Kiedy jeżdżę, to dużo myślę. K. zawsze się dziwi, że ja to tak wszystko pamiętam, że z czterdziestokilometrowej trasy potrafię wycisnąć relację na pół godziny czytania, podczas gdy ona twierdzi, że jest skupiona tylko na jeździe i walce o życie. Może kwestią jest tempo naszej jazdy, może jej już brak czasu na myślenie, a ja go mam.
No więc jadę i mielę parę myśli w głowie. Ostatnio nie mogę się opędzić od ochoty na podsumowanie, bo choć w listopadzie wyrywałam jeszcze kolejne weekendy, to wiem, że czas rozstania zbliża się nieuchronnie. Chłód przegoni mnie z siodła, bo z tym nie mam szans walczyć. A z drugiej strony, w tym roku wydarzyło się tyle, że aż żal, że nie zapisałam wszystkiego.
I to nie jest tak, że nie miałam jeszcze dotąd opętańczego sezonu. Przecież początki były wręcz słodsze: ten Unibike, zupełnie sztywny, wążący wówczas niemal połowę tego co ja (to ja byłam wówczas najchudsza na świecie), kiedy przewracał się na mnie, leciałam na ziemię razem z nim. A jeździłam wściekle, bez licznika, bez aplikacji (nikomu się wówczas jeszcze o smartfonach nie śniło), bez nawigacji, nawet bez Internetu. Czasem z mapą, najczęściej jednak na czuja. Orientując się po nazwach miejscowości, kierując na słońce. Tłukąc te jurajskie lasy jak w transie. Nie będę Was okłamywać, mam najgorszą na świecie pamięć, ale utkwiły mi pojedyncze obrazy: siedzę na jurajskiej skałce gdzieś pod Jerzmanowicami, bez kasku, w czapce z daszkiem; stoję w promieniach zachodzącego słońca jesienią z długim warkoczem przewieszonym przez ramię; jem batona pod sklepem koło Zabierzowa, bo dojechałam pod granicę z Krakowem, choć muszę wrócić z powrotem na zachód; mozolnie mielę długi podjazd, a przede mną dziadek na rowerze zatrzymuje się i podnosi leżące tak po prostu na poboczu niebieskie pięćdziesiąt złotych; niosę rower ostrożnie przez rzekę w Dolinie Racławki; przejeżdżam ten najprzyjemniejszy fragment szlaku na Jurze. Wróciłam tam w tym roku i wiem, że jest zupełnie króciutki, ale wtedy do domu miałam jeszcze wiele kilometrów. Wiedziałam, że osiem godzin na siodle wytrzymam, a jeśli musiałam jechać dziewiątą, to wiedziałam, że spędzona będzie na stojąco. Wydaje mi się, że byłam dużo silniejsza niż teraz, lżejsza na pewno.
Ale w tym roku to już kompletny obłęd. Kiedy wyjmowałam Kellysa w marcu, nie przyszłoby mi to do głowy, co będziemy wyprawiać. Najpierw normalnie Jura, naturalne środowisko, wszystko tutaj znam. Forma się kręci, najgorzej nie jest. Czasem przypał jak wtedy, kiedy lecę przez kierownicę gdzieś w polu przed Troksem i niemal pionowo wbijam się łokciami w asfalt. Jestem mocno wytraszona, owijam się kurtką na poboczu, ale też troszeczkę cieszę, że nie miałam akurat tej kurtki na sobie w momencie lotu, bo szkoda by mi było dziur na łokciach. To chyba ta sama kurtka, którą mam na sobie na zdjęciu z warkoczem - muszę je znaleźć. Powoli rodzi się plan przejechania Szlaku Orlich Gniazd, sprzedałam wcześniej plan przejścia S., nie chcę się powtarzać. Ale powstrzymuje mnie fakt, że musiałabym się przełamać i wsiąść do pociągu z rowerem. Tyle czasu tego unikałam, jadąc na Green Velo byłam z S. i on ogarniał rowery, ja sakwy, a teraz byłabym sama. Zakładam Stravę, bo każe mi K. W końcu decyzja: no jadę, mam wolny weekend, obracam trasę do góry nogami w stosunku do pierwotnego planu i zamiast zjeść żabę - przejechać pociągiem - na początku wycieczki, wsiadam z Kellysem do pociągu na stacji Częstochowa-Stradom. Jest zapchany jak diabli, niechcący depczę jakieś dziecko, ktoś wiesza mi rower i trząsąc się z nerwów klapię na siedzenie obok jakiegoś równie zdenerwowanego rowerzysty, który co chwilę się podrywa i wrzeszczy na pasażerów, by nie chybotali jego enduro rowerem. W końcu te jego nerwy mnie rozbawiają i podróż z rowerem zaczyna mi się podobać. Kupuję kolejny bilet.
I poszło. Weekendy planuję już tylko pod rower. Przed pierwszym prawdziwym wjechaniem na prawdziwy górski szlak pytam przejęta B., czy mogę tam jechać. Czy dam radę. Za każdym razem mówi, że jasne, że oczywiście sobie poradzę, co jest kojące, choć nie mam pojęcia, czy to po prostu tak łatwe szlaki, czy on myśli, że w ogóle coś umiem, czy po prostu olewa. Ale skoro nie protestuje, to jadę. Rodzi mi się powoli plan przejechania MSB, studiuję wpisy Mamby i Skadi. B. przywozi mi Canyona i jemu pierwszemu wyznaję moją tajemnicę: że chyba jadę na MSB. Nie robi to na nim żadnego wrażenia, dziwi go tylko fakt, że nie chcę jechać Canyonem. Stoimy w moim pokoju, jest 22:00, w lustrze odbijamy się we troje: B., ja i Canyon, ale wiedziałam, że to musi być Kellys. I choć było trudno, to wybrałam dobrze. A następnego dnia nie śpię już godzinę przed wschodem słońca, i czekam, by o brzasku wyrwać na Canyonie do Lasu jak chora osoba. Kiedy wyprowadzam go z klatki o jakiejś chorej porannej godzinie, spotykam sąsiada, który mówi mi "dzień dobry" z zagadkowym uśmiechem, może rozumiał.
Po przejechaniu MSB już właściwie się nie martwię, czy sobie poradzę, ostatni weekend wakacji i ostatni pociąg do Zakopanego - duszne popołudnie na Mietłówce pod ciężką pierzyną burzowej chmury. Tym razem B. pierwszy raz czegoś zabrania, to znaczy przestrzega, żeby nie próbować szukać singli na Podhalu, więc grzecznie jadę środkiem góry. I tak mokre korzenie mnie straszą, więc z ulgą uciekam asfaltem na Bachledówkę, potem wracając przypadkiem odkrywam kultowy zjazd Salamandrą. Nie zatrzymuję się nawet na foto, zjedżam dla czystej przyjemności, potem T. mi o tym zjeździe opowiada. Zjazd, jakby się jechało prosto w gigantyczną ścianę Giewontu, planując przydzwonić w nią nosem.
A potem zamawiam Hrabiego. Rose Count Solo 2, wybór między Grand Canyonem i Rose do ostatniego momentu nierozstrzygnięty. Wygrywa rozsądek i rzeczowa analiza sprzętowa B. Codziennie sprawdzam, czy paczka z rowerem ruszyła się choć z miasta do miasta. W końcu otwieram drzwi kurierowi i wnoszę tę zadziwiająco lekką paczkę przez próg, jak pannę młodą. Sama go skręcam, korzystając trochę z porad B. online, co jest symbolicznym zdarzeniem, bo Kellysowi nie odpinałam nawet nigdy koła. Chwilę jeszcze jestem przestraszona, że rozmiar S jest jednak za mały, może trzeba go było odesłać? T. namawia, żeby jednak trochę na nim pojeździć i mały Hrabia zostaje, i choć pewnie istotnie ten rozmiar jest trochę za mały, to w momentach wypychów, zjazdów i manewrowania rowerem w pociągu Hrabia to wielka ulga. Nim się obejrzę, jest listopad, na liczniku prawie tysiąc kilometrów razem i zmęczenie, które właściwie już nie mija ani na chwilę.
Hrabia stoi przy łóżku, T. żartuje z niego za każdym razem, gdy mnie odwiedza. Maleńki rowerek, a i tak uważam, że to jedna z najpiękniejszych maszynek, jakie widziałam. Ale Hrabia mnie nie zaspokaja. Wciąż oglądam się za innymi. Ostatnio myślę, że trzeba było odkupić Canyona od B., częściej jednak fantazjuję o sobie na gravelu. Hrabia jest lżejszy na asfalt, ale to wciąż nie to; za to spędzam na nim najpiękniejszą chyba jesień mojego życia, młynkując bez końca wśród liści, w tym obłędnym, obłąkanym, nieopisanym słońcu jesiennym, w tym krystalicznym powietrzu, w tej ciszy zakłócanej tylko moim sapaniem. Ale oczywiście taka jesień już była - mam teraz przed sobą zdjęcia z 2012 roku, analogowe, na których Jura wygląda piękniej niż w rzeczywistości, przybrana złotem i burgundem winorośli. Klisze rowerowe, taki tytuł na zawsze przylgnął do tej konkretnej rolki. W kolejnym roku rozbiłam tę lekką, automatyczną Vilię łakomie rzucając się na kołocza gdzieś w Wiśle-Czarne, więc więcej klisz rowerowych nie było. W ogóle już wtedy uznałam, że wożenie aparatu na rower szkodzi przede wszystkim jeździe. Więc tylko telefonem pstrykam: Beskid Wyspowy, Myślenice, Pieniny, Jezioro Dobczyckie, Lechnica (o matko!), Przehyba, Nowy Sącz, cerkwie, Regetów, Nieznajowa, Czarna i Czarne, Rymanów i Iwonicz, Gorlice i pumptrack, Magura Małastowska, Przemyśl, Krasiczyn, panorama ze wzgórza w Starym Borku i Łańcut.
Może dorzucę do tego coś jeszcze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciepło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciepło. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 listopada 2019
czwartek, 19 maja 2016
Heartbeats
Następnego dnia rano, ledwo wyszłam z naszego apartamentu pod lipą, natknęłam się od razu na K. zawierającą znajomości z panami obsługującymi kosiarki spalinowe na parkingu schroniska. Nieco zdziwiło mnie, że w tym parku krajobrazowym ktoś zadaje sobie trud przystrzygania trawy w równe dywany, ale widocznie jakość liczy się wszędzie i ze spokojem obserwowałam K., zanoszącą się śmiechem podczas koszenia dywanów. Po śniadaniu i dokonaniu niezbędnej dokumentacji fotograficznej ruszyłyśmy najpierw na rozgrzewkę na Sokolik. Skała ukryta w kosmatym lesie. Dwa lata temu szłam na nią bardzo nabożnie, jakbym spodziewała się nie wiadomo co cennego tam spotkać. Nie wiedząc jeszcze, że co cenne, to siedzi w Krakowie i pochodzi z Radomia.
Na Sokolik prowadzą strome, żeliwne schody, a z górnej platformy widać cały świat. Nie bujam! Po jednej stronie masz Szrenicę, Śnieżkę i Śnieżne Kotły. Po drugiej Jelenią. A z trzeciej - Miedziankę! Tam też tego dnia wiodły nasze ścieżki, ale jak zwykle, litościwy los poplątał je mądrze i czule. Zaczęło się od tego, że oczywiście poprowadziłam źle i niepotrzebnie wróciłyśmy do Szwajcarki, by iść dalej niebieskim szlakiem. To był już trzeci przypadek zgubienia w ciągu sześciu dni! Ustanawiałam rekordy. Okazało się, że jesteśmy nie w drodze do Trzcińska, tylko Janowic Wielkich, czego należało się spodziewać, jeżeli choć raz dotarło się do Szwajcarki. K. przyjęła ze spokojem przymusową zmianę kierunku, uspokojona wiadomością, że trafimy na zamek. Tuż pod zamkiem Bolczów spotkałyśmy trójkę wesołych emerytów, którzy od razu zaczęli przezywać nas maturzystkami. Jako klasyczna rozbijaczka złudzeń natychmiast stęknęłam, że po maturze jestem już lat dziesięć, ale od razu dodałam pogodniej, że każdego maja myślę o tym z radością. Jeden ze staruszków pochwalił się swoim wynikiem i kokieteryjnie zaznaczył, że przecież nie wygląda. Wyglądał za to jak krasnal Hałabała, czym oczywiście z miejsca podbił me serce, ale czego nie odważyłam się mu powiedzieć. Jestem też głęboko przekonana, że jeżeli S. będzie dane dożyć tak czcigodnego wieku, będzie wyglądał dokładnie tak samo, łącznie z czerwoną czapeczką z daszkiem. Zaczęli wypytywać nas o plany i na wieść o chęci zdobycia Skopca wyraźnie spochmurnieli. Poradzili nam, by zamiast pchać się na Skopiec z Janowic pieszo, złapać busa do Komarna i stamtąd podejść z pętli niewiele do góry. Ponieważ Leniwy Jogin królował już we mnie niepodzielnie, pomimo początkowej buty coraz cieplej myślałam o krótkim podejściu. Emeryci zrobili sobie z nami zdjęcie (atrakcja!) i ruszyli w dół, a my wspięłyśmy się na ruiny zamku, rzucając okiem na królową Śnieżkę. Gadając jak nakręcone zeszłyśmy do Janowa, by szybko uzupełnić kalorie. Tam też odbyłam swój najciekawszy dialog podróżny potwierdzający, że jednak warto było wynaleźć nawigację GPS:
- Przepraszam, jak dojść do przystanku Janowice Wielkie Szkoła?
- Prosto, a potem za stacją w prawo, no tak jak się do szkoły idzie! - odparła pogodnie i pewnie kobieta, wprawiając w K. atak niepowstrzymanego śmiechu, który trzymał ją prawie trzy dni.
Kusiło mnie, by za wskazówkami kobiety podążyć od razu, ale K. zaoponowała, że jest głodna i jednak priorytet powinien mieć browar w Miedziance. Z trudem odwróciłam swoje myśli od celu (Skopca) i zaczęłam brnąć pod górę opowiadając zapewne szeroko o Filipie Springerze, kiedy to nagle K. szybkim jak wąż ruchem wystawiła kciuka za moim plecakiem (za moimi plecami!) i już zatrzymała się dla nas młoda, elegancko ubrana kobieta w małym samochodzie. Nie miałyśmy pojęcia, że jazda stopem do Miedzianki potrwa dokładnie 2 minuty. Kobieta powiedziała tylko "to blisko" i już stałyśmy oniemiałe przed jasnym, nowoczesnym budynkiem. Po przedostaniu się tu przez góry, ze skromnym śniadaniem, byłyśmy głodne jak wilki. K. wymarzyła sobie pieczoną golonkę i dostała ją. Trzeba było widzieć jej szczęście! Mnie aż roznosiło po tarasie, bo oto byłam w swoim miejscu pielgrzymkowym, z widokiem na "cycki", prażona słońcem, z plecakiem, lekka i wolna. Spędziłyśmy tam całkiem długie dwie godziny, kurząc papierochy i debatując, jakie piwa wynieść w plecakach. Niestety wizja transportowania łupów na Skopiec i do Szwajcarki nie sprzyjała piwnemu haulowi. Ostatecznie Mniszek, Wołek, Cycuch i Rudawskie padły. N a p r a w d ę planowałam dowieźć któreś z nich do Krakowie i z u p e ł n i e nie wiem, co się z nimi stało!
Po opędzlowaniu pierogów łomnickich i wspomnianej wybornej golonki ruszyłyśmy dalej, łapiąc stopa na kolejne dwie minuty zjazdu do Janowic. Podwożący nas mężczyzna świetnie wczuł się w rolę cicero Doliny Pałaców i Ogrodów, ale nie skorzystałyśmy z możliwości dowozu do Trzcińska. Czekał nas jeszcze Skopiec. Stanęłyśmy na znalezionym ostatecznie przystanku Janowice Wielkie Szkoła, który znajdował się przy szkole oraz równocześnie przy ośrodku pomocy społecznej. I bum! - zderzenie naszej roześmianej, dwuosobowej drużyny dyskutującej zawzięcie ceny skupu ślimaka winniczka (3 złote za kilogram), a po drugiej stronie płotu ciekawe, uporczywe spojrzenia z kompletnie innego świata. Bezradność i dzikość zarazem. Niby brałam udział w rozmowie o kurach nioskach sprzedawanych w remizie, lecz w rzeczywistości patrzyłam wgłąb siebie szukając elementu, który zadecydował o tym, że nie stoję za zamkniętym ogrodzeniem. K. podążyła za moim spojrzeniem. K. kończy psychologię i wie, jak bywa za takimi płotami.
Nie znalazłam powodu. Przypadek. Że ja z plecakiem, a oni tam. Moment. Okamgnienie. Błogosławieństwo.
Podjechał w końcu jakiś bus, który zabrał nas kawałek dalej. K. roześmiana dyskutuje z kierowcą. W Radomierzu wysiadamy na ciasnym zakręcie i odkrywamy, że jesteśmy z powrotem na szlaku. Ale nie chce nam się iść, więc zatrzymujemy szkolny autobus i pakujemy się do środka. Na tym zakręcie znajdziemy się parę godzin później, domykając pętlę. Wspinamy się mozolnie na przełęcz pod Skopcem, zmęczone upałem i przypieczone na krucho. Im wyżej, tym piękniej, więc trochę się rozchmurzamy, szukając figlarnie ukrytego w krzakach szlaku. Na Skopcu znowu wspaniała skrzyneczka, a w niej - niezmierzone bogactwo! Podpaski, zapalniczka, czeskie cukierki z Krecikiem, gumy do żucia, chusteczki i oczywiście pieczątka. Postanawiamy dołożyć do zapalniczki dwa papierosy Vogue, a w zamian zjeść cukierki z Krecikiem. K. próbuje sobie przypomnieć składowe miłości według Sternberga, ale zawiesza się na intymności i zaangażowaniu. Parę dni później odkrywam, że brakowało namiętności, ale i tak nie zbiega się to z moją koncepcją. Bardzo prostą: czułość i zachwyt.
Schodzimy ze Skopca przez fantastyczne łąki. Z jednej podrywa się nakrapiane sarniątko i gna w stronę lasu. Otwierają się szeroko widoki, mijamy przeszkody do krossa usadowione na szczycie góry, a potem nas mija troje jeźdźców. Pewnie jadą tam skakać! - zachwyca się K., ale idziemy dalej, schodząc niżej i niżej. Łany rzepaku. Wodospady kwiecia. Wąchamy przepiękny purpurowy krzak wylewający się zza płotu, ja robię zdjęcia niemal wszystkim jabłoniom. Napotykamy komiczny przystanek z wsadzoną do środka wygodną kanapą. K. zanosi się ze śmiechu, tarzając po meblu, a ja sprawdzam rozkład jazdy. Jeden bus rano, drugi wieczorem. Rzeczywiście warto mieć na czym siedzieć, czekając. Wychodzimy na prostą drogę aż po horyzont, rozdzielającą morze rzepaku. Przed nami piękne, samotne drzewo na tle Sokolika i Krzyżnej. Jak z bajki! Słońce schodzi coraz niżej, oświetlając nam scenę polowania przez lisa na niewidocznego gryzonia, Animal Planet na żywo. W końcu między miękkimi krągłościami łąk docieramy do Trzcińska, gdzie się rozdzielamy, bo K. chce iść w górę niebieskim szlakiem, którym jeszcze nie szła. Leniwy Jogin nie daje się namówić i noga za nogą, robiąc zdjęcia, rusza do góry żółtym.
I tak byłam pierwsza w schronisku, he he.
Dzień 4 - tu jesteś :)
![]() |
| Sokolik Wielki |
![]() |
| Browar Miedzianka |
środa, 18 maja 2016
Divers
Czwartego dnia rano usiłuję zapłacić, ale nie zastaję moich gospodarzy, tylko ich małoletniego syna, któremu zostawiam pieniądze, i ruszam na przystanek, by złapać coś do Kłodzka. Syn gospodarzy pojawia się zresztą na przystanku dziesięć minut po mnie. Gratuluję sobie refleksu i dzwonię jeszcze odmeldować się. Wsiadam do kołyszącego PKSu i w licznym gronie bardzo starych emerytów docieram do Kłodzka, gdzie pijąc kawę wynajmuję pokój. Gratuluję sobie refleksu i tego, że nie muszę się wspinać na Kłodzką Górę z całym szpejem. Bardzo gadatliwa właścicielka w pięć minut opowiada mi całe swoje życie, ale w końcu ruszam mozolnie na szlak. Powyżej Kłodzka nie spotykam już absolutnie nikogo. Ostatnich ludzi widzę na Kukułce. Równo osiem tysięcy poniżej szczytu Everestu, a jednak jak pięknie! Ponieważ od wczoraj już oficjalnie jestem leniwym joginem, idę powoli, przystając na papierosa, podziwianie widoków i opatrywanie pokruszonych stóp. I tak ostatecznie włażę na tę Kłodzką Górę. Bo jak inaczej. Na szczycie znajduję bardzo interesującą skrzyneczkę z pieczątką z opisem Kłodzkiej, a także białkowym batonikiem, który zostawiam w spokoju, bo mam swoje. Może będzie ktoś bardziej potrzebujący. Siadam na pniu i zanurzam się w telefonie, aż do momentu, kiedy nie słyszę wyraźnie kroków dwunożnej istoty w krzakach. Przysięgam, dwunożnej, a niech mnie! I to dwunożne zbliżało się do mnie. Przytaiłam się na pniu, wytężając wzrok, ale nie przebiłam zwartej ściany młodych drzewek i ostatecznie spanikowałam, wmawiając sobie, że to pewnie kłodzka odmiana Wielkiej Stopy i nie pozostaje mi nic innego, jak spierdalać. Zarzuciłam plecak, chwyciłam w łapy kije i tupiąc głośno, by odstraszyć wszelkie stopy, z godnością, ale szybko, zaczęłam schodzić.
Droga powrotna, mimo narastającego zmęczenia, poszła mi już sprawnie, zdążyłam nawet zawitać do polecanego baru "Małgosia" na solidne gołębie. Ale pokój tym razem był jakiś przygnębiający. Oprócz mnie mieszkała tam jeszcze pracująca para: on, zwalisty i brzydki jak zdegenerowany Fred Flinston, i szara zniszczona ona. I tej jej było mi żal. Zastanawiałam się, jaki splot losu przywiązał ją do tego klnącego Freda i jakie jest jej życie, w ciasnym wynajmowanym pokoju, ze ślepą wspólną kuchnią i łazienką na korytarzu. Jak ludzie potrafią się uwiązać. I jak dobre i mocne jest moje życie. WOLNE.
I smutny już jakiś był ten wieczór, który postanowiłam szybko przespać i rano jak najszybciej pobiec na dworzec, na autobus do mojego ukochanego Wrocławia.
Wrocław przywitał mnie bardzo gorąco. Zadowolona poszłam na Rynek zjeść jakieś najlepsze lody i smażyłam się w majowym słońcu, kiedy pojawiła się K. i już razem miałyśmy ruszyć w Rudawy Janowickie. Po tym smutnym wieczorze w Kłodzku z ulgą przyjęłam jej towarzystwo i z radością pukałam w szybę z wnętrza pociągu, widząc, jak idzie po peronie z kierowcą z bla bla cara, z którym przyjechała i który niósł jej plecak. Cała K.! Od tamtej chwili wszędzie, gdzie się pojawiłyśmy, nawiązywała znajomości i ludzie robili jej przysługi. Przez dwie godziny jazdy z Wrocławia do Trzcińska omówiłyśmy najważniejsze tematy, kładąc zrąb pod naszą trzydniową wędrówkę i niekończącą się opowieść. Obawiałam się, że wracająca z dalekich podróży K. będzie rozczarowana zwykłymi, małymi Rudawami. Ale nie - tego szukała. To było dla niej kojące.
Wraz ze zmierzchem, zmęczone i głodne, dotarłyśmy do schroniska i zostałyśmy zakwaterowane w małym domku pod opiekuńczą lipą. Piwo i papierosy. K. piła mojego ulubionego sommersby o smaku kwiatów dzikiego bzu, który piłam rok wcześniej przez pół sierpnia w pewnym nadmorskim kurorcie. Z szumem morza w głowach kładziemy się do snu, jeszcze pogadując ostatkiem sił, nurkując w noc przed kolejnym etapem przygody.
wtorek, 17 maja 2016
Riptide
Więc trzeciego dnia powoli zbieram się do wyjścia. Myślałam, że wystrzelę o siódmej jak roześmiany pocisk, ale coraz bardziej puchnie we mnie leniwość leniwego jogina. Ale wychodzę. Kawałek za ostatnimi domami trochę się rozchmurzam, bo widzę przed sobą czyściutki, zielono-niebieski horyzont, kształtne chmury i idealne w swych sylwetkach drzewa. Kawałek dalej, na zakręcie, spotykam przy samochodzie dwóch wspinaczy. Mówią, że właściwie chcieli mnie podwieźć, ale pomyśleli, że będę się bała. Za nic nie przyznam, że pewnie mają rację, chodzi przecież o odbicie szlaku, który właśnie na tym zakręcie ucieka w prawo. Chwilę z przystojniejszym z nich pochylamy się nad mapą, próbując dociec, na którym z narysowanych zakrętów właśnie się znajdujemy, a w tym czasie drugi dziwi się głośno, że przyjechałam z Krakowa. No z Krakowa, wzruszam ramionami, uwielbiam być akurat tu i nie pierwszy raz tu jestem. Machamy sobie na pożegnanie i ruszam stromo w górę, obok dziwnych zrujnowanych budowli, stromo przez las.
A potem znowu gubię szlak. Przysięgam, nie jestem gamoniem, nie weszłam w las wczoraj - znaki giną po prostu. Prawie tysiąc kilometrów doświadczenia pieszo. Dziesięć razy tyle rowerem! Nie wiem, gdzie miałam skręcić, może dalej? Krążę góra-dół, w końcu postanawiam iść drogą pożarową, mijając po drodze szlak czerwony. Wiem, że nadkładam dużo drogi, a w dodatku pogoda spsuła się i otoczyły mnie ołowiane, ponure mgły. Idę jednak dość przekonana drogą pożarową, powtarzając sobie pod nosem, że mam skręcić w prawo, skręcić w prawo, skręcić w prawo, ale ostatecznie zaraz za wyczekiwanym zakrętem w prawo przeklęta droga rozgałęzia się kilkukrotnie jak dziadowski bicz i jak automat, mimo woli, zawracam. Wściekam się i czuję lekki ataczek paniczki, ale w końcu mózg mi się rozjaśnia i postanawiam pójść jedynym znalezionym szlakiem - czerwonym. Najprostsza decyzja, najtrudniej ją podjąć. Wydostaję się z plątaniny pożarowych dróg jak z pajęczej sieci i szybko wspinam na górę, by już po chwili stanąć pod tonącą w chmurach wieżą na Czernicy. Z nerwów postanawiam wykurzyć jednego papierosa w parku krajobrazowym i, masz ci los, przyłapuje mnie na tym nadchodzący turysta. Nic jednak poza zwyczajowym "dzień dobry" nie odzywa się, ale ja mimo wszystko jestem pokrzepiona jego obecnością. Chociaż obawiam się, że piorun z ciemnego nieba zaraz walnie w drewnianą wieżę w celu ukatrupienia mnie grzesznej, to jednak wspinam się na górę i jestem zaskoczona, że nieco widać, mimo mgieł. Ruszam dalej już raźniej, złażąc metodycznie w dół żółtym szlakiem w stronę rzeki Białej Lądeckiej i wsi Bielice. Jestem już zmęczona i lękam się myśleć o mapie, która nieubłaganie pokazuje mi jakieś kilkanaście kilometrów do domu wzdłuż asfaltowej drogi, jak to liczę, rozcapierzając palce jak cyrkiel na szerokość podziałki i odmierzając jej długość jakieś osiem razy. Ale za cholerę nikt nie zmusiłby mnie, by wracać taką samą drogą w górę. Włażę więc na Kowadło, które tego dnia jest moim celem (2:4 dla mnie, góry Korony!) i schodzę z powrotem do wsi. Wcześniej na szczycie jestem kompletnie sama, mozolnie wspinająca się wzdłuż czerwonej nitki granicy. Ponuro i ciemno, a ja czuję się słaba, kompletnie nie ta sama, która dwa lata wcześniej przebiegała przez Rudawiec i Puszczę Śnieżnej Białki w pełnym galopie, pokonując odległości ultra i dokonując wyczynów przedziwnych. Zrezygnowana schodzę. Mija mnie biegacz. Wtedy postanawiam: mój pierwszy stop. Mijam go stojącego przy samochodzie - jeszcze wtedy nie wiem, że nie był sam - i niby to beztrosko zaczynam iść wzdłuż wsi Bielice, dla niepoznaki przystając jeszcze na kompletnie pozbawionym rozkładu jazdy i nadziei przystanku autobusowym. Cały czas oglądam się za siebie przez lewe ramię i w końcu widzę, jak nadjeżdża czarny samochód i zatrzymuję mojego biegacza z rodziną. Pozwalają mi ufnie usiąść koło małej dziewczynki w foteliku i pierwszy raz jadę sobie, autostopem, do siebie do Stronia. I co, że 15 minut? Pogadujemy z biegaczem o górskim bieganiu (udając, że wciąż biegam, a przecież po Perłach Małopolski w Ojcowie przyrzekłam sobie nigdy już, nigdy, ale to absolutnie przenigdy nie założyć już swoich Sauconów), w końcu wysadzają mnie prawie pod domem i odjeżdżają, by łowić pstrągi. A ja, szczęśliwa jak fretka, przebieram się w cywilne ubranie i ruszam do Stronia na obiad.
Jest dopiero piętnasta i mam dla siebie całe popołudnie i wieczór, zakończywszy już działania górskie na ów dzień, ogromny luksus. Snuję się powoli, kulejąc i łapczywie podczytując Pokolenie Kolosów, w końcu trafiam do miłej pizzerii o niezachęcającej nazwie, która, wbrew uprzedzeniom, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Pochłaniam przepyszną pizzę - żałując, że nie trafiłam tam wczoraj - i podczytuję równie łapczywie, jak jem, Pokolenie Kolosów. W końcu postanawiam jednak zabrać resztkę pizzy w siateczce do pokoju, dziękuję, chwalę i wychodzę. Powoli toczę się w stronę domu, żałując, że sześćdziesiąt milionów nie padło jednak w Stroniu i że to nie byłam ja.
Ale nie udaje mi się wytrzymać w pokoju, ubieram się znowu i wychodzę na jasną drogę za domem, która kusi mnie przez moje okno. Słońce zachodzi na miedziano, a ja siadam na wielkim kamieniu na łące między domami i fotosyntetyzuję, twarzą do słońca, w asanie żaby. To wtedy już na pewno narodził się Leniwy Jogin, a ja wzięłam go w objęcia i postanowiłam pokochać. A więc zostałam Leniwym Joginem i dobrze, bo dzięki temu wycieczka udała się wyśmienicie.
poniedziałek, 16 maja 2016
Wild eyes
Podróż rozpoczynam 6 maja, w cygańskie święto Ederlezi, czyli dzień świętego Jerzego. Początek wiosny, najważniejsze święto w roku.
Pierwszy przystanek - Katowice. Przypominam sobie, że zapomniałam kubka i automatycznie zapada decyzja, że jadę z przesiadką w Gliwicach. Więcej przygody! W empiku kupuję drogi i uroczy kubek z Muminkami. Panna Migotka z grzywką, Muminek patrzy na nią... oczami właściwie bez wyrazu, ale to wciąż my. Podjeżdża najstarszy pociąg świata. Siadam obok jakiegoś młodego kolesia ze słuchawkami w uszach, po przekątnej starszy pan z aparatem słuchowym. Przejęty, przestraszony pyta siedzącą naprzeciwko kobietę, czy pociąg jedzie dalej niż do Gliwic. Bo martwi się, że nie wysiądzie w Gliwicach. Ja też nigdy nie byłam w Gliwicach i teraz martwię się o niego, spoglądając z ukosa raz po raz. Widziałam go potem w tłumie, pakującym się do mojego małego, żółciutkiego pociągu do Brzegu. Chyba miał od razu bilet, bo ja musiałam jeszcze pogalopować przez kompletnie rozkopany dworzec do okienka. Galopuję z powrotem na peron. Widzę koniec torów. Urwane szyny na remontowanym peronie. Koniec świata. Melduję się w Gliwicach.
Potem wsiadam do wesolutkiego żółtego pociągu do Brzegu. Usiłuję wtłoczyć plecak na górną półkę, ale jest zbyt gruby. Małżeństwo z naprzeciwka każe plecak posadzić na siedzeniu. Jakiś czas później okazują się nie być małżeństwem, bo jedno z nich wysiada, a drugie w milczeniu towarzyszy mi jeszcze parę kilometrów. A tak się wydawali do siebie pasować!
Potem wolne miejscem zajmuje dwóch mężczyzn - młody i stary. Obaj grubi, silni, spracowani. I rozmawiają o zwierzętach. Najpierw młody o tym, jak uratował zaskrońca. Potem stary o drapieżnych ptakach. Komentują mijane pola. Czy to wykosili trawę, żeby ją zakisić? - pyta stary. Kiedy mijamy budkę dróżnika, obaj jednocześnie jak na komendę unoszą potężną łapę w górę i kiwają nią na pozdrowienie, jak te japońskie figurki kotów, co przynoszą szczęście.
Potem rozprażony Prudnik. Idę, zrzucając z siebie po drodze ciuchy i przepoczwarzając się w wędrowca. Wydostaję się poza miasto i pod znakiem wskazującym drogę do klasztoru widzę pusty, porzucony wózek inwalidzki. Cuda, chromi chodzą, a ja znowu widzę - z wieży oglądam świat na nowo. Wcześniej pomagam dwóm dziewczynom zepchnąć auto, które nie chciało zapalić, w dół wzgórza. Mam nadzieję, że stał się cud i odjechały.
A potem za sanktuarium gubię szlak. Na Świętej Górze. Ja, królowa GSS, pierwszy raz na poważnie kompletnie nie wiem, w którą stronę pójść. Nigdzie nie ma czerwonych znaków. Tracę godzinę na kręcenie się w kółko, w upale. W końcu na wyczucie i wedle słońca brnę dalej, coraz szybciej, coraz rozpaczliwiej, aż w końcu wybiegam wprost na szlak. Aby uspokoić nerwy i określić, w którą stronę będzie cel, a w którą Prudnik, przykucam jak zwierzę łapczywie paląc papierosa. W końcu ruszam, ale gonitwa zmęczyła mnie mocno i coraz bardziej chce mi się pić. Zapomniałam o wodzie w Prudniku. Brnę przez szlak zła i wystraszona - znak pokazał wciąż 5 godzin do Biskupiej Kopy. Jakbym wręcz się cofnęła! Zaczynam fantazjować o odwołaniu noclegu w schronisku, ale kiedy widzę ogromne, odstręczające hotele w Pokrzywnej, pokrzepiona kartonem lodowatego soku - zaczynam gnać.
Ze zmęczonych nóg wyciskam ultra prędkość i jak dziwaczny pająk z kijkowatymi nogami gnam przez coraz ciemniejszy las. I kolejny raz - wyprzedzam czas. Godzinę urywam z planu, kiedy wreszcie docieram do schroniska. Niby żałuję, że skoro miałam godzinę, to nie wskoczyłam na Kopę na zachód słońca, ale udaję - wcale nie chciałam. Jestem wykończona. Padam do łóżka, kiedy w schronisku do późna trwają lekcje tańca. Dla starszych i zaawansowanych. Serio. Wcześniej jeszcze, owinięta moim polarem w kolorze "alarm", siedzę na tarasie i patrzę, jak nad całą Opolszczyzną zapada zmrok, jak zapala się szeroko rozlane morze świateł.
Zresztą dobrze, że nie włażę na Kopę, bo rano jest otwarta wieża widokowa. Prawie podskakuję z radości, że w schronisku jest kawa z ekspresu, a potem oglądam cały świat z góry. Najpiękniej.
Schodzę leniwie do Głuchołazów i oszukuję, omijając spory fragment czerwonego szlaku. Tak mi już zostanie do końca wyjazdu, tak, że podróż sama z siebie stała się Wędrówką Leniwego Jogina. Wszystko, ale to wszystko, ale naprawdę wszystko kwitnie jak popieprzone, a do tego w powietrzu fruwają takie maleńkie puszki, kłębki, jak confetti.
W Głuchołazach ostatecznie doganiam busa i nic nie oglądam. I dobrze, bo gdybym przy kolejnej przesiadce miała spędzić ponad godzinę na obskurnym nyskim dworcu, byłoby kiepsko. W Kłodzku za to zjadam obiad w barze "Dobrze". Jest pięknie, pięknie, pięknie. Nysa, Paczków, Otmuchów, Złoty Stok, Lądek Zdrój. Jestem w zachwycie.
Jeszcze chwila niepewności i ląduje w przepięknym pokoju z łazienką i małżeńskim łóżkiem. Stronie Śląskie, sanatoryjno-ekstremalne. Downhillowcy w jedną stronę, emeryci na składakach w drugą. Mam pizzę, papierosy i internet. Siedzę w jasno oświetlonej otwartej kuchni i czuję, że to wspaniałe wakacje.
PS. Czy ktoś wie, czy można chodzić bez małego palca u stopy? Czy będę się przewracać? Bo coś czuję, że niedługo mi odpadnie.
PS. 2 Przypadkiem wynajęłam nocleg idealnie przy żółtym szlaku na Kowadło. CZY MOŻE BYĆ LEPIEJ?
PS. 3 Powyższe słowa zapisałam w zeszycie drugiego dnia wędrówki, a potem już po prostu wędrowałam i zapisywałam wszystko w głowie. I byłam na Dolnym Śląsku, a to oznacza, że nad głową świeci mi jaskrawa aureola, i wszyscy, ale to wszyscy, ale to naprawdę wszyscy się do mnie uśmiechają, bo widać, że co jak co, ale święta jestem na pewno.
piątek, 1 stycznia 2016
O moim starym kocie
Czasem błyska mi przed oczami myśl, że śmierć jest sekretnym bohaterem tej opowieści. Która skrada się na sztywnych, chudych nogach.
To, że minęło ostatnie szesnaście lat, najlepiej widać po moim starym kocie.
Najpierw się rośnie, a na koniec znowu się maleje. Najpierw porusza się powoli, niepewnie i chwiejnie - a na koniec jest tak samo. Klamra.
Kaśka ma szesnaście i pół lat ludzkich, co na kocie liczy się: ponad sto.
W zeszłym roku przemówiła ludzkim głosem do pięcioletniego Nikodema, w tym roku, kiedy weszliśmy i niemal w progu zaczęliśmy łamać się opłatkiem, Kaśka zlazła ze swojego ciepłego miejsca przy grzejniku i stanęła pomiędzy moim ojcem a babcią, zadarła łeb i zaczęła miauczeć ochryple, bo śmiech i podniesione głosy zburzyły jedyny w jej mniemaniu słuszny, cichy porządek rzeczy. Przywoływała nas do porządku.
A potem położyła się na podłodze i przeciągnęła rozkosznie, domagając uwagi. Na starość żąda pieszczot; ona, która nigdy na nic się nie oglądała, teraz szuka naszej ręki i dotyku.
Później już milczała jak zaklęta.
Zawsze była z gatunku drobnych kotów, waga piórkowa, teraz jednak wychudła jeszcze silniej, jakby pozbywała się swojej ziemskiej powłoki. Jednak w zimie tego nie widać; Kaśka dobrze wygląda - melduje w smsie matka, bo kot nabrał jędrności i futra. Ale traci wzrok. Słyszy już pewnie też nie najlepiej, boi się więc gwałtownych dźwięków, ruchu, zamieszania - bodźców, których się nie spodziewa w swoim wytłumionym miękko świecie. Starzeje się z godnością, której powinniśmy się tylko od niej uczyć. Jakby braki zmysłów postanowiła ukryć pod płaszczykiem pozornego namysłu. Długo się przygląda. Siada i myśli. Jeśli wyrwiesz ją ze snu, jeszcze chwilę patrzy zupełnie nieprzytomna. Nie podejmuje pochopnych działań. Oszczędza energię. Pochłania czas.
Marznie mocniej niż kiedyś, szuka ciepłych miejsc. Ufnie cała z głową chowa się pod kocem, nie ma już sił na czujne warty. Możesz na niej usiąść, jeśli nie wiesz, że należy testować powierzchnie krzeseł i kanap na obecność kota. Nie chce, by ją podnosić. Nie zeskoczy już z wysokiej półki twoich rąk.
W pierwszy dzień świąt przestraszyłam się jej kolosalnie poszerzonych źrenic. P. nacisnął delikatnie palcami jej powieki; każdemu zabiegowi poddaje się już łagodnie, bo jak miałaby się bronić. Parę dni później wiadomość od matki: kot poszedł za babcią do kościoła. Mam momentalnie przed oczami taką scenę. Kościół świątecznie wypełniony ludźmi i mój kot. Wchodzi, bo czemu nie. Kotu się nie zabrania. Babcia udaje, że jej nie zna, wśród ciżby szept i poruszenie, tylko moja babcia nader pobożnie wbija oczy w ołtarz. Jakaś kobieta wynosi Kaśkę z kościoła, koniec występu. Dobrze, że nie postanowiła się ułożyć w żłobie.
Nie wiem, którędy chodzi, jakie są jej ścieżki. Pewnie krótsze niż kiedyś. Szesnaście lat radziła sobie doskonale. Ale teraz jest taka krucha jak opłatek. Boję się, o wszystko, ale nie mam żadnej nad nią władzy. Tę myśl obracam w głowie bez końca, jak odpowiedź na wszystkie moje troski.
O sobie myślę, że szesnaście lat nic we mnie nie zmieniło, jakby nie dotyczyło mnie moje odbicie w lustrze. Jakbym nie urosła ani o centymetr wzdłuż i w poprzek. Ale po niej widać wszystko jak na dłoni. Ona zdążyła już przejść większość swojej drogi. Często myślę o tych, których przeżyła. Którzy odeszli, a ona została. Mały kot, dwa kilogramy. W święta obudziłam się w swoim starym pokoju i mój wzrok padł na wielką, starą jukę. Matka zabrała ją z mieszkania dziadków po ich śmierci. Juka ma pewnie ze dwadzieścia lat. Może trzydzieści. Może czterdzieści? Ona żyje. Ona przetrwała. A tak wielu odpadło już z wyścigu.
Myślę o nich, jakbym zostawiała ich po drodze, jakby przysiedli przy ścieżce, by odpocząć, nic wielkiego, posiedzę moment, muszę odetchnąć, idź, nie czekaj na mnie, a ja ruszyłam dalej w grupie, która jeszcze mi towarzyszy. Idziemy dalej. Mamy iść. Krok za krokiem. Czy można się buntować?
niedziela, 20 września 2015
Pytają państwo, co to jest miłość
To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór jedziesz do oddalonej o czterdzieści minut drogi knajpy, żeby oglądać, jak inni ludzie jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.
To jest miłość, która nie rdzewieje.
Albo:
Co to jest miłość, pytają państwo. To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór porzucasz swój wygodny pokój i idziesz do knajpy, żeby siedzieć obok twojej dziewczyny, która wytrzeszcza oczy, kwiczy cichutko i podskakuje na tyłku z podniecenia, kiedy ogląda, jak inni ludzie, nie ona, jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.
I dzięki tej miłości nawet nie nudzisz się aż tak bardzo.
***
Mimo tego, że pewna strefa życia wali mi się w gruzy (nie miłość, na szczęście), wraz z nadejściem września coraz silniej czuję się jak w domu. Ktoś gdzieś napisał, że odchodzi od nas poczucie, że ciągle musimy gdzieś być, bo dzień jest długi, jest lato i nawet w wieku trzydziestu lat, na etacie, możemy mieć przecież wakacje. A teraz już nie, wracamy do równowagi i nie musimy udawać, że wciąż wypada nam nosić szorty, i tak dalej. Jesienią szare ptaki jak ja dobrze się prezentują na tle barwnych liści. Wczoraj rano wyjrzałam przez okno i odetchnęłam z ulgą, że pada. Że mogę siedzieć pół dnia przy biurku i jest szansa, że nie umrę na wyrzuty sumienia.
O niczym innym nie marzę, jak zwolnić. Zwolnić. Zwolnić.
Zwolnić.
piątek, 10 lipca 2015
Believe
Zachłannie pracuję łyżeczką w miseczce lodów orzechowych. Ice dream przed snem, który mnie nieuchronnie czeka: znieczulenie jeszcze działa, ale niedługo "zasnąć" to będzie jedyny plan ucieczki. R o z k o s z u j ę się tym stanem nie-bólu, i robię to na odwrót, bo ta czynność jest charakterystyczna dla czasów post-bólu, a nie pre-bólu. Kiedy w końcu ból ustąpi, wtedy dociera do ciebie, jak bardzo byłeś szczęśliwy, kiedy on nie nadszedł. Mój ból nie nadszedł jeszcze, a ja już celebruję moment, kiedy on ustapi: zaklinam czas.
Więc czekam cierpliwie na uderzenie i ćwiczę uważność. Na dziś trening zaliczony. Na ścianie odznaczam krzyżykami dni z jogą i bez bólu. Sami odznaczajcie. W poniedziałek ból przygniótł mnie do ziemi tak, że nie miałam siły krzyczeć. Bez awantur: zwyczajny ból, powszedni. Spodziewam się go w określonym czasie. Tylko jego siła jest niezwyczajna: moc, która gnie kolana i szyję. Kładę blady, mokry łeb na biurku, dyszę.
Po połknięciu garści drażetek ból mi odpuszcza. I uderza mnie świetlista, ostra myśl: Boże, jak dobrze. Jak fantastycznie. Znakomicie. Kapitalnie. Wybornie. Świetnie: nie boli. Po prostu nie boli i nic więcej. Mogę wstać, ba, więcej: mogę siedzieć. Mogę napić się wystygłej kawy, przełknąć cokolwiek. Mogę. Mogę. Mogę wszystko!
Czubkiem języka badam szorstki szew na krawędzi rany. Pamiętacie? Rok temu, trochę dłużej, zrobiłam to samo. Aż trudno w to uwierzyć, j a k minął ten rok. Kiedy. Tyle rzeczy. Jakoś utknął we mnie jeden obraz z lipca: ja, w upale, w zachodzącym na czerwono słońcu, na zboczu góry, ciemnozielona ścieżka, straszliwe zmęczenie i poczucie absolutnie spełnionego marzenia.
Ból wrócił, dobry wieczór, rozgość się, spodziewałam się ciebie.
Ćwiczmy uważność. Nawet kiedy siedzę na macie, rozglądam się na boki, węszę, zagapiam się i drapię. Jedna z wielu rzeczy, których absolutnie nie potrafię, to najprostszy relaks. Buzuje we mnie nieustannie jak w przykrytym garnku, ale cieszę się: jestem.
Jestem. Przymykam oczy. Wystawiam nos do słońca. Jestem. Jestem. Nic więcej. Aż tyle.
czwartek, 26 lutego 2015
Bring me a higher love
Ocieram się głową jak kot.
Nie mogę tego opowiedzieć, bo nagle utraciłam głos. Mam związane palce. Mogę tylko szeptać. Zmrużone cztery rzędy jasnych rzęs. Życie całe na przestrzeni rozgrzanego prześcieradła, boję się ruszyć, by nie spłoszyć ciepła, przytajam się w pościeli jak maleńki ptak. Nic nie ważę, kiedy bierzesz mnie do rąk, jestem cała z pierza.
piątek, 26 grudnia 2014
Już czas
Osoby dramatu:
N., lat 5.
Mój Kot, lat 15.
W Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- N., i co ci ten kot powiedział?
- "Już czas pokonać zło".
Polecam Państwa życzliwej pamięci te niezwykle ważne słowa.
N., lat 5.
Mój Kot, lat 15.
W Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem.
- N., i co ci ten kot powiedział?
- "Już czas pokonać zło".
KONIEC
Polecam Państwa życzliwej pamięci te niezwykle ważne słowa.
piątek, 19 grudnia 2014
Up in the air
Odniosłam dziś sukces. Ktoś powiedział, że miał ciary, kiedy śpiewałam.
Ta osoba była pijana.
Ta osoba była pijana.
czwartek, 21 sierpnia 2014
Love Someone
26 lipca
Spotkani przypadkowo turyści uratowali mnie od spania w lesie. Wylądowałam w superkomfortowym pokoju zgodnie z proroctwem, że do Jedlinki zawsze się wraca.
Nie pisałam, bo w Dusznikach Zdroju napadła mnie fala paniki. Leżałam w schronisku, słuchając wycia syren, stężała ze strachu na kłodę, ze łzami w oczach.
Z Orlicy zeszłam do Duszników. Przy fontannie śpiewającej Szopena zdjęłam płonące buty i zachwycona dałam się ukoić. Ból był ze mną, kiedy szłam na sztywnych nogach pośród morza emerytów i rencistów. Dobiegłam do poczty, posłałam wiadomości. Wszędzie Szopen - napisałam - mam nadzieję, że nie skończę tak marnie jak on. Chodziłam tam z przyjemnością, dopóki nie zawyły syreny. Gospodarz schroniska westchnął (z niechęcią, z podziwem?), kiedy powiedziałam, że nocleg dla jednej osoby.
Tylko ten LĘK PRZED WOJNĄ
Co zrobię, jeśli będzie wojna.
Co zrobię.
Ten lęk zatruł mi pobyt w cudownej Kudowie. Siedziałam przed domem zdrojowym patrząc załzawionymi oczami w tryskającą fontannę i umierałam ze strachu. Patrzyłam na ludzi, spacerujących ospale, na prowadzące swoje dzieci matki i umierałam ze strachu.
(Mężczyzna przy sąsiednim stoliku opowiada o - nomen-omen - Rysiance.)
Siedzę pijąc wyśmienitego Czerwonego Barona i czekam na pizzę.
Nie robiłam zdjęć. W piekielnym upale ruszyłam niemal z płaczem w Błędne Skały. Dopiero ruch i one rozproszyły mi myśli. Znalazłam ukojenie. Dopiero one rozproszyły mi zmysły. Koszmary. Ukoiły zmysły. Rozproszyły koszmary. Dopiero po przejściu Błędnych Skał zaczęłam się uśmiechać.
Przeszłam przez Skalniak. Góry Stołowe - zachwyt. Wyszłam z lasu na krawędź urwiska, weszłam na skałkę i dopiero tam poczułam: szczęście. A potem dopadła mnie burza.
Potoki wody i strugi ognia z nieba. Stałam przed schodami prowadzącymi na Szczeliniec i wahałam się, czy w górę. Wiedziałam, że łamię wszelkie zakazy mozolnie wspinając się do góry, ale czy samotna wędrówka już sama w sobie nie jest łamaniem prawa? Przeszłam w tych strugach na drugą stronę góry śmiejąc się do siebie i krzycząc, jak tu pięknie! Jak tu pięknie! Mimo deszczu i po pół litra w każdym bucie. Cieszyłam się jak dziecko na pobyt w Pasterce, ale doszłam tam już na bardzo omdlewających nogach. I stałam taka przy barze zmięta jak czerwona stówka, a chatar jeszcze poprosił mnie, żeby podać mu piwo. Jakby nie chciał mnie przyjąć, straszył brakiem miejsc, ale mimo to wymusiłam niemalże dwa noclegi i gdy tylko znalazłam się w pokoju wiedziałam, że to był dobry ruch.
Bo lało przez dwadzieścia cztery godziny. Siedziałam w zamknięciu, na przemian czytając i głaszcząc kota, aż niemal do szóstej. Po zjedzeniu obiadu - pobiegłam na Szczeliniec w sandałach. Jak bieg w japonkach na Jagodną...
I byłam w zachwycie nad niesamowitościami Szczelińca, przewieszonymi głazami i Diabelską Kuchnią, aż klaskałam w dłonie i gadałam na głos.
I deszcz nie padał już od tamtej pory.
Rano porzuciłam Pasterkę i pięknym szlakiem obok wodospadu ruszyłam do Radkowa. Radków: Po co ten Stasiuk jeździ na Bałkany? Jak te dolnośląskie miasteczka są takie fantastyczne - wysłałam raport.
Browar Jedlinka kipi życiem - jak krakowska knajpa, tylko umiejscowiona pośrodku nicości.
Radków - Nowa Ruda. Chłopak zaczepia mnie pod mapą i poleca Białą Lokomotywę. Śmieję się: czy to od Stachury? Z Nowej idę przez góry, potem łapię busa do Jugowa. Oszukuję, ale potem mylę szlak i tracę godzinę w drodze na Wielką Sowę. Po drodze niemal pod każdym znakiem strzałka i napis: SOWA. Wszystkie drogi prowadzą... Na wieży widzę daleko, chodzę w kółko zachwycona wysokością. Ze sklepiku dobiega tak wspaniały pogański folk, że nie mam ochoty odchodzić.
I tu urywa się moja opowieść, przecięta przez wjazd na stół wybitnej pizzy z gruszką, rukolą i gorgonzolą. Pamiętajcie: to wszystko w środku nicości. Ten wieczór chyba będzie jednym z najcenniejszych koralików, który nanizałam na swój sznurek.
Z wieży na Sowie po krótkiej włóczędze dobiłam do przystani stareńkiego schroniska, wypełnionego śmieszną, rozwrzeszczaną i bezpośrednią rodziną. Gospodyni niemal nachylała mi się do ucha, kiedy mówiła do mnie i pokazywała mi brykającego owczarka podhalańskiego, śmiesznie jakby znajomy akcent w sercu Eulengebirge. Potem siedziałam z miodowym Opatem na ławce jak świeżo wymyty posążek i dwa razy minął mnie ubrany na czarno chłopak w kapeluszu. Nasze drogi przecięły się zaraz następnego ranka. On spał pod Orłem, ja Sowa.
Zastałam go zwijającego szpej na punkcie widokowym, gdzie myszkowałam wokół schroniska Orzeł w poszukiwaniu kawy z ekspresu. Schronisko było jeszcze zamknięte, więc i ja ruszyłam w dół, aż za którymś zakrętem wychynął na mnie znajomy kapelusz. Dobrze, że akurat nie postanowiłam w tej chwili beztrosko sikać, co przecież zdarza mi się, jeśli trzeba. Ale szczęściem nie sikałam i skoro i tak już szliśmy w jednym kierunku, to przez godzinę lub dłużej warto przecież wymienić anegdoty. Potem on przystanął, by odpocząć, a ja - zmęczona już nieco towarzystwem ludzkim, bo gdybym chciała je mieć, zabrałabym je ze sobą - ruszyłam w dół, aż droga splątana zawiodła mnie na dziedziniec Porcelanowego Pałacu. I tam zaczęło się dowodzenie przez los, że wszystko ma swoje miejsce i czas i krok każdy nasz jest jakby zaplanowany z najwyższą dbałością o szczegóły. Siedziałam parując, kiedy za moimi plecami zatrzymał się samochód i wysiadła z niego trzyosobowa rodzina, z którą moje ścieżki - na szczęście - miały jeszcze kilka razy przepleść. Ale na razie dałam się pociągnąć bezwolnie jakieś tajemniczej sile i mimo woli zdecydowałam się na zwiedzanie pałacu.
Grupa była niewielka i dzięki niemu ja zapamiętałam ich, a oni mnie. Potem już przywitali mnie, kiedy z wysiłkiem wspięłam się na ruiny Rogowca. Pokazali mi Ślężę, u której stóp stał ich dom w Sobótce. Obiecałam, że odwiedzę Ślężę za tydzień. Miałam tydzień opóźnienia, ale przyjechałam do niej i na tej pogańskiej górze z rozczuleniem pochylałam głowę pod chrześcijańskim błogosławieństwem. Taki paradoks i taka już zupełnie inna historia.
Dogoniłam ich w drodze do Andrzejówki i opowiadaliśmy sobie o Krakowie i Wrocławiu, które w gruncie rzeczy są przecież do siebie podobne. Potem wyprzedziłam ich znacznie, żeglując przez fenomenalne, prześwietlone na miedziano morze traw i dobiłam do Andrzejówki, która odmówiła mi noclegu.
Stop!
I co teraz zrobić? W gruncie rzeczy jakoś podskórnie przeczuwałam to zakończenie, jakbym już podejrzała do przodu strony tej ciekawej książki. Nie wiedziałam tylko, jak ta historia się skończy. Stwierdziłam jednak, że skoro już szłam tutaj przez tydzień, to zanim podejmę jakieś radykalne kroki, to wejdę na Waligórę (piekielną! piekielną!), a kiedy zeszłam na dół, oni już tam byli i chętnie zabrali mnie ze sobą z powrotem do Jedlinki. Do Porcelanowego Pałacu, do którego - jeśli dotknie się chłodnych, pachnących mchem murów w podziemiach - zawsze już będzie się wracać.
A resztę już znacie. Pokój lśniący nowością i pizza, która rozpadała mi się w ustach jak cenny jakiś, cudownie miękki kruszec. I morelowy zmierzch, i Czerwony Baron, i zakończenie mojej drogi, która wije się przez góry i miasta, nerwowa jak kombinacja alpejska, nieubłagana jak śmierć i dobra jak ciepła noc.
wtorek, 8 lipca 2014
Drumming Song
Miałam nad ranem sen, że przykładałam zdziwione swoje ucho do gorącej piersi i z szaleńczym zdumieniem słuchałam, jak tam w człowieku bije życie. To trwało dłuższą chwilę, a moje oczy z szeroko rozwartych zwężały się powoli, bo powieki otulały je coraz czulej aż do zamknięcia objęcia. Jakbym jeszcze czuła ciepło na swoim lewym policzku.
Szłam krok za krokiem po niekończących się tatrzańskich schodach i co drugi kamienny stopień przybierał kształt serca. Śmiałam się na głos, kiedy pomidorowa w kolorze i istocie passata ułożyła się się w lipcową dla mnie walentynkę. Podpaliłam pomidory papryką i pomieszałam. Wiem, że coś się dzieje. Kto tam jest?
wtorek, 10 czerwca 2014
Give me to the road
Problem polega na tym, że mam zajebiście krótką pamięć.
Dziś o wędrówce przypomina tylko ciemna skóra. Należy niezaprzeczalnie zasiąść do zapisywania zaraz po przekroczeniu progu domu. Jeszcze nawet przed myciem rąk.
Złapałam się na tym, że brakowało mi pod ręką notatnika, w którym mogłabym pisać w biegu. W drodze. W drodze rozłożone na kolanach, na śpiworze, na drewnianym stole naprzeciw schodzącego krok po kroku z nieba słońca, naprzeciw stromej, czułej ściany gór, otaczającej schronisko niczym opiekuńcze ramię.
Więc późnym wieczorem wychodzę. Czarno ubrany, mały wędrowny mnich, pochylony pokornie pod ciężarem plecaka. Autobus przyjechał chyba prosto z Dukli; cuchnący i ciasny, o obłych kształtach rodem sprzed trzech dekad, ale jedzie, a to najważniejsze; całą noc tłukę czołem w szybę jak pokutnik, biczując się za wszelkie grzechy, aby móc słonecznym rankiem dostąpić oczyszczenia. Już od Kamiennej Góry nie mogę usiedzieć w fotelu, w Wałbrzychu podskakuję na tyłku z podniecenia, a kiedy czubkiem buta dotykam jeleniogórskiej ziemi, świętość rozbłyska nade mną w tęczowej aureoli i od tego momentu każdy na mój widok nie może się nie uśmiechnąć.
Bo trzeba wam wiedzieć, że z niewiadomych przyczyn wyznaję ślepy kult dolnośląski. Mekka - w Kościele Pokoju w Jaworze. Nie istnieje możliwość nawrócenia.
Więc tańczę na jeleniogórskim rynku. Słońce spływa na mnie wrzącą strugą, wszystko jest przepyszne. Bus jak metalowe czółno sunie wartkim strumieniem niekoszonych łąk; to chyba drogi tutejsze zawróciły mi w głowie do imentu, wąskie, kręte, ciasne i nerwowe jak kombinacja alpejska, tylko rozgrywająca się pośród wybuchu namiętnej zieleni, bo ponownie jestem tutaj w połowie wściekłego maja.
Więc wypadam na przystanku w Świeradowie-Zdroju, która ta nazwa jest tak retro, że aż żałuję, że nie przywdziałam stroju w odcieniach sepii. Zawsze na początku trudno jest wrzucić wyższy bieg, więc czołgam się rozprażonym asfaltem przywierającym do butów. Odetchnę dopiero na następnym zakręcie; tym, który otworzy się przede mną jak świeżuchna książka. Oddech.
Pamiętam jeszcze taki moment, kiedy stanęłam przed tablicą informującą, że wdzieram się od następnego kroku w samo serce dziewiczego niczym śnieżnobiały puch obszaru, miękkiego czułością puchatego bagna. Pamiętam, że minął mnie wtedy starszy turysta i wpasowałam swoje lekkie tropy w jego ślady. Patrzyłam teraz na siebie-jego od tyłu, kark pochylony pod ciężarem złota promieni i wypływające spod podeszew strumienie wody, bo przy każdym kroku zielona gąbka oddawała z siebie wszystko. Ale przy rozwidleniu szlaków on zawrócił do Świeradowa, a ja ruszyłam dalej, samotna.
Droga wiodła środkiem grzbietu niczym jasna pręga. Cisza i kosmos; niebo niebieskie nade mną, przytłaczające mnie do ziemi silniej niż wypchany plecak; samotność kosmiczna na tej drodze złoto-mlecznej wyciskała z oczu łzy. Zatrzymałam się, żeby zapalić - usiadłam na geometrycznie idealnym środku szerokiego szlaku, zwinięta, ściśnięta w drżący kłębek, patrząca w przód i tył jednocześnie, przerażona ogromem horyzontu. Kiedy wyssałam już papierosa do ostatnich granic, wreszcie zamigotały przede mną w upale mgliste sylwetki innych turystów. Chwyciłam w łapy kije.
Pamiętam jeszcze taki moment, kiedy stanęłam przed tablicą informującą, że wdzieram się od następnego kroku w samo serce dziewiczego niczym śnieżnobiały puch obszaru, miękkiego czułością puchatego bagna. Pamiętam, że minął mnie wtedy starszy turysta i wpasowałam swoje lekkie tropy w jego ślady. Patrzyłam teraz na siebie-jego od tyłu, kark pochylony pod ciężarem złota promieni i wypływające spod podeszew strumienie wody, bo przy każdym kroku zielona gąbka oddawała z siebie wszystko. Ale przy rozwidleniu szlaków on zawrócił do Świeradowa, a ja ruszyłam dalej, samotna.
Droga wiodła środkiem grzbietu niczym jasna pręga. Cisza i kosmos; niebo niebieskie nade mną, przytłaczające mnie do ziemi silniej niż wypchany plecak; samotność kosmiczna na tej drodze złoto-mlecznej wyciskała z oczu łzy. Zatrzymałam się, żeby zapalić - usiadłam na geometrycznie idealnym środku szerokiego szlaku, zwinięta, ściśnięta w drżący kłębek, patrząca w przód i tył jednocześnie, przerażona ogromem horyzontu. Kiedy wyssałam już papierosa do ostatnich granic, wreszcie zamigotały przede mną w upale mgliste sylwetki innych turystów. Chwyciłam w łapy kije.
Ale droga tego dnia była nieubłagana i kiedy w końcu na kolanach i łokciach doczołgałam się do Wysokiego Kamienia, miałam ochotę skoczyć w dół do Szklarskiej Poręby, wirując w pędzie i tryskając na boki elementami wyposażenia. Kolano nie szło ze mną, tylko przeciwko mnie, więc prowadziłam z nim półgłosem pertraktacje. Podpici wrocławianie zaatakowali mnie rozrywaną przez wiatr płachtą mapy, pogromcy dzikich kotów, i na wyścigi pokazywali najbliższą drogę do Chaty. Ostatnie kroki są zawsze najdłuższe.
To dopiero drugiego wieczora poczułam się w Chacie jak w domu, kiedy deszcz łopotał o blachę, a ja, tuląc Kerouaca, nasłuchiwałam burzy przedzierającej się przez pobliski las. Wtedy myślałam, jaka ona duża i jaka ja.
Ale tamtego ranka wymknęłam się cichaczem, by zejść do serca Szklarskiej, baśniowej krainy maleńkich domków. Drżąca z emocji ocknęłam się pod drzwiami zamkniętej jeszcze wtedy wypożyczalni rowerów, myśląc, jak bardzo inaczej wyobrażałam sobie to miejsce. Szklarską. Jakąś mityczną wioskę w okolicach Diabelnej. Bo przecież Diabelna była centrum wydarzeń. Bo przecież Diabelna istnieje?
Jakieś tereny z moich snów. Wypisywałam kartki na poczcie, jakieś pół wieku wstecz. Nigdy tak mocno nie odczujesz podróży, jak kiedy siedzisz przy stoliku ze swoim plecakiem usadzonym na drugim krześle, takim odchylonym w tył garbatym starcem, a kelnerka przynosi ci kawę. Jedną filiżankę, jeden talerzyk, jedną łyżeczkę i jedną popielniczkę na twojego spalającego się wiatrem papierosa.
A potem idę na Szrenicę, do kotłów. Całą drogę zabawiam się, że kotły to takie spasłe kocury. Uwielbiam te parady przez grzbiety, kiedy głowa kręci mi się jak śrubka, bo wszystko, wszystko, wszystko chcę zobaczyć, a rolki trzaskają jedna za drugą. Nad Kotłami zwieszam się przepleciona przez barierkę, bo oczy niemal wypadają mi z oczodołów na widok tych skał pogruchotanych w graniasty gruz, hipnotyzujących swym lubieżnym czarnym odcieniem eleganckim jak gruby aksamit. Wyścielone tym cieniem są zapraszająco. Zanurkuj.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Święto wiosny
Znowu to samo - szybkie spojrzenie na asfalt, a tam karnawał: girlandy jelit, balony pęcherzy, frenetyczna fiesta niezamaskowanej makabry.
Ale nie o tym chciałam pisać.
***
Postanowiłam zakochać się na wiosnę. Z braku innych dostępnych opcji w grę weszła miłość platoniczna, czyli etymologicznie czysta, wzniosła i duchowa. Mój duch jest tak samo sprośny jak ciało, dlatego nawet na cmentarzu - kiedy siedziałam na rozgrzanym nagrobku, pilnując, by mdły płomyk rozpalił się na dobre - duch oddawał się bezecnym fantazjom. Ale grób to jakby łóżko i stół jednocześnie, powierzchnia płaska kusząca niesamowicie, by na niej usiąść, położyć się lub postawić szklankę, grób to jest idealny mebel darowany człowiekowi na resztę wiecznego życia.
A więc postanowiłam się zakochać celowo w przypadkowym mężczyźnie ze świadomością bez-wzajemności, żeby jedynie móc czerpać z tego soczystego, niewinnego zakochania obiektywne profity. Włóczyłam się po tym spleśniałym mieście jak błędna, podnosząc twarz do słońca niczym dziwny, ciemnoszary kwiat z białym wnętrzem na chudej łodyżce szyi. Bo spójrzcie: od zakochania skóra lśni satynowo, a zielone oczy nabierają takiego blasku, że kto spojrzy w nie z bliska, natychmiast straci głowę i umrze. Tak myślę. Zakochany człowiek chodzi tu i tam i ciągle się uśmiecha, zawieszając wzrok gdzieś na środkowej belce horyzontu.
A więc włóczyłam się po tym mieście tak strasznie sharatanym, jakby przetoczyło się po nim stado pędzących czerwonych Bizonów. (Za każdym razem, kiedy widzę taki pojazd nie w naturalnym środowisku słonecznego łanu, tylko kroczący powoli asfaltową drogą, nie mogę oprzeć się fantazji o spazmatycznym wpleceniu się w jego najeżone zęby.) Mieszkańcy tego miasta chyba niedługo opiszą mnie w swojej powiatowej gazecie: czarna legenda podawana z ust do ust o bladej dziewczynie, pojawiającej się ni stąd ni zowąd na okolicznych łąkach ze starym Zenitem TTL w dłoni i dzwoniącej zębami. Z zimna zazwyczaj, chociaż wczoraj wyjątkowo słońce nacierało mnie kojąco i przymykałam szczęśliwe powieki. Słońce to bóg jedyny w jednej jedynej osobie. Najczarniejszego poranka mojego życia (jak dotąd, nie wyzywam losu) to słońce też kładło mi się na twarzy i mówiło: ty żyj, chociaż on umarł, i słońce masowało mi oczy, które pod pokrywami powiek gotowały się z bólu jak krwawy gulasz.
A więc brodziłam po chrupiącej, wysuszonej łące jak kot, wysoko unosząc łapy i mrucząc zadowolona, bo wszystko było takie dobre, takie piękne i jasne, że specjalnie spowalniałam każdy swój ruch, żeby dłużej móc łasić się do słońca i do drzew. W sercu swoim ściśniętym jak ciasno zwinięty pączek kwiatu - czy wy też nie mogliście nigdy oprzeć się pokusie odzierania żywcem ze skóry pączków polnego maku, by z zielonych łupin ukazało się, niespodzianka, czerwone lub różowe, świeżonarodzone, wilgotne wnętrze? - w sercu swoim skurczonym od lat niosłam maleńkie ziarenko beztroskiej tęsknoty, którą wyrachowanie postanowiłam hodować sobie na jednoczesną boleść i pociechę. Miłości nie widziano w tym mieście już od tysiąca lat.
Ale jeśli czujecie się na umyśle zdrowi i stabilni, nie polecam planować nieodwzajemnionego zakochania jak wakacji w sierpniu. Na taką ekstrawagancję mogą pozwalać sobie jedynie takie kompletne świry jak ja, jednostki odklejone od rzeczywistości już tak dawno, że nawet moja matka nie pamięta, kiedy wymknęłam się przytomności i z kwikiem popadłam w bezdenną przepaść wariactwa. Do mnie już wszyscy się przyzwyczaili i po mnie spodziewają się wszystkiego. Ale jeżeli wasze głowy nie rozklejają się na suche warstwy jak zużyta książka, kochajcie się rozsądnie i statecznie, z wzajemnością i z gwarancją na co najmniej cztery lata. Tak już jest, wzdycham z udawanym zrezygnowaniem, że z szaleństwem nie każdemu jest do twarzy.
Ale kochajcie się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































