Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michałki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą michałki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2015

Porady #1

Podaję państwu niezawodny sposób, jak nie biegać:

wystarczy zapisać się na bieg, a potem nie biegać, żeby nie przeziębić się przed biegiem.



Po biegu wymyślę kolejny sprytny sposób.


Ale pedałuję z mozołem na starym dobrym druhu i myślę sobie, że biegaczem pozostaje się w sercu na zawsze, tak jak na zawsze w sercu jestem singlem, i bujam się na siodle wesoło czując dumę, że wiem, jak rozłożyć tempo, by po marnym górskim sezonie przebiec półmaraton bez przygotowania. Tęsknię!

piątek, 22 sierpnia 2014

33 sceny z życia

Trzydzieści trzy sceny z życia dzięciołka. Retrospekcja. Środek maja. Fragment.

U ortopedy

Ortopeda nosi tak dumne nazwisko, że przewyższa go ono o jakieś dobre czterdzieści centymetrów. W przeciwieństwie do rodowodowego nazwiska, ortopeda sam w sobie jest ode mnie niższy o pół głowy, niezwykle drogo ubrany i bubkowaty najbardziej na świecie. 

Po niemal sześciu tygodniach od nieszczęsnej kontuzji postanowiłam w końcu udać się po pomoc fachową, nie po to bynajmniej, by się ratować, lecz żeby wszystkim życzliwym przyjaciołom i obcym zamknąć jadaczki. Więc wchodzę. Ortopeda nie zaprasza mnie, żeby usiąść, ale usiadam samowolnie, wciskając się z łoskotem na nieporęcznie ustawione krzesełko przy biurku. Z czym przyszłam. Otóż z kontuzją. Wówczas to padają najstraszniejsze słowa na świecie, których niby to mogłam się spodziewać, lecz w głębi swojej czarnej duszy życzyłam sobie serdecznie, ażeby ich nigdy nie usłyszeć. Proszę zdjąć spodnie. I buty!

Nie przeszkadzałoby mi zupełnie, gdybym miała przeparadować przez cały długi korytarz topless, ale obnażać się od spodu to dla mnie najwyższa kara. Każdy człowiek traci swą godność wraz ze zdjęciem spodni, a butów zwłaszcza. Jest taki odcinek mojego ulubionego serialu, gdy wstrząśnięta Carrie Bradshaw niepewnie odpina paseczki swoich blahników i myślę trochę o tej scenie, kiedy z wściekłością szarpię klamrę własnego skórzanego paska. 

Z najwyższym obrzydzeniem kładę się na leżance - ostatnio mam pecha do pozycji leżących - a ortopeda pochyla nade mną swą fizjonomię bywalca "Gorączki" i czubkami palców z całej siły naciska mi wystające kości biodrowe krzycząc niemal: "CZY TU BOLI?!" Spokojnie odpowiadam - trzeba starannie ułożyć brzmienie swego głosu, rozmawiając z ludźmi, co do których poczytalności ma się pewne podejrzenia - że nie, nie boli, bo boli mnie tylko z boku kolana, lecz za to zajebiście w chuj. Oczywiście nie tymi dokładnie słowami, ale mniej więcej, bo w tym czasie ortopeda chwyta mnie właśnie za środek stóp, które tkwią bezbronnie na końcach moich tłustych, gołych obleśnie nóg, owinięte w zupełnie mokre skarpety. Chociaż od biura do przychodni nie jest daleko, dziś przez chodniki rżną tak szaleńcze potoki, że moje buty z zachwytem opiły się wodą jak wawelskie smoki. I za te zupełnie mokre skarpety trzyma mnie ortopeda, a ja z trudem powstrzymuję szaleńcze drgawki całego ciała i muszę w tym miejscu poczynić wyznanie. 

Nienawidzę z całą mocą, kiedy dotykają mnie obcy ludzie. Nie cierpię, kiedy ktoś niechcący otrze się o mnie w autobusie, nie znoszę, kiedy ktoś jowialnie klepie mnie po plecach i wpadam po prostu w panikę nawet wówczas, gdy na moment zderzę się z kimś w drzwiach. Nie wiem, skąd we mnie ten przerośnięty jak wybujałe ego dziwaczny odruch, ale na samą myśl, że czyjeś obce lub chociażby tylko z widzenia znajome ciało choćby na centymetr zbliży się do mojego, niemal umieram ze wstrząsu.

A ortopeda właśnie suwa palcami tam i z powrotem po moim miękkim, białym udzie, tłumacząc z zapałem fundamenta zespołu pasma biodrowo-piszczelowego. Dobrze, że sama zdiagnozowałam to sobie już pięć tygodni temu, bo teraz jedyne, o czym mogę myśleć, to żeby przestał. Ale najgorsze dopiero przede mną. Swoją drogą, pozwolę sobie na ponowną dygresję, jakże dziwnie się to życie układa, bo dotyk dentysty sprawiał mi najwyższą z możliwych radość, a dotyk tego kędzierzawego krasnala przyprawia mnie o ból fantomowy we wciąż spuchniętym zębodole. Ortopeda każe mi wstać - wciąż bez spodni - i pokazywać mu się przodem (już prawie ze łzami w oczach), a on w tym czasie kuca na podłodze, oglądając moje doszczętnie mokre reeboki (które od wody z niebieskich zrobiły się granatowe), a ja stoję w samych majtasach i mokrych skarpetkach na otłuszczonych, rozlanych nogach i nawet już nie mam siły twierdzić, że jestem biegaczem, bo patrząc na ciało moje spuchnięte z rozpaczy i ciastek nijak nie można by dać temu wiary. W końcu odpuszcza mi i pozwala się ubrać, i zasiadam na tym krzesełku chwiejnie, jak człowiek po ciężkim wypadku, na przykład nagłym zderzeniu z rzeczywistością.

środa, 16 listopada 2011

No, Panie Boże

Coś często ostatnio gadamy ze sobą. Nie bierz tego do siebie. I tak nie istniejesz.



Po prostu prześladujesz mnie michałkami, a już wczoraj to naprawdę dałeś popalić.


Nie wiem, jaki masz w tym cel, ale uwierz mi - nie dam się podejść. Nie wyprowadzisz mnie z równowagi.


I dobrze ci radzę, lepiej zachowuj się poprawnie, bo jak nie, to cię wymienię na gromowładnego Jowisza. Lub inny lepszy model.

Z wyrazami szacunku, 
Polly


piątek, 14 października 2011

Jak dobrze, że nie jestem materialistką...

...tylko snobką intelektualną. Pogardzam nienawistnie głupszymi od siebie, ale nigdy nie dbam o ich stan majątkowy. Dobrze, że dobra doczesne nie wywołują we mnie pożądania, bo bieda przyciska mnie ostatnio potwornie.

Do kurwy nędzy.




Zdjęcia ilustrują lepsze czasy. 


czwartek, 15 września 2011

Nieprzystawalność wydumanych idei do prozy zbanalizowanego życia

Jak pisze Piotr Piotrowski: „Skutkiem takiej relatywizacji czasu była anihilacja czasu uniwersalnego, szerzej – uniwersalnego systemu, języka opisu rzeczywistości, pojętego jako nieprzystający do miary indywidualnej” („Sztuka według polityki”, Kraków 2007, s. 187).

Gdy jadę rano do muzuem to przejeżdżam obok ogrodu botanicznego. Tam jest ładnie.


poniedziałek, 23 maja 2011

Jestem półprzepuszczalna

Jak jakieś dziwaczne sito. Czytam, co mam robić, myślę "No jasne!", a potem zapominam. Nie wchodzi mi to w krew, w nawyk, w odruch warunkowy czy bezwarunkowy nawet. Wiem, co należy, tylko się do tego nie stosuję. Brakuje mi dyscypliny. Przez kiepską pamięć szybko umyka mi właściwa ścieżka. Bardzo błądzę. 


Things I wish I had known when starting out in life:  
  • Make time to pursue your passion, no matter how busy you are
  •  All the stuff you're doing that seems hard - it will be of use
  • You gotta stay active
  • Forget the drama. Focus on being happy
  • All these mistakes you’re going to make, despite this advice? They’re worth it. 


poniedziałek, 10 stycznia 2011

Koniec z zasranym liryzmem: liczą sie tylko fakty

Tkwię w oku cyklonu. Lub w innym niewygodnym miejscu. Tak przynajmniej mi się wydaje.
U. ryczy, bo nie może ogarnąć. Ja też nie ogarniam, ale naprędce wymyślam milion rozwiązań dotyczących naszych prac do napisania, recenzji, referatów i szkicuję plan działania przed egzaminami. Szybki coaching i duża dawka sarkazmu. Mam obawy, ale kilkuletnie doświadczenie uczy, że w końcu wszystko upchniemy do worka z napisem „done”. Za pierwszym lub drugim terminem... Zostawiam ją na przystanku.
Wlokąc za sobą torbę pełną książek i leków (wychodząc z apteki wypycham ze świadomości kwotę, którą tam zostawiłam – moje załamanie nerwowe nie potrzebuje pogłębienia) przypominam sobie, że skończyło się mleko. Kawa bez mleka równa się dzień bez kawy, a dzień bez kawy to dzień stracony. Zaglądam do sklepu. Jedna osoba przy kasie – dobra, wchodzę. Gdy wracam z bułkami i butelką, kolejka liczy już siedem dusz. Mam tyle czasu, że zdążę zastanowić się jeszcze nad jajkami, bo akurat moja miejscówka przypada po sąsiedzku z chłodziarką. Wbijam spojrzenie w sufit manifestując moje cierpienie wywołane tempem pracy kasjerki, oscylującym wokół jednego klienta na godzinę.
Wracam na trasę. Kilka kroków wystarcza, żeby szalik miał okazję wkręcić się w kolczyka. Jedną ręką usiłuję wyplątać go z frędzli (nagle nawiązania do pajęczej sieci w formie i fasonie przestają mi się podobać), ale bez skutku – kolczyk zostaje mi w ręce, a zakrętka ginie bezpowrotnie. Przed oczami natychmiast staje mi wizja zarośniętej w okamgnieniu dziurki, którą pielęgnowałam przez tak długi czas. Fucząc pod nosem z impetem ruszam dalej, ściskając w dłoni nieszczęsny sztyft, siatkę z zakupami i torbę, bo nie mogę jej nieść na ramieniu. Płaszcz pod obciążeniem torby przesuwa się dookoła bioder, marszcząc i falując. Naciągam go z całej siły (drugie ramię już omdlewa pod ciężarem), ale nic to nie daje. Sweter wyłazi przodem tuż pod guzikami, oplatając mnie czule w pasie i krępując aż do barków. Szepcząc już całkiem wyraźnie mantrę „chuj, chuj, chuj!” czuję, jak duże krople deszczu uderzają mnie w czoło. Wbrew logice zwalniam. Nie mam już siły lawirować między rozmiękłym śniegiem, psimi kupami i ogromem michałków, które mnie spotykają.
Podsumowując: frustracja na tle seksualnym nie jest najgorszym, co mnie spotyka. Nie jest także jedyna...