Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 stycznia 2014

O kurwa

O kurwa, myślę sobie, zapomniałam spisać noworoczne postanowienia! W rzeczy samej zapominam co roku, albo się wyrywam przed orkiestrę i smaruję po dzienniku już przed świętami, a potem czuję się jak przedwczesny afekt. Zresztą z każdą kolejną rozmową z moimi przyjaciółmi wpadają mi do głowy nowe genialne pomysły, takie jak niespożywanie cukrów prostych czy niespotykanie się ze skurwysynami. A nawet unikanie myślenia o tychże, obydwóchże. Dziś drugiego dnia nowego roku odczułam wyraźnie napływ nowego zapału i chęci do zmieniania swojego życia na lepsze. Właściwie moje życie nie jest zjebane, co ustaliliśmy już kilka dni temu, ale możnaby je z pewnością zoptymalizować i to we wszystkich możliwych płaszczyznach, zwłaszcza odżywiania i życia towarzyskiego. Niniejszym postanawiam zatem publicznie NIE POZWALAĆ SOBIE na to i owo, a także solennie przyrzekam nie palić papierosów aż do 1 stycznia 2015. Niech bóg ma mnie w swojej opiece!


PS. Narkotyki też nie wchodzą w grę, ale alkohol... Słyszałam, że życie bez alkoholu jest możliwe, ale to niebezpieczne.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Przepełnienie

Choćbym sto lat mówiła, nigdy nie zdołam wam opowiedzieć, w jakich wstrząsająco pięknych miejscach byłam. Nigdy, nigdy, nigdy nie wyrażę, jaki kolor miała opadająca łagodnie polana krzaków jagód, otwierająca się na dolinę szerokimi ramionami wzgórz.






A co to tu siedzi, takie malutkie i jasne?





Byliśmy z Zenitem w formie. Back in the game!







Note to myself: czarka jest płytka z natury. 






niedziela, 18 sierpnia 2013

Czerwony szlak

Postaw jedną stopę, a za nią drugą. I powtarzaj przez blisko dwieście kilometrów. Słońce wstawało i z niedowierzaniem dotykało mnie promieniami, dziwiąc się, co to za zwierzątko idzie przez las, samotne, przygniecione niemal do ziemi zielono-czarnym plecakiem. Nie potrafię opisać tego uczucia, kiedy możesz odetchnąć płucami o średnicy kilku kilometrów. Nie potrafię opisać tego rytmu kołysania, kiedy kolana zginają się jakby pod wpływem prastarego instynktu. Kiedy droga wije się najponętniejszymi krągłościami zakrętów, kiedy podnosisz dłoń do czoła i śledzisz wzrokiem krzyk drapieżnego ptaka. Jakże unaocznić tę ciszę, która smakuje aromatem wilgotnej żywicy świerków. Wszystkiego dotykałam drżącą ze wzruszenia ręką. 

Mój Boże, teraz siedzę z kawą w moim pokoju i oczy zamgliły mi się łzami. Pamiętacie? Widziałam siebie siedzącą w wysokiej trawie jak zając, pochylającą twarz przed majestatem jej górskiej wysokości. I obiecałam wam, że wskoczę w ten obraz jak w nadjeżdżający tramwaj. Dotrzymałam obietnicy.

To był najpiękniejszy dzień ze wszystkich dziewięciu, kiedy zeszłam z gór prosto na zsakralizowane przez aureolę ze spienionych słonecznych promieni bloki pewnej beskidzkiej miejscowości. 





Przeszłam między domami i zostawiając je za sobą bez żalu, dotknęłam początku polnej drogi między krzakami jeżyn, jakbym wzięła w dłoń koniec żółtej wstążki. Szłam z nabożeństwem, ze śpiewem na ustach, z uśmiechem w oczach, jakbym wiedziała już wtedy, że ta ścieżka zaprowadzi mnie w najpiękniejsze miejsce na ziemi. Pozdrowiona przeze mnie kobieta, wracająca od krowy na pastwisku, spytała, czy to nie smutno tak iść samemu. A ja roześmiałam się głośno, bo wszystko we mnie tańczyło w tej chwili, kiedy to mówiła, wszystko we mnie było najczystszym szczęściem, krystalicznym jak święte szkło, radość iskrzyła mi na końcach rzęs i włosów. I wraz z czerwienią zachodzącego słońca dotarłam do Hali Rysianka, gdzie serce moje przestało bić. Nie chciało już nigdzie iść dalej. Bo dalej już nic piękniejszego nie ma.


Wzięłam kubek z herbatą, minęłam drewniane ogrodzenie i usiadłam w wysokiej trawie. Miałam przed sobą cały świat. Miałam przed sobą wszystko. Nic więcej nie mogłabym pragnąć. Był wieczór pierwszego sierpnia dwa tysiące trzynastego roku i czas zatrzymał się nagle. Dogoniłam go. Było cicho i chłodno. 




Dopiero dziś to do mnie dotarło, to, że spełniłam obietnicę daną wam i sobie i było dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłam. Możecie w to nie wierzyć, ale musiałam mieć jakiś przebłysk, jakiś wgląd w przyszłość, jakieś siły pozwoliły mi na moment zobaczyć siebie za czternaście miesięcy i jak na zdjęciu siebie rozpoznać. To byłam ja, wiatr suszył świeżo umyte włosy, ze schroniska dobiegały roześmiane głosy, a byłam tam, gdzie przez ćwierć wieku pragnęłam być.


Potwornie mnie kusiło, żeby zostać na Rysiance jeden dzień dłużej, ale obawiałam się, że gdybym wbrew początkowym planom przedłużyła pobyt i została, nie wyszłabym już stamtąd nigdy. Nigdy już nie umiałabym zejść w doliny i pozostawić za sobą ten drewniany dom marzeń. Już nigdy byście mnie nie spotkali, o ile nie podążylibyście w górę czerwonym czy niebieskim szlakiem. Żyłabym tam jak w złotej klatce, której pręty byłyby mi droższe niż własny wzrok. Stałabym się dla was tylko migotliwym wspomnieniem, wymazałabym się z waszych pól widzenia, pozostając tylko na naszych wspólnych zdjęciach. Dlatego zaciskając zęby wczesnym rankiem wymknęłam się spośród śpiących, przygodnych współlokatorów i pozdrawiając tylko uśmiechem innych świtem znikających z Rysianki turystów, zarzuciłam plecak i ruszyłam ku mojej górze przeznaczenia (jaką na dzień ówczesny było Pilsko). 


Obiecałam, że wrócę na Rysiankę jesienią, ale dziś, siedząc przy biurku w Krakowie myślę, że powrót mógłby unicestwić to zaklęcie, ten czar i urok, w którym obraz Rysianki znieruchomiał niczym zamrożony liść. Jakże mogę naruszyć tę świętość?


O ósmej zero jeden stanęłam na Pilsku, a potem ruszyłam dalej. Wiecie: najpierw stawiacie jedną stopę, po niej drugą i powtarzacie do skutku. Słońce przedrzeźniało mnie na niebie, ja szłam z zachodu na wschód, a ono odwrotnie. I znowu wybiegały przede mnie swawolne zakręty jak rozbawione psy, i znowu ścieżki zaplatały się i plątały między drzewami na supły, i znowu podnosiłam twarz, żeby zobaczyć, jak daleko jeszcze mój szlak widać na horyzoncie.


Będę iść.









czwartek, 18 kwietnia 2013

Czym owocuje wiosna

Będzie znowu o trupach - martwych owocach wiosennych. Poniedziałek był bezwstydnie piękny. Tylko z nieba, jak kolorowe, przejrzałe jabłka, leciały martwe ptaki. Płochacze i szpaki, był jaskrawy rudzik jak maleńkie grono. Trznadel został naruszony ciężką oponą roweru - szarpnęłam pojazd natychmiast, gdy zauważyłam, co się dzieje, ale i tak wzburzyłam jasnożółte pióra na piersi ptaka. Pochyliłam się nad nim przepraszająco i z zainteresowaniem. Kurz krążący w suchym powietrzu przykrywał kolory delikatną mgłą. Pierwsza właściwie była niedzielna sikora bogatka, zmiażdżona na płaski, żółto-niebiesko-czerwony znak. Ja byłabym flagą w kolorach czerwieni i czerni, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Brnęłam wzdłuż dziewięćdziesiątki czwórki w jakimś żałosnym stuporze, przeciskając się między domami jak igła z nitką, dotykając jej i cofając się w popłochu przed ryczącym sznurem ciężarówek. Ta droga zdawała się nie mieć końca, wsie były potwornie długie, ale przecież taki urok ulicówek. Dotarłam w końcu tam, gdzie chciałam. Porzuciłam rower w rowie i weszłam w martwą, zeszłoroczną trawę, wytężając wzrok. Podbiegałam kilka kroków w jedną lub drugą stronę, żeby lepiej widzieć, skradałam się po bezpańskiej miedzy, tupałam butami tuż nad krawędzią rowu.


Ale przecież nic tam nie mogło być. 



Spłoszona uciekłam. 



Ale czy mogę się bać, kiedy na czubek głowy kładzie mi się mruczące słońce? Niczego więcej nie mogę chcieć. Niczego więcej nie potrzebuję do życia. Mijając w pędzie puste jeszcze pola i łyse lasy pomyślałam, że teraz własnie jestem w najlepszym momencie mojego życia. Nic nie muszę, a mogę robić, co chcę. Mam mnóstwo czasu i mnóstwo spokoju. Chociaż wiem, że nie potrwa to dłużej niż kilka miesięcy, to teraz się tym cieszę. Znajduję jakiś rytm, jakąś rutynę, która niespodziewanie mnie cieszy. Jest spokój. Chociaż prześladują mnie lęki - dziś znowu śniłam koniec świata - jest spokój. 






poniedziałek, 1 kwietnia 2013

25

Biegłam po lepkim śniegu oświetlonym morelowo przez zachodzące słońce. Biegłam i myślałam. Nagle przyszło mi do głowy rozwiązanie. Ta zima trwa tak długo, bo to nie jest zwykła pora roku. To jest magiczna zima. To jest zima-symbol. Ona jest dla mnie szkołą i testem. Od dwóch, trzech tygodni jestem w dziwnym okresie swojego życia. Przewalają się przeze mnie jakieś gęste siły niczym ołowiane, burzowe chmury, naprężone, nabrzmiałe, natężone straszliwymi siłami. Ta zima jest śmiertelna. Wóz albo przewóz, przeżyję lub padnę na samym jej finiszu. Ta zima rozpoczęła się śmiercią, ale może zakończyć zmartwychwstaniem, tak jak od zawsze we wszystkich cyklach wszystkich religii wszystkich światów.

To jest egzamin.

Chyba zostanę buddystką zen. Trzeba mi rzucić wszystko; bądź gotów, by w każdej chwili odejść; nie miej nic; nic nie kochaj; nic nie jest twoje. Oczyszczaj się i porządkuj, ścinaj z siebie skórę płatami, szlifuj każdą kość, poleruj oczy, by lśniły jak najczystsze, święte szkło.


I jeszcze wciąż i wciąż, 
na nowo i bez końca
obracam w mózgu pytanie o znaczenie spotkania dwóch osób
w najbardziej dramatycznym momencie czasu
Co ono znaczyło dla nich obojga
Co miało im dać - na koniec, na zawsze
Czego miało ich nauczyć, skoro trwało mgnienie oka


I kto to tak wymyślił







czwartek, 28 czerwca 2012

Zachłanność

Od kilku dni wiatr szarpie gałęziami za oknem. Ktoś kiedyś odsunął firanki, okno otworzył na oścież, usiadł na parapecie i zapalił. "Ładny widok" - powiedział, patrząc na obrośnięte dzikim winem ogrodzenia i trawniki, kwitnące dalie, przekwitłe bzy, trujące konwalie, żółtawe cyprysy. Po tej wizycie zdjęłam zasłony, jest więcej światła, gdyby ktoś zajrzał wieczorem, to teraz może zobaczyć moje puste biurko.

Zaczęłam wakacje. Mieszkanie pustoszeje, ale przyjdzie ktoś inny. Czy zawsze tak jest, że gdy ktoś znika, pojawia się ktoś nowy? W warzywniaku podnieca mnie widok. Pod szafką czekają nowe buty do biegania. Chcę uciec na wolność!

Witaj, wesoła przygodo.





czwartek, 22 grudnia 2011

Śniłam dzisiaj taki sen

Sen w gruncie rzeczy na poły nieprzyzwoity, w którym byłam pijana na wesoło. Śmiałam się i on też się śmiał przyciskając mnie do siebie, moje czoło wciśnięte w jego mostek, wyżej nie sięgałam. Później tonęłam w ciepłej, białej pościeli, kompletnie ubrana i mruczałam jak kot, a on wciąż się śmiał. Nie otwierałam oczu. "Jesteś zbyt idealna..." - wykrztusił w końcu i uśmiechnęłam się do siebie. Wiedziałam, że teraz nachyli się nade mną. Znam już scenariusze. 


Jaka choroba umysłowa objawia się nadmierną realnością marzeń sennych? Kiedyś nie zauważę momentu, w którym powinnam się obudzić i na zawsze już zostanę po tamtej zamglonej, nocnej stronie.

Czemu nie.


czwartek, 1 grudnia 2011

wtorek, 20 września 2011

Wolność wyznania

Nie wierzę w boga ani w inne bajki (bo z dwojga złego krasnoludki byłyby bardziej ekscytujące), ale zdarzają się przykre sytuacje, gdy z grzeczności wobec gospodarza muszę zaprowadzić swój ultragrzeszny organizm do przybytku ducha ściętego. Jest mi to zupełnie obojętne, postać mogę, podumam nad istotą wszechrzeczy w ludzkiej ciżbie. Na szczęście P. była na tyle subtelna, że zaplanowała nam pobyt na ławce przed wejściem, w ciepłopomarańczowych promieniach beskidzkiego słońca. Tłumy pobożne mruczały monotonnie, a ja obejrzałam się przez lewe ramię dla odczynienia uroku. Dokładnie za moimi plecami, w rozsądnej oczywiście odległości, wznosiło dumnie swoją ukoronowaną masztem głowę lesiste Skrzyczne. Zaczęłam węszyć w szumiącym wietrze. Jeśli miałabym się komuś kłaniać, to tylko górze. Jeśli miałabym się modlić, to tylko w tę druga stronę. Plecami zasłonić betonowy budynek z krzyżem, z twarzą zwróconą na południe, do gór.




To powyżej... Cóż. Nie samym chlebem żyje człowiek. 

sobota, 10 września 2011

Miękkość i blask

Klisze wyszły tak piękne, że siedziałam na ławce w centrum handlowym z rozdziawioną gębą i wpatrywałam się w nie z niedowierzaniem. Jak to możliwe? Może szczęście w końcu się do mnie uśmiecha. Nie może być tak, że wszyscy są na wozie, a ja ciągle biegnę z tyłu boso przez głębokie śniegi. Ja też muszę trochę życia użyć. Los się musi odmienić.
Dwie dobre wiadomości. Oby więcej...








niedziela, 5 czerwca 2011

Z pamiętnika






Zakochuję się od pierwszego wejrzenia. Zawsze, gdy napotykam muzykę, która mi się spodoba (czas przyszły pewny?), mam to samo uczucie: że gdzieś to już słyszałam. Owszem, istnieje możliwość, że naprawdę ktoś puszczał mi kiedyś Alelę Diane, ale to niewielka szansa. Wolę myśleć, że odnalazłyśmy się na świecie jak dwie zbłąkane, bratnie dusze.

niedziela, 15 maja 2011

Światło i trzask

Trzask migawki. A potem kolejny. Tydzień spędzony na rozgrzanym słońcem betonie, zakończony w trawie pod gałęziami jabłoni. Gałązkami Jabłoni. Pękła mi jakaś żyłka w mózgu i obróciłam się w niepoprawnego entuzjastę. Ale jak tu nie czcić bogobojnie ośnieżonego łba Gerlachu wiszącego nad horyzontem? Wypuść mnie na rozgrzane majem łąki, pozwól mi leżeć pod opiekuńczymi skrzydłami świerków.



piątek, 6 maja 2011

Chmury, góry, pióra

Docieramy dziś z U. do jakichś granic. Musimy je przekroczyć. Przerzucamy się SDM i PJ Harvey. A ja tęsknię za tym, co w tytule.

poniedziałek, 2 maja 2011