakaz nieaktualny. Przez Żydowskie mkną samochody. Droga, która do niedawna była objęta zakazem ruchu pojazdów mechanicznych, teraz jest już rozjeżdżana przez ryczące motory i osobówki. Aż mi trudno uwierzyć. Kiedy siedzę na ławce z widokiem na rezerwat Ciechani, przejeżdżający autami zwalniają, baranim wzrokiem gapią się w przestrzeń, ale nic nie widząc – przecież tam nic nie ma  - odjeżdżają, niewzruszeni. Dlaczego tak się stało? Gdzie teraz będą mieszkały żbiki? Nie wiem. Na drugim końcu drogi, od strony Krempnej, jest nawet toi-toi, w którym można umyć ręce. Brakuje tylko McDonaldsa.

Chwilę majtam nogami na ławce, ze wzruszeniem myślę o Ciechani, ale w gruncie rzeczy uciekam stamtąd szybko. Właściwie myślę już tylko, czy znajdę po drodze jakąś restaurację, ale na ten dzień to marzenie ściętej głowy. Dobrze, że w Krempnej jest otwarty sklep, powolna sprzedawczyni obsługuje długą kolejkę niedzielnych przeciwników zakazu handlu, w tym mnie, piastującą w objęciach co najmniej 3 butelki różnych napojów i ciastka. Kolorowa cerkiew w Krempnej i mknę dalej. Po popasie w Polanach – innych Polanach niż te wczorajsze – zupełnie znienacka dopada mnie, na sam koniec dnia, wściekły podjazd. Niekończący się podjazd, asfaltem. Na początku po prostu jadę, a potem coraz bardziej nie mogę uwierzyć. Jestem zmęczona, a tu ciągle w górę i w górę, nachylenie nie jest obłędne, ale bez końca, nad lasem zapada zmrok, a nie wiem jeszcze, ile tej męczarni do Chyrowej. Zdumiewam się coraz bardziej z każdym, coraz wolniejszym obrotem korby. W końcu widzę, że wyżej już nic nie ma, zaczynam zjeżdżać po drugiej stronie góry i w nagrodę dostaję nieziemski, pastelowy zachód słońca. Wzrusz! Prawdziwy, mglisty i pusty Beskid Niski! Mknę przez półmrok Chyrowej, mylę byka z krową (na szczęście jest uwiązany łańcuchem) i docieram w końcu na nocleg. Wielki owczarek w kojcu w ogóle na mnie nie szczeka, chyba jestem w jego oczach najmniej groźnym gościem podwórka. W domku, gdzie mam wynajęty pokój, jest piekielnie zimno, ale gospodyni spełnia swoją obietnicę i po chwili kaloryfery już parzą. Nie ma ani grama zasięgu, ale uspokajam się, bo jest wifi, są ciepłe kaloryfery i maltanki kupione w Krempnej, więc wieczór jest fajny. Następnego dnia jeszcze rest day!

Cerkiew w Wysowej i Hrabiulek Solo


Skradanie się i podglądanie (cerkiew w Blechnarce)

Na zdjęciu jesieniarstwo i udawanie, że dam radę

Regietów

Krowy aż po horyzont

Gapi się na mnie jak cielę na malowane wrota

Zdjęcie zapachu starej cerkwi

Wielkie nieba, wielkie drogi - Radocyna

Nieznajowa

Jest gdzie się powozić (Wyszowatka)

Koszmarna, wyasfaltowana droga przez Żydowskie. Widzę na tym zdjęciu przełamanie, ciemne-jasne, jak rozcięcie przez ten dotąd cichy las.



Beskid Niski dzień 1  

Beskid Niski dzień 2 - tu jesteś