Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frustracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frustracja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 marca 2019

Kto w Lasku - dostanie po kasku

W ogóle to zaczęło się od tego, że pojawiła się w mojej głowie myśl, że boję się wjechać do Lasku Wolskiego, bo na pewno downhillowiec spadnie mi na głowę, na podjeździe zapomnę, jak się kręci pedałami, a przy zjazdach zablokuję się niczym stary zamek w drzwiach i nic z tego Lasku nie będzie. Na takie myśli jedynym rozwiązaniem jest po prostu natychmiast zrobić tę rzecz, której się boisz, więc wsiadłam rano na rower i popedałowałam w stronę Kopca Kościuszki.

I tu mogę wam z góry poczynić spoiler, że niestety tym razem obawy były uzasadnione, a złe przeczucia sprawdziły się w dwójnasób. Zazwyczaj jest tak, że mam przygody, jak tylko zrobię krok poza próg własnego mieszkania, ale tym razem w Lasku tych przygód było aż za wiele. Nie byłam tam w zeszłym roku, bo forma rowerowa w sezonie 2018 była dętka, i kręciłam się tylko trochę po Jurze, unikając zetknięć z ludźmi, zwłaszcza na rowerach. Jakby tego było mało, w sierpniu w Dolince Kobylańskiej zaliczyłam najbardziej chyba jak dotychczas spektakularną glebę, waląc rozgłośnie łbem w ziemię, co nie poprawiło stosunku do roweru i lekko uszkodziło przednią przerzutkę Kellysa, co martwiło mnie chyba bardziej, niż potencjalny krwiak w mózgu. W ogóle zresztą lata 2018 nie było i stosujmy się do zasady: 





Ale że po dobiciu Korony Gór Polski działania górskie nieco mi się znudziły, postanowiłam jednak popracować nad rzeźbą ud i łydek. Chciałam celowo wyjechać do Lasku wcześnie, żeby nie zdążyli na szlaki wyjechać downhillowcy, ani w ogóle nikt, ale dziś mgła zalegała gęsta jak śmietana w całym mieście, więc postanowiłam ją trochę przeczekać i ostatecznie wyruszyłam tuż przed 9:00. Po drodze na Kopiec Kościuszki oczywiście musiałam obfotografować kwitnące wzdłuż drogi pole żonkili, a potem jeszcze tradycyjnie sfilmować widok z tego brutalnie wygolonego miejsca nieco poniżej Kopca, gdzie dodatkowo w tym roku pojawiło się więcej infrastruktury turystyczno-spacerowej w postaci przypominających latające spodki ławek i stoliczków. Kiedy w końcu, klnąc pod nosem, zjechałam po tych zdumiewających kocich łbach prowadzących wprost na jezdnię ulicy Starowolskiej, już z daleka zobaczyłam, że są.

Downhillowcy.

Albo nazwijcie ich jak chcecie. Może to zwykłe mtb, albo enduro, nieważne na czym jeżdżą, bo choćby to były Wigry 3, to łączy ich fakt, że oni jeżdżą w dół. Szybko. I straszno. W dodatku anektują coraz większe połacie Lasku i człowiek - zwykły, szary, przestraszony człowiek na tanim rowerze, wiecie, o kim mowa - nigdy nie może być pewien, skąd taki wyskoczy. Unikam ich od lat, odkąd odkryłam, że usypują hopki na szlakach pieszych, na które trzeba uważać, i rozjeżdżają ścieżki. I jeszcze przywożą rowery samochodem do Lasku, co napawa mnie absolutnym zdumieniem, jakby nie mogli na nich po prostu tam dojechać! Pewnie naprawdę nie mogą, ale tym bardziej dziwne, bo po co płacić złote dukaty za coś, czego geometria nie pozwala dojechać z Rynku do Parku Decjusza. F e n o m e n.

No więc skręcam w Lasek, omijając tych wypakujących się, ale już przeklinam, że wyjechałam tak późno, że nawet te lenie już wstały. Ledwo minęłam szlaban, a już wyskoczył na mnie kolejny, zamaskowany mściciel, łypiąc na mnie zza gogli. Gogli! Dziś w Lasku było sucho zupełnie, więc te gogle chroniły go chyba tylko przed tym, by nie podzielić losów Witkacjańskiego Bunga. Jakby je miał przyciemniane, wzięłabym go za zagubionego spawacza.

Więc wyskakuje na mnie ten typ, co mnie już na starcie rozstraja i co uznaję za zły omen. Miałam jechać na lewo, czarnym szlakiem, jak zawsze jeździłam, powoli kierując się w stronę Zoo. Ale od razu uruchomiłam instynkt tropiciela i zbadałam ślady: rozjeżdżone dziko i świeżo, więc zaczęłam się wahać, bo czułam, że tam siedzą intruzi i zapewne zaraz kolejny wyskoczy z krzaków jak filip z konopii. Po mojej prawej grupka biegaczy zbiegała w dół do parkingu niebieskim szlakiem rowerowym, co uznałam za dobry znak, że droga chyba jest bezpieczna i niezaatakowana przez te rozpędzone demony. Wepchałam rower na niebieski i zaczęłam pedałować w górę. 

Rozglądałam się na boki przerażona, że na pewno gdzieś się czają. W końcu wiedziałam, że są blisko. Zmylił mnie jednak spokój i cisza, panująca w lesie, więc nabrałam nieco pewności siebie i dojechawszy niemal do Zoo skręciłam dalej w lewo w niebieski. I zaczęło się.

Zaczął się zjazd, ale początkowo nic nie zapowiadało katastrofy. Ot ścieżka, może ciut wąska, ale jadę, przecież na szlaku jestem. Oznaczenia wymalowane, świeże, tylko ta wąskość taka... Podejrzana. W końcu poczułam, że wchodzi - blokada. Rączki kurczowo zaciśnięte na obu hamulcach, a w nogach wata. I tak stoję: na tej ścieżce niebiesko znaczonej, sparaliżowana, z głową w dół, tyłkiem w górze, i nie mogę się ruszyć w żadną stronę. Zaczynam pertraktacje sama ze sobą, namawiając się do puszczenia chociaż przedniego hamulca. Po dłuższej chwili udaje mi się samą siebie namówić, że chociaż po troszeczku, powolutku, zacznę się na luzie spuszczać w dół, i zobaczymy, co tam dalej będzie - w końcu i tak nie chciało mi się wypychać roweru z powrotem ku górze, skoro trochę już zdążyłam się obniżyć. Więc puszczam hamulce i zaczynam zjedżać, pokwikując. Wtedy ścieżka już ostatecznie się zwęża i zaczyna się piekielny i podstępny meander zakrętów. Pierwszy jeszcze jakoś ogarnęłam, ale przy drugim wryło mnie znowu bliską płaczu. O co chodzi z tymi zakrętami?! Były tak wąskie, że przysięgam, nie pomieściłyby moich apetycznych bioder, a co dopiero mówić o moim wielkim Kellysie! Wiem już, to podstęp i nie jestem na szlaku rowerowym, tylko na ścieżce tych przeklętych wariatów, złapana w pułapkę, a na domiar złego słyszę nagle nad swoją głową dziwaczne cykanie. Jedzie. Oczywiście, jakżeby inaczej, jedzie jeden element. Spoglądam w dół, a los kpi już ze mnie bezczelnie - od dołu wąziutką wstążeczką tracka pnie się zadowolona dziewczyna z psem, rzucając zwierzęciu piłki. Natychmiast wizualizuję sobie lądowanie tej piłki w moim oczodole, podczas gdy pies rzuca się na mnie, a tamten z góry wjeżdża na pełnej petardzie w mój dolny odcinek kręgosłupa. Poddaję się. Spycham rower ze ścieżki, ustawiając się za solidną zasłoną drzew, myśląc, że jak gościa wyrzuci, to przynajmniej zatrzyma się na pniach, mnie nie sięgając. Gość mieści się w zakręt - nie ma wszak tak krągłych bioder - i jedzie dalej, a ja powoli wprowadzam rower na ścieżkę poniżej zakrętu. Nic z tego, nie puści mnie - dalej stoję, zaciskając oba hamulce, i proszę już zupełnie na głos, by mnie ktoś stamtąd po prostu zabrał. Dziewczyna z psem rzuca mi "cześć", roześmiana, a potem ciska radośnie piłkę, kontynuując beztroski marsz trackiem w górę, a ja na luzie próbuję jakoś doszyć kolejny kawałek szlaku. Dojeżdżam do następnego zakrętu i odpadam, po prostu nie mogę - w głowie mi się nie mieści, jak mam się w niego wpasować. Zsiadam, biorę rower pod pachę i złażę w poprzek serpentyn tracka, bo poniżej widzę normalną, szeroką ścieżkę, jakie za moich czasów były w Lasku i komu to przeszkadzało. Postanawiam jechać nią dalej.

Na ścieżce uspokajam się nieco, jest troszkę stromo, ale szeroko, więc przynajmniej mogę odetchnąć. Na krótko. Niebieski szlak wije się po mojej lewej i w momencie, kiedy nieco się poszerza i postanawiam na niego wrócić - zauważam ruch w górze. Nie wierzę. Tamten cykacz. Wyprzedziłam go po szerokiej ścieżce, a teraz właśnie on mnie dogania. Znowu jest za mną. 

Dociskam pedały, by uciec tamtemu, który rozpędzony rżnie w dół wpatrzony w nawierzchnię i nie ma szans, żeby mnie widział. Jestem cała na czarno i mam czarny rower, pewnie uzna mnie za dziwaczną plamę cienia i będzie próbował przeciąć tę plamę na skróty. Gnam w dół i w górę szeroką ścieżką, ale oczywiście dopędza mnie, tuż przed rozwidleniem czarnego pieszego i niebieskiego rowerowego. W sekundzie decyduję, że czarny pieszy to moja szansa ucieczki i przejeżdżam za szlaban. Tamten w ostatniej chwili orientuje się, że niebieski odbija, i cykacz skręca nieco w górę, znikając mi z pola widzenia. Uff, zwiałam. 

Zadowolona zwalniam i mina mi rzednie, bo wpakowałam się w kozi róg. Pieszy czarny zaczyna się wspinać na zbocze niemal pionowo, przekraczając czyjś prywatny płot - nie mam szans się tam pchać z rowerem. Przeklinam cykacza, opanowuję drżące kolana i postanawiam, że tak tego nie zostawię. Nie będą mnie downhillowcy przeganiać z Lasku, co to, to nie. Postanawiam zeskoczyć na wał wzdłuż Wisły, objechać szybko pod Jubilat na Orlej, kupić sobie na pocieszenie baton, a potem wrócić do Lasku koło Uniwersytetu Rolniczego i spróbować jeszcze raz wbić się na szlaki. Albo przynajmniej porzeźbić uda na asfaltowych podjazdach. 

Jak postanawiam, tak czynię. Migiem przelatuję przez wał, skręcam w Orlą, po małej zamotce na dziko wnoszę rower przez zbocze do góry (jak to możliwe, że Orla ma tam po prostu przerwę, kompletny brak przejazdu?!) i po krótkim postoju pod sklepem, melduję się z powrotem na drodze, wspinając się zdeterminowana do góry pod klasztor. Odpieram jeszcze atak rozbrykanego wyżła (dam głowę, że właściciel krzyknął do niego "Zostaw TO!", mając na myśli mnie i mój rower) i wjeżdżam na powrót w Lasek. Węszę przez chwilę przy jednej ze ścieżek, ale nie mam odwagi pchać się w nią na ślepo i w końcu wybieram bezpieczny wariant - podjazd asfaltem Aleją Wędrowników, co akurat zrobiłam już w zeszłym roku i wiem, że jest wykonalne, a poza tym dobrze pasuje do nadrzędnego celu rzeźbienia kończyn dolnych. Tym razem asfalt mam niemal caly dla siebie, i podziwiając zawilce, prawie z przyjemnością pcham się do góry, dumna z siebie. 

Na górze znowu źle skręcam - wypadły mi z głowy niegdyś dobrze znane ścieżki, znane także z treningów biegowych - i ląduję w jakimś śmiesznym, krótkim offroadowym wariancie. Nie zrażam się tym jednak, wracam na asfalt i tym razem kierując się znakami, docieram do Kopca Piłsudskiego. Dla uspokojenia nerwów, wiedząc, że dziś czasowo już niczego nie dokonam, postanawiam figlarnie wbiec na Kopiec, tak żeby dołożyć sobie rzeźbienia, i żeby było szybciej. Jak postanawiam, tak czynię, przypinam rower i ku uciesze innych spacerujących, w rowerowym kasku na głowie, wolniutkim zdyszanym tempem zaczynam biec na szczyt, trzymając mocno paski plecaka.

Na szczycie z rozczarowaniem stwierdzam, że otacza mnie gęsty smog i widoczność jest niewiele lepsza niż żadna. Nagrywam znudzone stories, przedstawiające mój cień na szczycie Kopca, i jednym okiem zerkam, czy te dwa spacerujące na dole owczarki kaukaskie nie obsikują mi roweru. I wtedy go zauważam - cykacz. Naprawdę, dołem pedałował jak gdyby nigdy nic zaś ten cykający rowerzysta, mój prześladowca z niebieskiego rowerowego. Obserwuję go w napięciu, gdzie pojedzie, i gdy widzę, że zmierza w stronę obserwatorium, natychmiast postanawiam skierować się w dokładnie przeciwnym kierunku, czyli na szlak na Panieńskie Skały, chociaż miałabym rower nim znieść na dół, w przypadku braku warunków do jazdy. Zbiegam z Kopca, mijając się z górskim biegaczem idealnie na przecięciach ścieżek, jak w jakimś bieganiu synchronicznym - gość pewnie myślał, że to jakiś żart, że goni go zasapana pulchna rowerzystka, w nieodłącznym kasku na głowie.

Mam już serdecznie dość tego Lasku i nadmiar wrażeń chyba sprawia, że jest mi już wszystko jedno. Co paradoksalnie poprawia mój styl jazdy - spokojnie zjeżdżam pieszym szlakiem, uważając na spacerowiczów i psy, i nawet całkiem śmiało przeprawiam się przez Panieńskie Skały. Podbudowana, postanawiam jeszcze podjechać czarnym szlakiem pod Zoo, żeby dobić przewyższeń i dobić uda. Spokojnie wjeżdżam sobie do góry, bez stresu pedałując na jedynce, i zawracam pod Zoo na zjazd, który nie należy do moich ulubionych ze względu na prędkość, ale tym razem chętnie w nim odpoczywam. 

W Parku Decjusza fiołki pachną obłędnie. Postanawiam objechać wałami Rudawy do podjazdu na Zakamycze, dobić się tą moją ulubioną górką, a potem przez obserwatorium dostać się na asfalt do Tyńca i nim wrócić do domu. Spokojna, że nie będę musiała już dzisiaj oglądać Lasku, ani żadnych downhillowców ani innych wariatów - co najwyżej kolarzy szosowych - ładnie wyjeżdżam oba zakamyckie podjazdy i żwawo wpadam na tyniecki asfalt, z krótkim odpoczynkiem na żółtym moście, który ostatnio na Instagramie wzbudził wasze spore zainteresowanie. Kręcąc Stories w biegu, na najwyższym przełożeniu szybciuchno przewalam się przez ścieżkę i już spokojnie przez Błonia wracam do domu, szczęśliwa, że w ogóle przeżyłam bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Laskiem i oboma Kopcami.

Dacie wiarę w tyle przygód na 48 kilometrach treningu? Tego chyba nikt inny nie ma. W domu okazuje się, że wykręciłam 2012 m w górę, co niby jest równe tatrzańskiemu Beskidowi, choć muszę przyznać, że na przyszłość zostawia pewien niedosyt. Może następnym razem trzepnęłabym tych podjazdów więcej? 

Czy istnieje dyscyplina "uphill"?

poniedziałek, 16 maja 2016

Wild eyes

Podróż rozpoczynam 6 maja, w cygańskie święto Ederlezi, czyli dzień świętego Jerzego. Początek wiosny, najważniejsze święto w roku. 

Pierwszy przystanek - Katowice. Przypominam sobie, że zapomniałam kubka i automatycznie zapada decyzja, że jadę z przesiadką w Gliwicach. Więcej przygody! W empiku kupuję drogi i uroczy kubek z Muminkami. Panna Migotka z grzywką, Muminek patrzy na nią... oczami właściwie bez wyrazu, ale to wciąż my. Podjeżdża najstarszy pociąg świata. Siadam obok jakiegoś młodego kolesia ze słuchawkami w uszach, po przekątnej starszy pan z aparatem słuchowym. Przejęty, przestraszony pyta siedzącą naprzeciwko kobietę, czy pociąg jedzie dalej niż do Gliwic. Bo martwi się, że nie wysiądzie w Gliwicach. Ja też nigdy nie byłam w Gliwicach i teraz martwię się o niego, spoglądając z ukosa raz po raz. Widziałam go potem w tłumie, pakującym się do mojego małego, żółciutkiego pociągu do Brzegu. Chyba miał od razu bilet, bo ja musiałam jeszcze pogalopować przez kompletnie rozkopany dworzec do okienka. Galopuję z powrotem na peron. Widzę koniec torów. Urwane szyny na remontowanym peronie. Koniec świata. Melduję się w Gliwicach.

Potem wsiadam do wesolutkiego żółtego pociągu do Brzegu. Usiłuję wtłoczyć plecak na górną półkę, ale jest zbyt gruby. Małżeństwo z naprzeciwka każe plecak posadzić na siedzeniu. Jakiś czas później okazują się nie być małżeństwem, bo jedno z nich wysiada, a drugie w milczeniu towarzyszy mi jeszcze parę kilometrów. A tak się wydawali do siebie pasować!

Potem wolne miejscem zajmuje dwóch mężczyzn - młody i stary. Obaj grubi, silni, spracowani. I rozmawiają o zwierzętach. Najpierw młody o tym, jak uratował zaskrońca. Potem stary o drapieżnych ptakach. Komentują mijane pola. Czy to wykosili trawę, żeby ją zakisić? - pyta stary. Kiedy mijamy budkę dróżnika, obaj jednocześnie jak na komendę unoszą potężną łapę w górę i kiwają nią na pozdrowienie, jak te japońskie figurki kotów, co przynoszą szczęście.

Potem rozprażony Prudnik. Idę, zrzucając z siebie po drodze ciuchy i przepoczwarzając się w wędrowca. Wydostaję się poza miasto i pod znakiem wskazującym drogę do klasztoru widzę pusty, porzucony wózek inwalidzki. Cuda, chromi chodzą, a ja znowu widzę - z wieży oglądam świat na nowo. Wcześniej pomagam dwóm dziewczynom zepchnąć auto, które nie chciało zapalić, w dół wzgórza. Mam nadzieję, że stał się cud i odjechały. 

A potem za sanktuarium gubię szlak. Na Świętej Górze. Ja, królowa GSS, pierwszy raz na poważnie kompletnie nie wiem, w którą stronę pójść. Nigdzie nie ma czerwonych znaków. Tracę godzinę na kręcenie się w kółko, w upale. W końcu na wyczucie i wedle słońca brnę dalej, coraz szybciej, coraz rozpaczliwiej, aż w końcu wybiegam wprost na szlak. Aby uspokoić nerwy i określić, w którą stronę będzie cel, a w którą Prudnik, przykucam jak zwierzę łapczywie paląc papierosa. W końcu ruszam, ale gonitwa zmęczyła mnie mocno i coraz bardziej chce mi się pić. Zapomniałam o wodzie w Prudniku. Brnę przez szlak zła i wystraszona - znak pokazał wciąż 5 godzin do Biskupiej Kopy. Jakbym wręcz się cofnęła! Zaczynam fantazjować o odwołaniu noclegu w schronisku, ale kiedy widzę ogromne, odstręczające hotele w Pokrzywnej, pokrzepiona kartonem lodowatego soku - zaczynam gnać.

Ze zmęczonych nóg wyciskam ultra prędkość i jak dziwaczny pająk z kijkowatymi nogami gnam przez coraz ciemniejszy las. I kolejny raz - wyprzedzam czas. Godzinę urywam z planu, kiedy wreszcie docieram do schroniska. Niby żałuję, że skoro miałam godzinę, to nie wskoczyłam na Kopę na zachód słońca, ale udaję - wcale nie chciałam. Jestem wykończona. Padam do łóżka, kiedy w schronisku do późna trwają lekcje tańca. Dla starszych i zaawansowanych. Serio. Wcześniej jeszcze, owinięta moim polarem w kolorze "alarm", siedzę na tarasie i patrzę, jak nad całą Opolszczyzną zapada zmrok, jak zapala się szeroko rozlane morze świateł.

Zresztą dobrze, że nie włażę na Kopę, bo rano jest otwarta wieża widokowa. Prawie podskakuję z radości, że w schronisku jest kawa z ekspresu, a potem oglądam cały świat z góry. Najpiękniej.

Schodzę leniwie do Głuchołazów i oszukuję, omijając spory fragment czerwonego szlaku. Tak mi już zostanie do końca wyjazdu, tak, że podróż sama z siebie stała się Wędrówką Leniwego Jogina. Wszystko, ale to wszystko, ale naprawdę wszystko kwitnie jak popieprzone, a do tego w powietrzu fruwają takie maleńkie puszki, kłębki, jak confetti. 

W Głuchołazach ostatecznie doganiam busa i nic nie oglądam. I dobrze, bo gdybym przy kolejnej przesiadce miała spędzić ponad godzinę na obskurnym nyskim dworcu, byłoby kiepsko. W Kłodzku za to zjadam obiad w barze "Dobrze". Jest pięknie, pięknie, pięknie. Nysa, Paczków, Otmuchów, Złoty Stok, Lądek Zdrój. Jestem w zachwycie. 

Jeszcze chwila niepewności i ląduje w przepięknym pokoju z łazienką i małżeńskim łóżkiem. Stronie Śląskie, sanatoryjno-ekstremalne. Downhillowcy w jedną stronę, emeryci na składakach w drugą. Mam pizzę, papierosy i internet. Siedzę w jasno oświetlonej otwartej kuchni i czuję, że to wspaniałe wakacje. 

PS. Czy ktoś wie, czy można chodzić bez małego palca u stopy? Czy będę się przewracać? Bo coś czuję, że niedługo mi odpadnie.

PS. 2 Przypadkiem wynajęłam nocleg idealnie przy żółtym szlaku na Kowadło. CZY MOŻE BYĆ LEPIEJ?

PS. 3 Powyższe słowa zapisałam w zeszycie drugiego dnia wędrówki, a potem już po prostu wędrowałam i zapisywałam wszystko w głowie. I byłam na Dolnym Śląsku, a to oznacza, że nad głową świeci mi jaskrawa aureola, i wszyscy, ale to wszyscy, ale to naprawdę wszyscy się do mnie uśmiechają, bo widać, że co jak co, ale święta jestem na pewno. 
 
 
Dzień 1 - tu jesteś :)
Dzień 2
Dzień 3
Dzień 4
 

Prudnik


Cuda, panie, cuda

Biskupia Kopa

Kłodzko <3

Kłodzko

Najtaniej na świecie w Kłodzku

 

poniedziałek, 28 marca 2016

She Comes To Me In Dreams

Kiedyś może się okazać, że ten cybernotatnik jest moim najcenniejszym dokumentem.

Wertując dzisiaj karty internetu zupełnie przez przypadek wpadłam (jak zderzenie w drzwiach) na zapiski czyjejś drogi. Momentami zbieżnej. Na przestrzeni lat rozciągniętej podobnie jak moja, moja tylko tkana z słów ciaśniej, gęściej. Ale wystarczyło. Kierunek jakby wspólny: u-po-rząd-kuj się. Zostaw rzeczy. Zostaw ludzi! Zarzuć plecak i wyrusz na wędrówkę w głąb i w przestrzeń.


O ja, chłopaku!




Kiedyś rozpoznałam Śnieżkę na zdjęciu jak starą znajomą i S. zapytał zniecierpliwiony, z niedowierzeniem:
- Naprawdę byłaś w tych wszystkich wioskach?






A byłam.

wtorek, 7 lipca 2015

Fly with me (fragment)

Przez maleńkie trójkątne okienko samochodu obserwowałam ze zmarszczonymi brwiami narastające wokół mnie zwały Krakowa, bezładne stosy domów, reklam i metalowych baraków na przedmieściach, umajonych bezładnie szyldami i zawilgoconymi złowieszczo, pomarszczonymi twarzami billboardów, z billboardów. Jeżyła się na mnie moja szara sierść mimowolnie, bezwolnie zaciskały się pięści, ale przecież jeszcze równo cztery godziny wcześniej stałam obramowana karmelowym drewnem altany i patrzyłam, jak ciepły, miękki deszcz zasnuwa wilgotną pajęczyną ciemne gałęzie drzew.

A jeszcze wcześniej...


***


Zaczęło się zupełnie niewinnie, jak zwykle, było jeszcze prawie zupełnie jasno, powoli, leniwie, niechętnie nieomal przenosiliśmy pojedyncze przedmioty w stronę prawie idealnego okręgu, przechylaliśmy puszki, rozsypywaliśmy na trawie naczynia, jeszcze się ociągając, jeszcze nie przeczuwając, że i tak spadnie na nas ten święty szał, bo i dlaczego miałby nie dopaść nas tym razem, skoro zawsze ogarnia każdego, kto tylko jest świadkiem przyłożenia niewinnej zapałki do dziewiczego stosu, ktoś wykonał ten pierwszy ruch, ktoś inny zwijał ze śmiechem stare gazety w doskonałe kształty geometryczne i skrupulatnie rozmieszczał na wielu piętrach gęsto rozwidlonego, pierzastego długimi igłami sosen stosu, najpierw szary dym, potem biały dym, kiedy zapadła już decyzja, że bucha płomień, już na dobre, w jednym miejscu łamiąc horyzontalne struktury nałożonych na siebie warstwami gałęzi, wprowadzając dziki, tańczący, pionowy akcent, wysmukły i wiotki i wietrzny, bo niebo od zachodu zasunęła już czarna przesłona gęstych chmur. Ogień opada jak woda, jakby jego poziom ktoś wyrównał ostrym nożem, ale nie gaśnie już, bo nałożyliśmy gałęzi napęczniałych od słodkiej żywicy, którą ogień wylizuje łapczywie z sykiem i chrzęstem jakby tuzina szorstkich języków, pracujących lubieżnie wewnątrz kopuły stosu, a my patrzymy, stojąc dookoła, w zamyśleniu łykając piwo, ssąc papierosy, przysysając się wzrokiem do tego tajemniczego miejsca, które powoli zaczyna od środka rozświetlać się świętym blaskiem, aż wywróci się niby na lewą stronę, płomieniem na zewnątrz, a wnętrze ściemnieje gwałtownie na tle płomiennego pluszu obrastającego starannie ułożone gałęzie, ogień rośnie uparcie, bo co chwila któreś z nas nie może oprzeć się przemożnej pokusie sięgania po leżące tuż obok, porąbane na krwawe, żywiczne ochłapy gałęzie, usypisko żywcem rozczłonkowanych drzew.

czwartek, 14 maja 2015

Ship to Wreck

Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy ty powiesz: "Wyjeżdżam."

Będziesz patrzył na mnie uważnie pociemniałymi oczami. Podskoczę pewnie i zaszczebiotam: "Do Radomia?", jak zawsze ucieszona, zachwycona tym nigdy nie tracącym uroku żartem, choć czuła będę, że nie, bo lód podejdzie mi do serca.

Więc ty powoli pokręcisz głową, a mury świata zawalą się z hukiem w asfaltowych obłokach tłustego pyłu.

Spytam jeszcze resztką sił, ostatkiem tchu, czy mogę jechać z tobą, ale ty zaprzeczysz ponownie. A moje serce stanie.


***



Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi.

Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi, choć nie przemierzam z plecakiem północnej Hiszpanii, choć nie podróżuję stopem przez szwajcarskie Alpy, chociaż nigdy nie byłam dalej niż przedmieścia Paryża. Jesteśmy ludźmi drogi, bo jesteśmy w drodze, bo taki jest stan umysłu.

Jesteśmy ludźmi drogi z wiecznie spakowanym plecakiem, bez adresu, bez domu, bez mienia. Jakby jedyny dom, jaki mam, to wielki plecak; za każdym razem, kiedy wspinając się na palce wyciągam go z szafy, czuję, że rozszerza mi się ciasna klatka żeber, że mogę wziąć oddech.

Wiem, że gdzieś już jest wyznaczony dzień, kiedy ptak mojego serca ucieknie z ciasnej klatki żeber. Wyfrunie ze mnie jaskółka serca i poleci za tobą, usiądzie ci na ramieniu i nigdy już do mnie nie wróci. Będę człowiekiem bez serca, bo pozwolę sercu odejść z tobą, oddam moje serce tobie, a ty poniesiesz je w kieszeni bluzy w świat szerszy niż pole widzenia.

Nie będę miała serca, bo pozwolę, żebyś zaniósł je innej kobiecie, serce ze wstążeczką na kruchutkiej szyi, z drżącym od najmniejszego ruchu pierzem.

A ja rozkruszę się w szary popiół i wiatr mnie rozniesie. Bez serca stracę wagę i wilgotność; zostanie ze mnie sama skórka, suchy wiórek, lżejszy od powietrza. Będę mówić: "Mnie nie ma", a przyjaciele będą zaglądać w puste oczy i błagać: "Wróć do nas, O. Gdzie jesteś, O.? Wróć do nas, nie odchodź".

A ja będę odpowiadać: "Mnie nie ma" i pogrążona w miękkiej ciszy będę przemykać pod ścianami, blisko cienia.

Ale jesteśmy przecież ludźmi drogi, a to oznacza: wiecznie spakowany plecak, bez adresu, bez domu, bez mienia. Droga mnie ukoi, przytuli i poniesie; bez serca to będzie słodki ciężar, nie więcej niż dwadzieścia jeden gramów plus skórzane buty, plus waga górskiego roweru, plus kilkudziesięciolitrowy plecak i  trekkingowe kije, skrzyżowane na plecaku jak wiedźmińskie miecze.


***


Chciałabym iść wstecz, by odsuwać się od tego piekielnego dnia, ale rzeka płynie zawsze tylko w jedną stronę.


wtorek, 14 kwietnia 2015

Porady #1

Podaję państwu niezawodny sposób, jak nie biegać:

wystarczy zapisać się na bieg, a potem nie biegać, żeby nie przeziębić się przed biegiem.



Po biegu wymyślę kolejny sprytny sposób.


Ale pedałuję z mozołem na starym dobrym druhu i myślę sobie, że biegaczem pozostaje się w sercu na zawsze, tak jak na zawsze w sercu jestem singlem, i bujam się na siodle wesoło czując dumę, że wiem, jak rozłożyć tempo, by po marnym górskim sezonie przebiec półmaraton bez przygotowania. Tęsknię!

wtorek, 17 marca 2015

Frozen

Jak wrócić. Jak wrócić gdzieś, gdzie się nie było osiem lat. Co powiedzieć. Jak się przywitać. Jak usiąść, jak się zachować, co zrobić z rękami.

Co zrobić z rękami.








Co zrobić z rękami.








czwartek, 6 listopada 2014

Beware the Wolf

A potem pomyślałam sobie mściwie, że może ktoś inny wpatruje się (wpatrywał się, będzie wpatrywał się) ze związanym na węzeł gordyjski żołądkiem w mój wizerunek i może komuś innemu na mój widok drżą z przerażenia rzęsy. 
Mściwie to pomyślałam.
Mściwie.

Back to Black


















Ból mnie rozsadza.



















wtorek, 23 września 2014

Learn to swim

Boję się wody. 
Panicznie boję się wody.
Woda gasi ogień.
Nawet przejeżdżając przez most, patrzę szeroko otwartymi oczami na rzekę i proszę ją szeptem,
żeby mnie oszczędziła, żeby mnie nie zagarnęła swoją lodowatą falą.
Pochłonę drewno, spalę ziemię, roztopię metal
- powietrze wzmaga pożar -
ale panicznie boję się wody.

Bo woda gasi ogień.



Dzień trzeci, ostatni.
 

piątek, 22 sierpnia 2014

33 sceny z życia

Trzydzieści trzy sceny z życia dzięciołka. Retrospekcja. Środek maja. Fragment.

U ortopedy

Ortopeda nosi tak dumne nazwisko, że przewyższa go ono o jakieś dobre czterdzieści centymetrów. W przeciwieństwie do rodowodowego nazwiska, ortopeda sam w sobie jest ode mnie niższy o pół głowy, niezwykle drogo ubrany i bubkowaty najbardziej na świecie. 

Po niemal sześciu tygodniach od nieszczęsnej kontuzji postanowiłam w końcu udać się po pomoc fachową, nie po to bynajmniej, by się ratować, lecz żeby wszystkim życzliwym przyjaciołom i obcym zamknąć jadaczki. Więc wchodzę. Ortopeda nie zaprasza mnie, żeby usiąść, ale usiadam samowolnie, wciskając się z łoskotem na nieporęcznie ustawione krzesełko przy biurku. Z czym przyszłam. Otóż z kontuzją. Wówczas to padają najstraszniejsze słowa na świecie, których niby to mogłam się spodziewać, lecz w głębi swojej czarnej duszy życzyłam sobie serdecznie, ażeby ich nigdy nie usłyszeć. Proszę zdjąć spodnie. I buty!

Nie przeszkadzałoby mi zupełnie, gdybym miała przeparadować przez cały długi korytarz topless, ale obnażać się od spodu to dla mnie najwyższa kara. Każdy człowiek traci swą godność wraz ze zdjęciem spodni, a butów zwłaszcza. Jest taki odcinek mojego ulubionego serialu, gdy wstrząśnięta Carrie Bradshaw niepewnie odpina paseczki swoich blahników i myślę trochę o tej scenie, kiedy z wściekłością szarpię klamrę własnego skórzanego paska. 

Z najwyższym obrzydzeniem kładę się na leżance - ostatnio mam pecha do pozycji leżących - a ortopeda pochyla nade mną swą fizjonomię bywalca "Gorączki" i czubkami palców z całej siły naciska mi wystające kości biodrowe krzycząc niemal: "CZY TU BOLI?!" Spokojnie odpowiadam - trzeba starannie ułożyć brzmienie swego głosu, rozmawiając z ludźmi, co do których poczytalności ma się pewne podejrzenia - że nie, nie boli, bo boli mnie tylko z boku kolana, lecz za to zajebiście w chuj. Oczywiście nie tymi dokładnie słowami, ale mniej więcej, bo w tym czasie ortopeda chwyta mnie właśnie za środek stóp, które tkwią bezbronnie na końcach moich tłustych, gołych obleśnie nóg, owinięte w zupełnie mokre skarpety. Chociaż od biura do przychodni nie jest daleko, dziś przez chodniki rżną tak szaleńcze potoki, że moje buty z zachwytem opiły się wodą jak wawelskie smoki. I za te zupełnie mokre skarpety trzyma mnie ortopeda, a ja z trudem powstrzymuję szaleńcze drgawki całego ciała i muszę w tym miejscu poczynić wyznanie. 

Nienawidzę z całą mocą, kiedy dotykają mnie obcy ludzie. Nie cierpię, kiedy ktoś niechcący otrze się o mnie w autobusie, nie znoszę, kiedy ktoś jowialnie klepie mnie po plecach i wpadam po prostu w panikę nawet wówczas, gdy na moment zderzę się z kimś w drzwiach. Nie wiem, skąd we mnie ten przerośnięty jak wybujałe ego dziwaczny odruch, ale na samą myśl, że czyjeś obce lub chociażby tylko z widzenia znajome ciało choćby na centymetr zbliży się do mojego, niemal umieram ze wstrząsu.

A ortopeda właśnie suwa palcami tam i z powrotem po moim miękkim, białym udzie, tłumacząc z zapałem fundamenta zespołu pasma biodrowo-piszczelowego. Dobrze, że sama zdiagnozowałam to sobie już pięć tygodni temu, bo teraz jedyne, o czym mogę myśleć, to żeby przestał. Ale najgorsze dopiero przede mną. Swoją drogą, pozwolę sobie na ponowną dygresję, jakże dziwnie się to życie układa, bo dotyk dentysty sprawiał mi najwyższą z możliwych radość, a dotyk tego kędzierzawego krasnala przyprawia mnie o ból fantomowy we wciąż spuchniętym zębodole. Ortopeda każe mi wstać - wciąż bez spodni - i pokazywać mu się przodem (już prawie ze łzami w oczach), a on w tym czasie kuca na podłodze, oglądając moje doszczętnie mokre reeboki (które od wody z niebieskich zrobiły się granatowe), a ja stoję w samych majtasach i mokrych skarpetkach na otłuszczonych, rozlanych nogach i nawet już nie mam siły twierdzić, że jestem biegaczem, bo patrząc na ciało moje spuchnięte z rozpaczy i ciastek nijak nie można by dać temu wiary. W końcu odpuszcza mi i pozwala się ubrać, i zasiadam na tym krzesełku chwiejnie, jak człowiek po ciężkim wypadku, na przykład nagłym zderzeniu z rzeczywistością.

środa, 18 czerwca 2014

Elementarne doświadczenie ontyczne

Grzebię w starych, kalekich plikach tekstowych.

Zanurzam rękę aż po przegub, jak w odkrytej bezwstydnie ściekowej kratce.

Jechałam sobie dzisiaj autobusem i płakałam. Nie byłoby to takie straszne, gdyby naprzeciwko nie siedział chłopak, może licealista, który bardzo się wiercił, rozkładając nogi w bezradnym geście, bo nie wiedział, co ze sobą począć w tej nagle intymnej sytuacji.

 Nagle bardzo wstydzę się pisania prawdy na tajemnym swoim blogu publicznym. Wstydzę się, że przeżywam załamanie nerwowe w samym środku astronomicznego lata i nie mam żadnych możliwości ratunku.

Serdecznie państwa przepraszam.

sobota, 10 maja 2014

Wayfaring Stranger

I am a poor, wayfaring stranger
Traveling through this world alone
And there's no sickness, toil or danger
In that bright land to which I go



 Dentysta chodzi nerwowo wokół panoramicznego zdjęcia mojego wyszczerzonego garnituru i mówi prawie sam do siebie: "Takie wielkie ósemki! Wyjątkowe duże ósemki... Rzadko zdarzają się takie duże ósemki." Przekręcam głowę na fotelu, mrużąc oczy przed lampą i rzucam zaczepnie: "Wcale nie jestem z tego dumna".
Rozśmieszanie dentystów stanie się moim zawodem wyuczonym.

Teraz siedzę przy otwartym oknie i drapię zawzięcie opaloną skórę na przedramionach. Kodeina stoi na straży mojego spokoju ducha. Cała ostatnio jestem bólem połamanych kolan, zeskorupiałych strupów na obojczykach, wyłamanej szczęki, poobijanych ramion. Zawisła nade mną czarna chmura pecha i wszystko, co miało spaść, utonęło w otchłani rozpaczy. Ale były też jasne momenty. Zwłaszcza ten, kiedy o czwartej nad ranem zarzuciłam na grzbiet stary, dobry ciężar plecaka i wyskoczyłam w świt.

Dentysta majstrował pomiędzy rozrywanymi żywcem wargami prawie godzinę, a ja cierpliwie czekałam, aż on wreszcie zirytowany do ostateczności ściśnie moją głowę między kolanami i wybije parszywą ósemkę metalowym trzonkiem jakiegoś instrumentu. Obcęg czy tam młotka.

Ale wtedy kołyszący wielki autobus wiózł mnie do serca umiłowanego Śląska i zdziwioną wypluł w sam środek wykopanej w Katowicach dziury. Katowicki rynek zapadł się do sztolni pewnie za sprawą skarbnika. Siedziałam przytajona w ciemnym zaułku żółto-czerwonej restauracji i obejmowałam czule gorący kubek z kawą. Znowu w drodze. Znowu niesiesz swój mały domek na plecach, a ludzie mijają cię we wszystkich możliwych konfiguracjach świata. Z kosza w dworcowej księgarence wygrzebałam Murakamiego, pasującego mi okładką do plecaka. Jechał na mnie przez dwa dni, wygodnie siedząc na szczycie plecaka. "Oni wszyscy mają książki!" - wykrzyknęła oburzona przygodna współlokatorka z Rumii, wówczas z drugiego łóżka po lewej w schronisku. "Też nie wzięłam" - spojrzałam na nią z wysokości górnej pryczy, koty zawsze siadają gdzieś wysoko - "też nie wzięłam, a potem i tak kupiłam ją na dworcu, bo bez książki się nie da."

Czytałam tego Murakamiego, dziwiąc się, że chyba już to gdzieś widziałam. Opowieści dziwnie znajome. Pociąg wiózł mnie na zachód, a każda z mijanych na niebieskich tablicach nazw była dobra. Była właściwa. Jeśli masz deja-vu, to znak, że jesteś we właściwym momencie swojego życia. 

Wczorajszej nocy obudziłam się na zalanej krwią poduszce i po policzkach pociekły łzy. Jest taka godzina w nocy, o której - jeśli się obudzisz - ból wali cię w pysk niezależnie od tego, ile pustych zębodołów krwawi akurat w twoich ustach. 

Ale wtedy dojechałam na sam koniec świata, nakryty burzowymi chmurami. Kupiłam papierosy i  ruszyłam w górę. Myślałam o mojej prababce, że połączy nas majowa data śmierci, bo nie było szans, żeby tym razem udało mi się zbiec przed ognistymi mieczami błyskawic ścierających się dwóch ogromnych burz. Ale jedna jest droga i jeden kierunek - naprzód - więc brnęłam w górę, uginając się pod zapomnianym ciężarem plecaka, uciekając drobnymi kroczkami ołowianie ciężkich buciorów przed ołowianie szarymi chmurami. Jeszcze kawałek. Jeszcze do tego drzewa, a potem zatrzymam się. Jak będzie trzeba - zawrócę. Oszukiwałam się na wiele wymyślnych sposobów.

Burze srożyły się na mnie jak zjeżone psy, ale oparły się Magurze, a ja na drżących ze strachu kolanach pokłusowałam poprzez zbocza dalej. Byle dalej. Tego dnia, może za sprawą przespanych zaledwie dwóch godzin, sama za sobą zostawałam w tyle. Znowu nieubłagany zegarek wpędzał mnie w nerwicę, a grzbiet chrupał pod ciężarem. Na Raczy wiał zimny wiatr, zamiatający włosy na twarz. Opierałam mu się z przyjemnością, obserwując nieregularną koronkę gór na horyzoncie. Byłam na szlaku.

Tuż przed schroniskiem napotkałam kota. Byłam jeszcze w lesie, ale słyszałam już wyraźnie ujadanie psów z przysiółka. Na początku myślałam, że to jakieś dzikie zwierzę na ścieżce, a kot o mnie pomyślał to samo, bo zamarł i nastroszył się z całego serca, podskakując na sztywnych nogach, udając, że jest wielki. Może wziął mnie za okulawionego niedźwiedzia. Kiedy go zawołałam, stropił się i zmieszał, rozpoznając we mnie jedynie oswojonego człowieka i pokrywając zmieszanie miauczeniem, minął mnie i ruszył w dalszą drogę. Moja droga na ten dzień dobiegała końca. Przysiółek był miękko wysłany trawami, był jak z obrazka, oświetlony matowoperłowym światłem zachodzącego słońca, cichy i ciepły. Schronisko maleńkie i ciasne. Zabrałam herbatę na lodowatą, drewnianą ławkę i dmuchałam dymem w ciemność.

A rano wyszłam spomiędzy apatycznych schroniskowych lokatorów prosto w deszcz. Moja kurtka we mgle nabrała jeszcze soczystszego, poziomkowego odcienia. Deszcz szumiał w lesie jak zaczarowane radio. Cały czas wydawało mi się, że idzie za mną zupełnie niezaczarowany, lecz przaśnie realny niedźwiedź. Najlepszy sposób, żeby podnieść się na duchu, to gadać do siebie. Utyskując na pogodę i czerwony szlak - maniakalnie wybieram czerwony, chyba po to, żeby pasował do koloru paznokci - stanęłam na Rycerzowej. Było widać nic, jeśli chcecie wiedzieć.

Na swoje nieszczęście, w bacówce wisiał rozkład odjazdów pociągu i jak koń czujący bliskość stajni wyrwałam do przodu, marząc już o czułym objęciu miękkiego fotela. Człowiek chodzi w te góry, tylko po to, żeby się potem spocić i zmachać i marzyć tylko o tym, by wsiąść w pojazd uwożący go w bezpieczne doliny, zupełnie bez sensu. A kolano zaczęło łamać się pode mną nieubłaganie. Im bardziej skracała się czerwona wstążka szlaku, tym więcej czerwonych plam miałam przed oczami, tym bardziej kurczowo ściskałam w dłoni wierny kijaszek. Do Rycerki zwaliłam się ze zbocza jak postrzelony bażant. Kiedy powłóczyłam pokruszoną w pył nogą przez wąski chodnik, nagle zza przystanku wychynął na mnie ogromny, karmelowy wierzchowiec. Przytomność straciłam już na Mladej Horze, więc ze spokojnym sumieniem uznałam korowód jeźdźców wolno przesuwający się po chodniku za wytwór zajeżdżonej wyobraźni. Potem nadjechał pociąg. 

Kiedy autobus uwoził mnie, otępiałą z bólu, w stronę autostrady, myślałam maniakalnie, jak bardzo wykoleiły się moje plany. Jak bardzo rok składał się tylko z daty osiemnastego maja i jak bardzo był to głupi pomysł, by cały rok wokół jednego dnia nadbudować. 

Nie pobiegnę. Na razie.





środa, 9 kwietnia 2014

Waitin' all night

Cześć, mam na imię Olga i jestem anonimowym neurotykiem. Chodzę po biurze jak błędna i śmieję się do siebie, bo mnie rozpiera astralna energia zodiakalnych Baranów, a biuro jest ciemne i stęchłe niczym najuboższa piwnica. Po trzeciej kawie czuję ucisk w skroniach i ucisk w sercu wzbierającym dziką przekorą. Czuję, że tylko chwila dzieli mnie od momentu przywalenia czołem w klawiaturę. Tym razem może jeszcze się powstrzymam. 

Nerwy mam napięte jak ciasną gumkę w majtkach. W niedzielę wstałam z ławki i ugięło się pode mną kolano. Może wytarły się w nim wszystkie mazie, jakby ktoś wyczyścił talerz chlebem. W poniedziałek mam ochotę zjechać z drugiego piętra po poręczy, bo nie mogę iść normalnie. Ból podchodzi mi do gardła. A zostało 5 tygodni.

 Kołysze mnie autobus w rytmie swojej fali i raz myślę, że da się, a raz, że niemożliwe. W internecie tako rzeczą: "O ile nie odpadnie ci noga i nie będziesz wymiotować całą drogę - przebiegniesz". Ostatni tydzień trzeba skreślić, bo wtedy już nic nie zdziałam. Ile mi zostaje? Osiemnaście dni?

Jasna dupa, ale będzie obciach, jeśli zdygam.





Smaruję lewe kolano chłodem maści, a drugie skacze jak szalone w rytm parzących myśli.


czwartek, 3 kwietnia 2014

6 weeks under

Jeśli znajdziecie bardziej żałosnego człowieka niż ja, ufunduję wam Nobla z dziedziny socjologii. Na przykład dziś. Siedzę przy biurku i kompulsywnie zżeram w dwadzieścia sekund tabliczkę czekolady Milka, opętana obłędnym strachem wynikającym z faktu, jak straszliwie, jak ze wszechmiar jestem gruba, jak rozpustna i leniwa i lubieżna, jak najpiekielniejsza z dziwek. Najgrubszy człowiek na świecie ever, w kategorii do pięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Potem dławię się nieomal na śmierć tłustym ciastem upieczonym li i wyłącznie z tłuszczów trans, czytając z przerażeniem w oczach relację z maratonu w Barcelonie i krztusząc się jeszcze okruchami, w panice wybiegam na trening i oczywiście zgodnie ze wszystkimi prawami fizyki tuż za rogiem bloku łapie mnie kolka.

Więc biegnę ciężko z tą kolką w brzuchu, myśląc histerycznie, jak straszliwie jestem grzeszna, jak to całą zimę nużałam się w najgroźniejszych odmianach skończonej rozpusty, biorąc do ust rzeczy, które nie śniły się ani fizjologom, ani reżyserom najwykwintniejszego hard porno, biegnę i biczuję się w myślach po gołym, obmierzłym dupsku za wszystkie przewinienia. Wyobrażam sobie siebie na starcie tego piekła, stojącą pośród tych wszystkich pracowitych, zdyscyplinowanych, szczupłych jak dzikie zwierzęta ludzi, wyobrażam sobie, jak wszyscy patrząc na mnie widzą tylko ruchomy stos taniego smalcu i wypisane na moim ciele wszystkie te złe rzeczy, których się podejmowałam, byleby tylko nie ćwiczyć. 

Więc człapię z tym skręconym z przerażenia jelitem i kapiącym ze mnie potem i myślę, że byłabym gotowa wpełznąć do kościoła na kolanach i łokciach, chociaż ostatnie, w co wierzę, to bóg, a nie, przepraszam - ostatnie w co wierzę, to ja sama, ale bóg też jest nie więcej godny szacunku, ale byłabym gotowa wczołgać się do pierwszego z brzegu kościoła i ucapić się nogi ołtarza i walić w niego łbem wyjąc, żeby bóg zmył ze mnie ten tłuszcz grzechu i uczynił mnie dziewiczą i świętą jak Scott Jurek, wyznawca weganizmu. Ale bóg musiałby być szalony, żeby słuchać jęków takich parszywych grzeszników jak ja, więc biegnę dalej.

Biegnę dalej, charcząc, bo czuję, że rozczuliłam się już ze strachu na tyle silnie, że płacz chwyta mnie za gardło żelaznym skurczem i duszę się, chwytając powietrze jak ryba na piasku. Ale biegnę, żeby bujającym ruchem kolan utulić się, ukołysać i uspokoić, bo przecież na lęki najlepszy jest sport, chociaż chyba nie tym razem, bo pyszczek wykrzywia mi się w podkówkę jak maleńkiej małpce, ale przyspieszam, żeby się otrząsnąć, i zadzieram głowę do góry, bo akurat droga moja wiedzie poprzez szpaler obsypanych kwiatami krzewów i chwilowo odwracają one moją uwagę. Cierpienie duchowe nie mija, tylko wytłumia się jak dźwięk w kartonowym kubeczku, a ja rozglądam się na boki biegnąc, jakbym nie brała w tym udziału, jakbym sama na sobie jechała niczym na zgarbionym ośle. 

Zaczyna się podbieg, co paradoksalnie zawsze oznacza dla mnie miłą odmianę, i chwilowo zapominam, że mam tak galopującą nerwicę lękową, że czasami nieomal nie potrafię wyjść z domu, że kiedy wybieram jazdę do pracy autobusem, a nie rowerem, to zawsze wyobrażam sobie, że pewnie tego dnia roztrzaskałabym się z tym rowerem na drodze, ale uchroniła mnie od tego dobra decyzja. I wtedy przypominam sobie, że mój chłopak roztrzaskał się na drodze jadąc do pracy o godzinie siódmej pięćdziesiąt, która to godzina jest godziną mojego urodzenia, a jego była ostatnią, i już łzy ciekną mi po brodzie razem z potem i przygniata mnie do ziemi czarny głaz rozpaczy. Ale biegnę.

Zataczając pętlę docieram z powrotem do pachnących oszałamiająco krzewów, tarniny, zdaje się, albo przynajmniej tak to sobie wyobrażam, i piękno tego obłędnego zapachu rozkłada mnie na łopatki. Wciskam pięść w mokrej rękawiczce do ust i zagryzam, bo życie jest takie piękne ogólnie, ale moje życie jest takie brzydkie partykularnie, takie tragicznie smutne i przerażające, takie samotne. I przebiegam truchtem przez zebrę, oddalając się od tamtej myśli, jakby każdy pas był kolejnym stopniem wtajemniczenia.










Zawsze kończę trening, biegnąc prosto naprzeciw oświetlonym oknom mojego mieszkania


środa, 5 marca 2014

Ach, boże

Jeden z kolegów w pracy woła na mnie: niebieska. Bóg widzi, że czerwień przelewa się we mnie jak ukrop.

Wypuściłam się sama na wolność. Pode mną kilkanaście kilogramów żelastwa - w rzeczywistości lekkie jak pióro, targane niemal najlżejszym podmuchem wiatru. Szum w uszach, smakowite mlaskanie błota pod oponami, z lubością przeciągam się unosząc biodra w powietrze. Gdyby tylko słońce wychynęło zza ciężkich zwałów mgły, byłabym w niebie. Tuman galopuje tuż nad ziemią, wyraźnie rozróżniam porozrywane na cząstki strzępki, macki, frędzle, wstążki, nici, pasma, pukle, loki, meandry. Ja i las. Wilgotna wata przetyka drzewa, wycisza, wytłumia otaczającą mnie przestrzeń, zatykając uszy i usta, zapierając oddech, przesłaniając wzrok. Ale jestem z powrotem na szlaku, zimę przespałam krótkim, gorączkowym snem i znowu rozkłada się przede mną wachlarz miesięcy zachodzących na siebie jak karty, w grudniu przetasuję je wszystkie. Mróz łamie palce. Po policzku rozbiegają się czerwone rysy popękanych naczynek. Kruszeje skóra jak szkło.

Nad buczącymi przeciągle drzwiami płoną czerwone cyfry. Sto czterdzieści sześć kilometrów na godzinę. Wciska mnie w fotel przeciążenie bezwładnego umysłu. Na pół drzemię, na pół obserwuję ze zmarszczonymi brwiami swoje odbicie goniące przez trzy godziny mnie samą w pociągu. Jest coś dobrego w tym pędzie, coś prawidłowego, coś odpowiadającego dokładnie mojemu wygnaniu, samotność i modny magazyn leżący na pustym siedzeniu obok. Warszawa zabiegana jak zwykle. Jest coś w tym mieście, co mi odpowiada, jakby przeczucie, że mogę (będę) tam kiedyś mieszkać, poczucie momentalnego, nieuzasadnionego zadomowienia, obce z zasady wiecznemu tułaczowi po drogach i miastach. Wylizuję z kącików ust zebrane okruchy. Mnóstwo okruchów. 

Ból, tyle bólu, tyle bólu, który tak wielki, że nie mieści się w mojej małej, wyschniętej na czarno rodzynce serca. "Jesteś przeziębiona?" - pyta zaniepokojona A. z wnętrza mojego idealnie żałobnego smartfonu. - "Masz taki smutny głos". Zmagam się z huraganem napierających hormonów i nie potrafię się podnieść przygnieciona ciężarem cierpienia. Oczywiście, jest jakaś część mnie, która podrzuca nerwowo nogę założoną na nogę i skrupulatnie notuje te odrażające napady humorów, by móc je przerobić na anegdotę. Ale ból jest prawdziwy jak grota w skale, zionąca chłodem, wilgocią i smrodem rozkładu. Chcę wyć, wyć, wyć, bo ostatnio wściekłość jest stanem naturalnym, przetykanym epizodycznymi napadami spokoju - rzadkiego - ducha. Kolejna cezura nadchodzi stukając obcasami znoszonych butów. Dwadzieścia sześć okrążeń.

Bez zmian.





Śniło mi się dzisiaj, że przyprowadziłam do domu Hitlera, i nikt poza mną nie wiedział, że to on, wszyscy witali go wesoło i proponowali herbatę, a ja oszalała ze strachu myślałam tylko: "zabierzcie stąd dzieci, to Hitler!", wyglądał chwilami jak Franz Kafka, a chwilami jak Marilyn Manson. Zmusił mnie do założenia sukienki, w celu świadczenia mu jakichś zwyrodniałych usług seksualnych i groził, że zagazuje wszystkich, jeśli tego nie zrobię. 


Nie wiem, czy szukać tego w senniku pod "Hitler", czy pod "führer".

wtorek, 18 lutego 2014

In the end

Tysiąc dwieście kilometrów w cztery dni. Wygięta w kabłąk przyciskam twarz do płaszcza, zamknięte powieki walcowane przez ciężkie uderzenia ostrego światła, łamanego czarnymi pasami latarni. Szyba, płynne pasmo drzew, szum silnika, kołysanie foteli, fala za falą.


Jestem zmęczona, jestem potwornie zmęczona, jestem wkurwiona do granic rozsądku z powodu zmęczenia, rzygam tym zmęczeniem jak spienioną żółcią, nie mogę jeść, trzęsę się z głodu, ręce opadają bezsilnie wzdłuż ciała, a tyle jeszcze do zrobienia, nic nie mogę wykreślić z kalendarza, płaczę i wyję z wściekłości nad ciałem, które ugina się pode mną jak gąbka.



Kiedy robiłam te zdjęcia przekonałam się, że naprawdę można wpaść pod pociąg nawet tego nie zauważając. Przysięgam, bo nigdy nie kłamię, przysięgam, bo odczułam to na własnej skórze: lokomotywa pojawiła się za moimi plecami BEZDŹWIĘCZNIE, ona się tam zjawiła jak upiór, kilkutonowy żelazny potwór podkradł się do mnie bez trzasku najmniejszej gałązki. Nie miałam nawet czasu na panikę, odwróciłam się na pięcie i zeszłam po schodach, nie panując nad strachem, tylko nie biorąc go pod uwagę - nie miałam czasu się przejąć. Stanęłam kilka stopni niżej, patrząc na ogromne koła, poruszające się jak tnące tarcze krajalnicy na wysokości mojej twarzy. 

Moment.

niedziela, 22 grudnia 2013

Boże, jakie życie jest smutne

I nie piszę dlatego, że moje życie jest zjebane, partykularnie, czy coś w tym stylu, aktualnie zresztą wymyta do czysta i naga siedzę w cieple z pełnym żołądkiem i nie zagraża mi nic poza potencjalnym wybuchem gazu w łazience albo pęknięciem rury w kuchni, ewentualnie pęknięciem naczynek na twarzy, ale patrzę na zdjęcie mojego byłego chłopaka i widzę tak straszny smutek w tym, że patrzę na nie, że dopiero drugi dzień siedzę sama w domu i w gruncie rzeczy ten stan sprawia mi diabelską przyjemność, to kiedy dziś stojąc na moście patrzyłam w oświetlone na ciepło okno mojego byłego chłopaka, który nawet, jeżeli będzie ruchał jakąś kobietę (ale kto mu da dupy w święta?) to jednak będzie siedział w te święta sam na sam z telewizorem, i myślę wstydliwie, że żal mi go (bo akurat nie pamiętam, że jest skończonym dupkiem), że żal mi go tak przeraźliwie aż do bólu zębów, jakbym przydzwoniła nimi w krawędź grubej szklanki, że żal ten wypełnia mnie jak miłość, która teoretycznie kiedyś mogła mnie wypełnić, aż do wylania brzegów, smutek świąteczny osób samotnych, które nie mają męża ani dzieci i muszą myśleć, że kiedy oni siedzą sami ze sobą łojąc kolejne szklanki wódki (tak to sobie wyobrażam) wszyscy inni szczęśliwi ludzie zasiadają akurat do kolacji wigilijnej, myślą o tym dokładnie tak jak ja, kiedy kładę się spać sama i nie mogę się uwolnić od natrętnego obrazu wszystkich możliwych ruchających się par na świecie. I chociaż rzeczony były mój chłopak, skoro o nim mowa, nie jest ani już chłopakiem, tylko starym dziadem, i nie jest zresztą godzien jakiegokolwiek żalu, bo cokolwiek ma, albo czegokolwiek nie ma, to sam sobie na to zapracował własnymi siłami swemi, to patrząc w te jego kaprawe czarne oczka na kiepskiej jakości ajfonowej samojebce myślę wykrzywiając usta w podkówkę jak mała, brzydka małpka, że to straszne, że on tam będzie siedział sam i gapił się w ekran, bo nawet jeśli się jest niskim, grubym i łysiejącym, a nade wszystko kutasem, to powinno się siedzieć w parze albo w większej ilości osób, nie mówię tu już nawet o ruchaniu, tylko rodzinie. I smutne było potwornie dzisiaj wszystko, łącznie z zachodem słońca nad mglistą Wisłą i benefisem Andrzeja Stasiuka sprzed pięciu dni, jeżeli weźmie się pod uwagę, że jest ktoś ciepły i okrągły, kto jest sam, nawet jeżeli jest niegodziwy i ma zgnite serce.


I ja też jestem ciepła i okrągła, a błąkam się po tym wariackim świecie sama jak palec wetknięty w czarną dupę i kurwa, czasem się złoszczę, że nie ma już dla mnie nadziei.

piątek, 20 grudnia 2013

Diaspora osobowości

Są takie dni, jak dziś, kiedy postulowałabym zaaplikowanie sobie kary chłosty. Albo śmierci. Są dni, kiedy chciałabym rozpiąć suwak i zdjąć siebie z siebie jak bluzkę z gryzącego poliestru. Są dni, jak dziś, kiedy jestem w miejscach, w których być nie powinnam; mówię rzeczy, których nie myślę; słucham słów przeznaczonych dla kogoś innego. Są dni, kiedy czas płynie ponad albo obok, dni, w których nie mogę przebić głową powierzchni wydarzeń, jakbym siebie samą obserwowała zza Wielkiej Szyby. W takie dni chciałabym przepisać sobie urlop na żądanie, taki lek na niestosowność. Lęk.


Czasem czytam tego bloga wstecz, jak książkę odwróconą do góry dnem. Czasem zbieram własne myśli w garść jak szklane kulki, którymi napełnia się dekoracyjne naczynia dla ozdoby; elementy bez znaczenia. Trzęsę się z zimna i chłód to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Włosy kotłują się na głowie, zbijając w szary kołtun; kocioł, który mam w głowie, produkuje spływający po powierzchni skóry jad. Kiedyś narysowałam coś takiego: otwarta głowa, jak ścięty nożem czubek ugotowanego jajka, a do środka mały demon wlewa wielki haustem szeroki strumień wina; czasem czuję, że do tej otwartej puszki Pandory sama sobie rzygam codziennie.


Stąd bierze się towarzysząca mi niemal codziennie chęć rozpoczynania od nowa. Od nowa. Znowu od nowa. Żeby nikt dzisiaj nie pamiętał, jaki destrukt wyprodukowałam dzień wcześniej; żeby te nieudane płody wpadały w wielką studnię bez dna, w nienasyconą gardziel, która przełyka je wciąż i wciąż, niezaspokojona nigdy, oczyszczająca mnie z każdej złamanej kości, naderwanego paznokcia, ropnego pryszcza, rodząca mnie w kółko poprzez odejmowanie niedoskonałych elementów aż do kompletnego rozgrzeszenia. Cofnąć się o krok, o krok, o krok, aż dojdę do momentu, w którym z powrotem będę składać się z jednej jedynej komórki i nienaruszonego potencjału.


Wtedy nareszcie moglibyście być zupełnie szczęśliwi.