Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nikotyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nikotyna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2013

Diaspora osobowości

Są takie dni, jak dziś, kiedy postulowałabym zaaplikowanie sobie kary chłosty. Albo śmierci. Są dni, kiedy chciałabym rozpiąć suwak i zdjąć siebie z siebie jak bluzkę z gryzącego poliestru. Są dni, jak dziś, kiedy jestem w miejscach, w których być nie powinnam; mówię rzeczy, których nie myślę; słucham słów przeznaczonych dla kogoś innego. Są dni, kiedy czas płynie ponad albo obok, dni, w których nie mogę przebić głową powierzchni wydarzeń, jakbym siebie samą obserwowała zza Wielkiej Szyby. W takie dni chciałabym przepisać sobie urlop na żądanie, taki lek na niestosowność. Lęk.


Czasem czytam tego bloga wstecz, jak książkę odwróconą do góry dnem. Czasem zbieram własne myśli w garść jak szklane kulki, którymi napełnia się dekoracyjne naczynia dla ozdoby; elementy bez znaczenia. Trzęsę się z zimna i chłód to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Włosy kotłują się na głowie, zbijając w szary kołtun; kocioł, który mam w głowie, produkuje spływający po powierzchni skóry jad. Kiedyś narysowałam coś takiego: otwarta głowa, jak ścięty nożem czubek ugotowanego jajka, a do środka mały demon wlewa wielki haustem szeroki strumień wina; czasem czuję, że do tej otwartej puszki Pandory sama sobie rzygam codziennie.


Stąd bierze się towarzysząca mi niemal codziennie chęć rozpoczynania od nowa. Od nowa. Znowu od nowa. Żeby nikt dzisiaj nie pamiętał, jaki destrukt wyprodukowałam dzień wcześniej; żeby te nieudane płody wpadały w wielką studnię bez dna, w nienasyconą gardziel, która przełyka je wciąż i wciąż, niezaspokojona nigdy, oczyszczająca mnie z każdej złamanej kości, naderwanego paznokcia, ropnego pryszcza, rodząca mnie w kółko poprzez odejmowanie niedoskonałych elementów aż do kompletnego rozgrzeszenia. Cofnąć się o krok, o krok, o krok, aż dojdę do momentu, w którym z powrotem będę składać się z jednej jedynej komórki i nienaruszonego potencjału.


Wtedy nareszcie moglibyście być zupełnie szczęśliwi.








piątek, 3 grudnia 2010

Rękopisy nie płoną

Żyję w środowisku łatwopalnym. To jego główna, choć nie jedyna cecha gatunkowa. Za każdym razem, gdy odpalam papierosa (a zawsze obiecuję sobie, że nie będę palić w pokoju!) uruchamia się w mojej głowie kaskada biegnących w zastraszającym tempie obrazów pełnych dymu i huczącego ognia. Chociaż nie wiem, czy ogień pochłaniający papiery potrafiłby huczeć. Pewnie bardziej prawdopodobnym dźwiękiem, który wydawałaby moje płonące ruchomości, byłby syk. Aktualnym pomysłem na samozagładę jest zgaszenie peta w terpentynie, lub, w razie jej braku, zmywaczu do paznokci. Liczę, że znalazłoby się też kilka pojemników zapewniających spektakularne wybuchy. W zgliszczach oprócz moich zwęglonych jak skwarek zwłok odnalezionoby jedynie ocalały za sprawą cudu święty obrazek z błogosławiącym światu Jezusem, którego od wprowadzki nie mam serca usunąć z zasięgu wzroku.