Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2016

I Will Follow You Into The Dark

Jeszcze kiedyś się spotkacie - mówi S., a ja wpatruję się usilnie w jego ramię i nie chcę podnieść oczu.

Nie chcę podnieść oczu, tak jak ona uparcie nie podnosiła, kiedy machałam jej palcami przed pyskiem i mówiłam do niej łagodnie: spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Jej źrenice były maksymalnie poszerzone, kolosalne; kiedy odchyliłam koc, by obejrzeć koszmarnie zdeformowany guzem pysk, w mroku schronienia zaświeciły mleczne, bezdenne studnie. Sparaliżowana strachem nie mogłam oderwać od nich wzroku, aż się zmniejszyły, jakby z wysiłkiem.

Ale wciąż mnie nie widząc.


***


Jakby z ludźmi było łatwiej zdecydować. To tylko kot. Przecież nie zapytam: czy chcesz już umrzeć? Czy to już koniec? Czy to ten moment? Czy tamten? Czy kolejny? Następny? Czy powiedziałaś nam już wszystko, co chciałaś? Czy byłaś już wszędzie? Czy masz już dość? Czy nie chcesz już patrzeć na ludzi, z którymi mieszkasz? Czy masz już dosyć słońca? Czy masz już dość oddychać?



***


Musicie pozwolić jej odejść - powiedział S. na głos moją myśl, jak zwykle. Siedziałam w wannie i płakałam, bo wiedziałam, że cokolwiek zrobimy, będziemy oprawcami. Wtedy jeszcze myślałam, że wycyganimy od losu kilka dla niej lat, że jest szansa, ale potem łzy popłynęły szybciej, że cokolwiek zrobimy, będziemy oprawcami: skąd mogła wiedzieć, po co pakujemy ją do kosza, czemu zatrzaskujemy drzwiczki, czemu wieziemy samochodem do miejsca, gdzie śmierdzi ostro strachem i dezynfekcją, gdzie wrzask, szczek i pisk, gdzie lodowaty metalowy stół i człowiek wbijający igłę w ciało.

Jeszcze wtedy myślałam, że może stamtąd wróci.

Ale potem powieźliśmy ją w koszyku, zamkniętą, obijającą się gnijącym, spuchniętym nosem o kratki, do miejsca, gdzie śmierdzi ostro strachem i dezynfekcją, gdzie wrzask, szczek i pisk, gdzie ja wyciągnięto i siłą posadzono na lodowatym, metalowym stole, po którym ślizgają się łapy, zwłaszcza stare i słabe. Gdzie nachylił się nad nią człowiek i wbił igłę w ciało. Gdzie zasnęła i już nigdy, nigdy, nigdy więcej się nie obudzi. 

Dlaczego robimy to kotom. Dlaczego nie robimy tego ludziom.

Czy to akt łaski, czy przemocy, bohaterstwa, tchórzostwa, obojętności?



***


Była zupełnie obojętna. Nie podniosła wzroku, wpatrywała się gdzieś w dół, nieruchomo, w punkt przed sobą. Zostawiłam ją tak, a kiedy przyszłam za godzinę, skryła się cała pod kocem, a u wejścia do kryjówki widoczny był tylko wygięty w łuk grzbiet. Dotknęłam szarego futra, zaczęła mruczeć. Uklęknęłam przy łóżku i gładziłam ją po grzbiecie, a ona mruczała spod koca. Koty mruczą nie tylko z przyjemności, mruczą zawsze, kiedy chcą się uspokoić. Mruczą nawet, kiedy umierają. Nachyliłam się nisko i przytuliłam twarz do jej grzbietu. Futro było pachnące i ciepłe. Żywe. Ciepłe, więc żywe. Kogo chciała uspokoić tym mruczeniem - mnie czy siebie.



***



'Cause we'll hold each other soon
in the blackest of rooms

niedziela, 20 września 2015

Pytają państwo, co to jest miłość

To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór jedziesz do oddalonej o czterdzieści minut drogi knajpy, żeby oglądać, jak inni ludzie jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.

To jest miłość, która nie rdzewieje.

Albo:
Co to jest miłość, pytają państwo. To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór porzucasz swój wygodny pokój i idziesz do knajpy, żeby siedzieć obok twojej dziewczyny, która wytrzeszcza oczy, kwiczy cichutko i podskakuje na tyłku z podniecenia, kiedy ogląda, jak inni ludzie, nie ona, jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach. 

I dzięki tej miłości nawet nie nudzisz się aż tak bardzo. 

***

Mimo tego, że pewna strefa życia wali mi się w gruzy (nie miłość, na szczęście), wraz z nadejściem września coraz silniej czuję się jak w domu. Ktoś gdzieś napisał, że odchodzi od nas poczucie, że ciągle musimy gdzieś być, bo dzień jest długi, jest lato i nawet w wieku trzydziestu lat, na etacie, możemy mieć przecież wakacje. A teraz już nie, wracamy do równowagi i nie musimy udawać, że wciąż wypada nam nosić szorty, i tak dalej. Jesienią szare ptaki jak ja dobrze się prezentują na tle barwnych liści. Wczoraj rano wyjrzałam przez okno i odetchnęłam z ulgą, że pada. Że mogę siedzieć pół dnia przy biurku i jest szansa, że nie umrę na wyrzuty sumienia. 

O niczym innym nie marzę, jak zwolnić. Zwolnić. Zwolnić.


Zwolnić.

czwartek, 20 sierpnia 2015

1000 Oceans

A wiesz - mówi S. - Śniło mi się parę dni temu, że na moim palcu siedział taki malutki ptaszek. - Śmieje się S. - Taki malutki, o! Tak mnie obejmował pazurkami!


Taka wróżba.

piątek, 22 maja 2015

No Advice

Przez przypadek mam na biurku snop różowych, krągłych róż. 

Są dni, kiedy się boję, ale przecież przez większość czasu dryfuję na różanej chmurze. Trzeba zatrzymać jasne obrazy.

***


Jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł chcieć z tego zrezygnować, myślę, czuję, kiedy patrzę zza zasłony rzęs na głowę, skronie, wargi na moich wrzących piersiach, oświetlone ciepłem małej lampki. Tracę słuch. Tracę oddech. Dopiero, kiedy mnie wypuszcza, wynurzam się jak spod powierzchni wody. Wracam i łapię powietrze, oszołomiona, pokonana, miękka, lepka.

W nocy śnię ogromne, białe ryby, kołyszące się tuż przy betonowym brzegu. 

Rankiem słońce wdziera się do środka. Mój pokój ma jasne ściany, jasną podłogę, w jasnej pościeli naga skóra opalizuje i oślepia. Skradam się na palcach z grzebieniem lub majtkami, nie chcę go obudzić, jeśli jeszcze drzemie. Słońce zapala mu kosmyk włosów nad czołem, a ja na miękkich kocich łapkach tańczę. Jesteśmy krystaliczni. 

Lubię patrzeć na niego z daleka. Jak idzie z naprzeciwka albo jak odjeżdża na rowerze. Kiedyś mogłam go obserwować przez okno od Urzędniczej do Batorego. Wpijałam się łapczywie w szybę i wychylałam na przystankach, obserwowana z troską przez pozostałych pasażerów, wariatka z rozmazanym na ustach uśmiechem.

Jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł być z tego niezadowolony, stukam się w czoło ukradkiem, kiedy idę tuż, tuż za nim ryzykując, że jeśli zatrzyma się, zderzę się nosem z jego ciepłym karkiem. Otwieram usta ze zdumienia, bo nie mogę sobie poradzić z myślą, że ktoś chciał to odrzucić, komuś to nie pasowało, komuś to nie wystarczało, że ktoś chciał czegoś innego, że ktoś chciał coś ponad to.

Ja niczego więcej nie chcę.

czwartek, 14 maja 2015

Ship to Wreck

Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy ty powiesz: "Wyjeżdżam."

Będziesz patrzył na mnie uważnie pociemniałymi oczami. Podskoczę pewnie i zaszczebiotam: "Do Radomia?", jak zawsze ucieszona, zachwycona tym nigdy nie tracącym uroku żartem, choć czuła będę, że nie, bo lód podejdzie mi do serca.

Więc ty powoli pokręcisz głową, a mury świata zawalą się z hukiem w asfaltowych obłokach tłustego pyłu.

Spytam jeszcze resztką sił, ostatkiem tchu, czy mogę jechać z tobą, ale ty zaprzeczysz ponownie. A moje serce stanie.


***



Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi.

Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi, choć nie przemierzam z plecakiem północnej Hiszpanii, choć nie podróżuję stopem przez szwajcarskie Alpy, chociaż nigdy nie byłam dalej niż przedmieścia Paryża. Jesteśmy ludźmi drogi, bo jesteśmy w drodze, bo taki jest stan umysłu.

Jesteśmy ludźmi drogi z wiecznie spakowanym plecakiem, bez adresu, bez domu, bez mienia. Jakby jedyny dom, jaki mam, to wielki plecak; za każdym razem, kiedy wspinając się na palce wyciągam go z szafy, czuję, że rozszerza mi się ciasna klatka żeber, że mogę wziąć oddech.

Wiem, że gdzieś już jest wyznaczony dzień, kiedy ptak mojego serca ucieknie z ciasnej klatki żeber. Wyfrunie ze mnie jaskółka serca i poleci za tobą, usiądzie ci na ramieniu i nigdy już do mnie nie wróci. Będę człowiekiem bez serca, bo pozwolę sercu odejść z tobą, oddam moje serce tobie, a ty poniesiesz je w kieszeni bluzy w świat szerszy niż pole widzenia.

Nie będę miała serca, bo pozwolę, żebyś zaniósł je innej kobiecie, serce ze wstążeczką na kruchutkiej szyi, z drżącym od najmniejszego ruchu pierzem.

A ja rozkruszę się w szary popiół i wiatr mnie rozniesie. Bez serca stracę wagę i wilgotność; zostanie ze mnie sama skórka, suchy wiórek, lżejszy od powietrza. Będę mówić: "Mnie nie ma", a przyjaciele będą zaglądać w puste oczy i błagać: "Wróć do nas, O. Gdzie jesteś, O.? Wróć do nas, nie odchodź".

A ja będę odpowiadać: "Mnie nie ma" i pogrążona w miękkiej ciszy będę przemykać pod ścianami, blisko cienia.

Ale jesteśmy przecież ludźmi drogi, a to oznacza: wiecznie spakowany plecak, bez adresu, bez domu, bez mienia. Droga mnie ukoi, przytuli i poniesie; bez serca to będzie słodki ciężar, nie więcej niż dwadzieścia jeden gramów plus skórzane buty, plus waga górskiego roweru, plus kilkudziesięciolitrowy plecak i  trekkingowe kije, skrzyżowane na plecaku jak wiedźmińskie miecze.


***


Chciałabym iść wstecz, by odsuwać się od tego piekielnego dnia, ale rzeka płynie zawsze tylko w jedną stronę.


czwartek, 26 lutego 2015

Bring me a higher love

Ocieram się głową jak kot. 

Nie mogę tego opowiedzieć, bo nagle utraciłam głos. Mam związane palce. Mogę tylko szeptać. Zmrużone cztery rzędy jasnych rzęs. Życie całe na przestrzeni rozgrzanego prześcieradła, boję się ruszyć, by nie spłoszyć ciepła, przytajam się w pościeli jak maleńki ptak. Nic nie ważę, kiedy bierzesz mnie do rąk, jestem cała z pierza.




wtorek, 27 stycznia 2015

I won't be found

Zanim postawiłam stopę na jego nienajczystszym bruku, serce tysiąc razy chciało mi wyskoczyć z ciasnej klatki żeber. Strach. Strzały. Strzały.

A potem maleńki samolot przyniósł mnie na swoich skrzydłach do zalanej rzęsistym deszczem zielonej krainy i wrzucił w to miasto jak do gniazda.

Następnego ranka szliśmy mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem słońca wzdłuż bulwaru obramowanego jasnymi twarzami białych kamienic. Czuję się obywatelem świata, wypowiedział moją myśl jak zwykle S.

Jak w domu.

Od pierwszej chwili.







Paryż.










wtorek, 23 września 2014

Learn to swim

Boję się wody. 
Panicznie boję się wody.
Woda gasi ogień.
Nawet przejeżdżając przez most, patrzę szeroko otwartymi oczami na rzekę i proszę ją szeptem,
żeby mnie oszczędziła, żeby mnie nie zagarnęła swoją lodowatą falą.
Pochłonę drewno, spalę ziemię, roztopię metal
- powietrze wzmaga pożar -
ale panicznie boję się wody.

Bo woda gasi ogień.



Dzień trzeci, ostatni.
 

poniedziałek, 22 września 2014

Cold light

cold light
hot night
be my heater be my lover
and we could do it to each other
yeah we could do it to each other
well like a sister and a brother
go go go


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Święto wiosny

Znowu to samo - szybkie spojrzenie na asfalt, a tam karnawał: girlandy jelit, balony pęcherzy, frenetyczna fiesta niezamaskowanej makabry.

Ale nie o tym chciałam pisać.

***


Postanowiłam zakochać się na wiosnę. Z braku innych dostępnych opcji w grę weszła miłość platoniczna, czyli etymologicznie czysta, wzniosła i duchowa. Mój duch jest tak samo sprośny jak ciało, dlatego nawet na cmentarzu - kiedy siedziałam na rozgrzanym nagrobku, pilnując, by mdły płomyk rozpalił się na dobre - duch oddawał się bezecnym fantazjom. Ale grób to jakby łóżko i stół jednocześnie, powierzchnia płaska kusząca niesamowicie, by na niej usiąść, położyć się lub postawić szklankę, grób to jest idealny mebel darowany człowiekowi na resztę wiecznego życia.

A więc postanowiłam się zakochać celowo w przypadkowym mężczyźnie ze świadomością bez-wzajemności, żeby jedynie móc czerpać z tego soczystego, niewinnego zakochania obiektywne profity. Włóczyłam się po tym spleśniałym mieście jak błędna, podnosząc twarz do słońca niczym dziwny, ciemnoszary kwiat z białym wnętrzem na chudej łodyżce szyi. Bo spójrzcie: od zakochania skóra lśni satynowo, a zielone oczy nabierają takiego blasku, że kto spojrzy w nie z bliska, natychmiast straci głowę i umrze. Tak myślę. Zakochany człowiek chodzi tu i tam i ciągle się uśmiecha, zawieszając wzrok gdzieś na środkowej belce horyzontu.

A więc włóczyłam się po tym mieście tak strasznie sharatanym, jakby przetoczyło się po nim stado pędzących czerwonych Bizonów. (Za każdym razem, kiedy widzę taki pojazd nie w naturalnym środowisku słonecznego łanu, tylko kroczący powoli asfaltową drogą, nie mogę oprzeć się fantazji o spazmatycznym wpleceniu się w jego najeżone zęby.) Mieszkańcy tego miasta chyba niedługo opiszą mnie w swojej powiatowej gazecie: czarna legenda podawana z ust do ust o bladej dziewczynie, pojawiającej się ni stąd ni zowąd na okolicznych łąkach ze starym Zenitem TTL w dłoni i dzwoniącej zębami. Z zimna zazwyczaj, chociaż wczoraj wyjątkowo słońce nacierało mnie kojąco i przymykałam szczęśliwe powieki. Słońce to bóg jedyny w jednej jedynej osobie. Najczarniejszego poranka mojego życia (jak dotąd, nie wyzywam losu) to słońce też kładło mi się na twarzy i mówiło: ty żyj, chociaż on umarł, i słońce masowało mi oczy, które pod pokrywami powiek gotowały się z bólu jak krwawy gulasz. 

A więc brodziłam po chrupiącej, wysuszonej łące jak kot, wysoko unosząc łapy i mrucząc zadowolona, bo wszystko było takie dobre, takie piękne i jasne, że specjalnie spowalniałam każdy swój ruch, żeby dłużej móc łasić się do słońca i do drzew. W sercu swoim ściśniętym jak ciasno zwinięty pączek kwiatu - czy wy też nie mogliście nigdy oprzeć się pokusie odzierania żywcem ze skóry pączków polnego maku, by z zielonych łupin ukazało się, niespodzianka, czerwone lub różowe, świeżonarodzone, wilgotne wnętrze? -  w sercu swoim skurczonym od lat niosłam maleńkie ziarenko beztroskiej tęsknoty, którą wyrachowanie postanowiłam hodować sobie na jednoczesną boleść i pociechę. Miłości nie widziano w tym mieście już od tysiąca lat.

Ale jeśli czujecie się na umyśle zdrowi i stabilni, nie polecam planować nieodwzajemnionego zakochania jak wakacji w sierpniu. Na taką ekstrawagancję mogą pozwalać sobie jedynie takie kompletne świry jak ja, jednostki odklejone od rzeczywistości już tak dawno, że nawet moja matka nie pamięta, kiedy wymknęłam się przytomności i z kwikiem popadłam w bezdenną przepaść wariactwa. Do mnie już wszyscy się przyzwyczaili i po mnie spodziewają się wszystkiego. Ale jeżeli wasze głowy nie rozklejają się na suche warstwy jak zużyta książka, kochajcie się rozsądnie i statecznie, z wzajemnością i z gwarancją na co najmniej cztery lata. Tak już jest, wzdycham z udawanym zrezygnowaniem, że z szaleństwem nie każdemu jest do twarzy.


Ale kochajcie się.

piątek, 18 kwietnia 2014

Sunday Smile

Mam omamy zapachowe.

Pochylam się podnosząc coś z podłogi lub z oparcia krzesła i wpadam nosem w małą chmurę zapachu, który elektryzuje mnie jak zbliżająca się burza. To niemożliwe, żeby taki zapach tu był. To niemożliwe, żeby taki zapach jeszcze utrzymywał się na mojej szyi. To niemożliwe, żebym mogła go czuć.

Bo jest to zapach mężczyzny.


Snuję się boso po parkiecie i sama do siebie szepczę zaklęcia. Był taki zapach w moim życiu, bo wciąż i wciąż gonię za jednym i tym samym obrazem, rozbitym na kawałki, po które schylam się jak po pogubione na podłodze rękawiczki. Jakby wciąż obok mnie przechodził ten sam człowiek. 

To jest zapach przypominający żywicę i las, zapach definiujący dzikość, a przecież napotkałam go tym razem w sterylnie cywilizowanych okolicznościach. Zapach-symbol. Zapach-istota-rzeczy. Fundamentalny zapach istnienia.

Któregoś zimnego jeszcze dnia w biurze wpadłam w ten zapach przypadkiem, jakbym wpadła w wannę pełną ciepłej piany. Zjeżyły się na moim ciele wszystkie włoski z podniecenia; nigdy nie pomyślałabym, że można w ułamku sekundy przypomnieć sobie zapach. "Można" - wzruszyła ramionami niewzruszona K. - "Zapach pamięta się najlepiej".

Pocieram w zamyśleniu pęknięty kącik ust. 



Słucham od czterech godzin w zapętleniu.

piątek, 3 stycznia 2014

OŻ KURWA!!!

Policjanci byli strasznie mili i zwijając w dłoni kwitek mandatu poprosiłam z uśmiechem, żeby trzymali kciuki za mój maraton. 


Przebiegłam na czerwonym świetle, jakby wcale nie mijało dzisiaj 13 miesięcy i 13 godzin od śmierci mojego chłopaka, wyprzedzającego sznur samochodów na podwójnej ciągłej.

niedziela, 22 grudnia 2013

Boże, jakie życie jest smutne

I nie piszę dlatego, że moje życie jest zjebane, partykularnie, czy coś w tym stylu, aktualnie zresztą wymyta do czysta i naga siedzę w cieple z pełnym żołądkiem i nie zagraża mi nic poza potencjalnym wybuchem gazu w łazience albo pęknięciem rury w kuchni, ewentualnie pęknięciem naczynek na twarzy, ale patrzę na zdjęcie mojego byłego chłopaka i widzę tak straszny smutek w tym, że patrzę na nie, że dopiero drugi dzień siedzę sama w domu i w gruncie rzeczy ten stan sprawia mi diabelską przyjemność, to kiedy dziś stojąc na moście patrzyłam w oświetlone na ciepło okno mojego byłego chłopaka, który nawet, jeżeli będzie ruchał jakąś kobietę (ale kto mu da dupy w święta?) to jednak będzie siedział w te święta sam na sam z telewizorem, i myślę wstydliwie, że żal mi go (bo akurat nie pamiętam, że jest skończonym dupkiem), że żal mi go tak przeraźliwie aż do bólu zębów, jakbym przydzwoniła nimi w krawędź grubej szklanki, że żal ten wypełnia mnie jak miłość, która teoretycznie kiedyś mogła mnie wypełnić, aż do wylania brzegów, smutek świąteczny osób samotnych, które nie mają męża ani dzieci i muszą myśleć, że kiedy oni siedzą sami ze sobą łojąc kolejne szklanki wódki (tak to sobie wyobrażam) wszyscy inni szczęśliwi ludzie zasiadają akurat do kolacji wigilijnej, myślą o tym dokładnie tak jak ja, kiedy kładę się spać sama i nie mogę się uwolnić od natrętnego obrazu wszystkich możliwych ruchających się par na świecie. I chociaż rzeczony były mój chłopak, skoro o nim mowa, nie jest ani już chłopakiem, tylko starym dziadem, i nie jest zresztą godzien jakiegokolwiek żalu, bo cokolwiek ma, albo czegokolwiek nie ma, to sam sobie na to zapracował własnymi siłami swemi, to patrząc w te jego kaprawe czarne oczka na kiepskiej jakości ajfonowej samojebce myślę wykrzywiając usta w podkówkę jak mała, brzydka małpka, że to straszne, że on tam będzie siedział sam i gapił się w ekran, bo nawet jeśli się jest niskim, grubym i łysiejącym, a nade wszystko kutasem, to powinno się siedzieć w parze albo w większej ilości osób, nie mówię tu już nawet o ruchaniu, tylko rodzinie. I smutne było potwornie dzisiaj wszystko, łącznie z zachodem słońca nad mglistą Wisłą i benefisem Andrzeja Stasiuka sprzed pięciu dni, jeżeli weźmie się pod uwagę, że jest ktoś ciepły i okrągły, kto jest sam, nawet jeżeli jest niegodziwy i ma zgnite serce.


I ja też jestem ciepła i okrągła, a błąkam się po tym wariackim świecie sama jak palec wetknięty w czarną dupę i kurwa, czasem się złoszczę, że nie ma już dla mnie nadziei.

środa, 4 grudnia 2013

Mija rok

Dzisiaj skończyłbyś 31 lat, gdybyś żył.



Po 365 dniach wciąż jest dla mnie tajemnicą powód i cel naszego spotkania.


Nie myślę już o Tobie codziennie, ale jakby rzadziej czuję się sama. 



Kiedy szłam szarą ścieżką drżącą pośród traw na grzbiecie wzgórza, leciał za mną kruk i krakał chrapliwie gdzieś nad moją głową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, 
gdyby nie towarzyszył mi przez prawie trzy godziny.


Kiedy jechałam przez rozpulchniony majem ciepły las, wybiegł mi przed koła zając, migając przed zdziwionymi oczami kosmatą linią swoich skoków. Nie byłoby w tym nic dziwnego,
 gdyby nie towarzyszył mi przez dobrych kilkadziesiąt sekund.


Kiedy ciężko tupałam między srebrną falą rozkruszonych wapieni a aksamitną łachą trawy, spadającą stromo zboczem niczym zamrożonym w miękką strugę wodospadem, leciał przede mną motyl bielinek, wznosząc się i opadając tuż nad szlakiem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, 
gdyby nie prowadził mnie po ścieżce przez dobrych kilka minut.


Myślałam wtedy, że to może ktoś, kto nie może się ze mną spotkać w inny sposób, tak właśnie chciał na mnie popatrzeć.



Myślałam wtedy, że może to byłeś Ty.









Dlatego cieszę się, że jesteś, nawet jeśli tylko na chwilę i potem znikniesz.
M 82-12


niedziela, 6 października 2013

Rdza

Przytyłam cztery kilogramy, a to oznacza, że jest mi dobrze. Moja uda napełniły się przyjemnością niczym ciepłym mlekiem. Rano budzę się w pościeli rozgrzanej jak rozsłonecznione siano. Za oknem tego świata widać na różowym tle wschodniego nieba fantastyczną sylwetę renesansowego zamku. Wieczorami wspinam się na czyjeś kolana i zwijam w kłębek, a czyjaś ręka czule głaszcze moje szare futro. Idzie jesień. 

Ale kiedy wychodzę - trampki szybko zbiegają w dół po dwa schody na raz - czuję się jakaś sztywna i zastana. Kark zdrętwiał tak bardzo, że pod dotknięciem wydaje się gorący. Kręgosłup zwinął się w rokokowy kształt. Mam nieustanną ochotę wyciągać w górę ramiona i ziewać na potęgę. Przeciągać się tak, by moje stawy grały nerwowe staccato aż do jakiegoś chrupiącego finału. Wszystkie moje funkcje są stępione jak zużyte noże. Kiedy się mnie nagrzewa, moje powieki przymykają się wolno i mięknę. A trzeba ćwiczyć.

Trenować niezniszczalność oczywiście. 

To miło być oswajanym, ale nie należy tracić czujności. Zupełnie niespodziewanie dopadł mnie październik i z przerażeniem spostrzegłam, jak światło słoneczne przecieka mi przez palce. W sobotę uniosłam głowę znad poduszki i przestraszyłam się ognistej smugi słońca, znikającej błyskawicznie w rozdziawionej gębie horyzontu. Poczekaj! Unoszę pyszczek, węsząc w powietrzu, takie światło, taka mgła i taka szarość pływająca gdzieś na granicy pola widzenia pobudzają mnie do marzeń. To w takie dni jak te porzuca się dolinę i nie oglądając się za siebie - odchodzi na południe.

Gdzie jest mój las?

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Paulo Coelho radzi:

Z serii: Byle Gówno Znalezione Byle Gdzie.

Tak naprawdę nigdy nie tracimy tych, których kochamy. Bez względu na to, co nas podzieliło: czas, odległość, związki, które pojawiały się kolejno, nawet śmierć.
Miłość, którą dzieliłeś i dusza, z którą jednoczyłeś się poprzez tą miłość, jest twoja w twym sercu na zawsze,w tym jaki jesteś, w jaki sposób kochasz.

Odrzuć wszystko to, co cię powstrzymuje i rzuć się w wir przypadku i kochania. Posiadaj, czuj, ciesz się, ryzykuj, otrzymuj. Nawet gdyby jutro twoje marzenia rozjechała ogromna ciężarówka, to, co włożyłeś w twoją miłość, jest tym, co będziesz zawsze pamiętał. Lecz jeśli nie wskoczysz obiema nogami, pozostaniesz jedynie z myślami o tym, jak to mogłoby być.
- Daphne Rose Kingma


Jak się możecie domyślać, zakryłam twarz dłońmi i roześmiałam się półgłosem.

środa, 29 maja 2013

Uciec jak najwyżej

- Ale jak mogę się nie martwić, jeśli ona nie żyje?
- Tego pani nie odwróci, a ból i żal bliskich sprawiają, że jej dusza cierpi. Trzeba jej pomóc - i sobie. Pogodzić się z tym, co nieuniknione i zapamiętać wszystkie dobre chwile wspólnie przeżyte. Nie wolno płakać, wasze łzy są dla niej bolesnym ciężarem.


E. Matuszewska "Uciec jak najwyżej"



A więc sza! Dość na tym.


niedziela, 26 maja 2013

Pętla

Dziś rano stałam w kuchni i myłam patelnię. Dziś rano stałam w kuchni i pomyślałam, jak koszmarnie pragnęłabym zapętlić się w wieczorze 29 listopada 2012. Był to czwartek. Dziś rano stałam w kuchni i myślałam, jak bardzo chciałabym powtarzać wieczór 29 listopada w kółko aż do końca dni i myłam patelnię z zagryzionymi wargami myśląc rozpaczliwie, że od tamtego wieczoru nie wydarzyło się nic ważniejszego. Nic cenniejszego. Dziś rano stałam w kuchni i zagryzałam wargi, myjąc patelnię, myśląc koszmarnie, że ten wieczór wystarczyłby mi już chyba na zawsze. Dziś rano stałam w kuchni...