Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otoczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otoczenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2011

Kiedy umrę, kochanie, gdy się ze światem rozstanę

Odkąd pamiętam moje dzieciństwo było naznaczone brakiem towarzystwa zwierzęcego. Towarzystwo ludzi nigdy mnie nie interesowało i ten aspekt nie zmienił się do dzisiaj. Udręką było dla mnie wychodzenie na podwórko, do czego zmuszała mnie moja matka - inne dzieci wydawały mi się głupie, złośliwe i nudne.  Miałam kilka lat, gdy narysowałam pierwsze pornograficzne obrazki. W szkole podstawowej nabawiłam się chronicznej nieufności i pierwszych zalążków cynizmu. Jedną z najważniejszych dla mnie osób w tym czasie był mój kot. Od około 15 lat jestem w związku z tą samą kobietą. W czasach liceum chodziłam na pewną łąkę po to, żeby wrzeszczeć. Podczas egzaminu na Akademię straciłam obie dłonie - odrąbano mi je na wysokości nadgarstków. Jestem uzależniona od nikotyny. Wszystko, co o mnie wiecie, jest z pewnością specjalnie na wasze potrzeby spreparowaną nieprawdą.

sobota, 18 grudnia 2010

Rozgrzana do czerwoności

I stało się. I zmogło mnie. Pokonało mnie podstępnie i przebiegle, nie przebierając w środkach. Zapewne nocne spacery nie wspomagają odporności. Teraz moja nieruchomość ograniczyła się do przestrzeni łóżka. Nieruchomość dotyczy także mojego ciała, które rozpalone rwie tępym bólem mięśni za każdym poruszeniem. Z godnością znoszę upływ czasu i kataru. Drażni mnie tylko zwężenie światła gardła, które wpuszcza w płuca mniej powietrza, dorzucając jeszcze od siebie ból i pieczenie. Takie darmowe dodatki wcale mnie nie interesują. Co najmniej trzykrotnie wzrosła przyrodzona wątłość mojego organizmu. Głowa chwieje się na zbyt słabej szyi. A mimo to nagle zaczyna denerwować mnie przymusowa bezczynność. Zażywałam jej w nadmiarze będąc zdrową, teraz łykam witaminy i przeżuwam w ustach przekleństwa. Przymykam oczy, bo łzawią od gorączki. A może z bezsilności.


piątek, 3 grudnia 2010

Rękopisy nie płoną

Żyję w środowisku łatwopalnym. To jego główna, choć nie jedyna cecha gatunkowa. Za każdym razem, gdy odpalam papierosa (a zawsze obiecuję sobie, że nie będę palić w pokoju!) uruchamia się w mojej głowie kaskada biegnących w zastraszającym tempie obrazów pełnych dymu i huczącego ognia. Chociaż nie wiem, czy ogień pochłaniający papiery potrafiłby huczeć. Pewnie bardziej prawdopodobnym dźwiękiem, który wydawałaby moje płonące ruchomości, byłby syk. Aktualnym pomysłem na samozagładę jest zgaszenie peta w terpentynie, lub, w razie jej braku, zmywaczu do paznokci. Liczę, że znalazłoby się też kilka pojemników zapewniających spektakularne wybuchy. W zgliszczach oprócz moich zwęglonych jak skwarek zwłok odnalezionoby jedynie ocalały za sprawą cudu święty obrazek z błogosławiącym światu Jezusem, którego od wprowadzki nie mam serca usunąć z zasięgu wzroku.

Obecność i interakcja

Tuż przed oknem mojego pokoju, z nieokreślonej przestrzeni niebieskiej, zwisa brudnobiała smętna taśma wycinana w drobne ząbki. Jej na wietrze bujanie jest trochę drażniące, bo niszczy mój idealny widok na śniegowo zachmurzone niebo. Niechlujność tej taśmy generuje we mnie niepochlebne myśli wobec sąsiadów z góry, o których wiem niewiele, ale zebrane informacje nie świadczą na korzyść. Zaczęłam się zastanawiać, jakim ja jestem sąsiadem dla wszystkich żyjących w tym bloku od dekad (wieków) staruszków. Może przyzwyczaili się już do mojej studenckiej obecności. Czasem tylko zdarza mi się wracać nocą do mieszkania na kolanach, ale naprawdę sporadycznie. Więcej grzechów nie pamiętam, może z powodu mojej bardzo kiepskiej pamięci.