Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wymysły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wymysły. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 sierpnia 2016

Roads

Znajduję zdjęcie sprzed czterech lat. Ktoś przypadkiem przydybał mnie, pochyloną nad aparatem, czujnie obserwującą chmarę rowerzystów, skupioną, w rowerowych rękawiczkach, gotową do skoku. Po karku biegną cieniutkie nitki długich warkoczyków, które nosiłam splecione tuż przy linii włosów. Kim byłam wtedy.

Pstryk.

I wiele zmienia się i nie zmienia, wtedy biegam dziennie po dziesięć kilometrów i nie rozstaję się z rowerem; jestem chuda, wściekła i głodna, i uwierzcie mi, dopiero się rozkręcam; od dłuższego już czasu szczotkuję swoje długie włosy i trenuję niezniszczalność. Trwa rok Smoka. S. mieszka wtedy wciąż trzysta kilometrów na północ i nie ma pojęcia, że niedługo wywróci sobie życie do góry nogami. Ja też nie wiem, że kolejnym krokiem będzie fantastyczna podróż pełna muzyki i światła, a dalej będzie już tylko lepiej. W końcu uważam, że bycie dorosłym jest o wiele przyjemniejsze, niż być od innych zależnym.

Pstryk.


Jesienią celująco zdobywam wykształcenie wyższe pełne i czuję, jak z życia odpływają mi ludzie i miejsca. Robią miejsce na nowych. Którzy przypływają i odpływają. Czasem gwałtownie. Czasem na zawsze. Czasem rzeczy naprawdę rozgrywają się jak w filmie: moje życie rozjeżdża wielka ciężarówka i wybija mnie z toru, po którym się poruszałam; wystrzelam w powietrze lekko jak odbita piłka. Spadam.

Pstryk.


I jeśli ktoś mógłby pomyśleć, że to czarna dziura, która niczego nie tworzy, to jednak było inaczej. W y o s t r z a m wszystkie zmysły jak brzytwy i otwieram się jak dziwaczny kwiat. Uczę się smakować tak, by aż bolały zęby. Kończy się rok Smoka, ale machina raz uruchomiona powoli toczy się dalej. Każdemu życzę otwarcia, choć przecież nie w taki sposób.


Pstryk.


I wiele się zmienia i nie zmienia od smoczego roku przełomu. Dalej robię zdjęcia i nie rozstaję się z rowerem. Włóczę się coraz więcej i wiem, że nie ma nic złego w samotnej wędrówce. Dużo biegam, dopóki nie rozwalę kolana. Ale zdarzenia, miejsca i ludzie dalej przepływają, przynosząc fala za falą swoje myśli, dźwięki, widoki... To jest jak iść szlakiem przez góry. Bywa, że ktoś dołącza na dłużej.


Pstryk. Pstryk. Pstryk.


I zbieram w sobie te różne historie, które opowiadam czasami bez końca, aż sama siebie się wstydzę, że wylewają się ze mnie jak rzeka. Patrzę na siebie sprzed czterech lat i wiem, że nie wymyśliłabym tego, kim jestem dzisiaj. Co robię. Jak wiele rzeczy się splotło na ten mój nędzny sznurek, nić, którą łapię centymetr po centymetrze i która dokądś musi prowadzić. Ale jest dobrze. Jest dobrze, psiakrew, a kto powie, że nie... To go pstryk.

piątek, 18 marca 2016

The Stable Song

Są takie melodie, które przeszywają mnie na wylot. Jestem wtedy jak otwarte okno - przepuszczalna, świeża, chłodna. Są takie melodie, które drążą we mnie dziurę nie do załatania. Melodie jak tęsknoty. Melodie jak wołanie. 

Wciąż się błąkam, zataczając coraz ciaśniejsze błędne kręgi.



Gdzie jest wyjście.

piątek, 1 stycznia 2016

O moim starym kocie

Czasem błyska mi przed oczami myśl, że śmierć jest sekretnym bohaterem tej opowieści. Która skrada się na sztywnych, chudych nogach.


To, że minęło ostatnie szesnaście lat, najlepiej widać po moim starym kocie.
Najpierw się rośnie, a na koniec znowu się maleje. Najpierw porusza się powoli, niepewnie i chwiejnie - a na koniec jest tak samo. Klamra. 
Kaśka ma szesnaście i pół lat ludzkich, co na kocie liczy się: ponad sto. 
W zeszłym roku przemówiła ludzkim głosem do pięcioletniego Nikodema, w tym roku, kiedy weszliśmy i niemal w progu zaczęliśmy łamać się opłatkiem, Kaśka zlazła ze swojego ciepłego miejsca przy grzejniku i stanęła pomiędzy moim ojcem a babcią, zadarła łeb i zaczęła miauczeć ochryple, bo śmiech i podniesione głosy zburzyły jedyny w jej mniemaniu słuszny, cichy porządek rzeczy. Przywoływała nas do porządku.
A potem położyła się na podłodze i przeciągnęła rozkosznie, domagając uwagi. Na starość żąda pieszczot; ona, która nigdy na nic się nie oglądała, teraz szuka naszej ręki i dotyku.
Później już milczała jak zaklęta.

Zawsze była z gatunku drobnych kotów, waga piórkowa, teraz jednak wychudła jeszcze silniej, jakby pozbywała się swojej ziemskiej powłoki. Jednak w zimie tego nie widać; Kaśka dobrze wygląda - melduje w smsie matka, bo kot nabrał jędrności i futra. Ale traci wzrok. Słyszy już pewnie też nie najlepiej, boi się więc gwałtownych dźwięków, ruchu, zamieszania - bodźców, których się nie spodziewa w swoim wytłumionym miękko świecie. Starzeje się z godnością, której powinniśmy się tylko od niej uczyć. Jakby braki zmysłów postanowiła ukryć pod płaszczykiem pozornego namysłu. Długo się przygląda. Siada i myśli. Jeśli wyrwiesz ją ze snu, jeszcze chwilę patrzy zupełnie nieprzytomna. Nie podejmuje pochopnych działań. Oszczędza energię. Pochłania czas.


Marznie mocniej niż kiedyś, szuka ciepłych miejsc. Ufnie cała z głową chowa się pod kocem, nie ma już sił na czujne warty. Możesz na niej usiąść, jeśli nie wiesz, że należy testować powierzchnie krzeseł i kanap na obecność kota. Nie chce, by ją podnosić. Nie zeskoczy już z wysokiej półki twoich rąk.


W pierwszy dzień świąt przestraszyłam się jej kolosalnie poszerzonych źrenic. P. nacisnął delikatnie palcami jej powieki; każdemu zabiegowi poddaje się już łagodnie, bo jak miałaby się bronić. Parę dni później wiadomość od matki: kot poszedł za babcią do kościoła. Mam momentalnie przed oczami taką scenę. Kościół świątecznie wypełniony ludźmi i mój kot. Wchodzi, bo czemu nie. Kotu się nie zabrania. Babcia udaje, że jej nie zna, wśród ciżby szept i poruszenie, tylko moja babcia nader pobożnie wbija oczy w ołtarz. Jakaś kobieta wynosi Kaśkę z kościoła, koniec występu. Dobrze, że nie postanowiła się ułożyć w żłobie.


Nie wiem, którędy chodzi, jakie są jej ścieżki. Pewnie krótsze niż kiedyś. Szesnaście lat radziła sobie doskonale. Ale teraz jest taka krucha jak opłatek. Boję się, o wszystko, ale nie mam żadnej nad nią władzy. Tę myśl obracam w głowie bez końca, jak odpowiedź na wszystkie moje troski.


O sobie myślę, że szesnaście lat nic we mnie nie zmieniło, jakby nie dotyczyło mnie moje odbicie w lustrze. Jakbym nie urosła ani o centymetr wzdłuż i w poprzek. Ale po niej widać wszystko jak na dłoni. Ona zdążyła już przejść większość swojej drogi. Często myślę o tych, których przeżyła. Którzy odeszli, a ona została. Mały kot, dwa kilogramy. W święta obudziłam się w swoim starym pokoju i mój wzrok padł na wielką, starą jukę. Matka zabrała ją z mieszkania dziadków po ich śmierci. Juka ma pewnie ze dwadzieścia lat. Może trzydzieści. Może czterdzieści? Ona żyje. Ona przetrwała. A tak wielu odpadło już z wyścigu.


Myślę o nich, jakbym zostawiała ich po drodze, jakby przysiedli przy ścieżce, by odpocząć, nic wielkiego, posiedzę moment, muszę odetchnąć, idź, nie czekaj na mnie, a ja ruszyłam dalej w grupie, która jeszcze mi towarzyszy. Idziemy dalej. Mamy iść. Krok za krokiem. Czy można się buntować?






czwartek, 20 sierpnia 2015

1000 Oceans

A wiesz - mówi S. - Śniło mi się parę dni temu, że na moim palcu siedział taki malutki ptaszek. - Śmieje się S. - Taki malutki, o! Tak mnie obejmował pazurkami!


Taka wróżba.

piątek, 31 lipca 2015

Am I born to die

Nie mogę przestać myśleć o Gasherbrumie II. Czas się zatrzymał. Klub 27.

Jutro usiądę na szczycie góry i zaśpiewam cicho.

Lęk.

wtorek, 7 lipca 2015

Fly with me (fragment)

Przez maleńkie trójkątne okienko samochodu obserwowałam ze zmarszczonymi brwiami narastające wokół mnie zwały Krakowa, bezładne stosy domów, reklam i metalowych baraków na przedmieściach, umajonych bezładnie szyldami i zawilgoconymi złowieszczo, pomarszczonymi twarzami billboardów, z billboardów. Jeżyła się na mnie moja szara sierść mimowolnie, bezwolnie zaciskały się pięści, ale przecież jeszcze równo cztery godziny wcześniej stałam obramowana karmelowym drewnem altany i patrzyłam, jak ciepły, miękki deszcz zasnuwa wilgotną pajęczyną ciemne gałęzie drzew.

A jeszcze wcześniej...


***


Zaczęło się zupełnie niewinnie, jak zwykle, było jeszcze prawie zupełnie jasno, powoli, leniwie, niechętnie nieomal przenosiliśmy pojedyncze przedmioty w stronę prawie idealnego okręgu, przechylaliśmy puszki, rozsypywaliśmy na trawie naczynia, jeszcze się ociągając, jeszcze nie przeczuwając, że i tak spadnie na nas ten święty szał, bo i dlaczego miałby nie dopaść nas tym razem, skoro zawsze ogarnia każdego, kto tylko jest świadkiem przyłożenia niewinnej zapałki do dziewiczego stosu, ktoś wykonał ten pierwszy ruch, ktoś inny zwijał ze śmiechem stare gazety w doskonałe kształty geometryczne i skrupulatnie rozmieszczał na wielu piętrach gęsto rozwidlonego, pierzastego długimi igłami sosen stosu, najpierw szary dym, potem biały dym, kiedy zapadła już decyzja, że bucha płomień, już na dobre, w jednym miejscu łamiąc horyzontalne struktury nałożonych na siebie warstwami gałęzi, wprowadzając dziki, tańczący, pionowy akcent, wysmukły i wiotki i wietrzny, bo niebo od zachodu zasunęła już czarna przesłona gęstych chmur. Ogień opada jak woda, jakby jego poziom ktoś wyrównał ostrym nożem, ale nie gaśnie już, bo nałożyliśmy gałęzi napęczniałych od słodkiej żywicy, którą ogień wylizuje łapczywie z sykiem i chrzęstem jakby tuzina szorstkich języków, pracujących lubieżnie wewnątrz kopuły stosu, a my patrzymy, stojąc dookoła, w zamyśleniu łykając piwo, ssąc papierosy, przysysając się wzrokiem do tego tajemniczego miejsca, które powoli zaczyna od środka rozświetlać się świętym blaskiem, aż wywróci się niby na lewą stronę, płomieniem na zewnątrz, a wnętrze ściemnieje gwałtownie na tle płomiennego pluszu obrastającego starannie ułożone gałęzie, ogień rośnie uparcie, bo co chwila któreś z nas nie może oprzeć się przemożnej pokusie sięgania po leżące tuż obok, porąbane na krwawe, żywiczne ochłapy gałęzie, usypisko żywcem rozczłonkowanych drzew.

czwartek, 14 maja 2015

Ship to Wreck

Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy ty powiesz: "Wyjeżdżam."

Będziesz patrzył na mnie uważnie pociemniałymi oczami. Podskoczę pewnie i zaszczebiotam: "Do Radomia?", jak zawsze ucieszona, zachwycona tym nigdy nie tracącym uroku żartem, choć czuła będę, że nie, bo lód podejdzie mi do serca.

Więc ty powoli pokręcisz głową, a mury świata zawalą się z hukiem w asfaltowych obłokach tłustego pyłu.

Spytam jeszcze resztką sił, ostatkiem tchu, czy mogę jechać z tobą, ale ty zaprzeczysz ponownie. A moje serce stanie.


***



Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi.

Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi, choć nie przemierzam z plecakiem północnej Hiszpanii, choć nie podróżuję stopem przez szwajcarskie Alpy, chociaż nigdy nie byłam dalej niż przedmieścia Paryża. Jesteśmy ludźmi drogi, bo jesteśmy w drodze, bo taki jest stan umysłu.

Jesteśmy ludźmi drogi z wiecznie spakowanym plecakiem, bez adresu, bez domu, bez mienia. Jakby jedyny dom, jaki mam, to wielki plecak; za każdym razem, kiedy wspinając się na palce wyciągam go z szafy, czuję, że rozszerza mi się ciasna klatka żeber, że mogę wziąć oddech.

Wiem, że gdzieś już jest wyznaczony dzień, kiedy ptak mojego serca ucieknie z ciasnej klatki żeber. Wyfrunie ze mnie jaskółka serca i poleci za tobą, usiądzie ci na ramieniu i nigdy już do mnie nie wróci. Będę człowiekiem bez serca, bo pozwolę sercu odejść z tobą, oddam moje serce tobie, a ty poniesiesz je w kieszeni bluzy w świat szerszy niż pole widzenia.

Nie będę miała serca, bo pozwolę, żebyś zaniósł je innej kobiecie, serce ze wstążeczką na kruchutkiej szyi, z drżącym od najmniejszego ruchu pierzem.

A ja rozkruszę się w szary popiół i wiatr mnie rozniesie. Bez serca stracę wagę i wilgotność; zostanie ze mnie sama skórka, suchy wiórek, lżejszy od powietrza. Będę mówić: "Mnie nie ma", a przyjaciele będą zaglądać w puste oczy i błagać: "Wróć do nas, O. Gdzie jesteś, O.? Wróć do nas, nie odchodź".

A ja będę odpowiadać: "Mnie nie ma" i pogrążona w miękkiej ciszy będę przemykać pod ścianami, blisko cienia.

Ale jesteśmy przecież ludźmi drogi, a to oznacza: wiecznie spakowany plecak, bez adresu, bez domu, bez mienia. Droga mnie ukoi, przytuli i poniesie; bez serca to będzie słodki ciężar, nie więcej niż dwadzieścia jeden gramów plus skórzane buty, plus waga górskiego roweru, plus kilkudziesięciolitrowy plecak i  trekkingowe kije, skrzyżowane na plecaku jak wiedźmińskie miecze.


***


Chciałabym iść wstecz, by odsuwać się od tego piekielnego dnia, ale rzeka płynie zawsze tylko w jedną stronę.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Sigh no more

Mam ciągle sny, że wojna podchodzi mi pod próg drzwi jak powódź.


Czytam ciągle, zachłannie, zwijam się nad płachtą gazety i w pewnym momencie widzę: "Mam za mało do stracenia, żeby się bać."


Proste? Proste.


***

Mam na imię Strach.
Ale wokół mnie jest więcej siły, niż mi się wydaje.

Wchodzę, witam się, ale P. od razu mówi: "Widziałaś ją? Coś z okiem." Więc wracam, bo minęłam się z nią w drzwiach, wyglądam przez szybę werandy: siedzi na progu, nastroszony kłębek, biała na czarnym. Śnieg już zaczyna sypać. Kiedy uchylam drzwi, wiatr wpycha do środka swój lodowaty łeb; miauczy zrzędliwie, ale cicho, kiedy delikatnie łapię ją pod pachami i unoszę na wysokość swojej twarzy. Zaskoczona, zapomina zamknąć prawe oko, jak potem będzie już je mrużyć, kiedy przysunę twarz do jej pochylonej głowy. Zielone oko pełne krwi.

Naciskam palcami miękkie miejsce wokół kości kolana. Badam ciekawie anatomię tępego bólu, który zagnieździł się w rozgrzanej i spuchniętej skórze. Całym ciężarem ciała wbiłam nieszczęsne kolano w sosnowy parkiet, pechowo posiadając kolano słabsze od miękkiego drewna. Najpierw wściekłość i wrzask, tupałam ranioną nogą, jakby krwiaka można było tym ruchem zrzucić na ziemię i z głowy. Ale potem straciłam oddech, wyobrażając sobie, że sześćdziesiąt kilogramów łupie o drewno ścianką kruchutkiej czaszki.

Noszę więc to krwiakowe kolano z przyjemnością jak order. Z wdzięcznością myślę o nim, że ono to przecież nie zęby. Ból jest cichy i łagodny jak kocie futro. Wczoraj dotykam jej ledwo czubkami palców; pochyla głowę zaciskając powieki tak, że mam jej malutkie czoło tuż pod brodą. Przyglądam się poszarpanemu uchu, długie minuty spędzając na ustaleniu, czy to płatek śniegu, czy lśniąca dziurka na wylot w płatku kociego ucha. Uwierzcie mi, dalej nie wiem. Jest taka maleńka, jak kocię; podnosi malutką stópkę i powoli, z wysiłkiem myje mikroskopijne paluszki. Porusza się powoli. Wieczorem będę oglądać jej zdjęcia sprzed miesięcy: jakby nosiła na nich głowę wyżej. Jakby postarzała się wczoraj o lata. Jest zdezorientowana, mówi P., pewnie nie widzi do końca wszystkiego. Pozwala się głaskać, mruczy chrapliwie, bo teraz ma taki głos. Kładzie się przy stole na krześle i starannie zwija; będzie się co kwadrans przekładać na drugi bok, zaspana i nieprzytomna, rozgrzana, chyba bolą ją stawy. Krzesło jest przysunięte do stołu, jakby uczestniczyła w rozmowie. Nachylam się nad nią: ciepło, zapach czystego kota, czysty kot pachnie ciepło jak pościel.

Zanim zadzwoni budzik, stoję we śnie na szczycie wzniesienia wśród biegających w pośpiechu ludzi, bo wojna płynie w tę stronę nieuchronnie jak fala przypływu, podnosi się poziom wojny kilometr po kilometrze. W tym śnie E. krzyczy w słuchawce telefonu, że skryła się w Zubrzycy Górnej, że tam wojna nie podejdzie, wstrzymana muskularnymi ramionami gór. W tym śnie wiem, co mam robić, ktoś silny mi towarzyszy, nie boję się tak, jak sobie to wyobrażałam: chwilę wcześniej trzymałam za włosy odciętą, rzucającą wciąż jeszcze przekleństwa głowę wroga jak węża i bez litości wcisnęłam ją pod własną kanapę; jak zdetonujecie bombę, mówię do niej, zginiemy wszyscy, ty też.

"Oglądałaś telewizję?", trafnie zgaduje S., kiedy wstukuję mu krótkie, urywane, chrapliwe smsy. To z niej płynie lęk jak jednokierunkową ulicą, dlaczego, do diabła, nie ma drugiego pasa ruchu, niech wraca, skąd przyszedł. Ciągle o niej myślę, od lata, od histerycznego dźwięku syreny w zapadającym zmroku Duszników Zdroju. Co zrobię, jeśli przyjdzie. Kiedy przyjdzie. Patrzę na A. w wysokiej ciąży, jak z wdziękiem, lekko porusza się, podnosi z krzesła. Nie wstawaj, A., krzyczymy wszyscy, nie wstawaj, to my podejdziemy do ciebie, ale A. nigdy nie czeka, jakby wypełniały ją chyba bąbelki.

Myślę o tym, jak ja mogę się bać, kiedy nie mam nic do stracenia. Mam miłość, ale moja miłość nie zna lęku. S. się nie boi niczego. Jeśli mam mieć zadanie, moim zadaniem jest: wychować się na człowieka bez lęku. Tak, mam dwadzieścia siedem lat, ale nie jest na to za późno, byleby nie zwlekać. Jeśli ona tu przyjdzie, jeśli będziemy brodzić w jej lodowatej kałuży i chłód przesiąknie przez buty, trzeba wyćwiczyć się w braku lęku. Jeśli mijają najszczęśliwsze dni mojego życia, muszę je w siebie złapać; wygrzewać się w ich blasku jak w słońcu, nie przegapić. Szczęście to funkcja umysłu, wie o tym U.; obudź się rano i pomyśl: dziękuję.

Widziałam wczoraj niezwykłe zjawisko: moja droga prowadziła wprost w ścianę czarnych chmur, w które patrzyłam pewnie i z ciekawością, nagle wysoko w górze dostrzegłam ruch - mnóstwo ogromnych śniegowych płatków wirujących w masach powietrza, unoszący się nad ziemią biały, ruchliwy tuman, który przepłynął nad moją głową, nie dotykając ziemi, wyraźny, potężny i niesamowity, i przewiany wiatrem pognał daleko poza granice widzenia.











czwartek, 6 listopada 2014

Beware the Wolf

A potem pomyślałam sobie mściwie, że może ktoś inny wpatruje się (wpatrywał się, będzie wpatrywał się) ze związanym na węzeł gordyjski żołądkiem w mój wizerunek i może komuś innemu na mój widok drżą z przerażenia rzęsy. 
Mściwie to pomyślałam.
Mściwie.

sobota, 25 października 2014

Faint

Otwieram jedno zapuchnięte oko i myślę: "O Boże".

I jest tak, jakby film zaciął się na tylko jednej scenie: wysiadam z autobusu nocą chwiejnie na swoim przystanku, wysiadam z autobusu nocą chwiejnie na, wysiadam z autobusu nocą chwiejnie, wypadam z autobusu nocą, w kółko, błysk i jeszcze, jeszcze, jeszcze, jeszcze raz. Wychodzę z domu ze świętym postanowieniem nie zbliżania się nawet do płynnej granicy alkoholu, a potem wracam śmiejąc się jak wariat, odbijając się od prawego i lewego brzegu chodnika, rozczochrana boja. Śniło mi się dzisiaj, że stąpałam miękko po ciemnomszałych płytach kompletnie boso, widziałam jakby jakiś paparazzo: reflektor na mnie, pochylona głowa, włosy rozsypane, ręce w kieszeniach i wąskie kocie bose łapki migające na betonie.

Wychodzę z domu ze świętym postanowieniem abstynencji, a potem pociąga mnie wir. W niedzielę rano obudziłam się o ósmej i zaczęłam śmiać, na głos, z głębi brzucha, i śmiałam się do trzeciej w nocy, kiedy w zamglonej alkoholowym zamroczeniem Alchemii dyskutowaliśmy zapalczywie o nowym filmie, a U. chwiała się sennie nad szklanką wódki z colą. Stałam się nocnym zwierzęciem: od tygodni po zapadnięciu piątkowego zmierzchu wyruszam na łowy. Obchód po pomarańczowych od latarni ulicach, ja przodem, albo w ariergardzie, ręce splecione z czyimiś albo w kieszeniach, oczy w kapturze. Na początku września wychodzę z Banialuki prosto w świeży, jasny, truskawkowy świt: S. odwraca się nagle z różą w zębach, M. mu ją odbiera i z rozmachem mi wręcza, a płatki rozkruszają się w locie niczym śnieg; zaczynam się śmiać serdecznie, na głos, z głębi brzucha i już chyba nie przestanę. 

Dopadam A. siedzącą na rozpalonym do śnieżności Rynku, ja idę roześmiana przez całą długość Karmelickiej i Szewskiej, gadając do siebie i sypiąc z oczu skry, A.: twarz uniesiona w górę, rozmodlona, kocham Kraków, mówi A., Kraków to węzeł wszystkich dróg, chcę tu wrócić koniecznie, mówi A., a ja całuję ją i śmieję się. Wciągam ją w bramę, pierwsze piwo, kasza parzy wargi, a my śmiejemy się, bo znowu jesteśmy razem, a Kraków rozkłada przed nami ramiona i ciągnie nas za ręce. Mały Rynek: dziki wizg kobzy, chwiejnie przekraczam czyjeś nogi, siadamy na rozgrzanym stopniu, A. cała w muffince, a mnie z kolan sypie się kawowy tytoń. Zapalniczka nie działa, wpadam do kiosku, na gazetach lizak w kształcie lajka, kolejny prezent urodzinowy dla A., zataczamy się ze śmiechu na przystanek, mam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą - niech patrzą, jaka z nas piękna para, A. spod kapelusza wysuwają się włosy jasne jak słoneczny promień, a ja w oczach mam zielony pożar. Dzwoni P., A. wykrzykuje na całą długość tramwaju, że właściwie już sobie podchmieliłyśmy i jedziemy do Cricoteki, która lśni jak ogromna brama, papieros spala mi się zawieszony nad rozsłonecznionymi bulwarami, A. co chwilę coś wypada z ręki, robimy sobie zdjęcia oślepione blaskiem, A. wyciąga rękę do żółtego jak ze złota drzewa za pociętą kratami szybą Crico(krako)teki.  Krążymy po salach oniemiałe, jakby nam ktoś dosypał narkotyk do błyszczyków, usta mam spękane jak na wielkim mrozie, a przecież jest tak ciepło, rudy sierpień? 

Rude i miodowe jest powietrze w górskiej miejscowości, przez którą idę ramię w ramię z S., mrużę oczy w zachwycie, ty tak śmiesznie mrużysz oczy, mówi S. w innym miejscu i okolicznościach, kiedy palimy papierosy przy narożnej knajpie na słodkobrzmiącej ulicy Felicjanek. Ty się chyba nigdy nie złościsz, mówi S., kiedy idziemy ramię w ramię miodopłynną ulicą zalaną świętym światłem jesiennym, które z zupełnie prozaicznych przyczyn przyjmuje tak bajeczne kolory. No nie wyobrażam sobie, jak ty wyglądasz, jak się złościsz, mówi S. z przekonaniem, a ja patrzę na niego z tajemniczym uśmiechem i aż muszę sama siebie objąć, bo coś narasta we mnie jak tłumiony chichot i czuję, że zaraz czeka nas eksplozja. 

Na ulicy Felicjanek jest narożna knajpa, a w niej jest drewniana podłoga, gdzie siadam w samym geometrycznym środku kręgu z zestawionych krzeseł, gdzie nachylają się nade mną twarze, papierosy i szklanki. Dym zasnuwa ściany, to mogłaby być Alchemia, gdzie innego dnia siedzę na krześle tuż za szafą i leniwie obserwuję nieustanny strumień wchodzących i wychodzących, kiedy oni zdążą wypić, jak tak krążą, aż w końcu nadpływa U. i jako jedyna pochyla się nad losem przewróconego przez kogoś krzesła. To mógłby być Stary Port, który zgromadził w sobie szare kłębki moich opowieści, jak kurz w zakamarkach, który pachnie zawsze tak samo - kurz, Port - i tak samo jak zawsze świeci ciepło w środku nocy jak naftowa lampa.

Śniło mi się dzisiaj, że zwykłą maszynką do golenia nóg wycięłam sobie włosy z boku głowy tak, jak nosi S., ale moja smętna szara sierść rozsnuwała się daremnie, nie dając rady zakryć porcelanowobiałej skóry. Nawet we śnie ciągle jestem w drodze, z kimś rozmawiam, jakieś wnętrza, jakieś okna, jakieś parapety, ale twarze obce, spotkania jakby przypadkowe, czasem tylko u mojego boku pojawi się ktoś, kogo znam. Fajnie, że się ludzie znają, mówi S. z uśmiechem, po tym, jak przywitaliśmy się z M. Nie trzeba przedstawiać, mówi S. i wychodzi na zewnątrz zapalić, a ja drobię tuż za nim i nie mogę opędzić się od myślenia o tonie, który (wyobrażam sobie, że) usłyszałam w głosie M. Jakby zdumienie. Jestem zdumiona faktem, jaka nagle stałam się wyczulona na najcichsze tony, choć przecież słuch mam równie słaby jak włosy. Żar papierosa w ciemnościach i ogień we mnie, kiedy tańczę dziki taniec, który ma odegnać strach i deszcz. Taniec słońca, taniec Marsa, boga wojny, taniec najjaśniejszego z pięciu żywiołów. Cały koncert jest o świetle. I o miłości, ale ten temat ignoruję, bo zbyt jest połamany na nierówne tafle, trzeba by po nich skakać niczym z kry na krę i można pociąć palce. Ale boję się. Lęk plącze mi się wokół szyi jak sznurek od migoczącej różdżki, ale S. delikatnie zdejmuje go ze mnie

tylko 
sznurek

i mogę wreszcie odetchnąć bez strachu, że zaciśnie się jak pętla. Ale to nie jest taki taniec, jaki tańczę w klubie Studio, z A. u boku, rozchlapując marne piwo z plastikowego kubka, niczym nie skrępowany taniec pewności, że jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Tam się śmieję, jak się śmiałam: pijąc wódkę wprost z butelki w bramie, jedząc zapiekanki w jedynym czynnym oknie okrąglaka, podając sobie naprzemiennie kocię i miski z popcornem w ciemnym pokoju pełnym zapatrzonych w ekran głów, jadąc pełnym zgorszonych min autobusem 179 razem z A. i P., a może z E., jak się śmiałam wczorajszego wieczora u R., kiedy K. zapytał z obrzydzeniem - a co to jest "bohema"? - a ja słysząc to niemal położyłam się na stole, trzymając się za brzuch i wyjąc. Ale co to jest "bohema", krzyczy K. nalewając piątą już kolejkę błyskawicznych bań, co to jest, do cholery, do domu bym nie wpuścił, E. już niemal płacze, a twarz R. składa się tylko i wyłącznie z szeroko rozwartych, rechoczących ust, jak na jakimiś nigdy nie namalowanym pogodnym obrazie Bacona. I wiem, że tu jest moje miejsce, bo tu się śmieję jak obłąkany błazen, tak mogłabym zmapować Kraków, zaznaczając jasną kroplą każdy z adresów, który sprawia, że śmieję się bez końca, że śmieję się z samego wnętrza trzewi, że odchylam głowę do tyłu i łzy ciekną mi na włosy, miejsca, w które wracam - prędzej czy później - snując się wciąż i wciąż swoimi kocimi ścieżkami, bez końca, bez wytchnienia.

wtorek, 23 września 2014

Learn to swim

Boję się wody. 
Panicznie boję się wody.
Woda gasi ogień.
Nawet przejeżdżając przez most, patrzę szeroko otwartymi oczami na rzekę i proszę ją szeptem,
żeby mnie oszczędziła, żeby mnie nie zagarnęła swoją lodowatą falą.
Pochłonę drewno, spalę ziemię, roztopię metal
- powietrze wzmaga pożar -
ale panicznie boję się wody.

Bo woda gasi ogień.



Dzień trzeci, ostatni.
 

poniedziałek, 22 września 2014

Cold light

cold light
hot night
be my heater be my lover
and we could do it to each other
yeah we could do it to each other
well like a sister and a brother
go go go


niedziela, 21 września 2014

Too much love will kill you

Tyle bólu. Tyle bólu, który tak wielki, za wielki, żeby go można odnaleźć w tych słowach. Tak, bo i one są przeciwko mnie w tej chwili, wszystko jest przeciwko mnie, słowa też, które zawsze mi się opierały, ale kusząco, zalotnie, żeby większa pieszczotliwość, a teraz nawet one są przeciwko mnie, bo nie mogę znaleźć tych, które byłyby lustrem nieskalanie odbijającym, stąd ból dodany jeszcze do tego za wielkiego. Może i w tobie jest ból, ale czym on jest, czym? Przy bólu moim przepastnym czym jest każdy ból inny? O, przeklęta niech będzie chwila, kiedyś przeze mnie ujrzana: oczy Twoje: tyle czułości w Twoich oczach, której mi zawsze brakowało, dlatego zabiłem tamto wszystko, co tak kochałem, i porzuciłem tamto wszystko, bo nie było czułości u nich dla mnie. I powędrowałem do krainy Nad, na wschód od Edenu, i tysiąc dni wędrowałem i tysiąc nocy, i Ciebie ujrzałem w tamtej chwili przeklętej błogosławionej.
I musiałem Cię ujrzeć, bo wiedziałem, że znajdę to, czego szukałem, czego pragnąłem duszą i ciałem, każdym oddechem, każdym zgięciem przegubu i kolan po drogach i miastach, zgarniając okruchy, mnóstwo okruchów, ale to nie było to, to nie było morze, które wiedziałem, że gdzieś, niedaleko już, powinno się rozlewać, w nim zamarznę, wkrótce już, spłonę, i tak jest, bo wiedziałem, że znajdę to, czego szukałem - Ciebie, Olga, musiałem ujrzeć kiedyś.


Edward Stachura Listy do Olgi

piątek, 22 sierpnia 2014

33 sceny z życia

Trzydzieści trzy sceny z życia dzięciołka. Retrospekcja. Środek maja. Fragment.

U ortopedy

Ortopeda nosi tak dumne nazwisko, że przewyższa go ono o jakieś dobre czterdzieści centymetrów. W przeciwieństwie do rodowodowego nazwiska, ortopeda sam w sobie jest ode mnie niższy o pół głowy, niezwykle drogo ubrany i bubkowaty najbardziej na świecie. 

Po niemal sześciu tygodniach od nieszczęsnej kontuzji postanowiłam w końcu udać się po pomoc fachową, nie po to bynajmniej, by się ratować, lecz żeby wszystkim życzliwym przyjaciołom i obcym zamknąć jadaczki. Więc wchodzę. Ortopeda nie zaprasza mnie, żeby usiąść, ale usiadam samowolnie, wciskając się z łoskotem na nieporęcznie ustawione krzesełko przy biurku. Z czym przyszłam. Otóż z kontuzją. Wówczas to padają najstraszniejsze słowa na świecie, których niby to mogłam się spodziewać, lecz w głębi swojej czarnej duszy życzyłam sobie serdecznie, ażeby ich nigdy nie usłyszeć. Proszę zdjąć spodnie. I buty!

Nie przeszkadzałoby mi zupełnie, gdybym miała przeparadować przez cały długi korytarz topless, ale obnażać się od spodu to dla mnie najwyższa kara. Każdy człowiek traci swą godność wraz ze zdjęciem spodni, a butów zwłaszcza. Jest taki odcinek mojego ulubionego serialu, gdy wstrząśnięta Carrie Bradshaw niepewnie odpina paseczki swoich blahników i myślę trochę o tej scenie, kiedy z wściekłością szarpię klamrę własnego skórzanego paska. 

Z najwyższym obrzydzeniem kładę się na leżance - ostatnio mam pecha do pozycji leżących - a ortopeda pochyla nade mną swą fizjonomię bywalca "Gorączki" i czubkami palców z całej siły naciska mi wystające kości biodrowe krzycząc niemal: "CZY TU BOLI?!" Spokojnie odpowiadam - trzeba starannie ułożyć brzmienie swego głosu, rozmawiając z ludźmi, co do których poczytalności ma się pewne podejrzenia - że nie, nie boli, bo boli mnie tylko z boku kolana, lecz za to zajebiście w chuj. Oczywiście nie tymi dokładnie słowami, ale mniej więcej, bo w tym czasie ortopeda chwyta mnie właśnie za środek stóp, które tkwią bezbronnie na końcach moich tłustych, gołych obleśnie nóg, owinięte w zupełnie mokre skarpety. Chociaż od biura do przychodni nie jest daleko, dziś przez chodniki rżną tak szaleńcze potoki, że moje buty z zachwytem opiły się wodą jak wawelskie smoki. I za te zupełnie mokre skarpety trzyma mnie ortopeda, a ja z trudem powstrzymuję szaleńcze drgawki całego ciała i muszę w tym miejscu poczynić wyznanie. 

Nienawidzę z całą mocą, kiedy dotykają mnie obcy ludzie. Nie cierpię, kiedy ktoś niechcący otrze się o mnie w autobusie, nie znoszę, kiedy ktoś jowialnie klepie mnie po plecach i wpadam po prostu w panikę nawet wówczas, gdy na moment zderzę się z kimś w drzwiach. Nie wiem, skąd we mnie ten przerośnięty jak wybujałe ego dziwaczny odruch, ale na samą myśl, że czyjeś obce lub chociażby tylko z widzenia znajome ciało choćby na centymetr zbliży się do mojego, niemal umieram ze wstrząsu.

A ortopeda właśnie suwa palcami tam i z powrotem po moim miękkim, białym udzie, tłumacząc z zapałem fundamenta zespołu pasma biodrowo-piszczelowego. Dobrze, że sama zdiagnozowałam to sobie już pięć tygodni temu, bo teraz jedyne, o czym mogę myśleć, to żeby przestał. Ale najgorsze dopiero przede mną. Swoją drogą, pozwolę sobie na ponowną dygresję, jakże dziwnie się to życie układa, bo dotyk dentysty sprawiał mi najwyższą z możliwych radość, a dotyk tego kędzierzawego krasnala przyprawia mnie o ból fantomowy we wciąż spuchniętym zębodole. Ortopeda każe mi wstać - wciąż bez spodni - i pokazywać mu się przodem (już prawie ze łzami w oczach), a on w tym czasie kuca na podłodze, oglądając moje doszczętnie mokre reeboki (które od wody z niebieskich zrobiły się granatowe), a ja stoję w samych majtasach i mokrych skarpetkach na otłuszczonych, rozlanych nogach i nawet już nie mam siły twierdzić, że jestem biegaczem, bo patrząc na ciało moje spuchnięte z rozpaczy i ciastek nijak nie można by dać temu wiary. W końcu odpuszcza mi i pozwala się ubrać, i zasiadam na tym krzesełku chwiejnie, jak człowiek po ciężkim wypadku, na przykład nagłym zderzeniu z rzeczywistością.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sekret

Idąc przez życie tworzycie swój wszechświat



Życie jest absolutnym fenomenem



i powinno być


i będzie


środa, 14 maja 2014

Wind

Nie mam prawie nic, ale mam rower. Tyle wygrać.



Nie skręcam kierownicą, tylko biodrami. Nabrałam jakiejś paskudnej maniery składania się w zakrętach jak motocyklista. Nie wiem, u kogo mogłam to podpatrzeć. Wypuszczeni na wolność, zakochani w sobie bez pamięci od pierwszego marca, skaczemy ze wzgórza na wzgórze, wielkimi susami zbliżając się do świętej góry z kopcem. Psotliwie wykręcam węża na drodze, tanecznie zbliżając się do skrzyżowania, jak kiedyś wściekle zielony ścigacz, za którym oglądając się skręciłam sobie niemal kark.

Rzut oka przez ramię, za mną kolarzówka, więc ustępuję jej miejsca, bo znam hierarchię. Lotniejsi przodem, ale mój muskularny, czarny perszeron z łoskotem przetacza się przez przejazd tuż po niej. W pełnym galopie na moście wspinam się na sam czubek palców. Maj. Maj działa na mnie jak narkotyk. Pewnie dlatego, że rozpoczyna się na przeklętą literę M, a kończy na równie przeklętą literę J. W maju popadam w szał, szał, którego za nic w świecie nie chciałabym leczyć.

Każda powierzchnia płaska porośnięta trawą kusi mnie, by rzucić się na nią i tarzać na grzbiecie aż do zupełnego zdarcia łachów. Każde drzewo zachęca, bym objęła je wątłymi gałązkami ramion w najczulszej z możliwych pieszczot. Rosną wokół mnie miękkie ściany krzewów jak stosy pierzastych poduch, jak wielokształtne balony obłąkanego festynu, zielonego święta wariatów. Oblizuję czubkiem języka pękniętą wargę, mimowolnie, patrząc, jak lubieżnie rozkłada się przede mną ścieżka, wilgotna i ciepła. Intymne miejsce.

I czuję zupełnie wyraźnie - rejestruję ten fakt jak rzetelny badacz - że z każdym zakrętem, z każdym chybnięciem się tej wspaniałej huśtawki uzależniam się mocniej i mocniej od tego kołyszącego mnie w damskim siodle uczucia kompletnej, niezasłużonej wolności, od tych przechyleń i falowań i unoszeń i westchnień i mgnień i szarpnięć i kąsań mijanych w pędzie gałązek, siekących po twarzy jak zielony deszcz, od tej kaskady urywanych oddechów i zwrotów, gdzie pień, gdzie znak, gdzie szlak tasują się w pędzie jak rozrzucane kości do gry. Głowa w dole, biodra w górze i pryskające spod kół grudki, radość w okruchach. Kiedy ziemia przestaje się zginać, w zwolnionym tempie zawracam rower i jak spętana czarem jakaś Eurydyka znikam z powrotem w czarnoszmaragdowej otchłani tego cienistego Hadesu. Tylko, że zaraz po przekroczeniu jego ciemnego progu - zaczynasz wędrówkę w górę.

Więc ledwo dotykając ziemi czubkami butów pnę się do góry, ziając jak pies, roześmiana do siebie. Biegną ze mną po ziemi małe, bure ptaki. Coraz bardziej miękko rysują się drzewa, coraz bardziej błękitno mienią się cienie i w ostatnim momencie wypadam na asfalt, na zaróżowione niebo i na drogę na wale, prowadzącą mnie za rękę do domu.

Łaszę się do tego maja jakby miał być tym ostatnim.

piątek, 18 kwietnia 2014

Sunday Smile

Mam omamy zapachowe.

Pochylam się podnosząc coś z podłogi lub z oparcia krzesła i wpadam nosem w małą chmurę zapachu, który elektryzuje mnie jak zbliżająca się burza. To niemożliwe, żeby taki zapach tu był. To niemożliwe, żeby taki zapach jeszcze utrzymywał się na mojej szyi. To niemożliwe, żebym mogła go czuć.

Bo jest to zapach mężczyzny.


Snuję się boso po parkiecie i sama do siebie szepczę zaklęcia. Był taki zapach w moim życiu, bo wciąż i wciąż gonię za jednym i tym samym obrazem, rozbitym na kawałki, po które schylam się jak po pogubione na podłodze rękawiczki. Jakby wciąż obok mnie przechodził ten sam człowiek. 

To jest zapach przypominający żywicę i las, zapach definiujący dzikość, a przecież napotkałam go tym razem w sterylnie cywilizowanych okolicznościach. Zapach-symbol. Zapach-istota-rzeczy. Fundamentalny zapach istnienia.

Któregoś zimnego jeszcze dnia w biurze wpadłam w ten zapach przypadkiem, jakbym wpadła w wannę pełną ciepłej piany. Zjeżyły się na moim ciele wszystkie włoski z podniecenia; nigdy nie pomyślałabym, że można w ułamku sekundy przypomnieć sobie zapach. "Można" - wzruszyła ramionami niewzruszona K. - "Zapach pamięta się najlepiej".

Pocieram w zamyśleniu pęknięty kącik ust. 



Słucham od czterech godzin w zapętleniu.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Not young, not beautiful

Gdyby tę twarz dało się zedrzeć jednym ruchem jak plaster. Szlag.


Okropnie mi doskwiera fakt bycia BB. Bystrą brzydulą. I nawet pisząc to na prywatnym swoim blogu publicznym, aż skręca mnie w środku na takie wyznanie. Słyszę: lubię inteligentne kobiety. Słyszę: podoba mi się Twój mózg. Słyszę: uwielbiam Twój dowcip, chce się z Tobą rozmawiać. Słyszę nawet: uwielbiam Cię czytać! A gołąb w mojej piersi wyje, że nikt nie mówi, że jestem chociażby ładna. Na litość, na skórę świętego Bartłomieja i tasak wbity w łeb świętego Judy, pragnę zachwytu!

Wstyd mi piekielnie, kiedy myślę z rozpaczą, że oddałabym resztki swojego rozsądku za chociażby jakiś ochłap urody. Gdybym była piękna, moje życie byłoby po stokroć łatwiejsze. Dziś pewnie miałabym już męża. Jestem z tych żałosnych typów, które zyskują po bliższym poznaniu, które to powiedzonko oznacza dokładnie, że jest się paskudnym jak mops.



Ale porzućmy to babranie się w gównie, chciałam napisać, że spotkałam wczoraj mężczyznę swojego życia. U dentysty. Znaczy on był tym dentystą. Spóźniłam się piętnaście minut, bo na Moście Dębnickim poniewierał się rozbity samochód (granatowy, przez co spędzam bezowocne minuty na poszukiwanie jakichkolwiek informacji, czy to nie ten stary pijak, z którym sypiałam, roztrzaskał się na oczach spacerującej po bulwarach publiczności jak fajerwerk). No i wypełniając jakiś podejrzany świstek, który gwarantował zrzucenie odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia na mnie, usłyszałam, jak recepcjonistka mówi: "To ta pani na siedemnastą" i odruchowo mruknęłam zachęcające "No." i wtedy zobaczyłam archanioła w kitlu. Taki bardzo w moim typie, tak skończenie bardzo, ale cóż z tego, bo kiedy zostaliśmy sami, on spojrzał na mnie figlarnie i spytał: "Co panią do mnie sprowadza?", a ja, uziemiona na tym upokarzającym fotelu w pozycji półleżącej musiałam mu wyznać, chociaż wszystko krzyczało we mnie "Nie rób tego! Nieeee!", ale nie mogłam postąpić inaczej, musiałam mu powiedzieć prawdę: "Mam czarny ząb."


I to właśnie była ta chwila, kiedy szansę na romans chuj strzelił, a ja razem z tym pomarańczowym fotelem zawaliłam się pod ziemię z rozpaczy.


Potem jeszcze napawałam się tą chwilą, kiedy nachylał się nade mną i wpychał mi palce do ust, co było na pewno sytuacją graniczącą z erotyzmem, ale nawet ta bliskość już nie miała znaczenia, bo przecież już wszystko przepadło, wszystko już nie miało znaczenia i moje biedne słabe serce rozpadło się na setki drobnych szlochających części, i nie miało już znaczenia, że on dodał: "Ta druga ósemka też czarna", i coś tam jeszcze gadał o próchnicy, i nawet jeżeli czeka nas jeszcze wiele, wiele spotkań i szans na fizyczny kontakt w zaciszności sterylnego gabinetu, to myśli moje i tak już potoczyły się tą obrzydliwą koleiną smutku i bezradności wobec nieprzystojności istnienia. 


Gorzej by było tylko wówczas, gdyby to był ginekolog. Szlag.


Nie dość, że mam brzydkie zewnętrze, to jeszcze wnętrze mojej jamy gębowej mogłoby zrobić wrażenie tylko na osobie niewidomej, a w dodatku tego dnia poparzyłam swój szorstki koci język hipsterską kawą ze słynną syrenką na kubeczku, co już było tylko zupełnie mainstreamową wisienką na torcie i dopełniło dzieła zniszczenia. U dentystów nie mam szans najmniejszych.

A potem włóczyłam się po Rynku i kwitnących Plantach z kolejną kawą w łapce i obserwowałam toczącą się we mnie psychomachię: żywiołowy entuzjazm wywołany, było nie było, kontaktem z ideałem, i szaleńcze podniecenie toczyły walkę na śmierć i życie ze śmiertelną rozpaczą wywołaną faktem, że nie mogę się powstrzymać przed patrzeniem każdemu mężczyźnie na dłonie i wróżeniem sobie z obrączek, czy jest jeszcze dla mnie jakaś szansa.

A potem siedziałam z U. w jednej z popularnych piwiarni i ze smakiem chlejąc słodkie piwa debatowałam o szczęściu, że ono w gruncie rzeczy jest obecne i że je odczuwam zwłaszcza w chwilach takich jak ta, kiedy jechałam autobusem tuląc do siebie wymarzoną kurtkę za pół koła i słońce głaskało mnie po głowie przez szybę, a wnętrze autobusu wypełniał rozdzierający krzyk wielkiego chłopaka na wózku, wykręconego porażeniem (przerażeniem), i ja (sparaliżowana) myślą, jaką jestem szczęściarą, tuląc tę kurtkę, kupioną za własnoręcznie zarobione pieniądze na początku mojego dorosłego samodzielnego życia, kurtkę, która nie tylko jest obietnicą cudownych wypraw na szlaki, ale też symbolem, symbolem i dowodem na poruszanie się w górnej warstwie osadów społeczeństwa, tych szczęściarzy, który mają pracę, nie mają długów i śpią w łóżku.

A potem, dokładnie z wybiciem północy, płynęłam onirycznie Starowiślną, zakapturzona jak Gandalf, mijając miękkimi ruchami rozwrzeszczane grupy śmierdzące przetrawionym alkoholem, płynęłam samotna, jak przez busz naszpikowany dzikimi zwierzętami, czujna i gotowa do samoobrony, zdana tylko na siebie w tłumie szturmującym przejście dla pieszych pod Pocztą Główną, samotna i maleńka jak okruch przyklejony do szyby nocnego autobusu, bezbronna jak pyłek.








Moi chłopcy się żenią, a słońce wciąż wstaje każdego dnia jak gdyby nigdy nic.










 PS. Jestem tak wrażliwa na męską urodę i obecność ostatnio, że wkleję tutaj ten teledysk tylko dlatego, że mnie podnieca:



czwartek, 3 kwietnia 2014

6 weeks under

Jeśli znajdziecie bardziej żałosnego człowieka niż ja, ufunduję wam Nobla z dziedziny socjologii. Na przykład dziś. Siedzę przy biurku i kompulsywnie zżeram w dwadzieścia sekund tabliczkę czekolady Milka, opętana obłędnym strachem wynikającym z faktu, jak straszliwie, jak ze wszechmiar jestem gruba, jak rozpustna i leniwa i lubieżna, jak najpiekielniejsza z dziwek. Najgrubszy człowiek na świecie ever, w kategorii do pięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Potem dławię się nieomal na śmierć tłustym ciastem upieczonym li i wyłącznie z tłuszczów trans, czytając z przerażeniem w oczach relację z maratonu w Barcelonie i krztusząc się jeszcze okruchami, w panice wybiegam na trening i oczywiście zgodnie ze wszystkimi prawami fizyki tuż za rogiem bloku łapie mnie kolka.

Więc biegnę ciężko z tą kolką w brzuchu, myśląc histerycznie, jak straszliwie jestem grzeszna, jak to całą zimę nużałam się w najgroźniejszych odmianach skończonej rozpusty, biorąc do ust rzeczy, które nie śniły się ani fizjologom, ani reżyserom najwykwintniejszego hard porno, biegnę i biczuję się w myślach po gołym, obmierzłym dupsku za wszystkie przewinienia. Wyobrażam sobie siebie na starcie tego piekła, stojącą pośród tych wszystkich pracowitych, zdyscyplinowanych, szczupłych jak dzikie zwierzęta ludzi, wyobrażam sobie, jak wszyscy patrząc na mnie widzą tylko ruchomy stos taniego smalcu i wypisane na moim ciele wszystkie te złe rzeczy, których się podejmowałam, byleby tylko nie ćwiczyć. 

Więc człapię z tym skręconym z przerażenia jelitem i kapiącym ze mnie potem i myślę, że byłabym gotowa wpełznąć do kościoła na kolanach i łokciach, chociaż ostatnie, w co wierzę, to bóg, a nie, przepraszam - ostatnie w co wierzę, to ja sama, ale bóg też jest nie więcej godny szacunku, ale byłabym gotowa wczołgać się do pierwszego z brzegu kościoła i ucapić się nogi ołtarza i walić w niego łbem wyjąc, żeby bóg zmył ze mnie ten tłuszcz grzechu i uczynił mnie dziewiczą i świętą jak Scott Jurek, wyznawca weganizmu. Ale bóg musiałby być szalony, żeby słuchać jęków takich parszywych grzeszników jak ja, więc biegnę dalej.

Biegnę dalej, charcząc, bo czuję, że rozczuliłam się już ze strachu na tyle silnie, że płacz chwyta mnie za gardło żelaznym skurczem i duszę się, chwytając powietrze jak ryba na piasku. Ale biegnę, żeby bujającym ruchem kolan utulić się, ukołysać i uspokoić, bo przecież na lęki najlepszy jest sport, chociaż chyba nie tym razem, bo pyszczek wykrzywia mi się w podkówkę jak maleńkiej małpce, ale przyspieszam, żeby się otrząsnąć, i zadzieram głowę do góry, bo akurat droga moja wiedzie poprzez szpaler obsypanych kwiatami krzewów i chwilowo odwracają one moją uwagę. Cierpienie duchowe nie mija, tylko wytłumia się jak dźwięk w kartonowym kubeczku, a ja rozglądam się na boki biegnąc, jakbym nie brała w tym udziału, jakbym sama na sobie jechała niczym na zgarbionym ośle. 

Zaczyna się podbieg, co paradoksalnie zawsze oznacza dla mnie miłą odmianę, i chwilowo zapominam, że mam tak galopującą nerwicę lękową, że czasami nieomal nie potrafię wyjść z domu, że kiedy wybieram jazdę do pracy autobusem, a nie rowerem, to zawsze wyobrażam sobie, że pewnie tego dnia roztrzaskałabym się z tym rowerem na drodze, ale uchroniła mnie od tego dobra decyzja. I wtedy przypominam sobie, że mój chłopak roztrzaskał się na drodze jadąc do pracy o godzinie siódmej pięćdziesiąt, która to godzina jest godziną mojego urodzenia, a jego była ostatnią, i już łzy ciekną mi po brodzie razem z potem i przygniata mnie do ziemi czarny głaz rozpaczy. Ale biegnę.

Zataczając pętlę docieram z powrotem do pachnących oszałamiająco krzewów, tarniny, zdaje się, albo przynajmniej tak to sobie wyobrażam, i piękno tego obłędnego zapachu rozkłada mnie na łopatki. Wciskam pięść w mokrej rękawiczce do ust i zagryzam, bo życie jest takie piękne ogólnie, ale moje życie jest takie brzydkie partykularnie, takie tragicznie smutne i przerażające, takie samotne. I przebiegam truchtem przez zebrę, oddalając się od tamtej myśli, jakby każdy pas był kolejnym stopniem wtajemniczenia.










Zawsze kończę trening, biegnąc prosto naprzeciw oświetlonym oknom mojego mieszkania