Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2016

I Will Follow You Into The Dark

Jeszcze kiedyś się spotkacie - mówi S., a ja wpatruję się usilnie w jego ramię i nie chcę podnieść oczu.

Nie chcę podnieść oczu, tak jak ona uparcie nie podnosiła, kiedy machałam jej palcami przed pyskiem i mówiłam do niej łagodnie: spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Jej źrenice były maksymalnie poszerzone, kolosalne; kiedy odchyliłam koc, by obejrzeć koszmarnie zdeformowany guzem pysk, w mroku schronienia zaświeciły mleczne, bezdenne studnie. Sparaliżowana strachem nie mogłam oderwać od nich wzroku, aż się zmniejszyły, jakby z wysiłkiem.

Ale wciąż mnie nie widząc.


***


Jakby z ludźmi było łatwiej zdecydować. To tylko kot. Przecież nie zapytam: czy chcesz już umrzeć? Czy to już koniec? Czy to ten moment? Czy tamten? Czy kolejny? Następny? Czy powiedziałaś nam już wszystko, co chciałaś? Czy byłaś już wszędzie? Czy masz już dość? Czy nie chcesz już patrzeć na ludzi, z którymi mieszkasz? Czy masz już dosyć słońca? Czy masz już dość oddychać?



***


Musicie pozwolić jej odejść - powiedział S. na głos moją myśl, jak zwykle. Siedziałam w wannie i płakałam, bo wiedziałam, że cokolwiek zrobimy, będziemy oprawcami. Wtedy jeszcze myślałam, że wycyganimy od losu kilka dla niej lat, że jest szansa, ale potem łzy popłynęły szybciej, że cokolwiek zrobimy, będziemy oprawcami: skąd mogła wiedzieć, po co pakujemy ją do kosza, czemu zatrzaskujemy drzwiczki, czemu wieziemy samochodem do miejsca, gdzie śmierdzi ostro strachem i dezynfekcją, gdzie wrzask, szczek i pisk, gdzie lodowaty metalowy stół i człowiek wbijający igłę w ciało.

Jeszcze wtedy myślałam, że może stamtąd wróci.

Ale potem powieźliśmy ją w koszyku, zamkniętą, obijającą się gnijącym, spuchniętym nosem o kratki, do miejsca, gdzie śmierdzi ostro strachem i dezynfekcją, gdzie wrzask, szczek i pisk, gdzie ja wyciągnięto i siłą posadzono na lodowatym, metalowym stole, po którym ślizgają się łapy, zwłaszcza stare i słabe. Gdzie nachylił się nad nią człowiek i wbił igłę w ciało. Gdzie zasnęła i już nigdy, nigdy, nigdy więcej się nie obudzi. 

Dlaczego robimy to kotom. Dlaczego nie robimy tego ludziom.

Czy to akt łaski, czy przemocy, bohaterstwa, tchórzostwa, obojętności?



***


Była zupełnie obojętna. Nie podniosła wzroku, wpatrywała się gdzieś w dół, nieruchomo, w punkt przed sobą. Zostawiłam ją tak, a kiedy przyszłam za godzinę, skryła się cała pod kocem, a u wejścia do kryjówki widoczny był tylko wygięty w łuk grzbiet. Dotknęłam szarego futra, zaczęła mruczeć. Uklęknęłam przy łóżku i gładziłam ją po grzbiecie, a ona mruczała spod koca. Koty mruczą nie tylko z przyjemności, mruczą zawsze, kiedy chcą się uspokoić. Mruczą nawet, kiedy umierają. Nachyliłam się nisko i przytuliłam twarz do jej grzbietu. Futro było pachnące i ciepłe. Żywe. Ciepłe, więc żywe. Kogo chciała uspokoić tym mruczeniem - mnie czy siebie.



***



'Cause we'll hold each other soon
in the blackest of rooms

piątek, 31 lipca 2015

Am I born to die

Nie mogę przestać myśleć o Gasherbrumie II. Czas się zatrzymał. Klub 27.

Jutro usiądę na szczycie góry i zaśpiewam cicho.

Lęk.

czwartek, 14 maja 2015

Ship to Wreck

Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy ty powiesz: "Wyjeżdżam."

Będziesz patrzył na mnie uważnie pociemniałymi oczami. Podskoczę pewnie i zaszczebiotam: "Do Radomia?", jak zawsze ucieszona, zachwycona tym nigdy nie tracącym uroku żartem, choć czuła będę, że nie, bo lód podejdzie mi do serca.

Więc ty powoli pokręcisz głową, a mury świata zawalą się z hukiem w asfaltowych obłokach tłustego pyłu.

Spytam jeszcze resztką sił, ostatkiem tchu, czy mogę jechać z tobą, ale ty zaprzeczysz ponownie. A moje serce stanie.


***



Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi.

Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi, choć nie przemierzam z plecakiem północnej Hiszpanii, choć nie podróżuję stopem przez szwajcarskie Alpy, chociaż nigdy nie byłam dalej niż przedmieścia Paryża. Jesteśmy ludźmi drogi, bo jesteśmy w drodze, bo taki jest stan umysłu.

Jesteśmy ludźmi drogi z wiecznie spakowanym plecakiem, bez adresu, bez domu, bez mienia. Jakby jedyny dom, jaki mam, to wielki plecak; za każdym razem, kiedy wspinając się na palce wyciągam go z szafy, czuję, że rozszerza mi się ciasna klatka żeber, że mogę wziąć oddech.

Wiem, że gdzieś już jest wyznaczony dzień, kiedy ptak mojego serca ucieknie z ciasnej klatki żeber. Wyfrunie ze mnie jaskółka serca i poleci za tobą, usiądzie ci na ramieniu i nigdy już do mnie nie wróci. Będę człowiekiem bez serca, bo pozwolę sercu odejść z tobą, oddam moje serce tobie, a ty poniesiesz je w kieszeni bluzy w świat szerszy niż pole widzenia.

Nie będę miała serca, bo pozwolę, żebyś zaniósł je innej kobiecie, serce ze wstążeczką na kruchutkiej szyi, z drżącym od najmniejszego ruchu pierzem.

A ja rozkruszę się w szary popiół i wiatr mnie rozniesie. Bez serca stracę wagę i wilgotność; zostanie ze mnie sama skórka, suchy wiórek, lżejszy od powietrza. Będę mówić: "Mnie nie ma", a przyjaciele będą zaglądać w puste oczy i błagać: "Wróć do nas, O. Gdzie jesteś, O.? Wróć do nas, nie odchodź".

A ja będę odpowiadać: "Mnie nie ma" i pogrążona w miękkiej ciszy będę przemykać pod ścianami, blisko cienia.

Ale jesteśmy przecież ludźmi drogi, a to oznacza: wiecznie spakowany plecak, bez adresu, bez domu, bez mienia. Droga mnie ukoi, przytuli i poniesie; bez serca to będzie słodki ciężar, nie więcej niż dwadzieścia jeden gramów plus skórzane buty, plus waga górskiego roweru, plus kilkudziesięciolitrowy plecak i  trekkingowe kije, skrzyżowane na plecaku jak wiedźmińskie miecze.


***


Chciałabym iść wstecz, by odsuwać się od tego piekielnego dnia, ale rzeka płynie zawsze tylko w jedną stronę.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Sigh no more

Mam ciągle sny, że wojna podchodzi mi pod próg drzwi jak powódź.


Czytam ciągle, zachłannie, zwijam się nad płachtą gazety i w pewnym momencie widzę: "Mam za mało do stracenia, żeby się bać."


Proste? Proste.


***

Mam na imię Strach.
Ale wokół mnie jest więcej siły, niż mi się wydaje.

Wchodzę, witam się, ale P. od razu mówi: "Widziałaś ją? Coś z okiem." Więc wracam, bo minęłam się z nią w drzwiach, wyglądam przez szybę werandy: siedzi na progu, nastroszony kłębek, biała na czarnym. Śnieg już zaczyna sypać. Kiedy uchylam drzwi, wiatr wpycha do środka swój lodowaty łeb; miauczy zrzędliwie, ale cicho, kiedy delikatnie łapię ją pod pachami i unoszę na wysokość swojej twarzy. Zaskoczona, zapomina zamknąć prawe oko, jak potem będzie już je mrużyć, kiedy przysunę twarz do jej pochylonej głowy. Zielone oko pełne krwi.

Naciskam palcami miękkie miejsce wokół kości kolana. Badam ciekawie anatomię tępego bólu, który zagnieździł się w rozgrzanej i spuchniętej skórze. Całym ciężarem ciała wbiłam nieszczęsne kolano w sosnowy parkiet, pechowo posiadając kolano słabsze od miękkiego drewna. Najpierw wściekłość i wrzask, tupałam ranioną nogą, jakby krwiaka można było tym ruchem zrzucić na ziemię i z głowy. Ale potem straciłam oddech, wyobrażając sobie, że sześćdziesiąt kilogramów łupie o drewno ścianką kruchutkiej czaszki.

Noszę więc to krwiakowe kolano z przyjemnością jak order. Z wdzięcznością myślę o nim, że ono to przecież nie zęby. Ból jest cichy i łagodny jak kocie futro. Wczoraj dotykam jej ledwo czubkami palców; pochyla głowę zaciskając powieki tak, że mam jej malutkie czoło tuż pod brodą. Przyglądam się poszarpanemu uchu, długie minuty spędzając na ustaleniu, czy to płatek śniegu, czy lśniąca dziurka na wylot w płatku kociego ucha. Uwierzcie mi, dalej nie wiem. Jest taka maleńka, jak kocię; podnosi malutką stópkę i powoli, z wysiłkiem myje mikroskopijne paluszki. Porusza się powoli. Wieczorem będę oglądać jej zdjęcia sprzed miesięcy: jakby nosiła na nich głowę wyżej. Jakby postarzała się wczoraj o lata. Jest zdezorientowana, mówi P., pewnie nie widzi do końca wszystkiego. Pozwala się głaskać, mruczy chrapliwie, bo teraz ma taki głos. Kładzie się przy stole na krześle i starannie zwija; będzie się co kwadrans przekładać na drugi bok, zaspana i nieprzytomna, rozgrzana, chyba bolą ją stawy. Krzesło jest przysunięte do stołu, jakby uczestniczyła w rozmowie. Nachylam się nad nią: ciepło, zapach czystego kota, czysty kot pachnie ciepło jak pościel.

Zanim zadzwoni budzik, stoję we śnie na szczycie wzniesienia wśród biegających w pośpiechu ludzi, bo wojna płynie w tę stronę nieuchronnie jak fala przypływu, podnosi się poziom wojny kilometr po kilometrze. W tym śnie E. krzyczy w słuchawce telefonu, że skryła się w Zubrzycy Górnej, że tam wojna nie podejdzie, wstrzymana muskularnymi ramionami gór. W tym śnie wiem, co mam robić, ktoś silny mi towarzyszy, nie boję się tak, jak sobie to wyobrażałam: chwilę wcześniej trzymałam za włosy odciętą, rzucającą wciąż jeszcze przekleństwa głowę wroga jak węża i bez litości wcisnęłam ją pod własną kanapę; jak zdetonujecie bombę, mówię do niej, zginiemy wszyscy, ty też.

"Oglądałaś telewizję?", trafnie zgaduje S., kiedy wstukuję mu krótkie, urywane, chrapliwe smsy. To z niej płynie lęk jak jednokierunkową ulicą, dlaczego, do diabła, nie ma drugiego pasa ruchu, niech wraca, skąd przyszedł. Ciągle o niej myślę, od lata, od histerycznego dźwięku syreny w zapadającym zmroku Duszników Zdroju. Co zrobię, jeśli przyjdzie. Kiedy przyjdzie. Patrzę na A. w wysokiej ciąży, jak z wdziękiem, lekko porusza się, podnosi z krzesła. Nie wstawaj, A., krzyczymy wszyscy, nie wstawaj, to my podejdziemy do ciebie, ale A. nigdy nie czeka, jakby wypełniały ją chyba bąbelki.

Myślę o tym, jak ja mogę się bać, kiedy nie mam nic do stracenia. Mam miłość, ale moja miłość nie zna lęku. S. się nie boi niczego. Jeśli mam mieć zadanie, moim zadaniem jest: wychować się na człowieka bez lęku. Tak, mam dwadzieścia siedem lat, ale nie jest na to za późno, byleby nie zwlekać. Jeśli ona tu przyjdzie, jeśli będziemy brodzić w jej lodowatej kałuży i chłód przesiąknie przez buty, trzeba wyćwiczyć się w braku lęku. Jeśli mijają najszczęśliwsze dni mojego życia, muszę je w siebie złapać; wygrzewać się w ich blasku jak w słońcu, nie przegapić. Szczęście to funkcja umysłu, wie o tym U.; obudź się rano i pomyśl: dziękuję.

Widziałam wczoraj niezwykłe zjawisko: moja droga prowadziła wprost w ścianę czarnych chmur, w które patrzyłam pewnie i z ciekawością, nagle wysoko w górze dostrzegłam ruch - mnóstwo ogromnych śniegowych płatków wirujących w masach powietrza, unoszący się nad ziemią biały, ruchliwy tuman, który przepłynął nad moją głową, nie dotykając ziemi, wyraźny, potężny i niesamowity, i przewiany wiatrem pognał daleko poza granice widzenia.











wtorek, 17 marca 2015

Frozen

Jak wrócić. Jak wrócić gdzieś, gdzie się nie było osiem lat. Co powiedzieć. Jak się przywitać. Jak usiąść, jak się zachować, co zrobić z rękami.

Co zrobić z rękami.








Co zrobić z rękami.








wtorek, 27 stycznia 2015

I won't be found

Zanim postawiłam stopę na jego nienajczystszym bruku, serce tysiąc razy chciało mi wyskoczyć z ciasnej klatki żeber. Strach. Strzały. Strzały.

A potem maleńki samolot przyniósł mnie na swoich skrzydłach do zalanej rzęsistym deszczem zielonej krainy i wrzucił w to miasto jak do gniazda.

Następnego ranka szliśmy mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem słońca wzdłuż bulwaru obramowanego jasnymi twarzami białych kamienic. Czuję się obywatelem świata, wypowiedział moją myśl jak zwykle S.

Jak w domu.

Od pierwszej chwili.







Paryż.










piątek, 22 sierpnia 2014

33 sceny z życia

Trzydzieści trzy sceny z życia dzięciołka. Retrospekcja. Środek maja. Fragment.

U ortopedy

Ortopeda nosi tak dumne nazwisko, że przewyższa go ono o jakieś dobre czterdzieści centymetrów. W przeciwieństwie do rodowodowego nazwiska, ortopeda sam w sobie jest ode mnie niższy o pół głowy, niezwykle drogo ubrany i bubkowaty najbardziej na świecie. 

Po niemal sześciu tygodniach od nieszczęsnej kontuzji postanowiłam w końcu udać się po pomoc fachową, nie po to bynajmniej, by się ratować, lecz żeby wszystkim życzliwym przyjaciołom i obcym zamknąć jadaczki. Więc wchodzę. Ortopeda nie zaprasza mnie, żeby usiąść, ale usiadam samowolnie, wciskając się z łoskotem na nieporęcznie ustawione krzesełko przy biurku. Z czym przyszłam. Otóż z kontuzją. Wówczas to padają najstraszniejsze słowa na świecie, których niby to mogłam się spodziewać, lecz w głębi swojej czarnej duszy życzyłam sobie serdecznie, ażeby ich nigdy nie usłyszeć. Proszę zdjąć spodnie. I buty!

Nie przeszkadzałoby mi zupełnie, gdybym miała przeparadować przez cały długi korytarz topless, ale obnażać się od spodu to dla mnie najwyższa kara. Każdy człowiek traci swą godność wraz ze zdjęciem spodni, a butów zwłaszcza. Jest taki odcinek mojego ulubionego serialu, gdy wstrząśnięta Carrie Bradshaw niepewnie odpina paseczki swoich blahników i myślę trochę o tej scenie, kiedy z wściekłością szarpię klamrę własnego skórzanego paska. 

Z najwyższym obrzydzeniem kładę się na leżance - ostatnio mam pecha do pozycji leżących - a ortopeda pochyla nade mną swą fizjonomię bywalca "Gorączki" i czubkami palców z całej siły naciska mi wystające kości biodrowe krzycząc niemal: "CZY TU BOLI?!" Spokojnie odpowiadam - trzeba starannie ułożyć brzmienie swego głosu, rozmawiając z ludźmi, co do których poczytalności ma się pewne podejrzenia - że nie, nie boli, bo boli mnie tylko z boku kolana, lecz za to zajebiście w chuj. Oczywiście nie tymi dokładnie słowami, ale mniej więcej, bo w tym czasie ortopeda chwyta mnie właśnie za środek stóp, które tkwią bezbronnie na końcach moich tłustych, gołych obleśnie nóg, owinięte w zupełnie mokre skarpety. Chociaż od biura do przychodni nie jest daleko, dziś przez chodniki rżną tak szaleńcze potoki, że moje buty z zachwytem opiły się wodą jak wawelskie smoki. I za te zupełnie mokre skarpety trzyma mnie ortopeda, a ja z trudem powstrzymuję szaleńcze drgawki całego ciała i muszę w tym miejscu poczynić wyznanie. 

Nienawidzę z całą mocą, kiedy dotykają mnie obcy ludzie. Nie cierpię, kiedy ktoś niechcący otrze się o mnie w autobusie, nie znoszę, kiedy ktoś jowialnie klepie mnie po plecach i wpadam po prostu w panikę nawet wówczas, gdy na moment zderzę się z kimś w drzwiach. Nie wiem, skąd we mnie ten przerośnięty jak wybujałe ego dziwaczny odruch, ale na samą myśl, że czyjeś obce lub chociażby tylko z widzenia znajome ciało choćby na centymetr zbliży się do mojego, niemal umieram ze wstrząsu.

A ortopeda właśnie suwa palcami tam i z powrotem po moim miękkim, białym udzie, tłumacząc z zapałem fundamenta zespołu pasma biodrowo-piszczelowego. Dobrze, że sama zdiagnozowałam to sobie już pięć tygodni temu, bo teraz jedyne, o czym mogę myśleć, to żeby przestał. Ale najgorsze dopiero przede mną. Swoją drogą, pozwolę sobie na ponowną dygresję, jakże dziwnie się to życie układa, bo dotyk dentysty sprawiał mi najwyższą z możliwych radość, a dotyk tego kędzierzawego krasnala przyprawia mnie o ból fantomowy we wciąż spuchniętym zębodole. Ortopeda każe mi wstać - wciąż bez spodni - i pokazywać mu się przodem (już prawie ze łzami w oczach), a on w tym czasie kuca na podłodze, oglądając moje doszczętnie mokre reeboki (które od wody z niebieskich zrobiły się granatowe), a ja stoję w samych majtasach i mokrych skarpetkach na otłuszczonych, rozlanych nogach i nawet już nie mam siły twierdzić, że jestem biegaczem, bo patrząc na ciało moje spuchnięte z rozpaczy i ciastek nijak nie można by dać temu wiary. W końcu odpuszcza mi i pozwala się ubrać, i zasiadam na tym krzesełku chwiejnie, jak człowiek po ciężkim wypadku, na przykład nagłym zderzeniu z rzeczywistością.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sekret

Idąc przez życie tworzycie swój wszechświat



Życie jest absolutnym fenomenem



i powinno być


i będzie


piątek, 13 czerwca 2014

Mad World

Stąpam niepewnie po zdradliwych płytkach podłogi centrum handlowego.


Na powierzchni całej obolałej skóry czuję obrzydliwy dotyk paniki, która oblepia mnie jak lodowate błoto.


Wyginam plecy coraz silniej i silniej, oplatając się ramionami w rozpaczliwej próbie powstrzymania rozpadającego się na kawałki ciała. Ciągle przeraźliwie boję się, że umrę. Jutro. Dziś. Mam dwadzieścia sześć lat i nie ma najdrobniejszej chwili, kiedy nie miałabym przed oczami własnego konania, uśmiercam się z każdą minutą na sześćdziesiąt sposobów, każdy krok, każdy ruch, każdy oddech jest torturą niepewności, co będzie. Za chwilę. Za moment. Za ułamek mrugnięcia powiek.

Zapadam się w fotel autobusu jak w czarną dziurę. Na Krowoderskiej widziałam, otoczoną jaskrawymi płotkami, ziejącą poszarpanymi asfaltowymi wargami miniaturową otchłań, do której krawędzi chciałam się podczołgać i schować twarz w jej krzyczącym wnętrzu. Kurczowo ściskając kierownicę przejechałam obok.

Stąpam po wyjącej przestrzeni; nigdzie nie mogę się ukryć przed walącymi się na moją kruchą głowę bryłami strachu; gwiżdżą w trzeszczącym powietrzu jak oszalałe ptaki. Nie umiem opisać tego uczucia, które narasta we mnie cal po calu, żyła po żyle, włókno po włóknie, które rozlewa się na tkanki jak rak, które chwyta za serce i łomocze nim o ściany żeber; to wizja, że nie ma żadnej szyby między mną a przepaścią pod moimi stopami.



A wystarczyłoby chwycić mnie za rękę i przytrzymać. Prawie nic nie ważę. Kiedyś, kiedy pękającymi ze strachu oczami spoglądałam prosto w rozwarte gardło skalnej głębi, przypadkowy turysta odezwał się do mnie. Dźwięk jego głosu sprawił, że ucichło moje oszalałe serce. 


Gdyby ktoś tu, na nizinie, powiedział do mnie słowo