Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Sigh no more

Mam ciągle sny, że wojna podchodzi mi pod próg drzwi jak powódź.


Czytam ciągle, zachłannie, zwijam się nad płachtą gazety i w pewnym momencie widzę: "Mam za mało do stracenia, żeby się bać."


Proste? Proste.


***

Mam na imię Strach.
Ale wokół mnie jest więcej siły, niż mi się wydaje.

Wchodzę, witam się, ale P. od razu mówi: "Widziałaś ją? Coś z okiem." Więc wracam, bo minęłam się z nią w drzwiach, wyglądam przez szybę werandy: siedzi na progu, nastroszony kłębek, biała na czarnym. Śnieg już zaczyna sypać. Kiedy uchylam drzwi, wiatr wpycha do środka swój lodowaty łeb; miauczy zrzędliwie, ale cicho, kiedy delikatnie łapię ją pod pachami i unoszę na wysokość swojej twarzy. Zaskoczona, zapomina zamknąć prawe oko, jak potem będzie już je mrużyć, kiedy przysunę twarz do jej pochylonej głowy. Zielone oko pełne krwi.

Naciskam palcami miękkie miejsce wokół kości kolana. Badam ciekawie anatomię tępego bólu, który zagnieździł się w rozgrzanej i spuchniętej skórze. Całym ciężarem ciała wbiłam nieszczęsne kolano w sosnowy parkiet, pechowo posiadając kolano słabsze od miękkiego drewna. Najpierw wściekłość i wrzask, tupałam ranioną nogą, jakby krwiaka można było tym ruchem zrzucić na ziemię i z głowy. Ale potem straciłam oddech, wyobrażając sobie, że sześćdziesiąt kilogramów łupie o drewno ścianką kruchutkiej czaszki.

Noszę więc to krwiakowe kolano z przyjemnością jak order. Z wdzięcznością myślę o nim, że ono to przecież nie zęby. Ból jest cichy i łagodny jak kocie futro. Wczoraj dotykam jej ledwo czubkami palców; pochyla głowę zaciskając powieki tak, że mam jej malutkie czoło tuż pod brodą. Przyglądam się poszarpanemu uchu, długie minuty spędzając na ustaleniu, czy to płatek śniegu, czy lśniąca dziurka na wylot w płatku kociego ucha. Uwierzcie mi, dalej nie wiem. Jest taka maleńka, jak kocię; podnosi malutką stópkę i powoli, z wysiłkiem myje mikroskopijne paluszki. Porusza się powoli. Wieczorem będę oglądać jej zdjęcia sprzed miesięcy: jakby nosiła na nich głowę wyżej. Jakby postarzała się wczoraj o lata. Jest zdezorientowana, mówi P., pewnie nie widzi do końca wszystkiego. Pozwala się głaskać, mruczy chrapliwie, bo teraz ma taki głos. Kładzie się przy stole na krześle i starannie zwija; będzie się co kwadrans przekładać na drugi bok, zaspana i nieprzytomna, rozgrzana, chyba bolą ją stawy. Krzesło jest przysunięte do stołu, jakby uczestniczyła w rozmowie. Nachylam się nad nią: ciepło, zapach czystego kota, czysty kot pachnie ciepło jak pościel.

Zanim zadzwoni budzik, stoję we śnie na szczycie wzniesienia wśród biegających w pośpiechu ludzi, bo wojna płynie w tę stronę nieuchronnie jak fala przypływu, podnosi się poziom wojny kilometr po kilometrze. W tym śnie E. krzyczy w słuchawce telefonu, że skryła się w Zubrzycy Górnej, że tam wojna nie podejdzie, wstrzymana muskularnymi ramionami gór. W tym śnie wiem, co mam robić, ktoś silny mi towarzyszy, nie boję się tak, jak sobie to wyobrażałam: chwilę wcześniej trzymałam za włosy odciętą, rzucającą wciąż jeszcze przekleństwa głowę wroga jak węża i bez litości wcisnęłam ją pod własną kanapę; jak zdetonujecie bombę, mówię do niej, zginiemy wszyscy, ty też.

"Oglądałaś telewizję?", trafnie zgaduje S., kiedy wstukuję mu krótkie, urywane, chrapliwe smsy. To z niej płynie lęk jak jednokierunkową ulicą, dlaczego, do diabła, nie ma drugiego pasa ruchu, niech wraca, skąd przyszedł. Ciągle o niej myślę, od lata, od histerycznego dźwięku syreny w zapadającym zmroku Duszników Zdroju. Co zrobię, jeśli przyjdzie. Kiedy przyjdzie. Patrzę na A. w wysokiej ciąży, jak z wdziękiem, lekko porusza się, podnosi z krzesła. Nie wstawaj, A., krzyczymy wszyscy, nie wstawaj, to my podejdziemy do ciebie, ale A. nigdy nie czeka, jakby wypełniały ją chyba bąbelki.

Myślę o tym, jak ja mogę się bać, kiedy nie mam nic do stracenia. Mam miłość, ale moja miłość nie zna lęku. S. się nie boi niczego. Jeśli mam mieć zadanie, moim zadaniem jest: wychować się na człowieka bez lęku. Tak, mam dwadzieścia siedem lat, ale nie jest na to za późno, byleby nie zwlekać. Jeśli ona tu przyjdzie, jeśli będziemy brodzić w jej lodowatej kałuży i chłód przesiąknie przez buty, trzeba wyćwiczyć się w braku lęku. Jeśli mijają najszczęśliwsze dni mojego życia, muszę je w siebie złapać; wygrzewać się w ich blasku jak w słońcu, nie przegapić. Szczęście to funkcja umysłu, wie o tym U.; obudź się rano i pomyśl: dziękuję.

Widziałam wczoraj niezwykłe zjawisko: moja droga prowadziła wprost w ścianę czarnych chmur, w które patrzyłam pewnie i z ciekawością, nagle wysoko w górze dostrzegłam ruch - mnóstwo ogromnych śniegowych płatków wirujących w masach powietrza, unoszący się nad ziemią biały, ruchliwy tuman, który przepłynął nad moją głową, nie dotykając ziemi, wyraźny, potężny i niesamowity, i przewiany wiatrem pognał daleko poza granice widzenia.











sobota, 29 marca 2014

Przychodzisz do mnie z siekierą, to znaczy, że też nie jestem Ci obojętna





Ideałem było dla mnie życie bezecne i podłe.
Francoise Sagan



W swoich snach zawsze jestem w drodze. Czasem jadę samochodem, rzadziej w siodle, ale zawsze w ruchu: biegnę spóźniona rozciągającą się pod moimi butami jak guma ulicą, albo schodzę w dół po zboczach miękkich jak poduszki zielonych wzgórz krętymi, wąskimi ścieżkami, jakimiś zapomnianymi, na pół dzikimi, na pół cywilizowanymi alejami tajemniczych ogrodów. Dziś znowu wychynęłam zza krystalicznie zielonej kępy wściekle majowych bzów prosto w drzwi domu obłożonego grubą, skórzastą warstwą szarego tynku, idei domu powszedniego sprzed czterdziestu lat. Spotkałam tam grupę zasłużonych naukowców mojej dziedziny, przechadzających się z kieliszkami w dłoniach, rozmawiających przyciszonymi głosami, jakże pasującymi do zapadającego aksamitnie, intensywnie wiosennego wieczoru. Maleńka, kruchutka profesorka ruszyła ze mną dostojnym krokiem w dół migoczącej w mroku ścieżki. Rano pamiętałam jej twarz i nie pamiętałam jej słów. Mówiła dużo i krzepiąco, mówiła o tym, że jest trudno i warto czekać, warto szukać i walczyć, warto być i warto chcieć. Pożegnała mnie pod opiekuńczo rozpostartym pawilonem - tam została, niższa od sztalugi z ogromnym zdjęciem za szkłem, taka mała i mądra, a ja skinęłam jej głową i odwróciłam się, by kontynuować mój marsz mimo zmierzchu.


Wczoraj byłam u E., krążyłam po pokoju z wysoką szklanką miodowego piwa w ręce i wyznawałam wszem i wobec (byłyśmy w pokoju same, nie licząc trzeciej dziewczyny, odgrodzonej od nas wielkimi słuchawkami i ekranem laptopa), że nie żałuję sześciu lat spędzonych w dwóch miejscach jednocześnie, że chociaż sztuka i literatura nijak mają się do trawienia salcesonu i niezgrabnych pieszczot, do cuchnącego wielodniowym potem autobusu miejskiego i cyfr wstukiwanych bezmyślnie do arkusze Excela, do wykoślawionych paluchów i przewlekłej niestrawności splecionej ze wzdęciem - niczego nie żałuję. Trochę mi zabrało utwierdzenie samej siebie w tej myśli. Patrzę czasami na kurz obrastający monitor komputera na moim biurku w pewnym zapleśniałym biurze w krakowskiej kamienicy i tak strasznie czuję upokorzenie i bezsens. Ale to śmierdzące nadgnitymi wykładzinami biuro nie da rady już zmienić tego skrzącego szkieletu, który utkałam sobie w sobie ze słów i obrazów.


Stareńka profesorka mówiła o młodych historykach sztuki, którzy chcą więcej, jej słowa zmieszały się ze słowami wypowiadanymi przez E. poprzedniego wieczora, zlały się w jeden ciąg spokojnego silnego głosu, który kołysał mnie we śnie, zapewniając: nie zmyliła cię droga.



niedziela, 2 lutego 2014

12 rolek

Nie wypieram się jakichś ukrytych zwyrodniałych skłonności. Fotografuję to miasto, bo jest tak brzydkie, że na słowo nikt by mi nie uwierzył. Najbrzydsze miejsce w kraju, wieczne przedmieścia, wybrukowane dyskontami z nieustającymi przecenami marnej jakości owoców i smrodem poliestrowych tekstyliów. Wszystko umazane błotem i inkrustowane taką obłąkaną ilością reklam i szyldów, że gdyby usunąć je cyfrowo na fotografii, pozostałaby czysta karta.

Świeże groby jak łóżka wysoko zasłane pierzynami.

Lubię połamać sobie głowę, chociaż ona z natury jest bardzo słaba. Spaceruję do miejsc, gdzie mnie nie było dwadzieścia lat. Nie wiem, co sprawia, że większość moich snów toczy się w miejscu, gdzie mieszkałam zaledwie przez pierwsze trzy lata życia. P. mówi, że dzieci mają w tym czasie pamięć absolutną i moja pamięć absurdalna na zawsze wchłonęła już w siebie mieszkanie o oknach wychodzących na wschód. Śniło mi się nawet dzisiaj, że oglądałam z trzeciego piętra granatowe, jak nocą, burzowe niebo pulsujące żyłami błyskawic. I czasem odwiedzam te miejsca na jawie. Na przykład ulica, która w moich snach jest bardzo szeroką, w rzeczywistości jest węższa niż mój długi krok. Parking, w moich snach nieskończonej długości, mieści zaledwie kilkanaście samochodów. W snach to są ogromne przestrzenie, z czasów, kiedy sama byłam o metr krótsza. Nawet zastanawiam się, czy powinnam tam chodzić, żeby nie zniszczyć tych kruchych obrazów. Żeby przypadkiem nie zapamiętać tych miejsc takich, jak wyglądają dzisiaj, po dwudziestu latach użytkowania, remontów, narodzin i śmierci. Ale pokusa jest wielka, bo to jedyna okazja, by poczuć niesamowite, podniecające, nieporównywalne z niczym innym, przerażające wrażenie zaniku realności. Poczuć, że IDĘ PRZEZ WŁASNY SEN.

Napełniłam ogromny worek starymi ubraniami i wyniosłam na śmietnik. Potem leżałam w łóżku ocierając czoło o prześcieradło jak zwierzę - dziwne uczucie: lęk, że w wyniku jakiegoś wypadku mogę stracić pozostałe ubrania i nie mam zapasu. Poza tym: lęk z powodu porzucenia ich, jakby były żywe. Lęk, że zaczną w nich grzebać i że je zniszczą, że, zamiast trafić do potrzebujących, ktoś rozwiesi je na śmietnikowej altanie jak zwłoki zwierząt, ludzie będą patrzeć, jak mokną i niszczeją na zimnie. Lęk, jakby były intymne. Lęk, że je marnuję i że zostanę za to ukarana. Lęk, że może mi zabraknąć. Potem deszcz się rozszalał, a mnie się wydawało, że siecze on moją skórę, mokre włosy zwisają w strąkach. Wcisnęłam czoło w koc, zakleszczone powieki. Deszcz dopełnił dzieła zniszczenia. Może tak miało być. Rano widzę przez okno rozwłóczone worki, dwie plamy - miętową i koralową, martwe - i deszcz, łomoczący o blachę jak groch.








Włóczyłam się z Zenitem, żeby zrobić pierwszą z dwunastu rolek na ten rok. Zobaczymy.

piątek, 24 stycznia 2014

If I had a heart

Wczoraj przed zaśnięciem dopadła mnie straszna myśl, że z ostatnich mniej więcej dziesięciu lat mam tylko garstkę zdjęć samej siebie. Kiedy umrę, nikt nie będzie wiedział, jak wyglądałam w tych latach. Będzie koszmarna luka.





czwartek, 23 stycznia 2014

You'll be thirteen I'll be thirty-five

Obudziłam się rano, łyknęłam lekarstwo na pusty, skręcony ze smutku żołądek i zasnęłam ponownie tylko po to, żeby dręczył mnie jakiś potliwy majak. Śniło mi się, że idę śnieżną szronioną nocą przez Most Dębnicki (jakże znamienny symbol ostatniego półrocza) równie chora i słaba jak na jawie, idę usiłując ukryć się w postawionym kołnierzu płaszcza, śnieg zasypuje mi oczy, zalewane jadowitym światłem pomarańczowych latarni (to przed oknem pokoju mam takie pomarańczowe, kuliste), a po mojej lewej i prawej stronie, w wodzie czarnej i zmrożonej na gęstą kaszę, ludzie tkwią w czepkach ograniczeni przez namalowane na tej gruzłowatej, niemal żywej powierzchni - falowanie wody wyglądało jak oddech - boiska do gry w jakąś potworną, czarną odmianę wodnej piłki, ten atrament ich unosił w górę i w dół rozebranych do majtek, a ja garbiłam się coraz bardziej, coraz bardziej marznąc od samego patrzenia.


Nie mam nawet takich czarnych zdjęć












































PS. Nie jest dobrze, bo nie ma zdjęć.

sobota, 21 grudnia 2013

Dreamed of life again

Ale wtedy jeszcze tańczyli na ulicach, jakby mieli kuku na muniu, a ja kuśtykałem za nimi, tak jak całe życie kuśtykam za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięciu szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną, jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd, aż nagle  strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy: "Oooo!"

W drodze


Obejrzałam się przez ramię i nachyliła się nade mną mlecznoliliowa, złożona z poziomych desek odstających od siebie jak łuski ściana wiktoriańskiej, potwornej, bo złożonej ze zrośniętych ze sobą mniejszych niekształtnych mieszkań-guzów willi, oblanej jakimś ciepłym promieniem zachodu, nachylała się nad odjeżdżającym w dół drogi samochodem jak pochmurne czoło, oddalaliśmy się od niej płynąc w dół asfaltowej serpentyny pomiędzy innymi domami rozrzuconymi po wzgórzach, a na niebie nagle zaczęły pojawiać się błyskawice, przykryte pikowanymi chmurami. Z drugiego piętra domu stromo wprost w urwisko prowadziły schody bez poręczy, same stopnie tkwiące w szynach, przeplecione pustą przestrzenią, i na tych schodach zobaczyłam wyprostowaną dumnie sylwetkę kobiety, ustępującej z godności pani domu na rzecz mnie; miałam zająć jej miejsce, zamieszkać w tym wywyższonym na wierzchołku wzgórza, wysokim budynku, widocznym z każdej z możliwych stron świata, nad którym właśnie w jękach rodziła się ogromna burza. Chmury narastały wokół niczym obrzydliwa, gęsta piana niesiona w czasie powodzi po powierzchni wody, te chmury były brudne i lepkie, a między nimi tryskały co chwila strumienie błyskawic, burza oplatała dom koncentrycznym ruchem jak pyton, a ja miałam od teraz mieszkać tam i rządzić z uniesioną głową, bez lęku.

Otwarto przed nami bramę i demoniczny gospodarz w szlafroku, jakiś Darryl van Horne, oprowadzał nas po pokojach; nad domem burza rozpętała się na dobre i deszcz oblewał szyby. Przechodziliśmy do kolejnych pokoi, aż zaprowadzono nas po drabinie na dziwaczną, ciasno pod sufitem umieszczoną platformę, jakieś żałosne ćwierćpiętro, gdzie rozsnute były tylko białe, naprężone żyły kabli instalacji elektrycznej. Deszcz wściekle przesączał się przez dach i wszystko zalewała woda; białe druty wyły i trzęsły się od iskier, elektryczność chlustała na widoczną niżej drewnianą podłogę. Czołgaliśmy się przerażeni krok po kroku, ruch po ruchu, sparaliżowani zbliżającą się nieuchronnie katastrofą przebicia, a gospodarz poganiał nas z tyłu jak strażnik więzienny, aż nagle zniknął i światło zgasło w całym domu. Byliśmy uwięzieni. Triumfujący śmiech naszego oprawcy jeszcze kołatał się gdzieś po pustym salonie, pod nami, zawieszonymi na szerokich deskach, przytulonych do nagle martwych, niegroźnych kabli, bo prąd przestał nimi płynąć. Nic nie działo się, więc ośmieliliśmy się rozmawiać, a później śmiało przewiesiliśmy się przez krawędź platformy i zeskoczyliśmy na podłogę. Nic się nie stało, nie było elektrycznego pastucha, zniknęły iskry, burza minęła i w kojącej ciszy wymaszerowaliśmy z naszego więzienia przez otwartą bramę. Byliśmy wolni.

Potem obudziłam się, bo telefon zadrżał od przychodzącej wiadomości, a potem zasnęłam znowu. Kolejny sen był jeszcze straszniejszy: byłam w domu moich dziadków, stojącym wśród zagonów i łąk, i w tym śnie moja babcia hodowała cielaki i prosięta. Poleciła mi, bym wyszła ich pilnować, ale kiedy je odnalazłam, serce ze strachu pękło mi na dwoje: zwierzęta były oskórowane i żywe; nie miały futra, tylko odkryte mięśnie i tłuszcz, skóra zdarta nawet z głów aż po miękkie pyski, oczy bez powiek, bo wyrwano je razem z resztą powłoki zewnętrznej, chodzące potworne żywe trupy, różowo-żółte, bo ich tkanka tłuszczowa, pikowana jak plaster miodu, miała odcień intensywnej wanilii; niektóre z nich błąkały się rozpaczliwie, bo nie miały już głów, tylko kikut szyi sterczącej do przodu, prążkowanej podłużnie ścięgnami; te właśnie, mimo wyjącego z przerażenia mózgu, musiałam brać do rąk i przenosić na pastwisko, bo zdezorientowane wychodziły na drogę, gdzie mogły je potrącić samochody, ich obrośnięte tym nagim tłuszczem boki były w dotyku lepkie i śliskie jak mydło; i ratowałam te krwawe ochłapy przed zagładą, której już zakosztowały, bo przeznaczone były jeszcze do tuczenia, miały jeszcze rosnąć i rosnąć, a ja chwiałam się w tym śnie z obrzydzenia i rozpaczy nad losem tych strzępków ciał, które dzieciństwo swoje miękkie i jasne - jedyny czas, jak był im dany - miały zmiażdżone na krwawy pył.

sobota, 8 grudnia 2012

W drodze

(...) choć Evelyn mówiła: "Dopadnę cię, Jack, w innym wcieleniu... i będziesz bardzo szczęśliwy" - "Co?" - odkrzykiwałem żartobliwie, "Ja miałbym biegać po wiecznych korytarzach Karmy, żeby od ciebie uciec, hej?" 
"Będziesz potrzebował niejednej wieczności, żeby się mnie pozbyć" - dodaje ze smutkiem Evelyn, co budzi we mnie zazdrość, chcę, żeby powiedziała, że nigdy się jej nie pozbędę - chcę być ścigany całą wieczność, dopóki nie złapię Evelyn.

Jack Kerouac Big Sur






































wtorek, 6 listopada 2012

I've set my house on fire 'cause I don't need it anymore

Spotkałam mężczyznę, o którym śniłam w grudniu. Rozpoznałam go na zdjęciu. Nigdy nie lekceważ moich snów proroczych.





czwartek, 22 grudnia 2011

Śniłam dzisiaj taki sen

Sen w gruncie rzeczy na poły nieprzyzwoity, w którym byłam pijana na wesoło. Śmiałam się i on też się śmiał przyciskając mnie do siebie, moje czoło wciśnięte w jego mostek, wyżej nie sięgałam. Później tonęłam w ciepłej, białej pościeli, kompletnie ubrana i mruczałam jak kot, a on wciąż się śmiał. Nie otwierałam oczu. "Jesteś zbyt idealna..." - wykrztusił w końcu i uśmiechnęłam się do siebie. Wiedziałam, że teraz nachyli się nade mną. Znam już scenariusze. 


Jaka choroba umysłowa objawia się nadmierną realnością marzeń sennych? Kiedyś nie zauważę momentu, w którym powinnam się obudzić i na zawsze już zostanę po tamtej zamglonej, nocnej stronie.

Czemu nie.


niedziela, 4 grudnia 2011

Głód

Mam na coś ochotę, ale nie mogę sprecyzować tej potrzeby. Ściskam szczęki, pięści i kolana. Chcę naprężać i rozciągać mięśnie jednocześnie. Dziś powinnam zrobić o wiele więcej niż krótki bieg w południe. 


Rusty cage.


Sny mam bujne, intensywne, namacalne i niepokojące. O wiele przyjemniejsze niż jawa. Budzę się głodna. To stamtąd płynie do mnie ta nieutolona tęsknota charakterystyczna dla typu osobowości 4w5. 


Muszę się uwolnić.


środa, 21 września 2011

Drzwi Sezamu

Oczywiście było mi zimno. Szukałam kurtki, bluzy, błądziłam po korytarzach stukając do drzwi kolejnych pokoi. Ktoś wychylił się, pospiesznie, w bieliźnie, podał mi bluzę ze śmiechem. Wróciłam na przystań, lecz łódź zdążyła już odpłynąć. Przeprawiłam się na drugą stronę, wspięłam na skałki i przespacerowałam po wąskiej grani oświetlonej tym najprzyjemniejszym światłem zachodu słońca. Kolejna łódź stała już przy brzegu. Wsiadłam razem z P. i w tym momencie odbiliśmy od brzegu. "Zdążyłam w ostatniej chwili!" - ucieszyłam się i usiadłyśmy na ławce. Łódź powoli kołysząc się na wodzie wypływała z portu.



płynąć łodzią - udana droga życiowa 

wtorek, 21 grudnia 2010

Strawberry Hill

Dręczą mnie sny erotyczne. Z pewnością celibat nie jest zdrowym dla mnie stanem. Dziś śniło mi się rozległe pole gęsto zarośnięte krzaczkami truskawek płożącymi się jak bluszcz. Pod pokrywą z liści – miriady czerwonych, ociekających krwiście sokiem owoców, dojrzałych do szaleństwa, ba, przejrzewających już nawet, stosy, krocie lekko sercowatych kształtów, wilgotnych i lśniących. Ich słodycz czułam niemal w powietrzu. Jakaś kobieta zbierała je pochylona, obok kilka pełnych koszyków, lecz ilość owoców przekraczała ludzkie możliwości i oczekiwania. Stąpałam po tej krwawej masie delikatnie jak po głębokim śniegu. Wspinałam się w górę lekko wznoszącego się pola, bo czekał tam na mnie bułany, mocny koń o muskularnej szyi. Był dokładnie w kolorze biszkoptów. Szłam powoli i ostrożnie, lecz pewnie, gdyż wiedziałam, że tylko moment dzieli mnie od wplecenia palców w jego kruczą grzywę.
Nawet teraz, gdy to piszę, oblizuję wargi. 


Nie mogę przecież krzyczeć.