Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2020

Jak mam rest day, to robię tylko 65 km i kilometr przewyższenia - Beskid Niski dzień 3


Jak to często u mnie bywa, rest day wymyka się spod kontroli. I to nie w tę stronę, w którą myślicie. Mam ramowy plan – ogólnie na cały ten wyjazd mam tylko ramowy plan, rozpięty między Wysową, Rymanowem i Gorlicami, i na początek trzeciego dnia jadę do Jaślisk, gdzie kręcono "Wino truskawkowe", film na podstawie prozy Stasiuka. Gdyby nie wpis innego instagramera, nawet bym o tym nie pamiętała, ale skoro Sznajderman i skoro Stasiuk, to pasuje odwiedzić. Początek mało przyjemny, ląduję przed Barwinkiem na bardzo ruchliwej drodze do granicy, ale udaje się w miarę szybko stamtąd zwiać. Poza tym, był tam sklep! Zatrzymuję się na siku gdzieś przed Daliową i w momencie, kiedy po załatwionej sprawie rozpędzam rower, nagle coś łomocze w lesie i warczy, jak wielkie zwierzę. Nie chcę nic insynuować, ale uciekam czym prędzej, mimo że to 10% podjazd.

W Jaśliskach fotografuję bar Czeremcha, pod dumnym nowiutkim neonem, ale zamknięty na cztery spusty. Ciekawe, czy można tam jesienią zjeść obiad, jak głosi przy drodze banner? Mnie się niestety nie udaje i pedałuję dalej, długim widokowym podjazdem, w stronę Królika Polskiego. Bloki w szczerym polu i sarna, która podnosi głowę z traw dokładnie w momencie, kiedy myślę, że mnie się nawet sarny nie chcą bać. "No, właśnie!" - mówię do niej na głos zrezygnowana i ona dopiero wtedy ucieka, jakby wcześniej w ogóle nie przyszło jej to do głowy. Zjeżdżam do Królika, zatrzymując się po drodze w tym Wołoskim i bezczelnie przełażąc przez ogrodzenie jak kot, by obejrzeć ruiny cerkwi. Little rurex never killed nobody, można by zanucić, chociaż akurat nie jestem tak do końca pewna. Dalej już Rymanów Zdrój, gdzie znowu z trudem szukam jakiejś restauracji, ale w końcu udaje się zamówić żurek i spożyć go radośnie pod jadowicie niebieskim niebem, przy deptaku. Ten żurek mnie całkiem rozleniwia i zwlekam z wyruszeniem, jeszcze chwilę siedząc i wąchając tężnię w towarzystwie starszych kuracjuszy. W końcu jednak ruszam i nadziewam się znowu na pułapkę zastawioną przez nawigację Google. Zamiast zdać się na czerwony szlak pieszy, ten sam, którym cztery lata wcześniej przyszłam do Rymanowa przez góry z S., daję się wyprowadzić w pole, i to dosłownie, pchając rower przez wysokie po pas trawy, pastwiska i gęste krzaki. Klnę jak szewc, ale na pociechę mam przepiękny widok na Rymanów. Nie było to nic specjalnie strasznego, bo widziałam, że szlak pieszy jest zupełnie blisko i wkrótce go doganiam, jadąc już spokojnie przez zbocze, podziwiając widoki. Piękny szlak, swoją drogą, polecam zielony. Jego jedynym minusem były trwające wówczas prace leśne, które dolny odcinek szlaku zamieniły w strumień błota i kolein sięgających mi do pół uda, a które w ciągu sekund zamieniły Hrabiego Solo w fat bike'a, a mnie w Jożina z bażin.

I tak przyozdobiona, dźwigając na sobie pewnie z dwa kilo mokrej gleby, zjawiłam się w ślicznym, pastelowym i drewnianym centrum Iwonicza Zdroju. Uroki MTB! Obtupuję buty z grubsza, otrząsam rower i ładuję się do przyjemnej, a zatłoczonej kawiarni, gdzie miłościwie instaluję się na ogródku razem z moim wesołym fat bikiem, a nie postanawiam usiąść w środku. Zamawiam stały zestaw wyrypny: ciasto, kawę i Colę, i mruczę na leżaku znad mojego buffa ze żbikiem. Rozciągnięty, szczęśliwy kot.

Ale czas płynie nieubłaganie, a ja w moim rest dayu zapędziłam się trochę daleko i wciąż mam parę kilometrów na nocleg. Kierunek: Cergowa, i góra, i miejscowość. Góra o tej nazwie tonie w bardzo malowniczych dymach, które niestety generuje uporczywy chudy wieśniak w ogrodniczkach, wypalający trawę. Robię klimatyczne zdjęcia, jednocześnie mierząc się wściekłym wzrokiem z wieśniakiem, czując bezsilność, że nawet gdybym zdecydowała się na robienie awantury i telefon na policję, to pewnie w radiowozie przyjechałby jakiś kuzyn czy szwagier wieśniaka, a wypalanie trawy na wieśniaczym polu opatrzone zostałoby gromkim rechotem, a nie mandatem. Życzyłam mu, żeby po prostu się spalił, razem z zaparkowanym obok samochodem.

Widok na Beskid Dukielski spod Cergowej nieco mnie rozchmurza, zachodzi słońce, kiedy wjeżdżam do Dukli. Nocowałam w niej ostatnio, te parę lat temu, ale teraz droga prowadzi mnie w innym kierunku i zdumiona mijam rozległe osiedla domów jednorodzinnych. To Dukla jest taka wielka? Gdzie ci wszyscy ludzie pracują, do diabła?! Dalej przejazd przez pastelową już Iwlę i w mroku ostatni podjazd do Chyrowej, na szczęście niewielki. Wielki podjazd czeka mnie rano, bo muszę wymłynkować z powrotem do Krempnej. Jeszcze tylko płacę za obie noce i gospodyni z uśmiechem pyta mnie: "To jutro już do domu?", a ja bez zastanowienia odpowiadam wesoło:
- Tak! Do Gorlic!

I tak właśnie naturalnie przesunęłam swój dom na mapie do Gorlic. A to przecież nawet nie miała być meta ostatniego dnia.


Żbik w środowisku naturalnym - zdjęcie 1.

Wielkie nieba, wielkie drogi - zdjęcie 2.

Poniżej 11% podjazd jest wręcz niezauważalny.

Jaśliska - to odnowiony ratusz

A to zamknięty na kłódkę bar Czeremcha

Rurex w Króliku Wołoskim

Byłam ostrożna.

Tężni wąchanie, grzechów odpuszczenie (Rymanów Zdrój)

Według nawigacji Google, to jest droga. Pozostawiam bez komentarza.

To końcóweczka zielonego szlaku do Iwonicza... Mam szczerą nadzieję, że to już tak nie wygląda.

Zabudowa taka śliczna, jak opłata klimatyczna - Iwonicz

Żbik w naturalnym środowisku - zdjęcie 2.

Płonąca Cergowa

Zachód nad Iwlą - no mam szczęście do przeżycia paru pięknych momentów...



Beskid Niski dzień 1 
Beskid Niski dzień 2 
Beskid Niski dzień 3 - tu jesteś 

Beskid Niski dzień  4

piątek, 22 listopada 2019

Koniec sezonu

Kiedy jeżdżę, to dużo myślę. K. zawsze się dziwi, że ja to tak wszystko pamiętam, że z czterdziestokilometrowej trasy potrafię wycisnąć relację na pół godziny czytania, podczas gdy ona twierdzi, że jest skupiona tylko na jeździe i walce o życie. Może kwestią jest tempo naszej jazdy, może jej już brak czasu na myślenie, a ja go mam.

No więc jadę i mielę parę myśli w głowie. Ostatnio nie mogę się opędzić od ochoty na podsumowanie, bo choć w listopadzie wyrywałam jeszcze kolejne weekendy, to wiem, że czas rozstania zbliża się nieuchronnie. Chłód przegoni mnie z siodła, bo z tym nie mam szans walczyć. A z drugiej strony, w tym roku wydarzyło się tyle, że aż żal, że nie zapisałam wszystkiego.

I to nie jest tak, że nie miałam jeszcze dotąd opętańczego sezonu. Przecież początki były wręcz słodsze: ten Unibike, zupełnie sztywny, wążący wówczas niemal połowę tego co ja (to ja byłam wówczas najchudsza na świecie), kiedy przewracał się na mnie, leciałam na ziemię razem z nim. A jeździłam wściekle, bez licznika, bez aplikacji (nikomu się wówczas jeszcze o smartfonach nie śniło), bez nawigacji, nawet bez Internetu. Czasem z mapą, najczęściej jednak na czuja. Orientując się po nazwach miejscowości, kierując na słońce. Tłukąc te jurajskie lasy jak w transie. Nie będę Was okłamywać, mam najgorszą na świecie pamięć, ale utkwiły mi pojedyncze obrazy: siedzę na jurajskiej skałce gdzieś pod Jerzmanowicami, bez kasku, w czapce z daszkiem; stoję w promieniach zachodzącego słońca jesienią z długim warkoczem przewieszonym przez ramię; jem batona pod sklepem koło Zabierzowa, bo dojechałam pod granicę z Krakowem, choć muszę wrócić z powrotem na zachód; mozolnie mielę długi podjazd, a przede mną dziadek na rowerze zatrzymuje się i podnosi leżące tak po prostu na poboczu niebieskie pięćdziesiąt złotych; niosę rower ostrożnie przez rzekę w Dolinie Racławki; przejeżdżam ten najprzyjemniejszy fragment szlaku na Jurze. Wróciłam tam w tym roku i wiem, że jest zupełnie króciutki, ale wtedy do domu miałam jeszcze wiele kilometrów. Wiedziałam, że osiem godzin na siodle wytrzymam, a jeśli musiałam jechać dziewiątą, to wiedziałam, że spędzona będzie na stojąco. Wydaje mi się, że byłam dużo silniejsza niż teraz, lżejsza na pewno.

Ale w tym roku to już kompletny obłęd. Kiedy wyjmowałam Kellysa w marcu, nie przyszłoby mi to do głowy, co będziemy wyprawiać. Najpierw normalnie Jura, naturalne środowisko, wszystko tutaj znam. Forma się kręci, najgorzej nie jest. Czasem przypał jak wtedy, kiedy lecę przez kierownicę gdzieś w polu przed Troksem i niemal pionowo wbijam się łokciami w asfalt. Jestem mocno wytraszona, owijam się kurtką na poboczu, ale też troszeczkę cieszę, że nie miałam akurat tej kurtki na sobie w momencie lotu, bo szkoda by mi było dziur na łokciach. To chyba ta sama kurtka, którą mam na sobie na zdjęciu z warkoczem - muszę je znaleźć. Powoli rodzi się plan przejechania Szlaku Orlich Gniazd, sprzedałam wcześniej plan przejścia S., nie chcę się powtarzać. Ale powstrzymuje mnie fakt, że musiałabym się przełamać i wsiąść do pociągu z rowerem. Tyle czasu tego unikałam, jadąc na Green Velo byłam z S. i on ogarniał rowery, ja sakwy, a teraz byłabym sama. Zakładam Stravę, bo każe mi K. W końcu decyzja: no jadę, mam wolny weekend, obracam trasę do góry nogami w stosunku do pierwotnego planu i zamiast zjeść żabę - przejechać pociągiem - na początku wycieczki, wsiadam z Kellysem do pociągu na stacji Częstochowa-Stradom. Jest zapchany jak diabli, niechcący depczę jakieś dziecko, ktoś wiesza mi rower i trząsąc się z nerwów klapię na siedzenie obok jakiegoś równie zdenerwowanego rowerzysty, który co chwilę się podrywa i wrzeszczy na pasażerów, by nie chybotali jego enduro rowerem. W końcu te jego nerwy mnie rozbawiają i podróż z rowerem zaczyna mi się podobać. Kupuję kolejny bilet.

I poszło. Weekendy planuję już tylko pod rower. Przed pierwszym prawdziwym wjechaniem na prawdziwy górski szlak pytam przejęta B., czy mogę tam jechać. Czy dam radę. Za każdym razem mówi, że jasne, że oczywiście sobie poradzę, co jest kojące, choć nie mam pojęcia, czy to po prostu tak łatwe szlaki, czy on myśli, że w ogóle coś umiem, czy po prostu olewa. Ale skoro nie protestuje, to jadę. Rodzi mi się powoli plan przejechania MSB, studiuję wpisy Mamby i Skadi. B. przywozi mi Canyona i jemu pierwszemu wyznaję moją tajemnicę: że chyba jadę na MSB. Nie robi to na nim żadnego wrażenia, dziwi go tylko fakt, że nie chcę jechać Canyonem. Stoimy w moim pokoju, jest 22:00, w lustrze odbijamy się we troje: B., ja i Canyon, ale wiedziałam, że to musi być Kellys. I choć było trudno, to wybrałam dobrze. A następnego dnia nie śpię już godzinę przed wschodem słońca, i czekam, by o brzasku wyrwać na Canyonie do Lasu jak chora osoba. Kiedy wyprowadzam go z klatki o jakiejś chorej porannej godzinie, spotykam sąsiada, który mówi mi "dzień dobry" z zagadkowym uśmiechem, może rozumiał.

Po przejechaniu MSB już właściwie się nie martwię, czy sobie poradzę, ostatni weekend wakacji i ostatni pociąg do Zakopanego - duszne popołudnie na Mietłówce pod ciężką pierzyną burzowej chmury. Tym razem B. pierwszy raz czegoś zabrania, to znaczy przestrzega, żeby nie próbować szukać singli na Podhalu, więc grzecznie jadę środkiem góry. I tak mokre korzenie mnie straszą, więc z ulgą uciekam asfaltem na Bachledówkę, potem wracając przypadkiem odkrywam kultowy zjazd Salamandrą. Nie zatrzymuję się nawet na foto, zjedżam dla czystej przyjemności, potem T. mi o tym zjeździe opowiada. Zjazd, jakby się jechało prosto w gigantyczną ścianę Giewontu, planując przydzwonić w nią nosem.

A potem zamawiam Hrabiego. Rose Count Solo 2, wybór między Grand Canyonem i Rose do ostatniego momentu nierozstrzygnięty. Wygrywa rozsądek i rzeczowa analiza sprzętowa B. Codziennie sprawdzam, czy paczka z rowerem ruszyła się choć z miasta do miasta. W końcu otwieram drzwi kurierowi i wnoszę tę zadziwiająco lekką paczkę przez próg, jak pannę młodą. Sama go skręcam, korzystając trochę z porad B. online, co jest symbolicznym zdarzeniem, bo Kellysowi nie odpinałam nawet nigdy koła. Chwilę jeszcze jestem przestraszona, że rozmiar S jest jednak za mały, może trzeba go było odesłać? T. namawia, żeby jednak trochę na nim pojeździć i mały Hrabia zostaje, i choć pewnie istotnie ten rozmiar jest trochę za mały, to w momentach wypychów, zjazdów i manewrowania rowerem w pociągu Hrabia to wielka ulga. Nim się obejrzę, jest listopad, na liczniku prawie tysiąc kilometrów razem i zmęczenie, które właściwie już nie mija ani na chwilę.

Hrabia stoi przy łóżku, T. żartuje z niego za każdym razem, gdy mnie odwiedza. Maleńki rowerek, a i tak uważam, że to jedna z najpiękniejszych maszynek, jakie widziałam. Ale Hrabia mnie nie zaspokaja. Wciąż oglądam się za innymi. Ostatnio myślę, że trzeba było odkupić Canyona od B., częściej jednak fantazjuję o sobie na gravelu. Hrabia jest lżejszy na asfalt, ale to wciąż nie to; za to spędzam na nim najpiękniejszą chyba jesień mojego życia, młynkując bez końca wśród liści, w tym obłędnym, obłąkanym, nieopisanym słońcu jesiennym, w tym krystalicznym powietrzu, w tej ciszy zakłócanej tylko moim sapaniem. Ale oczywiście taka jesień już była - mam teraz przed sobą zdjęcia z 2012 roku, analogowe, na których Jura wygląda piękniej niż w rzeczywistości, przybrana złotem i burgundem winorośli. Klisze rowerowe, taki tytuł na zawsze przylgnął do tej konkretnej rolki. W kolejnym roku rozbiłam tę lekką, automatyczną Vilię łakomie rzucając się na kołocza gdzieś w Wiśle-Czarne, więc więcej klisz rowerowych nie było. W ogóle już wtedy uznałam, że wożenie aparatu na rower szkodzi przede wszystkim jeździe. Więc tylko telefonem pstrykam: Beskid Wyspowy, Myślenice, Pieniny, Jezioro Dobczyckie, Lechnica (o matko!), Przehyba, Nowy Sącz, cerkwie, Regetów, Nieznajowa, Czarna i Czarne, Rymanów i Iwonicz, Gorlice i pumptrack, Magura Małastowska, Przemyśl, Krasiczyn, panorama ze wzgórza w Starym Borku i Łańcut.

 Może dorzucę do tego coś jeszcze.







wtorek, 27 września 2016

W moim brzuchu jest żarłoczne zwierzątko, zjadło mi już nogi

Już od dobrych paru dni światło pada rano pod wzruszającym kątem. Jest nieprzejrzyste, lekko zamglone, ale wyraziste w smaku: krystalicznie chłodne. Rano na rowerze marznę mocno, ale jazda jesienią sprawia o wiele większą przyjemność.

Czytam patologicznie dużo, właściwie nie chcę wychodzić. Wyhamowałam. Szukam ciepłych miejsc. Przybrałam na wadze, więc ruch mnie męczy, gwar, szum. Nie chcę rozmawiać. Nagromadziłam wystarczająco dużo siebie. Mam nadmiar duszy, po co mi jeszcze ktoś chce wcisnąć swoją.

Jak z własną sobie trudno poradzić.

niedziela, 20 września 2015

Pytają państwo, co to jest miłość

To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór jedziesz do oddalonej o czterdzieści minut drogi knajpy, żeby oglądać, jak inni ludzie jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.

To jest miłość, która nie rdzewieje.

Albo:
Co to jest miłość, pytają państwo. To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór porzucasz swój wygodny pokój i idziesz do knajpy, żeby siedzieć obok twojej dziewczyny, która wytrzeszcza oczy, kwiczy cichutko i podskakuje na tyłku z podniecenia, kiedy ogląda, jak inni ludzie, nie ona, jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach. 

I dzięki tej miłości nawet nie nudzisz się aż tak bardzo. 

***

Mimo tego, że pewna strefa życia wali mi się w gruzy (nie miłość, na szczęście), wraz z nadejściem września coraz silniej czuję się jak w domu. Ktoś gdzieś napisał, że odchodzi od nas poczucie, że ciągle musimy gdzieś być, bo dzień jest długi, jest lato i nawet w wieku trzydziestu lat, na etacie, możemy mieć przecież wakacje. A teraz już nie, wracamy do równowagi i nie musimy udawać, że wciąż wypada nam nosić szorty, i tak dalej. Jesienią szare ptaki jak ja dobrze się prezentują na tle barwnych liści. Wczoraj rano wyjrzałam przez okno i odetchnęłam z ulgą, że pada. Że mogę siedzieć pół dnia przy biurku i jest szansa, że nie umrę na wyrzuty sumienia. 

O niczym innym nie marzę, jak zwolnić. Zwolnić. Zwolnić.


Zwolnić.

sobota, 25 października 2014

Faint

Otwieram jedno zapuchnięte oko i myślę: "O Boże".

I jest tak, jakby film zaciął się na tylko jednej scenie: wysiadam z autobusu nocą chwiejnie na swoim przystanku, wysiadam z autobusu nocą chwiejnie na, wysiadam z autobusu nocą chwiejnie, wypadam z autobusu nocą, w kółko, błysk i jeszcze, jeszcze, jeszcze, jeszcze raz. Wychodzę z domu ze świętym postanowieniem nie zbliżania się nawet do płynnej granicy alkoholu, a potem wracam śmiejąc się jak wariat, odbijając się od prawego i lewego brzegu chodnika, rozczochrana boja. Śniło mi się dzisiaj, że stąpałam miękko po ciemnomszałych płytach kompletnie boso, widziałam jakby jakiś paparazzo: reflektor na mnie, pochylona głowa, włosy rozsypane, ręce w kieszeniach i wąskie kocie bose łapki migające na betonie.

Wychodzę z domu ze świętym postanowieniem abstynencji, a potem pociąga mnie wir. W niedzielę rano obudziłam się o ósmej i zaczęłam śmiać, na głos, z głębi brzucha, i śmiałam się do trzeciej w nocy, kiedy w zamglonej alkoholowym zamroczeniem Alchemii dyskutowaliśmy zapalczywie o nowym filmie, a U. chwiała się sennie nad szklanką wódki z colą. Stałam się nocnym zwierzęciem: od tygodni po zapadnięciu piątkowego zmierzchu wyruszam na łowy. Obchód po pomarańczowych od latarni ulicach, ja przodem, albo w ariergardzie, ręce splecione z czyimiś albo w kieszeniach, oczy w kapturze. Na początku września wychodzę z Banialuki prosto w świeży, jasny, truskawkowy świt: S. odwraca się nagle z różą w zębach, M. mu ją odbiera i z rozmachem mi wręcza, a płatki rozkruszają się w locie niczym śnieg; zaczynam się śmiać serdecznie, na głos, z głębi brzucha i już chyba nie przestanę. 

Dopadam A. siedzącą na rozpalonym do śnieżności Rynku, ja idę roześmiana przez całą długość Karmelickiej i Szewskiej, gadając do siebie i sypiąc z oczu skry, A.: twarz uniesiona w górę, rozmodlona, kocham Kraków, mówi A., Kraków to węzeł wszystkich dróg, chcę tu wrócić koniecznie, mówi A., a ja całuję ją i śmieję się. Wciągam ją w bramę, pierwsze piwo, kasza parzy wargi, a my śmiejemy się, bo znowu jesteśmy razem, a Kraków rozkłada przed nami ramiona i ciągnie nas za ręce. Mały Rynek: dziki wizg kobzy, chwiejnie przekraczam czyjeś nogi, siadamy na rozgrzanym stopniu, A. cała w muffince, a mnie z kolan sypie się kawowy tytoń. Zapalniczka nie działa, wpadam do kiosku, na gazetach lizak w kształcie lajka, kolejny prezent urodzinowy dla A., zataczamy się ze śmiechu na przystanek, mam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą - niech patrzą, jaka z nas piękna para, A. spod kapelusza wysuwają się włosy jasne jak słoneczny promień, a ja w oczach mam zielony pożar. Dzwoni P., A. wykrzykuje na całą długość tramwaju, że właściwie już sobie podchmieliłyśmy i jedziemy do Cricoteki, która lśni jak ogromna brama, papieros spala mi się zawieszony nad rozsłonecznionymi bulwarami, A. co chwilę coś wypada z ręki, robimy sobie zdjęcia oślepione blaskiem, A. wyciąga rękę do żółtego jak ze złota drzewa za pociętą kratami szybą Crico(krako)teki.  Krążymy po salach oniemiałe, jakby nam ktoś dosypał narkotyk do błyszczyków, usta mam spękane jak na wielkim mrozie, a przecież jest tak ciepło, rudy sierpień? 

Rude i miodowe jest powietrze w górskiej miejscowości, przez którą idę ramię w ramię z S., mrużę oczy w zachwycie, ty tak śmiesznie mrużysz oczy, mówi S. w innym miejscu i okolicznościach, kiedy palimy papierosy przy narożnej knajpie na słodkobrzmiącej ulicy Felicjanek. Ty się chyba nigdy nie złościsz, mówi S., kiedy idziemy ramię w ramię miodopłynną ulicą zalaną świętym światłem jesiennym, które z zupełnie prozaicznych przyczyn przyjmuje tak bajeczne kolory. No nie wyobrażam sobie, jak ty wyglądasz, jak się złościsz, mówi S. z przekonaniem, a ja patrzę na niego z tajemniczym uśmiechem i aż muszę sama siebie objąć, bo coś narasta we mnie jak tłumiony chichot i czuję, że zaraz czeka nas eksplozja. 

Na ulicy Felicjanek jest narożna knajpa, a w niej jest drewniana podłoga, gdzie siadam w samym geometrycznym środku kręgu z zestawionych krzeseł, gdzie nachylają się nade mną twarze, papierosy i szklanki. Dym zasnuwa ściany, to mogłaby być Alchemia, gdzie innego dnia siedzę na krześle tuż za szafą i leniwie obserwuję nieustanny strumień wchodzących i wychodzących, kiedy oni zdążą wypić, jak tak krążą, aż w końcu nadpływa U. i jako jedyna pochyla się nad losem przewróconego przez kogoś krzesła. To mógłby być Stary Port, który zgromadził w sobie szare kłębki moich opowieści, jak kurz w zakamarkach, który pachnie zawsze tak samo - kurz, Port - i tak samo jak zawsze świeci ciepło w środku nocy jak naftowa lampa.

Śniło mi się dzisiaj, że zwykłą maszynką do golenia nóg wycięłam sobie włosy z boku głowy tak, jak nosi S., ale moja smętna szara sierść rozsnuwała się daremnie, nie dając rady zakryć porcelanowobiałej skóry. Nawet we śnie ciągle jestem w drodze, z kimś rozmawiam, jakieś wnętrza, jakieś okna, jakieś parapety, ale twarze obce, spotkania jakby przypadkowe, czasem tylko u mojego boku pojawi się ktoś, kogo znam. Fajnie, że się ludzie znają, mówi S. z uśmiechem, po tym, jak przywitaliśmy się z M. Nie trzeba przedstawiać, mówi S. i wychodzi na zewnątrz zapalić, a ja drobię tuż za nim i nie mogę opędzić się od myślenia o tonie, który (wyobrażam sobie, że) usłyszałam w głosie M. Jakby zdumienie. Jestem zdumiona faktem, jaka nagle stałam się wyczulona na najcichsze tony, choć przecież słuch mam równie słaby jak włosy. Żar papierosa w ciemnościach i ogień we mnie, kiedy tańczę dziki taniec, który ma odegnać strach i deszcz. Taniec słońca, taniec Marsa, boga wojny, taniec najjaśniejszego z pięciu żywiołów. Cały koncert jest o świetle. I o miłości, ale ten temat ignoruję, bo zbyt jest połamany na nierówne tafle, trzeba by po nich skakać niczym z kry na krę i można pociąć palce. Ale boję się. Lęk plącze mi się wokół szyi jak sznurek od migoczącej różdżki, ale S. delikatnie zdejmuje go ze mnie

tylko 
sznurek

i mogę wreszcie odetchnąć bez strachu, że zaciśnie się jak pętla. Ale to nie jest taki taniec, jaki tańczę w klubie Studio, z A. u boku, rozchlapując marne piwo z plastikowego kubka, niczym nie skrępowany taniec pewności, że jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Tam się śmieję, jak się śmiałam: pijąc wódkę wprost z butelki w bramie, jedząc zapiekanki w jedynym czynnym oknie okrąglaka, podając sobie naprzemiennie kocię i miski z popcornem w ciemnym pokoju pełnym zapatrzonych w ekran głów, jadąc pełnym zgorszonych min autobusem 179 razem z A. i P., a może z E., jak się śmiałam wczorajszego wieczora u R., kiedy K. zapytał z obrzydzeniem - a co to jest "bohema"? - a ja słysząc to niemal położyłam się na stole, trzymając się za brzuch i wyjąc. Ale co to jest "bohema", krzyczy K. nalewając piątą już kolejkę błyskawicznych bań, co to jest, do cholery, do domu bym nie wpuścił, E. już niemal płacze, a twarz R. składa się tylko i wyłącznie z szeroko rozwartych, rechoczących ust, jak na jakimiś nigdy nie namalowanym pogodnym obrazie Bacona. I wiem, że tu jest moje miejsce, bo tu się śmieję jak obłąkany błazen, tak mogłabym zmapować Kraków, zaznaczając jasną kroplą każdy z adresów, który sprawia, że śmieję się bez końca, że śmieję się z samego wnętrza trzewi, że odchylam głowę do tyłu i łzy ciekną mi na włosy, miejsca, w które wracam - prędzej czy później - snując się wciąż i wciąż swoimi kocimi ścieżkami, bez końca, bez wytchnienia.

czwartek, 16 października 2014

Wracałam wczoraj do domu na rowerze i doznałam nagłego ataku paniki, że roztrzaskam się o bruk



Przybiegł natychmiast. Przegalopował krótki odcinek przywiędłej łąki, na moment znikł z pola widzenia zakryty murem cmentarza, by lekko wychynąć zza jego krawędzi i już, już zeskoczyć, dobiec, miauczeć. Uniesiony w górę łepek i ogon. Maleńkie stopki o idealnie okrągłych paluszkach. Nagle cofam się, uśmiech znika mi z twarzy, jestem przerażona tą jego ufnością i bezpośredniością. Może jest głodny? Nawet nie mam przy sobie nic, co mogłabym mu podsunąć na wyciągniętej dłoni. Ociera się o łydki, prędko podbiega do matki. Matka zrzędzi, po co go wołałam, teraz pójdzie za nami i wpadnie pod samochód przechodząc przez jezdnię. Jest taki drobny, nie wychudzony, nie wygląda na udręczonego, ale jest taki filigranowy, taki bezbronny, taki boleśnie doskonały w swojej marmurkowatej osobie. Już nos swędzi mnie od napływających do oczu durnych łez. Idę z matką w stronę bramy, a on podrygując podąża za nami, ocierając się o nagrobki. Nie oglądaj się, ostrzega matka. Nie oglądam się. Raz tylko. Potem drugi. Szłyśmy w stronę osiedla, a on zwalniał coraz bardziej. Ścieżka rosła między nami, rozciągała się elastycznie, ale nierównomiernie, bo my zdawałyśmy się przyspieszać kroku, a on już tylko stawiał łapkę za łapką, z opuszczonym łepkiem, malał, zlewał się z burymi zaroślami i błotem. Czuję w gardle ścisk. Jest już tylko niewielką, wolno sunącą kulą. Przechodzimy przez jezdnię, błyskawicznym rzutem oka oceniam jego bezpieczeństwo. Nic mu nie grozi. Nie idzie już za nami. Stanął przy kępie traw, maleńka sylwetka majacząca jakby na dalekim horyzoncie, choć w rzeczywistości nie było to więcej niż piętnaście, dwadzieścia metrów. Zapadający zmrok roztopił moją ostrość widzenia. Nie wiem, czy naprawdę patrzył w naszą stronę, nie mogłabym już tego ocenić. Napięta do granic nić między nami pękła, siekąc mnie boleśnie, przyginając mnie niemal do ziemi. Pochyliłam twarz.