Kiedy jeżdżę, to dużo myślę. K. zawsze się dziwi, że ja to tak wszystko pamiętam, że z czterdziestokilometrowej trasy potrafię wycisnąć relację na pół godziny czytania, podczas gdy ona twierdzi, że jest skupiona tylko na jeździe i walce o życie. Może kwestią jest tempo naszej jazdy, może jej już brak czasu na myślenie, a ja go mam.
No więc jadę i mielę parę myśli w głowie. Ostatnio nie mogę się opędzić od ochoty na podsumowanie, bo choć w listopadzie wyrywałam jeszcze kolejne weekendy, to wiem, że czas rozstania zbliża się nieuchronnie. Chłód przegoni mnie z siodła, bo z tym nie mam szans walczyć. A z drugiej strony, w tym roku wydarzyło się tyle, że aż żal, że nie zapisałam wszystkiego.
I to nie jest tak, że nie miałam jeszcze dotąd opętańczego sezonu. Przecież początki były wręcz słodsze: ten Unibike, zupełnie sztywny, wążący wówczas niemal połowę tego co ja (to ja byłam wówczas najchudsza na świecie), kiedy przewracał się na mnie, leciałam na ziemię razem z nim. A jeździłam wściekle, bez licznika, bez aplikacji (nikomu się wówczas jeszcze o smartfonach nie śniło), bez nawigacji, nawet bez Internetu. Czasem z mapą, najczęściej jednak na czuja. Orientując się po nazwach miejscowości, kierując na słońce. Tłukąc te jurajskie lasy jak w transie. Nie będę Was okłamywać, mam najgorszą na świecie pamięć, ale utkwiły mi pojedyncze obrazy: siedzę na jurajskiej skałce gdzieś pod Jerzmanowicami, bez kasku, w czapce z daszkiem; stoję w promieniach zachodzącego słońca jesienią z długim warkoczem przewieszonym przez ramię; jem batona pod sklepem koło Zabierzowa, bo dojechałam pod granicę z Krakowem, choć muszę wrócić z powrotem na zachód; mozolnie mielę długi podjazd, a przede mną dziadek na rowerze zatrzymuje się i podnosi leżące tak po prostu na poboczu niebieskie pięćdziesiąt złotych; niosę rower ostrożnie przez rzekę w Dolinie Racławki; przejeżdżam ten najprzyjemniejszy fragment szlaku na Jurze. Wróciłam tam w tym roku i wiem, że jest zupełnie króciutki, ale wtedy do domu miałam jeszcze wiele kilometrów. Wiedziałam, że osiem godzin na siodle wytrzymam, a jeśli musiałam jechać dziewiątą, to wiedziałam, że spędzona będzie na stojąco. Wydaje mi się, że byłam dużo silniejsza niż teraz, lżejsza na pewno.
Ale w tym roku to już kompletny obłęd. Kiedy wyjmowałam Kellysa w marcu, nie przyszłoby mi to do głowy, co będziemy wyprawiać. Najpierw normalnie Jura, naturalne środowisko, wszystko tutaj znam. Forma się kręci, najgorzej nie jest. Czasem przypał jak wtedy, kiedy lecę przez kierownicę gdzieś w polu przed Troksem i niemal pionowo wbijam się łokciami w asfalt. Jestem mocno wytraszona, owijam się kurtką na poboczu, ale też troszeczkę cieszę, że nie miałam akurat tej kurtki na sobie w momencie lotu, bo szkoda by mi było dziur na łokciach. To chyba ta sama kurtka, którą mam na sobie na zdjęciu z warkoczem - muszę je znaleźć. Powoli rodzi się plan przejechania Szlaku Orlich Gniazd, sprzedałam wcześniej plan przejścia S., nie chcę się powtarzać. Ale powstrzymuje mnie fakt, że musiałabym się przełamać i wsiąść do pociągu z rowerem. Tyle czasu tego unikałam, jadąc na Green Velo byłam z S. i on ogarniał rowery, ja sakwy, a teraz byłabym sama. Zakładam Stravę, bo każe mi K. W końcu decyzja: no jadę, mam wolny weekend, obracam trasę do góry nogami w stosunku do pierwotnego planu i zamiast zjeść żabę - przejechać pociągiem - na początku wycieczki, wsiadam z Kellysem do pociągu na stacji Częstochowa-Stradom. Jest zapchany jak diabli, niechcący depczę jakieś dziecko, ktoś wiesza mi rower i trząsąc się z nerwów klapię na siedzenie obok jakiegoś równie zdenerwowanego rowerzysty, który co chwilę się podrywa i wrzeszczy na pasażerów, by nie chybotali jego enduro rowerem. W końcu te jego nerwy mnie rozbawiają i podróż z rowerem zaczyna mi się podobać. Kupuję kolejny bilet.
I poszło. Weekendy planuję już tylko pod rower. Przed pierwszym prawdziwym wjechaniem na prawdziwy górski szlak pytam przejęta B., czy mogę tam jechać. Czy dam radę. Za każdym razem mówi, że jasne, że oczywiście sobie poradzę, co jest kojące, choć nie mam pojęcia, czy to po prostu tak łatwe szlaki, czy on myśli, że w ogóle coś umiem, czy po prostu olewa. Ale skoro nie protestuje, to jadę. Rodzi mi się powoli plan przejechania MSB, studiuję wpisy Mamby i Skadi. B. przywozi mi Canyona i jemu pierwszemu wyznaję moją tajemnicę: że chyba jadę na MSB. Nie robi to na nim żadnego wrażenia, dziwi go tylko fakt, że nie chcę jechać Canyonem. Stoimy w moim pokoju, jest 22:00, w lustrze odbijamy się we troje: B., ja i Canyon, ale wiedziałam, że to musi być Kellys. I choć było trudno, to wybrałam dobrze. A następnego dnia nie śpię już godzinę przed wschodem słońca, i czekam, by o brzasku wyrwać na Canyonie do Lasu jak chora osoba. Kiedy wyprowadzam go z klatki o jakiejś chorej porannej godzinie, spotykam sąsiada, który mówi mi "dzień dobry" z zagadkowym uśmiechem, może rozumiał.
Po przejechaniu MSB już właściwie się nie martwię, czy sobie poradzę, ostatni weekend wakacji i ostatni pociąg do Zakopanego - duszne popołudnie na Mietłówce pod ciężką pierzyną burzowej chmury. Tym razem B. pierwszy raz czegoś zabrania, to znaczy przestrzega, żeby nie próbować szukać singli na Podhalu, więc grzecznie jadę środkiem góry. I tak mokre korzenie mnie straszą, więc z ulgą uciekam asfaltem na Bachledówkę, potem wracając przypadkiem odkrywam kultowy zjazd Salamandrą. Nie zatrzymuję się nawet na foto, zjedżam dla czystej przyjemności, potem T. mi o tym zjeździe opowiada. Zjazd, jakby się jechało prosto w gigantyczną ścianę Giewontu, planując przydzwonić w nią nosem.
A potem zamawiam Hrabiego. Rose Count Solo 2, wybór między Grand Canyonem i Rose do ostatniego momentu nierozstrzygnięty. Wygrywa rozsądek i rzeczowa analiza sprzętowa B. Codziennie sprawdzam, czy paczka z rowerem ruszyła się choć z miasta do miasta. W końcu otwieram drzwi kurierowi i wnoszę tę zadziwiająco lekką paczkę przez próg, jak pannę młodą. Sama go skręcam, korzystając trochę z porad B. online, co jest symbolicznym zdarzeniem, bo Kellysowi nie odpinałam nawet nigdy koła. Chwilę jeszcze jestem przestraszona, że rozmiar S jest jednak za mały, może trzeba go było odesłać? T. namawia, żeby jednak trochę na nim pojeździć i mały Hrabia zostaje, i choć pewnie istotnie ten rozmiar jest trochę za mały, to w momentach wypychów, zjazdów i manewrowania rowerem w pociągu Hrabia to wielka ulga. Nim się obejrzę, jest listopad, na liczniku prawie tysiąc kilometrów razem i zmęczenie, które właściwie już nie mija ani na chwilę.
Hrabia stoi przy łóżku, T. żartuje z niego za każdym razem, gdy mnie odwiedza. Maleńki rowerek, a i tak uważam, że to jedna z najpiękniejszych maszynek, jakie widziałam. Ale Hrabia mnie nie zaspokaja. Wciąż oglądam się za innymi. Ostatnio myślę, że trzeba było odkupić Canyona od B., częściej jednak fantazjuję o sobie na gravelu. Hrabia jest lżejszy na asfalt, ale to wciąż nie to; za to spędzam na nim najpiękniejszą chyba jesień mojego życia, młynkując bez końca wśród liści, w tym obłędnym, obłąkanym, nieopisanym słońcu jesiennym, w tym krystalicznym powietrzu, w tej ciszy zakłócanej tylko moim sapaniem. Ale oczywiście taka jesień już była - mam teraz przed sobą zdjęcia z 2012 roku, analogowe, na których Jura wygląda piękniej niż w rzeczywistości, przybrana złotem i burgundem winorośli. Klisze rowerowe, taki tytuł na zawsze przylgnął do tej konkretnej rolki. W kolejnym roku rozbiłam tę lekką, automatyczną Vilię łakomie rzucając się na kołocza gdzieś w Wiśle-Czarne, więc więcej klisz rowerowych nie było. W ogóle już wtedy uznałam, że wożenie aparatu na rower szkodzi przede wszystkim jeździe. Więc tylko telefonem pstrykam: Beskid Wyspowy, Myślenice, Pieniny, Jezioro Dobczyckie, Lechnica (o matko!), Przehyba, Nowy Sącz, cerkwie, Regetów, Nieznajowa, Czarna i Czarne, Rymanów i Iwonicz, Gorlice i pumptrack, Magura Małastowska, Przemyśl, Krasiczyn, panorama ze wzgórza w Starym Borku i Łańcut.
Może dorzucę do tego coś jeszcze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dywagacje filozoficzno-metafizyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dywagacje filozoficzno-metafizyczne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 listopada 2019
sobota, 23 marca 2019
Kto w Lasku - dostanie po kasku
W ogóle to zaczęło się od tego, że pojawiła się w mojej głowie myśl, że boję się wjechać do Lasku Wolskiego, bo na pewno downhillowiec spadnie mi na głowę, na podjeździe zapomnę, jak się kręci pedałami, a przy zjazdach zablokuję się niczym stary zamek w drzwiach i nic z tego Lasku nie będzie. Na takie myśli jedynym rozwiązaniem jest po prostu natychmiast zrobić tę rzecz, której się boisz, więc wsiadłam rano na rower i popedałowałam w stronę Kopca Kościuszki.
I tu mogę wam z góry poczynić spoiler, że niestety tym razem obawy były uzasadnione, a złe przeczucia sprawdziły się w dwójnasób. Zazwyczaj jest tak, że mam przygody, jak tylko zrobię krok poza próg własnego mieszkania, ale tym razem w Lasku tych przygód było aż za wiele. Nie byłam tam w zeszłym roku, bo forma rowerowa w sezonie 2018 była dętka, i kręciłam się tylko trochę po Jurze, unikając zetknięć z ludźmi, zwłaszcza na rowerach. Jakby tego było mało, w sierpniu w Dolince Kobylańskiej zaliczyłam najbardziej chyba jak dotychczas spektakularną glebę, waląc rozgłośnie łbem w ziemię, co nie poprawiło stosunku do roweru i lekko uszkodziło przednią przerzutkę Kellysa, co martwiło mnie chyba bardziej, niż potencjalny krwiak w mózgu. W ogóle zresztą lata 2018 nie było i stosujmy się do zasady:
Ale że po dobiciu Korony Gór Polski działania górskie nieco mi się znudziły, postanowiłam jednak popracować nad rzeźbą ud i łydek. Chciałam celowo wyjechać do Lasku wcześnie, żeby nie zdążyli na szlaki wyjechać downhillowcy, ani w ogóle nikt, ale dziś mgła zalegała gęsta jak śmietana w całym mieście, więc postanowiłam ją trochę przeczekać i ostatecznie wyruszyłam tuż przed 9:00. Po drodze na Kopiec Kościuszki oczywiście musiałam obfotografować kwitnące wzdłuż drogi pole żonkili, a potem jeszcze tradycyjnie sfilmować widok z tego brutalnie wygolonego miejsca nieco poniżej Kopca, gdzie dodatkowo w tym roku pojawiło się więcej infrastruktury turystyczno-spacerowej w postaci przypominających latające spodki ławek i stoliczków. Kiedy w końcu, klnąc pod nosem, zjechałam po tych zdumiewających kocich łbach prowadzących wprost na jezdnię ulicy Starowolskiej, już z daleka zobaczyłam, że są.
Downhillowcy.
Albo nazwijcie ich jak chcecie. Może to zwykłe mtb, albo enduro, nieważne na czym jeżdżą, bo choćby to były Wigry 3, to łączy ich fakt, że oni jeżdżą w dół. Szybko. I straszno. W dodatku anektują coraz większe połacie Lasku i człowiek - zwykły, szary, przestraszony człowiek na tanim rowerze, wiecie, o kim mowa - nigdy nie może być pewien, skąd taki wyskoczy. Unikam ich od lat, odkąd odkryłam, że usypują hopki na szlakach pieszych, na które trzeba uważać, i rozjeżdżają ścieżki. I jeszcze przywożą rowery samochodem do Lasku, co napawa mnie absolutnym zdumieniem, jakby nie mogli na nich po prostu tam dojechać! Pewnie naprawdę nie mogą, ale tym bardziej dziwne, bo po co płacić złote dukaty za coś, czego geometria nie pozwala dojechać z Rynku do Parku Decjusza. F e n o m e n.
No więc skręcam w Lasek, omijając tych wypakujących się, ale już przeklinam, że wyjechałam tak późno, że nawet te lenie już wstały. Ledwo minęłam szlaban, a już wyskoczył na mnie kolejny, zamaskowany mściciel, łypiąc na mnie zza gogli. Gogli! Dziś w Lasku było sucho zupełnie, więc te gogle chroniły go chyba tylko przed tym, by nie podzielić losów Witkacjańskiego Bunga. Jakby je miał przyciemniane, wzięłabym go za zagubionego spawacza.
Więc wyskakuje na mnie ten typ, co mnie już na starcie rozstraja i co uznaję za zły omen. Miałam jechać na lewo, czarnym szlakiem, jak zawsze jeździłam, powoli kierując się w stronę Zoo. Ale od razu uruchomiłam instynkt tropiciela i zbadałam ślady: rozjeżdżone dziko i świeżo, więc zaczęłam się wahać, bo czułam, że tam siedzą intruzi i zapewne zaraz kolejny wyskoczy z krzaków jak filip z konopii. Po mojej prawej grupka biegaczy zbiegała w dół do parkingu niebieskim szlakiem rowerowym, co uznałam za dobry znak, że droga chyba jest bezpieczna i niezaatakowana przez te rozpędzone demony. Wepchałam rower na niebieski i zaczęłam pedałować w górę.
Rozglądałam się na boki przerażona, że na pewno gdzieś się czają. W końcu wiedziałam, że są blisko. Zmylił mnie jednak spokój i cisza, panująca w lesie, więc nabrałam nieco pewności siebie i dojechawszy niemal do Zoo skręciłam dalej w lewo w niebieski. I zaczęło się.
Zaczął się zjazd, ale początkowo nic nie zapowiadało katastrofy. Ot ścieżka, może ciut wąska, ale jadę, przecież na szlaku jestem. Oznaczenia wymalowane, świeże, tylko ta wąskość taka... Podejrzana. W końcu poczułam, że wchodzi - blokada. Rączki kurczowo zaciśnięte na obu hamulcach, a w nogach wata. I tak stoję: na tej ścieżce niebiesko znaczonej, sparaliżowana, z głową w dół, tyłkiem w górze, i nie mogę się ruszyć w żadną stronę. Zaczynam pertraktacje sama ze sobą, namawiając się do puszczenia chociaż przedniego hamulca. Po dłuższej chwili udaje mi się samą siebie namówić, że chociaż po troszeczku, powolutku, zacznę się na luzie spuszczać w dół, i zobaczymy, co tam dalej będzie - w końcu i tak nie chciało mi się wypychać roweru z powrotem ku górze, skoro trochę już zdążyłam się obniżyć. Więc puszczam hamulce i zaczynam zjedżać, pokwikując. Wtedy ścieżka już ostatecznie się zwęża i zaczyna się piekielny i podstępny meander zakrętów. Pierwszy jeszcze jakoś ogarnęłam, ale przy drugim wryło mnie znowu bliską płaczu. O co chodzi z tymi zakrętami?! Były tak wąskie, że przysięgam, nie pomieściłyby moich apetycznych bioder, a co dopiero mówić o moim wielkim Kellysie! Wiem już, to podstęp i nie jestem na szlaku rowerowym, tylko na ścieżce tych przeklętych wariatów, złapana w pułapkę, a na domiar złego słyszę nagle nad swoją głową dziwaczne cykanie. Jedzie. Oczywiście, jakżeby inaczej, jedzie jeden element. Spoglądam w dół, a los kpi już ze mnie bezczelnie - od dołu wąziutką wstążeczką tracka pnie się zadowolona dziewczyna z psem, rzucając zwierzęciu piłki. Natychmiast wizualizuję sobie lądowanie tej piłki w moim oczodole, podczas gdy pies rzuca się na mnie, a tamten z góry wjeżdża na pełnej petardzie w mój dolny odcinek kręgosłupa. Poddaję się. Spycham rower ze ścieżki, ustawiając się za solidną zasłoną drzew, myśląc, że jak gościa wyrzuci, to przynajmniej zatrzyma się na pniach, mnie nie sięgając. Gość mieści się w zakręt - nie ma wszak tak krągłych bioder - i jedzie dalej, a ja powoli wprowadzam rower na ścieżkę poniżej zakrętu. Nic z tego, nie puści mnie - dalej stoję, zaciskając oba hamulce, i proszę już zupełnie na głos, by mnie ktoś stamtąd po prostu zabrał. Dziewczyna z psem rzuca mi "cześć", roześmiana, a potem ciska radośnie piłkę, kontynuując beztroski marsz trackiem w górę, a ja na luzie próbuję jakoś doszyć kolejny kawałek szlaku. Dojeżdżam do następnego zakrętu i odpadam, po prostu nie mogę - w głowie mi się nie mieści, jak mam się w niego wpasować. Zsiadam, biorę rower pod pachę i złażę w poprzek serpentyn tracka, bo poniżej widzę normalną, szeroką ścieżkę, jakie za moich czasów były w Lasku i komu to przeszkadzało. Postanawiam jechać nią dalej.
Na ścieżce uspokajam się nieco, jest troszkę stromo, ale szeroko, więc przynajmniej mogę odetchnąć. Na krótko. Niebieski szlak wije się po mojej lewej i w momencie, kiedy nieco się poszerza i postanawiam na niego wrócić - zauważam ruch w górze. Nie wierzę. Tamten cykacz. Wyprzedziłam go po szerokiej ścieżce, a teraz właśnie on mnie dogania. Znowu jest za mną.
Dociskam pedały, by uciec tamtemu, który rozpędzony rżnie w dół wpatrzony w nawierzchnię i nie ma szans, żeby mnie widział. Jestem cała na czarno i mam czarny rower, pewnie uzna mnie za dziwaczną plamę cienia i będzie próbował przeciąć tę plamę na skróty. Gnam w dół i w górę szeroką ścieżką, ale oczywiście dopędza mnie, tuż przed rozwidleniem czarnego pieszego i niebieskiego rowerowego. W sekundzie decyduję, że czarny pieszy to moja szansa ucieczki i przejeżdżam za szlaban. Tamten w ostatniej chwili orientuje się, że niebieski odbija, i cykacz skręca nieco w górę, znikając mi z pola widzenia. Uff, zwiałam.
Zadowolona zwalniam i mina mi rzednie, bo wpakowałam się w kozi róg. Pieszy czarny zaczyna się wspinać na zbocze niemal pionowo, przekraczając czyjś prywatny płot - nie mam szans się tam pchać z rowerem. Przeklinam cykacza, opanowuję drżące kolana i postanawiam, że tak tego nie zostawię. Nie będą mnie downhillowcy przeganiać z Lasku, co to, to nie. Postanawiam zeskoczyć na wał wzdłuż Wisły, objechać szybko pod Jubilat na Orlej, kupić sobie na pocieszenie baton, a potem wrócić do Lasku koło Uniwersytetu Rolniczego i spróbować jeszcze raz wbić się na szlaki. Albo przynajmniej porzeźbić uda na asfaltowych podjazdach.
Jak postanawiam, tak czynię. Migiem przelatuję przez wał, skręcam w Orlą, po małej zamotce na dziko wnoszę rower przez zbocze do góry (jak to możliwe, że Orla ma tam po prostu przerwę, kompletny brak przejazdu?!) i po krótkim postoju pod sklepem, melduję się z powrotem na drodze, wspinając się zdeterminowana do góry pod klasztor. Odpieram jeszcze atak rozbrykanego wyżła (dam głowę, że właściciel krzyknął do niego "Zostaw TO!", mając na myśli mnie i mój rower) i wjeżdżam na powrót w Lasek. Węszę przez chwilę przy jednej ze ścieżek, ale nie mam odwagi pchać się w nią na ślepo i w końcu wybieram bezpieczny wariant - podjazd asfaltem Aleją Wędrowników, co akurat zrobiłam już w zeszłym roku i wiem, że jest wykonalne, a poza tym dobrze pasuje do nadrzędnego celu rzeźbienia kończyn dolnych. Tym razem asfalt mam niemal caly dla siebie, i podziwiając zawilce, prawie z przyjemnością pcham się do góry, dumna z siebie.
Na górze znowu źle skręcam - wypadły mi z głowy niegdyś dobrze znane ścieżki, znane także z treningów biegowych - i ląduję w jakimś śmiesznym, krótkim offroadowym wariancie. Nie zrażam się tym jednak, wracam na asfalt i tym razem kierując się znakami, docieram do Kopca Piłsudskiego. Dla uspokojenia nerwów, wiedząc, że dziś czasowo już niczego nie dokonam, postanawiam figlarnie wbiec na Kopiec, tak żeby dołożyć sobie rzeźbienia, i żeby było szybciej. Jak postanawiam, tak czynię, przypinam rower i ku uciesze innych spacerujących, w rowerowym kasku na głowie, wolniutkim zdyszanym tempem zaczynam biec na szczyt, trzymając mocno paski plecaka.
Na szczycie z rozczarowaniem stwierdzam, że otacza mnie gęsty smog i widoczność jest niewiele lepsza niż żadna. Nagrywam znudzone stories, przedstawiające mój cień na szczycie Kopca, i jednym okiem zerkam, czy te dwa spacerujące na dole owczarki kaukaskie nie obsikują mi roweru. I wtedy go zauważam - cykacz. Naprawdę, dołem pedałował jak gdyby nigdy nic zaś ten cykający rowerzysta, mój prześladowca z niebieskiego rowerowego. Obserwuję go w napięciu, gdzie pojedzie, i gdy widzę, że zmierza w stronę obserwatorium, natychmiast postanawiam skierować się w dokładnie przeciwnym kierunku, czyli na szlak na Panieńskie Skały, chociaż miałabym rower nim znieść na dół, w przypadku braku warunków do jazdy. Zbiegam z Kopca, mijając się z górskim biegaczem idealnie na przecięciach ścieżek, jak w jakimś bieganiu synchronicznym - gość pewnie myślał, że to jakiś żart, że goni go zasapana pulchna rowerzystka, w nieodłącznym kasku na głowie.
Mam już serdecznie dość tego Lasku i nadmiar wrażeń chyba sprawia, że jest mi już wszystko jedno. Co paradoksalnie poprawia mój styl jazdy - spokojnie zjeżdżam pieszym szlakiem, uważając na spacerowiczów i psy, i nawet całkiem śmiało przeprawiam się przez Panieńskie Skały. Podbudowana, postanawiam jeszcze podjechać czarnym szlakiem pod Zoo, żeby dobić przewyższeń i dobić uda. Spokojnie wjeżdżam sobie do góry, bez stresu pedałując na jedynce, i zawracam pod Zoo na zjazd, który nie należy do moich ulubionych ze względu na prędkość, ale tym razem chętnie w nim odpoczywam.
W Parku Decjusza fiołki pachną obłędnie. Postanawiam objechać wałami Rudawy do podjazdu na Zakamycze, dobić się tą moją ulubioną górką, a potem przez obserwatorium dostać się na asfalt do Tyńca i nim wrócić do domu. Spokojna, że nie będę musiała już dzisiaj oglądać Lasku, ani żadnych downhillowców ani innych wariatów - co najwyżej kolarzy szosowych - ładnie wyjeżdżam oba zakamyckie podjazdy i żwawo wpadam na tyniecki asfalt, z krótkim odpoczynkiem na żółtym moście, który ostatnio na Instagramie wzbudził wasze spore zainteresowanie. Kręcąc Stories w biegu, na najwyższym przełożeniu szybciuchno przewalam się przez ścieżkę i już spokojnie przez Błonia wracam do domu, szczęśliwa, że w ogóle przeżyłam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Laskiem i oboma Kopcami.
Dacie wiarę w tyle przygód na 48 kilometrach treningu? Tego chyba nikt inny nie ma. W domu okazuje się, że wykręciłam 2012 m w górę, co niby jest równe tatrzańskiemu Beskidowi, choć muszę przyznać, że na przyszłość zostawia pewien niedosyt. Może następnym razem trzepnęłabym tych podjazdów więcej?
Czy istnieje dyscyplina "uphill"?
środa, 10 maja 2017
czwartek, 18 sierpnia 2016
Roads
Znajduję zdjęcie sprzed czterech lat. Ktoś przypadkiem przydybał mnie, pochyloną nad aparatem, czujnie obserwującą chmarę rowerzystów, skupioną, w rowerowych rękawiczkach, gotową do skoku. Po karku biegną cieniutkie nitki długich warkoczyków, które nosiłam splecione tuż przy linii włosów. Kim byłam wtedy.
Pstryk.
I wiele zmienia się i nie zmienia, wtedy biegam dziennie po dziesięć kilometrów i nie rozstaję się z rowerem; jestem chuda, wściekła i głodna, i uwierzcie mi, dopiero się rozkręcam; od dłuższego już czasu szczotkuję swoje długie włosy i trenuję niezniszczalność. Trwa rok Smoka. S. mieszka wtedy wciąż trzysta kilometrów na północ i nie ma pojęcia, że niedługo wywróci sobie życie do góry nogami. Ja też nie wiem, że kolejnym krokiem będzie fantastyczna podróż pełna muzyki i światła, a dalej będzie już tylko lepiej. W końcu uważam, że bycie dorosłym jest o wiele przyjemniejsze, niż być od innych zależnym.
Pstryk.
Jesienią celująco zdobywam wykształcenie wyższe pełne i czuję, jak z życia odpływają mi ludzie i miejsca. Robią miejsce na nowych. Którzy przypływają i odpływają. Czasem gwałtownie. Czasem na zawsze. Czasem rzeczy naprawdę rozgrywają się jak w filmie: moje życie rozjeżdża wielka ciężarówka i wybija mnie z toru, po którym się poruszałam; wystrzelam w powietrze lekko jak odbita piłka. Spadam.
Pstryk.
I jeśli ktoś mógłby pomyśleć, że to czarna dziura, która niczego nie tworzy, to jednak było inaczej. W y o s t r z a m wszystkie zmysły jak brzytwy i otwieram się jak dziwaczny kwiat. Uczę się smakować tak, by aż bolały zęby. Kończy się rok Smoka, ale machina raz uruchomiona powoli toczy się dalej. Każdemu życzę otwarcia, choć przecież nie w taki sposób.
Pstryk.
I wiele się zmienia i nie zmienia od smoczego roku przełomu. Dalej robię zdjęcia i nie rozstaję się z rowerem. Włóczę się coraz więcej i wiem, że nie ma nic złego w samotnej wędrówce. Dużo biegam, dopóki nie rozwalę kolana. Ale zdarzenia, miejsca i ludzie dalej przepływają, przynosząc fala za falą swoje myśli, dźwięki, widoki... To jest jak iść szlakiem przez góry. Bywa, że ktoś dołącza na dłużej.
Pstryk. Pstryk. Pstryk.
I zbieram w sobie te różne historie, które opowiadam czasami bez końca, aż sama siebie się wstydzę, że wylewają się ze mnie jak rzeka. Patrzę na siebie sprzed czterech lat i wiem, że nie wymyśliłabym tego, kim jestem dzisiaj. Co robię. Jak wiele rzeczy się splotło na ten mój nędzny sznurek, nić, którą łapię centymetr po centymetrze i która dokądś musi prowadzić. Ale jest dobrze. Jest dobrze, psiakrew, a kto powie, że nie... To go pstryk.
Pstryk.
I wiele zmienia się i nie zmienia, wtedy biegam dziennie po dziesięć kilometrów i nie rozstaję się z rowerem; jestem chuda, wściekła i głodna, i uwierzcie mi, dopiero się rozkręcam; od dłuższego już czasu szczotkuję swoje długie włosy i trenuję niezniszczalność. Trwa rok Smoka. S. mieszka wtedy wciąż trzysta kilometrów na północ i nie ma pojęcia, że niedługo wywróci sobie życie do góry nogami. Ja też nie wiem, że kolejnym krokiem będzie fantastyczna podróż pełna muzyki i światła, a dalej będzie już tylko lepiej. W końcu uważam, że bycie dorosłym jest o wiele przyjemniejsze, niż być od innych zależnym.
Pstryk.
Jesienią celująco zdobywam wykształcenie wyższe pełne i czuję, jak z życia odpływają mi ludzie i miejsca. Robią miejsce na nowych. Którzy przypływają i odpływają. Czasem gwałtownie. Czasem na zawsze. Czasem rzeczy naprawdę rozgrywają się jak w filmie: moje życie rozjeżdża wielka ciężarówka i wybija mnie z toru, po którym się poruszałam; wystrzelam w powietrze lekko jak odbita piłka. Spadam.
Pstryk.
I jeśli ktoś mógłby pomyśleć, że to czarna dziura, która niczego nie tworzy, to jednak było inaczej. W y o s t r z a m wszystkie zmysły jak brzytwy i otwieram się jak dziwaczny kwiat. Uczę się smakować tak, by aż bolały zęby. Kończy się rok Smoka, ale machina raz uruchomiona powoli toczy się dalej. Każdemu życzę otwarcia, choć przecież nie w taki sposób.
Pstryk.
I wiele się zmienia i nie zmienia od smoczego roku przełomu. Dalej robię zdjęcia i nie rozstaję się z rowerem. Włóczę się coraz więcej i wiem, że nie ma nic złego w samotnej wędrówce. Dużo biegam, dopóki nie rozwalę kolana. Ale zdarzenia, miejsca i ludzie dalej przepływają, przynosząc fala za falą swoje myśli, dźwięki, widoki... To jest jak iść szlakiem przez góry. Bywa, że ktoś dołącza na dłużej.
Pstryk. Pstryk. Pstryk.
I zbieram w sobie te różne historie, które opowiadam czasami bez końca, aż sama siebie się wstydzę, że wylewają się ze mnie jak rzeka. Patrzę na siebie sprzed czterech lat i wiem, że nie wymyśliłabym tego, kim jestem dzisiaj. Co robię. Jak wiele rzeczy się splotło na ten mój nędzny sznurek, nić, którą łapię centymetr po centymetrze i która dokądś musi prowadzić. Ale jest dobrze. Jest dobrze, psiakrew, a kto powie, że nie... To go pstryk.
poniedziałek, 28 marca 2016
She Comes To Me In Dreams
Kiedyś może się okazać, że ten cybernotatnik jest moim najcenniejszym dokumentem.
Wertując dzisiaj karty internetu zupełnie przez przypadek wpadłam (jak zderzenie w drzwiach) na zapiski czyjejś drogi. Momentami zbieżnej. Na przestrzeni lat rozciągniętej podobnie jak moja, moja tylko tkana z słów ciaśniej, gęściej. Ale wystarczyło. Kierunek jakby wspólny: u-po-rząd-kuj się. Zostaw rzeczy. Zostaw ludzi! Zarzuć plecak i wyrusz na wędrówkę w głąb i w przestrzeń.
O ja, chłopaku!
Kiedyś rozpoznałam Śnieżkę na zdjęciu jak starą znajomą i S. zapytał zniecierpliwiony, z niedowierzeniem:
- Naprawdę byłaś w tych wszystkich wioskach?
A byłam.
piątek, 18 marca 2016
The Stable Song
Są takie melodie, które przeszywają mnie na wylot. Jestem wtedy jak otwarte okno - przepuszczalna, świeża, chłodna. Są takie melodie, które drążą we mnie dziurę nie do załatania. Melodie jak tęsknoty. Melodie jak wołanie.
Wciąż się błąkam, zataczając coraz ciaśniejsze błędne kręgi.
Gdzie jest wyjście.
piątek, 1 stycznia 2016
O moim starym kocie
Czasem błyska mi przed oczami myśl, że śmierć jest sekretnym bohaterem tej opowieści. Która skrada się na sztywnych, chudych nogach.
To, że minęło ostatnie szesnaście lat, najlepiej widać po moim starym kocie.
Najpierw się rośnie, a na koniec znowu się maleje. Najpierw porusza się powoli, niepewnie i chwiejnie - a na koniec jest tak samo. Klamra.
Kaśka ma szesnaście i pół lat ludzkich, co na kocie liczy się: ponad sto.
W zeszłym roku przemówiła ludzkim głosem do pięcioletniego Nikodema, w tym roku, kiedy weszliśmy i niemal w progu zaczęliśmy łamać się opłatkiem, Kaśka zlazła ze swojego ciepłego miejsca przy grzejniku i stanęła pomiędzy moim ojcem a babcią, zadarła łeb i zaczęła miauczeć ochryple, bo śmiech i podniesione głosy zburzyły jedyny w jej mniemaniu słuszny, cichy porządek rzeczy. Przywoływała nas do porządku.
A potem położyła się na podłodze i przeciągnęła rozkosznie, domagając uwagi. Na starość żąda pieszczot; ona, która nigdy na nic się nie oglądała, teraz szuka naszej ręki i dotyku.
Później już milczała jak zaklęta.
Zawsze była z gatunku drobnych kotów, waga piórkowa, teraz jednak wychudła jeszcze silniej, jakby pozbywała się swojej ziemskiej powłoki. Jednak w zimie tego nie widać; Kaśka dobrze wygląda - melduje w smsie matka, bo kot nabrał jędrności i futra. Ale traci wzrok. Słyszy już pewnie też nie najlepiej, boi się więc gwałtownych dźwięków, ruchu, zamieszania - bodźców, których się nie spodziewa w swoim wytłumionym miękko świecie. Starzeje się z godnością, której powinniśmy się tylko od niej uczyć. Jakby braki zmysłów postanowiła ukryć pod płaszczykiem pozornego namysłu. Długo się przygląda. Siada i myśli. Jeśli wyrwiesz ją ze snu, jeszcze chwilę patrzy zupełnie nieprzytomna. Nie podejmuje pochopnych działań. Oszczędza energię. Pochłania czas.
Marznie mocniej niż kiedyś, szuka ciepłych miejsc. Ufnie cała z głową chowa się pod kocem, nie ma już sił na czujne warty. Możesz na niej usiąść, jeśli nie wiesz, że należy testować powierzchnie krzeseł i kanap na obecność kota. Nie chce, by ją podnosić. Nie zeskoczy już z wysokiej półki twoich rąk.
W pierwszy dzień świąt przestraszyłam się jej kolosalnie poszerzonych źrenic. P. nacisnął delikatnie palcami jej powieki; każdemu zabiegowi poddaje się już łagodnie, bo jak miałaby się bronić. Parę dni później wiadomość od matki: kot poszedł za babcią do kościoła. Mam momentalnie przed oczami taką scenę. Kościół świątecznie wypełniony ludźmi i mój kot. Wchodzi, bo czemu nie. Kotu się nie zabrania. Babcia udaje, że jej nie zna, wśród ciżby szept i poruszenie, tylko moja babcia nader pobożnie wbija oczy w ołtarz. Jakaś kobieta wynosi Kaśkę z kościoła, koniec występu. Dobrze, że nie postanowiła się ułożyć w żłobie.
Nie wiem, którędy chodzi, jakie są jej ścieżki. Pewnie krótsze niż kiedyś. Szesnaście lat radziła sobie doskonale. Ale teraz jest taka krucha jak opłatek. Boję się, o wszystko, ale nie mam żadnej nad nią władzy. Tę myśl obracam w głowie bez końca, jak odpowiedź na wszystkie moje troski.
O sobie myślę, że szesnaście lat nic we mnie nie zmieniło, jakby nie dotyczyło mnie moje odbicie w lustrze. Jakbym nie urosła ani o centymetr wzdłuż i w poprzek. Ale po niej widać wszystko jak na dłoni. Ona zdążyła już przejść większość swojej drogi. Często myślę o tych, których przeżyła. Którzy odeszli, a ona została. Mały kot, dwa kilogramy. W święta obudziłam się w swoim starym pokoju i mój wzrok padł na wielką, starą jukę. Matka zabrała ją z mieszkania dziadków po ich śmierci. Juka ma pewnie ze dwadzieścia lat. Może trzydzieści. Może czterdzieści? Ona żyje. Ona przetrwała. A tak wielu odpadło już z wyścigu.
Myślę o nich, jakbym zostawiała ich po drodze, jakby przysiedli przy ścieżce, by odpocząć, nic wielkiego, posiedzę moment, muszę odetchnąć, idź, nie czekaj na mnie, a ja ruszyłam dalej w grupie, która jeszcze mi towarzyszy. Idziemy dalej. Mamy iść. Krok za krokiem. Czy można się buntować?
niedziela, 20 września 2015
Pytają państwo, co to jest miłość
To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór jedziesz do oddalonej o czterdzieści minut drogi knajpy, żeby oglądać, jak inni ludzie jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.
To jest miłość, która nie rdzewieje.
Albo:
Co to jest miłość, pytają państwo. To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór porzucasz swój wygodny pokój i idziesz do knajpy, żeby siedzieć obok twojej dziewczyny, która wytrzeszcza oczy, kwiczy cichutko i podskakuje na tyłku z podniecenia, kiedy ogląda, jak inni ludzie, nie ona, jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.
I dzięki tej miłości nawet nie nudzisz się aż tak bardzo.
***
Mimo tego, że pewna strefa życia wali mi się w gruzy (nie miłość, na szczęście), wraz z nadejściem września coraz silniej czuję się jak w domu. Ktoś gdzieś napisał, że odchodzi od nas poczucie, że ciągle musimy gdzieś być, bo dzień jest długi, jest lato i nawet w wieku trzydziestu lat, na etacie, możemy mieć przecież wakacje. A teraz już nie, wracamy do równowagi i nie musimy udawać, że wciąż wypada nam nosić szorty, i tak dalej. Jesienią szare ptaki jak ja dobrze się prezentują na tle barwnych liści. Wczoraj rano wyjrzałam przez okno i odetchnęłam z ulgą, że pada. Że mogę siedzieć pół dnia przy biurku i jest szansa, że nie umrę na wyrzuty sumienia.
O niczym innym nie marzę, jak zwolnić. Zwolnić. Zwolnić.
Zwolnić.
czwartek, 20 sierpnia 2015
1000 Oceans
A wiesz - mówi S. - Śniło mi się parę dni temu, że na moim palcu siedział taki malutki ptaszek. - Śmieje się S. - Taki malutki, o! Tak mnie obejmował pazurkami!
Taka wróżba.
Taka wróżba.
piątek, 10 lipca 2015
Believe
Zachłannie pracuję łyżeczką w miseczce lodów orzechowych. Ice dream przed snem, który mnie nieuchronnie czeka: znieczulenie jeszcze działa, ale niedługo "zasnąć" to będzie jedyny plan ucieczki. R o z k o s z u j ę się tym stanem nie-bólu, i robię to na odwrót, bo ta czynność jest charakterystyczna dla czasów post-bólu, a nie pre-bólu. Kiedy w końcu ból ustąpi, wtedy dociera do ciebie, jak bardzo byłeś szczęśliwy, kiedy on nie nadszedł. Mój ból nie nadszedł jeszcze, a ja już celebruję moment, kiedy on ustapi: zaklinam czas.
Więc czekam cierpliwie na uderzenie i ćwiczę uważność. Na dziś trening zaliczony. Na ścianie odznaczam krzyżykami dni z jogą i bez bólu. Sami odznaczajcie. W poniedziałek ból przygniótł mnie do ziemi tak, że nie miałam siły krzyczeć. Bez awantur: zwyczajny ból, powszedni. Spodziewam się go w określonym czasie. Tylko jego siła jest niezwyczajna: moc, która gnie kolana i szyję. Kładę blady, mokry łeb na biurku, dyszę.
Po połknięciu garści drażetek ból mi odpuszcza. I uderza mnie świetlista, ostra myśl: Boże, jak dobrze. Jak fantastycznie. Znakomicie. Kapitalnie. Wybornie. Świetnie: nie boli. Po prostu nie boli i nic więcej. Mogę wstać, ba, więcej: mogę siedzieć. Mogę napić się wystygłej kawy, przełknąć cokolwiek. Mogę. Mogę. Mogę wszystko!
Czubkiem języka badam szorstki szew na krawędzi rany. Pamiętacie? Rok temu, trochę dłużej, zrobiłam to samo. Aż trudno w to uwierzyć, j a k minął ten rok. Kiedy. Tyle rzeczy. Jakoś utknął we mnie jeden obraz z lipca: ja, w upale, w zachodzącym na czerwono słońcu, na zboczu góry, ciemnozielona ścieżka, straszliwe zmęczenie i poczucie absolutnie spełnionego marzenia.
Ból wrócił, dobry wieczór, rozgość się, spodziewałam się ciebie.
Ćwiczmy uważność. Nawet kiedy siedzę na macie, rozglądam się na boki, węszę, zagapiam się i drapię. Jedna z wielu rzeczy, których absolutnie nie potrafię, to najprostszy relaks. Buzuje we mnie nieustannie jak w przykrytym garnku, ale cieszę się: jestem.
Jestem. Przymykam oczy. Wystawiam nos do słońca. Jestem. Jestem. Nic więcej. Aż tyle.
czwartek, 14 maja 2015
Ship to Wreck
Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy ty powiesz: "Wyjeżdżam."
Będziesz patrzył na mnie uważnie pociemniałymi oczami. Podskoczę pewnie i zaszczebiotam: "Do Radomia?", jak zawsze ucieszona, zachwycona tym nigdy nie tracącym uroku żartem, choć czuła będę, że nie, bo lód podejdzie mi do serca.
Więc ty powoli pokręcisz głową, a mury świata zawalą się z hukiem w asfaltowych obłokach tłustego pyłu.
Spytam jeszcze resztką sił, ostatkiem tchu, czy mogę jechać z tobą, ale ty zaprzeczysz ponownie. A moje serce stanie.
***
Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi.
Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi, choć nie przemierzam z plecakiem północnej Hiszpanii, choć nie podróżuję stopem przez szwajcarskie Alpy, chociaż nigdy nie byłam dalej niż przedmieścia Paryża. Jesteśmy ludźmi drogi, bo jesteśmy w drodze, bo taki jest stan umysłu.
Jesteśmy ludźmi drogi z wiecznie spakowanym plecakiem, bez adresu, bez domu, bez mienia. Jakby jedyny dom, jaki mam, to wielki plecak; za każdym razem, kiedy wspinając się na palce wyciągam go z szafy, czuję, że rozszerza mi się ciasna klatka żeber, że mogę wziąć oddech.
Wiem, że gdzieś już jest wyznaczony dzień, kiedy ptak mojego serca ucieknie z ciasnej klatki żeber. Wyfrunie ze mnie jaskółka serca i poleci za tobą, usiądzie ci na ramieniu i nigdy już do mnie nie wróci. Będę człowiekiem bez serca, bo pozwolę sercu odejść z tobą, oddam moje serce tobie, a ty poniesiesz je w kieszeni bluzy w świat szerszy niż pole widzenia.
Nie będę miała serca, bo pozwolę, żebyś zaniósł je innej kobiecie, serce ze wstążeczką na kruchutkiej szyi, z drżącym od najmniejszego ruchu pierzem.
A ja rozkruszę się w szary popiół i wiatr mnie rozniesie. Bez serca stracę wagę i wilgotność; zostanie ze mnie sama skórka, suchy wiórek, lżejszy od powietrza. Będę mówić: "Mnie nie ma", a przyjaciele będą zaglądać w puste oczy i błagać: "Wróć do nas, O. Gdzie jesteś, O.? Wróć do nas, nie odchodź".
A ja będę odpowiadać: "Mnie nie ma" i pogrążona w miękkiej ciszy będę przemykać pod ścianami, blisko cienia.
Ale jesteśmy przecież ludźmi drogi, a to oznacza: wiecznie spakowany plecak, bez adresu, bez domu, bez mienia. Droga mnie ukoi, przytuli i poniesie; bez serca to będzie słodki ciężar, nie więcej niż dwadzieścia jeden gramów plus skórzane buty, plus waga górskiego roweru, plus kilkudziesięciolitrowy plecak i trekkingowe kije, skrzyżowane na plecaku jak wiedźmińskie miecze.
***
Chciałabym iść wstecz, by odsuwać się od tego piekielnego dnia, ale rzeka płynie zawsze tylko w jedną stronę.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Porady #1
Podaję państwu niezawodny sposób, jak nie biegać:
wystarczy zapisać się na bieg, a potem nie biegać, żeby nie przeziębić się przed biegiem.
Po biegu wymyślę kolejny sprytny sposób.
Ale pedałuję z mozołem na starym dobrym druhu i myślę sobie, że biegaczem pozostaje się w sercu na zawsze, tak jak na zawsze w sercu jestem singlem, i bujam się na siodle wesoło czując dumę, że wiem, jak rozłożyć tempo, by po marnym górskim sezonie przebiec półmaraton bez przygotowania. Tęsknię!
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
Sigh no more
Mam ciągle sny, że wojna podchodzi mi pod próg drzwi jak powódź.
Czytam ciągle, zachłannie, zwijam się nad płachtą gazety i w pewnym momencie widzę: "Mam za mało do stracenia, żeby się bać."
Proste? Proste.
***
Mam na imię Strach.
Ale wokół mnie jest więcej siły, niż mi się wydaje.
Wchodzę, witam się, ale P. od razu mówi: "Widziałaś ją? Coś z okiem." Więc wracam, bo minęłam się z nią w drzwiach, wyglądam przez szybę werandy: siedzi na progu, nastroszony kłębek, biała na czarnym. Śnieg już zaczyna sypać. Kiedy uchylam drzwi, wiatr wpycha do środka swój lodowaty łeb; miauczy zrzędliwie, ale cicho, kiedy delikatnie łapię ją pod pachami i unoszę na wysokość swojej twarzy. Zaskoczona, zapomina zamknąć prawe oko, jak potem będzie już je mrużyć, kiedy przysunę twarz do jej pochylonej głowy. Zielone oko pełne krwi.
Naciskam palcami miękkie miejsce wokół kości kolana. Badam ciekawie anatomię tępego bólu, który zagnieździł się w rozgrzanej i spuchniętej skórze. Całym ciężarem ciała wbiłam nieszczęsne kolano w sosnowy parkiet, pechowo posiadając kolano słabsze od miękkiego drewna. Najpierw wściekłość i wrzask, tupałam ranioną nogą, jakby krwiaka można było tym ruchem zrzucić na ziemię i z głowy. Ale potem straciłam oddech, wyobrażając sobie, że sześćdziesiąt kilogramów łupie o drewno ścianką kruchutkiej czaszki.
Noszę więc to krwiakowe kolano z przyjemnością jak order. Z wdzięcznością myślę o nim, że ono to przecież nie zęby. Ból jest cichy i łagodny jak kocie futro. Wczoraj dotykam jej ledwo czubkami palców; pochyla głowę zaciskając powieki tak, że mam jej malutkie czoło tuż pod brodą. Przyglądam się poszarpanemu uchu, długie minuty spędzając na ustaleniu, czy to płatek śniegu, czy lśniąca dziurka na wylot w płatku kociego ucha. Uwierzcie mi, dalej nie wiem. Jest taka maleńka, jak kocię; podnosi malutką stópkę i powoli, z wysiłkiem myje mikroskopijne paluszki. Porusza się powoli. Wieczorem będę oglądać jej zdjęcia sprzed miesięcy: jakby nosiła na nich głowę wyżej. Jakby postarzała się wczoraj o lata. Jest zdezorientowana, mówi P., pewnie nie widzi do końca wszystkiego. Pozwala się głaskać, mruczy chrapliwie, bo teraz ma taki głos. Kładzie się przy stole na krześle i starannie zwija; będzie się co kwadrans przekładać na drugi bok, zaspana i nieprzytomna, rozgrzana, chyba bolą ją stawy. Krzesło jest przysunięte do stołu, jakby uczestniczyła w rozmowie. Nachylam się nad nią: ciepło, zapach czystego kota, czysty kot pachnie ciepło jak pościel.
Zanim zadzwoni budzik, stoję we śnie na szczycie wzniesienia wśród biegających w pośpiechu ludzi, bo wojna płynie w tę stronę nieuchronnie jak fala przypływu, podnosi się poziom wojny kilometr po kilometrze. W tym śnie E. krzyczy w słuchawce telefonu, że skryła się w Zubrzycy Górnej, że tam wojna nie podejdzie, wstrzymana muskularnymi ramionami gór. W tym śnie wiem, co mam robić, ktoś silny mi towarzyszy, nie boję się tak, jak sobie to wyobrażałam: chwilę wcześniej trzymałam za włosy odciętą, rzucającą wciąż jeszcze przekleństwa głowę wroga jak węża i bez litości wcisnęłam ją pod własną kanapę; jak zdetonujecie bombę, mówię do niej, zginiemy wszyscy, ty też.
"Oglądałaś telewizję?", trafnie zgaduje S., kiedy wstukuję mu krótkie, urywane, chrapliwe smsy. To z niej płynie lęk jak jednokierunkową ulicą, dlaczego, do diabła, nie ma drugiego pasa ruchu, niech wraca, skąd przyszedł. Ciągle o niej myślę, od lata, od histerycznego dźwięku syreny w zapadającym zmroku Duszników Zdroju. Co zrobię, jeśli przyjdzie. Kiedy przyjdzie. Patrzę na A. w wysokiej ciąży, jak z wdziękiem, lekko porusza się, podnosi z krzesła. Nie wstawaj, A., krzyczymy wszyscy, nie wstawaj, to my podejdziemy do ciebie, ale A. nigdy nie czeka, jakby wypełniały ją chyba bąbelki.
Myślę o tym, jak ja mogę się bać, kiedy nie mam nic do stracenia. Mam miłość, ale moja miłość nie zna lęku. S. się nie boi niczego. Jeśli mam mieć zadanie, moim zadaniem jest: wychować się na człowieka bez lęku. Tak, mam dwadzieścia siedem lat, ale nie jest na to za późno, byleby nie zwlekać. Jeśli ona tu przyjdzie, jeśli będziemy brodzić w jej lodowatej kałuży i chłód przesiąknie przez buty, trzeba wyćwiczyć się w braku lęku. Jeśli mijają najszczęśliwsze dni mojego życia, muszę je w siebie złapać; wygrzewać się w ich blasku jak w słońcu, nie przegapić. Szczęście to funkcja umysłu, wie o tym U.; obudź się rano i pomyśl: dziękuję.
Widziałam wczoraj niezwykłe zjawisko: moja droga prowadziła wprost w ścianę czarnych chmur, w które patrzyłam pewnie i z ciekawością, nagle wysoko w górze dostrzegłam ruch - mnóstwo ogromnych śniegowych płatków wirujących w masach powietrza, unoszący się nad ziemią biały, ruchliwy tuman, który przepłynął nad moją głową, nie dotykając ziemi, wyraźny, potężny i niesamowity, i przewiany wiatrem pognał daleko poza granice widzenia.
czwartek, 6 listopada 2014
Beware the Wolf
A potem pomyślałam sobie mściwie, że może ktoś inny wpatruje się (wpatrywał się, będzie wpatrywał się) ze związanym na węzeł gordyjski żołądkiem w mój wizerunek i może komuś innemu na mój widok drżą z przerażenia rzęsy.
Mściwie to pomyślałam.
Mściwie.
Mściwie to pomyślałam.
Mściwie.
poniedziałek, 8 września 2014
November Rain
Jesień przyjdzie w tym roku dużo wcześniej, nie tylko ja to czuję.
Może już jest.
W Lasku sypie się na moją głowę żółty popiół spalonych latem liści. Oddech.
I widzę już niemal bure i słomiane połacie cichego, zimnego, smutnego listopada.
Oddech.
Może już jest.
W Lasku sypie się na moją głowę żółty popiół spalonych latem liści. Oddech.
I widzę już niemal bure i słomiane połacie cichego, zimnego, smutnego listopada.
Oddech.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Give me to a rambling man
Obudziłam się dziś rano skostniała na lód. Ciemno w Krakowie i wrzesień na ramionach. Na łóżku rozkopane swetry. Rozwieszając wypraną pasiasto-marynarską koszulkę pomyślałam, jak krótko trwało lato. To lato, a może lato tutaj jest zawsze takie krótkie, tylko dopiero dziś, dzisiaj to zrozumiałam. Koszulka dopiero niedawno wyjęta z ukrycia, gdzie zimowała pośród białych kłębków, po wyschnięciu prania pewnie troskliwie zwinięta zejdzie znów pod ziemię, mała, wiotka persefona. Już przyszedł na nią czas. Odniosłam miskę, w kuchni zalałam wrzątkiem herbatę z głogu. Już przyszedł na nią czas. Przywiozłam kieszenie pełne opowieści. Teraz próbuję sobie przypomnieć, kiedy - w ciągu ostatniej ponadtygodniowej włóczęgi - pierwszy raz pomyślałam o jesieni. Może na Borowej. Może na Husyckich Skałach. A może na Ślęży.
środa, 6 sierpnia 2014
I Followed Fires
20 lipca
Zanim dojadę do Krakowa, ten zeszyt rozpuści się od potu.
Wczorajszy zachód słońca był taki, o jakim marzyłam od lat.
Krwistoczerwona kula nad szeroko rozlanymi górami. Daleko widać. Ludzie szumieli nad ogniskiem, bardzo zadowoleni, ustawiali się w rzędzie, by fotografować słońce. Rozkosz. Oddałam Czechom klucz do pokoju, więc chodziłam tylko wokół schroniska, bez aparatu, ale chyba i tak nie dałby rady zrobić zdjęcia tego cudu. Rano wyszłam na Śnieżnik, godzinę spóźniona, przez co cały dzień ścigałam się z zegarkiem. Ze zmęczenia nie robiłam zdjęć.
Ale wyszłam na ten Śnieżnik, a im wyżej unosiłam się nad linię drzew, tym szerzej otwierało się niebo przede mną i tym bardziej rosło serce we mnie. I wiatr mnie dorwał jeszcze. Szłam prawie w samych majtkach, i wiatr głaskał mnie po udach, czułam go całą drżącą skórą, i narastało we mnie podniecenie. Chciałam objąć tymi chłodnymi udami szczupłe biodra wiatru.
Potem jeszcze samolot kołujący nade mną, lecący wprost na mnie stojącą dumnie po kolana w miękkiej gąbce mchu, obnażoną i jasną i pewną.
Wtedy już wiedziałam o rozsianych na przestrzeni kilkunastu kilometrów trupach, oznaczanych flagami, tu okruch, tu okruch, tu okruch.
Zdziwieni nocujący na Śnieżniku mężczyźni, w długich spodniach i bluzach, patrzyli na mnie ze zdumieniem, kiedy pozdrowiłam ich, mijając. A potem biegłam już przez dwanaście godzin, walcząc z czasem i opętańczym pragnieniem, piłam na klęczkach wodę ze stu strumieni i powłóczyłam kijami po krzakach jagód. Borowina jako symbol życia na wielkanocnym stole. Z westchnieniem dotarłam do miłego widoku schroniska.
Pamiętam jeszcze, jak spałam rozciągnięta rozkosznie na nagrzanym brzuchu góry, jak przesiany przez gałęzie złoty piasek pieścił mi policzki, jak czule otaczały mnie kurtyny jagodowych krzaków.
To jest właśnie jakiś archetyp wolności - tak iść i iść i iść po wąskiej wstążeczce szlaku nad trawiastym urwiskiem, wybijając zgodny rytm serca i kijów, kojący i hipnotyzujący jak dźwięk fletu zaklinacza węży.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Święto wiosny
Znowu to samo - szybkie spojrzenie na asfalt, a tam karnawał: girlandy jelit, balony pęcherzy, frenetyczna fiesta niezamaskowanej makabry.
Ale nie o tym chciałam pisać.
***
Postanowiłam zakochać się na wiosnę. Z braku innych dostępnych opcji w grę weszła miłość platoniczna, czyli etymologicznie czysta, wzniosła i duchowa. Mój duch jest tak samo sprośny jak ciało, dlatego nawet na cmentarzu - kiedy siedziałam na rozgrzanym nagrobku, pilnując, by mdły płomyk rozpalił się na dobre - duch oddawał się bezecnym fantazjom. Ale grób to jakby łóżko i stół jednocześnie, powierzchnia płaska kusząca niesamowicie, by na niej usiąść, położyć się lub postawić szklankę, grób to jest idealny mebel darowany człowiekowi na resztę wiecznego życia.
A więc postanowiłam się zakochać celowo w przypadkowym mężczyźnie ze świadomością bez-wzajemności, żeby jedynie móc czerpać z tego soczystego, niewinnego zakochania obiektywne profity. Włóczyłam się po tym spleśniałym mieście jak błędna, podnosząc twarz do słońca niczym dziwny, ciemnoszary kwiat z białym wnętrzem na chudej łodyżce szyi. Bo spójrzcie: od zakochania skóra lśni satynowo, a zielone oczy nabierają takiego blasku, że kto spojrzy w nie z bliska, natychmiast straci głowę i umrze. Tak myślę. Zakochany człowiek chodzi tu i tam i ciągle się uśmiecha, zawieszając wzrok gdzieś na środkowej belce horyzontu.
A więc włóczyłam się po tym mieście tak strasznie sharatanym, jakby przetoczyło się po nim stado pędzących czerwonych Bizonów. (Za każdym razem, kiedy widzę taki pojazd nie w naturalnym środowisku słonecznego łanu, tylko kroczący powoli asfaltową drogą, nie mogę oprzeć się fantazji o spazmatycznym wpleceniu się w jego najeżone zęby.) Mieszkańcy tego miasta chyba niedługo opiszą mnie w swojej powiatowej gazecie: czarna legenda podawana z ust do ust o bladej dziewczynie, pojawiającej się ni stąd ni zowąd na okolicznych łąkach ze starym Zenitem TTL w dłoni i dzwoniącej zębami. Z zimna zazwyczaj, chociaż wczoraj wyjątkowo słońce nacierało mnie kojąco i przymykałam szczęśliwe powieki. Słońce to bóg jedyny w jednej jedynej osobie. Najczarniejszego poranka mojego życia (jak dotąd, nie wyzywam losu) to słońce też kładło mi się na twarzy i mówiło: ty żyj, chociaż on umarł, i słońce masowało mi oczy, które pod pokrywami powiek gotowały się z bólu jak krwawy gulasz.
A więc brodziłam po chrupiącej, wysuszonej łące jak kot, wysoko unosząc łapy i mrucząc zadowolona, bo wszystko było takie dobre, takie piękne i jasne, że specjalnie spowalniałam każdy swój ruch, żeby dłużej móc łasić się do słońca i do drzew. W sercu swoim ściśniętym jak ciasno zwinięty pączek kwiatu - czy wy też nie mogliście nigdy oprzeć się pokusie odzierania żywcem ze skóry pączków polnego maku, by z zielonych łupin ukazało się, niespodzianka, czerwone lub różowe, świeżonarodzone, wilgotne wnętrze? - w sercu swoim skurczonym od lat niosłam maleńkie ziarenko beztroskiej tęsknoty, którą wyrachowanie postanowiłam hodować sobie na jednoczesną boleść i pociechę. Miłości nie widziano w tym mieście już od tysiąca lat.
Ale jeśli czujecie się na umyśle zdrowi i stabilni, nie polecam planować nieodwzajemnionego zakochania jak wakacji w sierpniu. Na taką ekstrawagancję mogą pozwalać sobie jedynie takie kompletne świry jak ja, jednostki odklejone od rzeczywistości już tak dawno, że nawet moja matka nie pamięta, kiedy wymknęłam się przytomności i z kwikiem popadłam w bezdenną przepaść wariactwa. Do mnie już wszyscy się przyzwyczaili i po mnie spodziewają się wszystkiego. Ale jeżeli wasze głowy nie rozklejają się na suche warstwy jak zużyta książka, kochajcie się rozsądnie i statecznie, z wzajemnością i z gwarancją na co najmniej cztery lata. Tak już jest, wzdycham z udawanym zrezygnowaniem, że z szaleństwem nie każdemu jest do twarzy.
Ale kochajcie się.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Not young, not beautiful
Gdyby tę twarz dało się zedrzeć jednym ruchem jak plaster. Szlag.
Okropnie mi doskwiera fakt bycia BB. Bystrą brzydulą. I nawet pisząc to na prywatnym swoim blogu publicznym, aż skręca mnie w środku na takie wyznanie. Słyszę: lubię inteligentne kobiety. Słyszę: podoba mi się Twój mózg. Słyszę: uwielbiam Twój dowcip, chce się z Tobą rozmawiać. Słyszę nawet: uwielbiam Cię czytać! A gołąb w mojej piersi wyje, że nikt nie mówi, że jestem chociażby ładna. Na litość, na skórę świętego Bartłomieja i tasak wbity w łeb świętego Judy, pragnę zachwytu!
Wstyd mi piekielnie, kiedy myślę z rozpaczą, że oddałabym resztki swojego rozsądku za chociażby jakiś ochłap urody. Gdybym była piękna, moje życie byłoby po stokroć łatwiejsze. Dziś pewnie miałabym już męża. Jestem z tych żałosnych typów, które zyskują po bliższym poznaniu, które to powiedzonko oznacza dokładnie, że jest się paskudnym jak mops.
Ale porzućmy to babranie się w gównie, chciałam napisać, że spotkałam wczoraj mężczyznę swojego życia. U dentysty. Znaczy on był tym dentystą. Spóźniłam się piętnaście minut, bo na Moście Dębnickim poniewierał się rozbity samochód (granatowy, przez co spędzam bezowocne minuty na poszukiwanie jakichkolwiek informacji, czy to nie ten stary pijak, z którym sypiałam, roztrzaskał się na oczach spacerującej po bulwarach publiczności jak fajerwerk). No i wypełniając jakiś podejrzany świstek, który gwarantował zrzucenie odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia na mnie, usłyszałam, jak recepcjonistka mówi: "To ta pani na siedemnastą" i odruchowo mruknęłam zachęcające "No." i wtedy zobaczyłam archanioła w kitlu. Taki bardzo w moim typie, tak skończenie bardzo, ale cóż z tego, bo kiedy zostaliśmy sami, on spojrzał na mnie figlarnie i spytał: "Co panią do mnie sprowadza?", a ja, uziemiona na tym upokarzającym fotelu w pozycji półleżącej musiałam mu wyznać, chociaż wszystko krzyczało we mnie "Nie rób tego! Nieeee!", ale nie mogłam postąpić inaczej, musiałam mu powiedzieć prawdę: "Mam czarny ząb."
I to właśnie była ta chwila, kiedy szansę na romans chuj strzelił, a ja razem z tym pomarańczowym fotelem zawaliłam się pod ziemię z rozpaczy.
Potem jeszcze napawałam się tą chwilą, kiedy nachylał się nade mną i wpychał mi palce do ust, co było na pewno sytuacją graniczącą z erotyzmem, ale nawet ta bliskość już nie miała znaczenia, bo przecież już wszystko przepadło, wszystko już nie miało znaczenia i moje biedne słabe serce rozpadło się na setki drobnych szlochających części, i nie miało już znaczenia, że on dodał: "Ta druga ósemka też czarna", i coś tam jeszcze gadał o próchnicy, i nawet jeżeli czeka nas jeszcze wiele, wiele spotkań i szans na fizyczny kontakt w zaciszności sterylnego gabinetu, to myśli moje i tak już potoczyły się tą obrzydliwą koleiną smutku i bezradności wobec nieprzystojności istnienia.
Gorzej by było tylko wówczas, gdyby to był ginekolog. Szlag.
Nie dość, że mam brzydkie zewnętrze, to jeszcze wnętrze mojej jamy gębowej mogłoby zrobić wrażenie tylko na osobie niewidomej, a w dodatku tego dnia poparzyłam swój szorstki koci język hipsterską kawą ze słynną syrenką na kubeczku, co już było tylko zupełnie mainstreamową wisienką na torcie i dopełniło dzieła zniszczenia. U dentystów nie mam szans najmniejszych.
A potem włóczyłam się po Rynku i kwitnących Plantach z kolejną kawą w łapce i obserwowałam toczącą się we mnie psychomachię: żywiołowy entuzjazm wywołany, było nie było, kontaktem z ideałem, i szaleńcze podniecenie toczyły walkę na śmierć i życie ze śmiertelną rozpaczą wywołaną faktem, że nie mogę się powstrzymać przed patrzeniem każdemu mężczyźnie na dłonie i wróżeniem sobie z obrączek, czy jest jeszcze dla mnie jakaś szansa.
A potem siedziałam z U. w jednej z popularnych piwiarni i ze smakiem chlejąc słodkie piwa debatowałam o szczęściu, że ono w gruncie rzeczy jest obecne i że je odczuwam zwłaszcza w chwilach takich jak ta, kiedy jechałam autobusem tuląc do siebie wymarzoną kurtkę za pół koła i słońce głaskało mnie po głowie przez szybę, a wnętrze autobusu wypełniał rozdzierający krzyk wielkiego chłopaka na wózku, wykręconego porażeniem (przerażeniem), i ja (sparaliżowana) myślą, jaką jestem szczęściarą, tuląc tę kurtkę, kupioną za własnoręcznie zarobione pieniądze na początku mojego dorosłego samodzielnego życia, kurtkę, która nie tylko jest obietnicą cudownych wypraw na szlaki, ale też symbolem, symbolem i dowodem na poruszanie się w górnej warstwie osadów społeczeństwa, tych szczęściarzy, który mają pracę, nie mają długów i śpią w łóżku.
A potem, dokładnie z wybiciem północy, płynęłam onirycznie Starowiślną, zakapturzona jak Gandalf, mijając miękkimi ruchami rozwrzeszczane grupy śmierdzące przetrawionym alkoholem, płynęłam samotna, jak przez busz naszpikowany dzikimi zwierzętami, czujna i gotowa do samoobrony, zdana tylko na siebie w tłumie szturmującym przejście dla pieszych pod Pocztą Główną, samotna i maleńka jak okruch przyklejony do szyby nocnego autobusu, bezbronna jak pyłek.
Moi chłopcy się żenią, a słońce wciąż wstaje każdego dnia jak gdyby nigdy nic.
PS. Jestem tak wrażliwa na męską urodę i obecność ostatnio, że wkleję tutaj ten teledysk tylko dlatego, że mnie podnieca:
czwartek, 3 kwietnia 2014
6 weeks under
Jeśli znajdziecie bardziej żałosnego człowieka niż ja, ufunduję wam Nobla z dziedziny socjologii. Na przykład dziś. Siedzę przy biurku i kompulsywnie zżeram w dwadzieścia sekund tabliczkę czekolady Milka, opętana obłędnym strachem wynikającym z faktu, jak straszliwie, jak ze wszechmiar jestem gruba, jak rozpustna i leniwa i lubieżna, jak najpiekielniejsza z dziwek. Najgrubszy człowiek na świecie ever, w kategorii do pięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Potem dławię się nieomal na śmierć tłustym ciastem upieczonym li i wyłącznie z tłuszczów trans, czytając z przerażeniem w oczach relację z maratonu w Barcelonie i krztusząc się jeszcze okruchami, w panice wybiegam na trening i oczywiście zgodnie ze wszystkimi prawami fizyki tuż za rogiem bloku łapie mnie kolka.
Więc biegnę ciężko z tą kolką w brzuchu, myśląc histerycznie, jak straszliwie jestem grzeszna, jak to całą zimę nużałam się w najgroźniejszych odmianach skończonej rozpusty, biorąc do ust rzeczy, które nie śniły się ani fizjologom, ani reżyserom najwykwintniejszego hard porno, biegnę i biczuję się w myślach po gołym, obmierzłym dupsku za wszystkie przewinienia. Wyobrażam sobie siebie na starcie tego piekła, stojącą pośród tych wszystkich pracowitych, zdyscyplinowanych, szczupłych jak dzikie zwierzęta ludzi, wyobrażam sobie, jak wszyscy patrząc na mnie widzą tylko ruchomy stos taniego smalcu i wypisane na moim ciele wszystkie te złe rzeczy, których się podejmowałam, byleby tylko nie ćwiczyć.
Więc człapię z tym skręconym z przerażenia jelitem i kapiącym ze mnie potem i myślę, że byłabym gotowa wpełznąć do kościoła na kolanach i łokciach, chociaż ostatnie, w co wierzę, to bóg, a nie, przepraszam - ostatnie w co wierzę, to ja sama, ale bóg też jest nie więcej godny szacunku, ale byłabym gotowa wczołgać się do pierwszego z brzegu kościoła i ucapić się nogi ołtarza i walić w niego łbem wyjąc, żeby bóg zmył ze mnie ten tłuszcz grzechu i uczynił mnie dziewiczą i świętą jak Scott Jurek, wyznawca weganizmu. Ale bóg musiałby być szalony, żeby słuchać jęków takich parszywych grzeszników jak ja, więc biegnę dalej.
Biegnę dalej, charcząc, bo czuję, że rozczuliłam się już ze strachu na tyle silnie, że płacz chwyta mnie za gardło żelaznym skurczem i duszę się, chwytając powietrze jak ryba na piasku. Ale biegnę, żeby bujającym ruchem kolan utulić się, ukołysać i uspokoić, bo przecież na lęki najlepszy jest sport, chociaż chyba nie tym razem, bo pyszczek wykrzywia mi się w podkówkę jak maleńkiej małpce, ale przyspieszam, żeby się otrząsnąć, i zadzieram głowę do góry, bo akurat droga moja wiedzie poprzez szpaler obsypanych kwiatami krzewów i chwilowo odwracają one moją uwagę. Cierpienie duchowe nie mija, tylko wytłumia się jak dźwięk w kartonowym kubeczku, a ja rozglądam się na boki biegnąc, jakbym nie brała w tym udziału, jakbym sama na sobie jechała niczym na zgarbionym ośle.
Zaczyna się podbieg, co paradoksalnie zawsze oznacza dla mnie miłą odmianę, i chwilowo zapominam, że mam tak galopującą nerwicę lękową, że czasami nieomal nie potrafię wyjść z domu, że kiedy wybieram jazdę do pracy autobusem, a nie rowerem, to zawsze wyobrażam sobie, że pewnie tego dnia roztrzaskałabym się z tym rowerem na drodze, ale uchroniła mnie od tego dobra decyzja. I wtedy przypominam sobie, że mój chłopak roztrzaskał się na drodze jadąc do pracy o godzinie siódmej pięćdziesiąt, która to godzina jest godziną mojego urodzenia, a jego była ostatnią, i już łzy ciekną mi po brodzie razem z potem i przygniata mnie do ziemi czarny głaz rozpaczy. Ale biegnę.
Zataczając pętlę docieram z powrotem do pachnących oszałamiająco krzewów, tarniny, zdaje się, albo przynajmniej tak to sobie wyobrażam, i piękno tego obłędnego zapachu rozkłada mnie na łopatki. Wciskam pięść w mokrej rękawiczce do ust i zagryzam, bo życie jest takie piękne ogólnie, ale moje życie jest takie brzydkie partykularnie, takie tragicznie smutne i przerażające, takie samotne. I przebiegam truchtem przez zebrę, oddalając się od tamtej myśli, jakby każdy pas był kolejnym stopniem wtajemniczenia.
Zawsze kończę trening, biegnąc prosto naprzeciw oświetlonym oknom mojego mieszkania
Subskrybuj:
Posty (Atom)














