Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolny Śląsk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 maja 2016

Heartbeats

Następnego dnia rano, ledwo wyszłam z naszego apartamentu pod lipą, natknęłam się od razu na K. zawierającą znajomości z panami obsługującymi kosiarki spalinowe na parkingu schroniska. Nieco zdziwiło mnie, że w tym parku krajobrazowym ktoś zadaje sobie trud przystrzygania trawy w równe dywany, ale widocznie jakość liczy się wszędzie i  ze spokojem obserwowałam K., zanoszącą się śmiechem podczas koszenia dywanów. Po śniadaniu i dokonaniu niezbędnej dokumentacji fotograficznej ruszyłyśmy najpierw na rozgrzewkę na Sokolik. Skała ukryta w kosmatym lesie. Dwa lata temu szłam na nią bardzo nabożnie, jakbym spodziewała się nie wiadomo co cennego tam spotkać. Nie wiedząc jeszcze, że co cenne, to siedzi w Krakowie i pochodzi z Radomia.

Na Sokolik prowadzą strome, żeliwne schody, a z górnej platformy widać cały świat. Nie bujam! Po jednej stronie masz Szrenicę, Śnieżkę i Śnieżne Kotły. Po drugiej Jelenią. A z trzeciej - Miedziankę! Tam też tego dnia wiodły nasze ścieżki, ale jak zwykle, litościwy los poplątał je mądrze i czule. Zaczęło się od tego, że oczywiście poprowadziłam źle i niepotrzebnie wróciłyśmy do Szwajcarki, by iść dalej niebieskim szlakiem.  To był już trzeci przypadek zgubienia w ciągu sześciu dni! Ustanawiałam rekordy. Okazało się, że jesteśmy nie w drodze do Trzcińska, tylko Janowic Wielkich, czego należało się spodziewać, jeżeli choć raz dotarło się do Szwajcarki. K. przyjęła ze spokojem przymusową zmianę kierunku, uspokojona wiadomością, że trafimy na zamek. Tuż pod zamkiem Bolczów spotkałyśmy trójkę wesołych emerytów, którzy od razu zaczęli przezywać nas maturzystkami. Jako klasyczna rozbijaczka złudzeń natychmiast stęknęłam, że po maturze jestem już lat dziesięć, ale od razu dodałam pogodniej, że każdego maja myślę o tym z radością. Jeden ze staruszków pochwalił się swoim wynikiem i kokieteryjnie zaznaczył, że przecież nie wygląda. Wyglądał za to jak krasnal Hałabała, czym oczywiście z miejsca podbił me serce, ale czego nie odważyłam się mu powiedzieć. Jestem też głęboko przekonana, że jeżeli S. będzie dane dożyć tak czcigodnego wieku, będzie wyglądał dokładnie tak samo, łącznie z czerwoną czapeczką z daszkiem. Zaczęli wypytywać nas o plany i na wieść o chęci zdobycia Skopca wyraźnie spochmurnieli. Poradzili nam, by zamiast pchać się na Skopiec z Janowic pieszo, złapać busa do Komarna i stamtąd podejść z pętli niewiele do góry. Ponieważ Leniwy Jogin królował już we mnie niepodzielnie, pomimo początkowej buty coraz cieplej myślałam o krótkim podejściu. Emeryci zrobili sobie z nami zdjęcie (atrakcja!) i ruszyli w dół, a my wspięłyśmy się na ruiny zamku, rzucając okiem na królową Śnieżkę. Gadając jak nakręcone zeszłyśmy do Janowa, by szybko uzupełnić kalorie. Tam też odbyłam swój najciekawszy dialog podróżny potwierdzający, że jednak warto było wynaleźć nawigację GPS:
- Przepraszam, jak dojść do przystanku Janowice Wielkie Szkoła?
- Prosto, a potem za stacją w prawo, no tak jak się do szkoły idzie! - odparła pogodnie i pewnie kobieta, wprawiając w K. atak niepowstrzymanego śmiechu, który trzymał ją prawie trzy dni.

Kusiło mnie, by za wskazówkami kobiety podążyć od razu, ale K. zaoponowała, że jest głodna i jednak priorytet powinien mieć browar w Miedziance. Z trudem odwróciłam swoje myśli od celu (Skopca) i zaczęłam brnąć pod górę opowiadając zapewne szeroko o Filipie Springerze, kiedy to nagle K. szybkim jak wąż ruchem wystawiła kciuka za moim plecakiem (za moimi plecami!) i już zatrzymała się dla nas młoda, elegancko ubrana kobieta w małym samochodzie. Nie miałyśmy pojęcia, że jazda stopem do Miedzianki potrwa dokładnie 2 minuty. Kobieta powiedziała tylko "to blisko" i już stałyśmy oniemiałe przed jasnym, nowoczesnym budynkiem. Po przedostaniu się tu przez góry,  ze skromnym śniadaniem, byłyśmy głodne jak wilki. K. wymarzyła sobie pieczoną golonkę i dostała ją. Trzeba było widzieć jej szczęście! Mnie aż roznosiło po tarasie, bo oto byłam w swoim miejscu pielgrzymkowym, z widokiem na "cycki", prażona słońcem, z plecakiem, lekka i wolna. Spędziłyśmy tam całkiem długie dwie godziny, kurząc papierochy i debatując, jakie piwa wynieść w plecakach. Niestety wizja transportowania łupów na Skopiec i do Szwajcarki nie sprzyjała piwnemu haulowi. Ostatecznie Mniszek, Wołek, Cycuch i Rudawskie padły. N a p r a w d ę planowałam dowieźć któreś z nich do Krakowie i z u p e ł n i e nie wiem, co się z nimi stało!

Po opędzlowaniu pierogów łomnickich i wspomnianej wybornej golonki ruszyłyśmy dalej, łapiąc stopa na kolejne dwie minuty zjazdu do Janowic. Podwożący nas mężczyzna świetnie wczuł się w rolę cicero Doliny Pałaców i Ogrodów, ale nie skorzystałyśmy z możliwości dowozu do Trzcińska. Czekał nas jeszcze Skopiec. Stanęłyśmy na znalezionym ostatecznie przystanku Janowice Wielkie Szkoła, który znajdował się przy szkole oraz równocześnie przy ośrodku pomocy społecznej. I bum! - zderzenie naszej roześmianej, dwuosobowej drużyny dyskutującej zawzięcie ceny skupu ślimaka winniczka (3 złote za kilogram), a po drugiej stronie płotu ciekawe, uporczywe spojrzenia z kompletnie innego świata. Bezradność i dzikość zarazem. Niby brałam udział w rozmowie o kurach nioskach sprzedawanych w remizie, lecz w rzeczywistości patrzyłam wgłąb siebie szukając elementu, który zadecydował o tym, że nie stoję za zamkniętym ogrodzeniem. K. podążyła za moim spojrzeniem. K. kończy psychologię i wie, jak bywa za takimi płotami. 

Nie znalazłam powodu. Przypadek. Że ja z plecakiem, a oni tam. Moment. Okamgnienie. Błogosławieństwo.

Podjechał w końcu jakiś bus, który zabrał nas kawałek dalej. K. roześmiana dyskutuje z kierowcą. W Radomierzu wysiadamy na ciasnym zakręcie i odkrywamy, że jesteśmy z powrotem na szlaku. Ale nie chce nam się iść, więc zatrzymujemy szkolny autobus i pakujemy się do środka. Na tym zakręcie znajdziemy się parę godzin później, domykając pętlę. Wspinamy się mozolnie na przełęcz pod Skopcem, zmęczone upałem i przypieczone na krucho. Im wyżej, tym piękniej, więc trochę się rozchmurzamy, szukając figlarnie ukrytego w krzakach szlaku. Na Skopcu znowu wspaniała skrzyneczka, a w niej - niezmierzone bogactwo! Podpaski, zapalniczka, czeskie cukierki z Krecikiem, gumy do żucia, chusteczki i oczywiście pieczątka. Postanawiamy dołożyć do zapalniczki dwa papierosy Vogue, a w zamian zjeść cukierki z Krecikiem. K. próbuje sobie przypomnieć składowe miłości według Sternberga, ale zawiesza się na intymności i zaangażowaniu. Parę dni później odkrywam, że brakowało namiętności, ale i tak nie zbiega się to z moją koncepcją. Bardzo prostą: czułość i zachwyt.

Schodzimy ze Skopca przez fantastyczne łąki. Z jednej podrywa się nakrapiane sarniątko i gna w stronę lasu. Otwierają się szeroko widoki, mijamy przeszkody do krossa usadowione na szczycie góry, a potem nas mija troje jeźdźców. Pewnie jadą tam skakać! - zachwyca się K., ale idziemy dalej, schodząc niżej i niżej. Łany rzepaku. Wodospady kwiecia. Wąchamy przepiękny purpurowy krzak wylewający się zza płotu, ja robię zdjęcia niemal wszystkim jabłoniom. Napotykamy komiczny przystanek z wsadzoną do środka wygodną kanapą. K. zanosi się ze śmiechu, tarzając po meblu, a ja sprawdzam rozkład jazdy. Jeden bus rano, drugi wieczorem. Rzeczywiście warto mieć na czym siedzieć, czekając. Wychodzimy na prostą drogę aż po horyzont, rozdzielającą morze rzepaku. Przed nami piękne, samotne drzewo na tle Sokolika i Krzyżnej. Jak z bajki! Słońce schodzi coraz niżej, oświetlając nam scenę polowania przez lisa na niewidocznego gryzonia, Animal Planet na żywo. W końcu między miękkimi krągłościami łąk docieramy do Trzcińska, gdzie się rozdzielamy, bo K. chce iść w górę niebieskim szlakiem, którym jeszcze nie szła. Leniwy Jogin nie daje się namówić i noga za nogą, robiąc zdjęcia, rusza do góry żółtym.

I tak byłam pierwsza w schronisku, he he.
 


Dzień 4 - tu jesteś :)

Sokolik Wielki


Browar Miedzianka






środa, 18 maja 2016

Divers

Czwartego dnia rano usiłuję zapłacić, ale nie zastaję moich gospodarzy, tylko ich małoletniego syna, któremu zostawiam pieniądze, i ruszam na przystanek, by złapać coś do Kłodzka. Syn gospodarzy pojawia się zresztą na przystanku dziesięć minut po mnie. Gratuluję sobie refleksu i dzwonię jeszcze odmeldować się. Wsiadam do kołyszącego PKSu i w licznym gronie bardzo starych emerytów docieram do Kłodzka, gdzie pijąc kawę wynajmuję pokój. Gratuluję sobie refleksu i tego, że nie muszę się wspinać na Kłodzką Górę z całym szpejem. Bardzo gadatliwa właścicielka w pięć minut opowiada mi całe swoje życie, ale w końcu ruszam mozolnie na szlak. Powyżej Kłodzka nie spotykam już absolutnie nikogo. Ostatnich ludzi widzę na Kukułce. Równo osiem tysięcy poniżej szczytu Everestu, a jednak jak pięknie! Ponieważ od wczoraj już oficjalnie jestem leniwym joginem, idę powoli, przystając na papierosa, podziwianie widoków i opatrywanie pokruszonych stóp. I tak ostatecznie włażę na tę Kłodzką Górę. Bo jak inaczej. Na szczycie znajduję bardzo interesującą skrzyneczkę z pieczątką z opisem Kłodzkiej, a także białkowym batonikiem, który zostawiam w spokoju, bo mam swoje. Może będzie ktoś bardziej potrzebujący. Siadam na pniu i zanurzam się w telefonie, aż do momentu, kiedy nie słyszę wyraźnie kroków dwunożnej istoty w krzakach. Przysięgam, dwunożnej, a niech mnie! I to dwunożne zbliżało się do mnie. Przytaiłam się na pniu, wytężając wzrok, ale nie przebiłam zwartej ściany młodych drzewek i ostatecznie spanikowałam, wmawiając sobie, że to pewnie kłodzka odmiana Wielkiej Stopy i nie pozostaje mi nic innego, jak spierdalać. Zarzuciłam plecak, chwyciłam w łapy kije i tupiąc głośno, by odstraszyć wszelkie stopy, z godnością, ale szybko, zaczęłam schodzić. 

Droga powrotna, mimo narastającego zmęczenia, poszła mi już sprawnie, zdążyłam nawet zawitać do polecanego baru "Małgosia" na solidne gołębie. Ale pokój tym razem był jakiś przygnębiający. Oprócz mnie mieszkała tam jeszcze pracująca para: on, zwalisty i brzydki jak zdegenerowany Fred Flinston, i szara zniszczona ona. I tej jej było mi żal. Zastanawiałam się, jaki splot losu przywiązał ją do tego klnącego Freda i jakie jest jej życie, w ciasnym wynajmowanym pokoju, ze ślepą wspólną kuchnią i łazienką na korytarzu. Jak ludzie potrafią się uwiązać. I jak dobre i mocne jest moje życie. WOLNE.

I smutny już jakiś był ten wieczór, który postanowiłam szybko przespać i rano jak najszybciej pobiec na dworzec, na autobus do mojego ukochanego Wrocławia. 

Wrocław przywitał mnie bardzo gorąco. Zadowolona poszłam na Rynek zjeść jakieś najlepsze lody i smażyłam się w majowym słońcu, kiedy pojawiła się K. i już razem miałyśmy ruszyć w Rudawy Janowickie. Po tym smutnym wieczorze w Kłodzku z ulgą przyjęłam jej towarzystwo i z radością pukałam w szybę z wnętrza pociągu, widząc, jak idzie po peronie z kierowcą z bla bla cara, z którym przyjechała i który niósł jej plecak. Cała K.! Od tamtej chwili wszędzie, gdzie się pojawiłyśmy, nawiązywała znajomości i ludzie robili jej przysługi. Przez dwie godziny jazdy z Wrocławia do Trzcińska omówiłyśmy najważniejsze tematy, kładąc zrąb pod naszą trzydniową wędrówkę i niekończącą się opowieść. Obawiałam się, że wracająca z dalekich podróży K. będzie rozczarowana zwykłymi, małymi Rudawami. Ale nie - tego szukała. To było dla niej kojące.

Wraz ze zmierzchem, zmęczone i głodne, dotarłyśmy do schroniska i zostałyśmy zakwaterowane w małym domku pod opiekuńczą lipą. Piwo i papierosy. K. piła mojego ulubionego sommersby o smaku kwiatów dzikiego bzu, który piłam rok wcześniej przez pół sierpnia w pewnym nadmorskim kurorcie. Z szumem morza w głowach kładziemy się do snu, jeszcze pogadując ostatkiem sił, nurkując w noc przed kolejnym etapem przygody. 
 
 

Dzień 1

Dzień 2
Dzień 3 - tu jesteś :)
Dzień 4
 

 
Kukułka -8 tysięcy metrów niższa niż Mount Everest



 

wtorek, 17 maja 2016

Riptide

Więc trzeciego dnia powoli zbieram się do wyjścia. Myślałam, że wystrzelę o siódmej jak roześmiany pocisk, ale coraz bardziej puchnie we mnie leniwość leniwego jogina. Ale wychodzę. Kawałek za ostatnimi domami trochę się rozchmurzam, bo widzę przed sobą czyściutki, zielono-niebieski horyzont, kształtne chmury i idealne w swych sylwetkach drzewa. Kawałek dalej, na zakręcie, spotykam przy samochodzie dwóch wspinaczy. Mówią, że właściwie chcieli mnie podwieźć, ale pomyśleli, że będę się bała. Za nic nie przyznam, że pewnie mają rację, chodzi przecież o odbicie szlaku, który właśnie na tym zakręcie ucieka w prawo. Chwilę z przystojniejszym z nich pochylamy się nad mapą, próbując dociec, na którym z narysowanych zakrętów właśnie się znajdujemy, a w tym czasie drugi dziwi się głośno, że przyjechałam z Krakowa. No z Krakowa, wzruszam ramionami, uwielbiam być akurat tu i nie pierwszy raz tu jestem. Machamy sobie na pożegnanie i ruszam stromo w górę, obok dziwnych zrujnowanych budowli, stromo przez las. 

A potem znowu gubię szlak. Przysięgam, nie jestem gamoniem, nie weszłam w las wczoraj - znaki giną po prostu. Prawie tysiąc kilometrów doświadczenia pieszo. Dziesięć razy tyle rowerem! Nie wiem, gdzie miałam skręcić, może dalej? Krążę góra-dół, w końcu postanawiam iść drogą pożarową, mijając po drodze szlak czerwony. Wiem, że nadkładam dużo drogi, a w dodatku pogoda spsuła się i otoczyły mnie ołowiane, ponure mgły. Idę jednak dość przekonana drogą pożarową, powtarzając sobie pod nosem, że mam skręcić w prawo, skręcić w prawo, skręcić w prawo, ale ostatecznie zaraz za wyczekiwanym zakrętem w prawo przeklęta droga rozgałęzia się kilkukrotnie jak dziadowski bicz i jak automat, mimo woli, zawracam. Wściekam się i czuję lekki ataczek paniczki, ale w końcu mózg mi się rozjaśnia i postanawiam pójść jedynym znalezionym szlakiem - czerwonym. Najprostsza decyzja, najtrudniej ją podjąć. Wydostaję się z plątaniny pożarowych dróg jak z pajęczej sieci i szybko wspinam na górę, by już po chwili stanąć pod tonącą w chmurach wieżą na Czernicy. Z nerwów postanawiam wykurzyć jednego papierosa w parku krajobrazowym i, masz ci los, przyłapuje mnie na tym nadchodzący turysta. Nic jednak poza zwyczajowym "dzień dobry" nie odzywa się, ale ja mimo wszystko jestem pokrzepiona jego obecnością. Chociaż obawiam się, że piorun z ciemnego nieba zaraz walnie w drewnianą wieżę w celu ukatrupienia mnie grzesznej, to jednak wspinam się na górę i jestem zaskoczona, że nieco widać, mimo mgieł. Ruszam dalej już raźniej, złażąc metodycznie w dół żółtym szlakiem w stronę rzeki Białej Lądeckiej i wsi Bielice. Jestem już zmęczona i lękam się myśleć o mapie, która nieubłaganie pokazuje mi jakieś kilkanaście kilometrów do domu wzdłuż asfaltowej drogi, jak to liczę, rozcapierzając palce jak cyrkiel na szerokość podziałki i odmierzając jej długość jakieś osiem razy. Ale za cholerę nikt nie zmusiłby mnie, by wracać taką samą drogą w górę. Włażę więc na Kowadło, które tego dnia jest moim celem (2:4 dla mnie, góry Korony!) i schodzę z powrotem do wsi. Wcześniej na szczycie jestem kompletnie sama, mozolnie wspinająca się wzdłuż czerwonej nitki granicy. Ponuro i ciemno, a ja czuję się słaba, kompletnie nie ta sama, która dwa lata wcześniej przebiegała przez Rudawiec i Puszczę Śnieżnej Białki w pełnym galopie, pokonując odległości ultra i dokonując wyczynów przedziwnych. Zrezygnowana schodzę. Mija mnie biegacz. Wtedy postanawiam: mój pierwszy stop. Mijam go stojącego przy samochodzie - jeszcze wtedy nie wiem, że nie był sam - i niby to beztrosko zaczynam iść wzdłuż wsi Bielice, dla niepoznaki przystając jeszcze na kompletnie pozbawionym rozkładu jazdy i nadziei przystanku autobusowym. Cały czas oglądam się za siebie przez lewe ramię i w końcu widzę, jak nadjeżdża czarny samochód i zatrzymuję mojego biegacza z rodziną. Pozwalają mi ufnie usiąść koło małej dziewczynki w foteliku i pierwszy raz jadę sobie, autostopem, do siebie do Stronia. I co, że 15 minut? Pogadujemy z biegaczem o górskim bieganiu (udając, że wciąż biegam, a przecież po Perłach Małopolski w Ojcowie przyrzekłam sobie nigdy już, nigdy, ale to absolutnie przenigdy nie założyć już swoich Sauconów), w końcu wysadzają mnie prawie pod domem i odjeżdżają, by łowić pstrągi. A ja, szczęśliwa jak fretka, przebieram się w cywilne ubranie i ruszam do Stronia na obiad.

Jest dopiero piętnasta i mam dla siebie całe popołudnie i wieczór, zakończywszy już działania górskie na ów dzień, ogromny luksus. Snuję się powoli, kulejąc i łapczywie podczytując Pokolenie Kolosów, w końcu trafiam do miłej pizzerii o niezachęcającej nazwie, która, wbrew uprzedzeniom, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Pochłaniam przepyszną pizzę - żałując, że nie trafiłam tam wczoraj - i podczytuję równie łapczywie, jak jem, Pokolenie Kolosów. W końcu postanawiam jednak zabrać resztkę pizzy w siateczce do pokoju, dziękuję, chwalę i wychodzę. Powoli toczę się w stronę domu, żałując, że sześćdziesiąt milionów nie padło jednak w Stroniu i że to nie byłam ja.

Ale nie udaje mi się wytrzymać w pokoju, ubieram się znowu i wychodzę na jasną drogę za domem, która kusi mnie przez moje okno. Słońce zachodzi na miedziano, a ja siadam na wielkim kamieniu na łące między domami i fotosyntetyzuję, twarzą do słońca, w asanie żaby. To wtedy już na pewno narodził się Leniwy Jogin, a ja wzięłam go w objęcia i postanowiłam pokochać. A więc zostałam Leniwym Joginem i dobrze, bo dzięki temu wycieczka udała się wyśmienicie. 
 
 
Dzień 1
Dzień 2 - tu jesteś
Dzień 3
Dzień 4
 




Wspomniana droga za domem - musicie przyznać, że dość piękna

Leniwy Jogin na głazie w malasanie

 

poniedziałek, 16 maja 2016

Wild eyes

Podróż rozpoczynam 6 maja, w cygańskie święto Ederlezi, czyli dzień świętego Jerzego. Początek wiosny, najważniejsze święto w roku. 

Pierwszy przystanek - Katowice. Przypominam sobie, że zapomniałam kubka i automatycznie zapada decyzja, że jadę z przesiadką w Gliwicach. Więcej przygody! W empiku kupuję drogi i uroczy kubek z Muminkami. Panna Migotka z grzywką, Muminek patrzy na nią... oczami właściwie bez wyrazu, ale to wciąż my. Podjeżdża najstarszy pociąg świata. Siadam obok jakiegoś młodego kolesia ze słuchawkami w uszach, po przekątnej starszy pan z aparatem słuchowym. Przejęty, przestraszony pyta siedzącą naprzeciwko kobietę, czy pociąg jedzie dalej niż do Gliwic. Bo martwi się, że nie wysiądzie w Gliwicach. Ja też nigdy nie byłam w Gliwicach i teraz martwię się o niego, spoglądając z ukosa raz po raz. Widziałam go potem w tłumie, pakującym się do mojego małego, żółciutkiego pociągu do Brzegu. Chyba miał od razu bilet, bo ja musiałam jeszcze pogalopować przez kompletnie rozkopany dworzec do okienka. Galopuję z powrotem na peron. Widzę koniec torów. Urwane szyny na remontowanym peronie. Koniec świata. Melduję się w Gliwicach.

Potem wsiadam do wesolutkiego żółtego pociągu do Brzegu. Usiłuję wtłoczyć plecak na górną półkę, ale jest zbyt gruby. Małżeństwo z naprzeciwka każe plecak posadzić na siedzeniu. Jakiś czas później okazują się nie być małżeństwem, bo jedno z nich wysiada, a drugie w milczeniu towarzyszy mi jeszcze parę kilometrów. A tak się wydawali do siebie pasować!

Potem wolne miejscem zajmuje dwóch mężczyzn - młody i stary. Obaj grubi, silni, spracowani. I rozmawiają o zwierzętach. Najpierw młody o tym, jak uratował zaskrońca. Potem stary o drapieżnych ptakach. Komentują mijane pola. Czy to wykosili trawę, żeby ją zakisić? - pyta stary. Kiedy mijamy budkę dróżnika, obaj jednocześnie jak na komendę unoszą potężną łapę w górę i kiwają nią na pozdrowienie, jak te japońskie figurki kotów, co przynoszą szczęście.

Potem rozprażony Prudnik. Idę, zrzucając z siebie po drodze ciuchy i przepoczwarzając się w wędrowca. Wydostaję się poza miasto i pod znakiem wskazującym drogę do klasztoru widzę pusty, porzucony wózek inwalidzki. Cuda, chromi chodzą, a ja znowu widzę - z wieży oglądam świat na nowo. Wcześniej pomagam dwóm dziewczynom zepchnąć auto, które nie chciało zapalić, w dół wzgórza. Mam nadzieję, że stał się cud i odjechały. 

A potem za sanktuarium gubię szlak. Na Świętej Górze. Ja, królowa GSS, pierwszy raz na poważnie kompletnie nie wiem, w którą stronę pójść. Nigdzie nie ma czerwonych znaków. Tracę godzinę na kręcenie się w kółko, w upale. W końcu na wyczucie i wedle słońca brnę dalej, coraz szybciej, coraz rozpaczliwiej, aż w końcu wybiegam wprost na szlak. Aby uspokoić nerwy i określić, w którą stronę będzie cel, a w którą Prudnik, przykucam jak zwierzę łapczywie paląc papierosa. W końcu ruszam, ale gonitwa zmęczyła mnie mocno i coraz bardziej chce mi się pić. Zapomniałam o wodzie w Prudniku. Brnę przez szlak zła i wystraszona - znak pokazał wciąż 5 godzin do Biskupiej Kopy. Jakbym wręcz się cofnęła! Zaczynam fantazjować o odwołaniu noclegu w schronisku, ale kiedy widzę ogromne, odstręczające hotele w Pokrzywnej, pokrzepiona kartonem lodowatego soku - zaczynam gnać.

Ze zmęczonych nóg wyciskam ultra prędkość i jak dziwaczny pająk z kijkowatymi nogami gnam przez coraz ciemniejszy las. I kolejny raz - wyprzedzam czas. Godzinę urywam z planu, kiedy wreszcie docieram do schroniska. Niby żałuję, że skoro miałam godzinę, to nie wskoczyłam na Kopę na zachód słońca, ale udaję - wcale nie chciałam. Jestem wykończona. Padam do łóżka, kiedy w schronisku do późna trwają lekcje tańca. Dla starszych i zaawansowanych. Serio. Wcześniej jeszcze, owinięta moim polarem w kolorze "alarm", siedzę na tarasie i patrzę, jak nad całą Opolszczyzną zapada zmrok, jak zapala się szeroko rozlane morze świateł.

Zresztą dobrze, że nie włażę na Kopę, bo rano jest otwarta wieża widokowa. Prawie podskakuję z radości, że w schronisku jest kawa z ekspresu, a potem oglądam cały świat z góry. Najpiękniej.

Schodzę leniwie do Głuchołazów i oszukuję, omijając spory fragment czerwonego szlaku. Tak mi już zostanie do końca wyjazdu, tak, że podróż sama z siebie stała się Wędrówką Leniwego Jogina. Wszystko, ale to wszystko, ale naprawdę wszystko kwitnie jak popieprzone, a do tego w powietrzu fruwają takie maleńkie puszki, kłębki, jak confetti. 

W Głuchołazach ostatecznie doganiam busa i nic nie oglądam. I dobrze, bo gdybym przy kolejnej przesiadce miała spędzić ponad godzinę na obskurnym nyskim dworcu, byłoby kiepsko. W Kłodzku za to zjadam obiad w barze "Dobrze". Jest pięknie, pięknie, pięknie. Nysa, Paczków, Otmuchów, Złoty Stok, Lądek Zdrój. Jestem w zachwycie. 

Jeszcze chwila niepewności i ląduje w przepięknym pokoju z łazienką i małżeńskim łóżkiem. Stronie Śląskie, sanatoryjno-ekstremalne. Downhillowcy w jedną stronę, emeryci na składakach w drugą. Mam pizzę, papierosy i internet. Siedzę w jasno oświetlonej otwartej kuchni i czuję, że to wspaniałe wakacje. 

PS. Czy ktoś wie, czy można chodzić bez małego palca u stopy? Czy będę się przewracać? Bo coś czuję, że niedługo mi odpadnie.

PS. 2 Przypadkiem wynajęłam nocleg idealnie przy żółtym szlaku na Kowadło. CZY MOŻE BYĆ LEPIEJ?

PS. 3 Powyższe słowa zapisałam w zeszycie drugiego dnia wędrówki, a potem już po prostu wędrowałam i zapisywałam wszystko w głowie. I byłam na Dolnym Śląsku, a to oznacza, że nad głową świeci mi jaskrawa aureola, i wszyscy, ale to wszyscy, ale to naprawdę wszyscy się do mnie uśmiechają, bo widać, że co jak co, ale święta jestem na pewno. 
 
 
Dzień 1 - tu jesteś :)
Dzień 2
Dzień 3
Dzień 4
 

Prudnik


Cuda, panie, cuda

Biskupia Kopa

Kłodzko <3

Kłodzko

Najtaniej na świecie w Kłodzku

 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Love Someone

26 lipca
Spotkani przypadkowo turyści uratowali mnie od spania w lesie. Wylądowałam w superkomfortowym pokoju zgodnie z proroctwem, że do Jedlinki zawsze się wraca.

Nie pisałam, bo w Dusznikach Zdroju napadła mnie fala paniki. Leżałam w schronisku, słuchając wycia syren, stężała ze strachu na kłodę, ze łzami w oczach.

Z Orlicy zeszłam do Duszników. Przy fontannie śpiewającej Szopena zdjęłam płonące buty i zachwycona dałam się ukoić. Ból był ze mną, kiedy szłam na sztywnych nogach pośród morza emerytów i rencistów. Dobiegłam do poczty, posłałam wiadomości. Wszędzie Szopen - napisałam - mam nadzieję, że nie skończę tak marnie jak on. Chodziłam tam z przyjemnością, dopóki nie zawyły syreny. Gospodarz schroniska westchnął (z niechęcią, z podziwem?), kiedy powiedziałam, że nocleg dla jednej osoby. 

Tylko ten LĘK PRZED WOJNĄ
Co zrobię, jeśli będzie wojna.
Co zrobię.

Ten lęk zatruł mi pobyt w cudownej Kudowie. Siedziałam przed domem zdrojowym patrząc załzawionymi oczami w tryskającą fontannę i umierałam ze strachu. Patrzyłam na ludzi, spacerujących ospale, na prowadzące swoje dzieci matki i umierałam ze strachu. 

(Mężczyzna przy sąsiednim stoliku opowiada o - nomen-omen - Rysiance.)

Siedzę pijąc wyśmienitego Czerwonego Barona i czekam na pizzę. 

Nie robiłam zdjęć. W piekielnym upale ruszyłam niemal z płaczem w Błędne Skały. Dopiero ruch i one rozproszyły mi myśli. Znalazłam ukojenie. Dopiero one rozproszyły mi zmysły. Koszmary. Ukoiły zmysły. Rozproszyły koszmary. Dopiero po przejściu Błędnych Skał zaczęłam się uśmiechać.

Przeszłam przez Skalniak. Góry Stołowe - zachwyt. Wyszłam z lasu na krawędź urwiska, weszłam na skałkę i dopiero tam poczułam: szczęście. A potem dopadła mnie burza. 

Potoki wody i strugi ognia z nieba. Stałam przed schodami prowadzącymi na Szczeliniec i wahałam się, czy w górę. Wiedziałam, że łamię wszelkie zakazy mozolnie wspinając się do góry, ale czy samotna wędrówka już sama w sobie nie jest łamaniem prawa? Przeszłam w tych strugach na drugą stronę góry śmiejąc się do siebie i krzycząc, jak tu pięknie! Jak tu pięknie! Mimo deszczu i po pół litra w każdym bucie. Cieszyłam się jak dziecko na pobyt w Pasterce, ale doszłam tam już na bardzo omdlewających nogach. I stałam taka przy barze zmięta jak czerwona stówka, a chatar jeszcze poprosił mnie, żeby podać mu piwo. Jakby nie chciał mnie przyjąć, straszył brakiem miejsc, ale mimo to wymusiłam niemalże dwa noclegi i gdy tylko znalazłam się w pokoju wiedziałam, że to był dobry ruch.

Bo lało przez dwadzieścia cztery godziny. Siedziałam w zamknięciu, na przemian czytając i głaszcząc kota, aż niemal do szóstej. Po zjedzeniu obiadu - pobiegłam na Szczeliniec w sandałach. Jak bieg w japonkach na Jagodną...

I byłam w zachwycie nad niesamowitościami  Szczelińca, przewieszonymi głazami i Diabelską Kuchnią, aż klaskałam w dłonie i gadałam na głos. 
I deszcz nie padał już od tamtej pory.

Rano porzuciłam Pasterkę i pięknym szlakiem obok wodospadu ruszyłam do Radkowa. Radków: Po co ten Stasiuk jeździ na Bałkany? Jak te dolnośląskie miasteczka są takie fantastyczne - wysłałam raport.

Browar Jedlinka kipi życiem - jak krakowska knajpa, tylko umiejscowiona pośrodku nicości. 

Radków - Nowa Ruda. Chłopak zaczepia mnie pod mapą i poleca Białą Lokomotywę. Śmieję się: czy to od Stachury? Z Nowej idę przez góry, potem łapię busa do Jugowa. Oszukuję, ale potem mylę szlak i tracę godzinę w drodze na Wielką Sowę. Po drodze niemal pod każdym znakiem strzałka i napis: SOWA. Wszystkie drogi prowadzą... Na wieży widzę daleko, chodzę w kółko zachwycona wysokością. Ze sklepiku dobiega tak wspaniały pogański folk, że nie mam ochoty odchodzić.

I tu urywa się moja opowieść, przecięta przez wjazd na stół wybitnej pizzy z gruszką, rukolą i gorgonzolą. Pamiętajcie: to wszystko w środku nicości. Ten wieczór chyba będzie jednym z najcenniejszych koralików, który nanizałam na swój sznurek.
Z wieży na Sowie po krótkiej włóczędze dobiłam do przystani stareńkiego schroniska, wypełnionego śmieszną, rozwrzeszczaną i bezpośrednią rodziną. Gospodyni niemal nachylała mi się do ucha, kiedy mówiła do mnie i pokazywała mi brykającego owczarka podhalańskiego, śmiesznie jakby znajomy akcent w sercu Eulengebirge. Potem siedziałam z miodowym Opatem na ławce jak świeżo wymyty posążek i dwa razy minął mnie ubrany na czarno chłopak w kapeluszu. Nasze drogi przecięły się zaraz następnego ranka. On spał pod Orłem, ja Sowa.

Zastałam go zwijającego szpej na punkcie widokowym, gdzie myszkowałam wokół schroniska Orzeł w poszukiwaniu kawy z ekspresu. Schronisko było jeszcze zamknięte, więc i ja ruszyłam w dół, aż za którymś zakrętem wychynął na mnie znajomy kapelusz. Dobrze, że akurat nie postanowiłam w tej chwili beztrosko sikać, co przecież zdarza mi się, jeśli trzeba. Ale szczęściem nie sikałam i skoro i tak już szliśmy w jednym kierunku, to przez godzinę lub dłużej warto przecież wymienić anegdoty. Potem on przystanął, by odpocząć, a ja - zmęczona już nieco towarzystwem ludzkim, bo gdybym chciała je mieć, zabrałabym je ze sobą - ruszyłam w dół, aż droga splątana zawiodła mnie na dziedziniec Porcelanowego Pałacu. I tam zaczęło się dowodzenie przez los, że wszystko ma swoje miejsce i czas i krok każdy nasz jest jakby zaplanowany z najwyższą dbałością o szczegóły. Siedziałam parując, kiedy za moimi plecami zatrzymał się samochód i wysiadła z niego trzyosobowa rodzina, z którą moje ścieżki - na szczęście - miały jeszcze kilka razy przepleść. Ale na razie dałam się pociągnąć bezwolnie jakieś tajemniczej sile i mimo woli zdecydowałam się na zwiedzanie pałacu. 

Grupa była niewielka i dzięki niemu ja zapamiętałam ich, a oni mnie. Potem już przywitali mnie, kiedy z wysiłkiem wspięłam się na ruiny Rogowca. Pokazali mi Ślężę, u której stóp stał ich dom w Sobótce. Obiecałam, że odwiedzę Ślężę za tydzień. Miałam tydzień opóźnienia, ale przyjechałam do niej i na tej pogańskiej górze z rozczuleniem pochylałam głowę pod chrześcijańskim błogosławieństwem. Taki paradoks i taka już zupełnie inna historia.

Dogoniłam ich w drodze do Andrzejówki i opowiadaliśmy sobie o Krakowie i Wrocławiu, które w gruncie rzeczy są przecież do siebie podobne. Potem wyprzedziłam ich znacznie, żeglując przez fenomenalne, prześwietlone na miedziano morze traw i dobiłam do Andrzejówki, która odmówiła mi noclegu.

Stop!

I co teraz zrobić? W gruncie rzeczy jakoś podskórnie przeczuwałam to zakończenie, jakbym już podejrzała do przodu strony tej ciekawej książki. Nie wiedziałam tylko, jak ta historia się skończy. Stwierdziłam jednak, że skoro już szłam tutaj przez tydzień, to zanim podejmę jakieś radykalne kroki, to wejdę na Waligórę (piekielną! piekielną!), a kiedy zeszłam na dół, oni już tam byli i chętnie zabrali mnie ze sobą z powrotem do Jedlinki. Do Porcelanowego Pałacu, do którego - jeśli dotknie się chłodnych, pachnących mchem murów w podziemiach - zawsze już będzie się wracać.

A resztę już znacie. Pokój lśniący nowością i pizza, która rozpadała mi się w ustach jak cenny jakiś, cudownie miękki kruszec. I morelowy zmierzch, i Czerwony Baron, i zakończenie mojej drogi, która wije się przez góry i miasta, nerwowa jak kombinacja alpejska, nieubłagana jak śmierć i dobra jak ciepła noc.


środa, 20 sierpnia 2014

Jak kot

22 lipca
"Siedzę na dachu świata" - wpisałam do księgi pamiątkowej na szczycie Orlicy.

Wczoraj magiczna Bystrzyca Kłodzka - zachwycające zdewastowane miasto jakby ze średniowiecznych Włoch. Chodzę po nim zaczarowana, pijąc rabarbarową różową oranżadę, aż z tego wszystkiego nie kupuję chleba i ruszam wciągającą aleją platanów w stronę Spalonej. Jak się później okaże, ten chleb wcale mi nie był potrzebny.

Ale długo bardzo go żałuję. Niby oddalam się od niego w przestrzeni, ale w myślach z każdym krokiem cofam się i przywieram do tego chleba rozpaczliwie myślami, jakbym właśnie miała wstąpić w dzikie góry Iranu i następne podpłomyki za sto kilometrów napotkać. Ale cały smak wędrowania noga za nogą jak dorożkarski koń powoli wlokąc za sobą swój bagaż polega na tym, że zupełnie nie masz pojęcia, co się wydarzy i ile jeszcze będziesz wspominać smak tego boskiego chleba powszedniego, którego nie kupiłeś i nie zjadłeś.

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam i biczuję się w myślach za wzgardzenie zwykłym, powszednim bochenkiem na rzecz czterech śmiesznych bułek mini i prę się, by jak najszybciej dobić do schroniska, skąd myślałam, że jeszcze ze dwie godziny na Jagodną. Droga przede mną o jedną trzecią dłuższa niż na mapie, a do tego trzydniowe zmęczenie (mnożymy dzielimy przez trzy) sprawia,że mam niemal łzy w oczach. A potem Jagodna - taka miła i dobra, że aż nie mogę uwierzyć, że po takiej męce taka nagroda.

Bo w końcu siedzę w przepięknej, czułej sali schroniska, popijając zimną oranżadę i czekając na kolosalny, przepyszny obiad. Pierwszy od czterech dni, a mimo to nie jestem w stanie wyczyścić talerza. Aż nie chce się stąd wychodzić, ale ruszam, a wtedy okazuje się, że na Jagodną już tylko godzina. (I dobrze. Ta godzina i tak wypruła ze mnie wszystkie żyły.)

A potem cały wieczór spędzam zanurzona w tę salę, w objęciach fotela na biegunach, z łaszącym się co chwilę psem i trzema kubkami herbaty, czytając łapczywie "Lato polarne", które chciałam poznać już od dawna, a znalazłam w biblioteczce w Jagodnej, słuchając hałasów studentów i obserwując się nawzajem z chatarem. Potem lunął deszcz, niebo wzdymane burzą. Potem znów słońce.

Burza goniła mnie zresztą od samej Bystrzycy, to też z jej powodu przedzierałam się przez gęste krzaki ostrężyn na oślep jak oszalały koń. Oszalałe jelenie prysnęły mi przed oczami na autostradzie sudeckiej, dopiero wtedy, kiedy słyszy się huraganowy łomot ich kopyt o ziemię można odczuć, jakie to wielkie bydlęta! A autostrada sudecka - pas rozkruszonego jak wierzch sernika asfaltu, wijącego się przez wsie jak makaron-świderki - to taka wstydliwa tajemnica Poliszynela czerwonego szlaku sudeckiego.

Przeszłam rankiem przez pusty las myśląc, jak to możliwe, jak to się dzieje, że człowiek ginie bez śladu. Jak to możliwe.

Myśleć o tym, człapiąc samotnie o siódmej rano przez sam święty środek dziewiczego lasu - było to trochę perwersyjnie cyniczne. Ale można. Może człowiek dorosły (doroślejszy ode mnie) zaginąć w kraju ojczystym bez śladu, znaku i dźwięku, pozostawić zdezorientowaną rodzinę i zniknąć na długie dnie (które w ich sercach pewnie zapisały się jak miesiące i lata) po to, by odnaleźć się potem, nagle, wyobrażam sobie, że bez słowa wyjaśnienia. I czy wtedy szalejesz z radości czy klniesz plugawie, a może zaciskasz powieki i usta i łykasz te dni jak niedobre lekarstwo po to, by zapomnieć o nich na zawsze?
Potem wzdłuż drogi przez Lasówkę zaglądając ludziom w szyby i bijąc się z myślami o złapanie stopa. Nie odważyłam się.

W Zieleńcu dwie kawy i przepyszne naleśniki w uroczej kawiarni. Na ścianach stare narty, widok na schronisko i złotożółte garby stoków.

Teraz 960 m n.p.m.

W ustach mam nagle jakiś niespodziewany smak wiśni.

Z Orlicy rozciąga się widok na scenę świata.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Give me to a rambling man

Obudziłam się dziś rano skostniała na lód. Ciemno w Krakowie i wrzesień na ramionach. Na łóżku rozkopane swetry. Rozwieszając wypraną pasiasto-marynarską koszulkę pomyślałam, jak krótko trwało lato. To lato, a może lato tutaj jest zawsze takie krótkie, tylko dopiero dziś, dzisiaj to zrozumiałam. Koszulka dopiero niedawno wyjęta z ukrycia, gdzie zimowała pośród białych kłębków, po wyschnięciu prania pewnie troskliwie zwinięta zejdzie znów pod ziemię, mała, wiotka persefona. Już przyszedł na nią czas. Odniosłam miskę, w kuchni zalałam wrzątkiem herbatę z głogu. Już przyszedł na nią czas. Przywiozłam kieszenie pełne opowieści. Teraz próbuję sobie przypomnieć, kiedy - w ciągu ostatniej ponadtygodniowej włóczęgi - pierwszy raz pomyślałam o jesieni. Może na Borowej. Może na Husyckich Skałach. A może na Ślęży.




środa, 6 sierpnia 2014

I Followed Fires

20 lipca
Zanim dojadę do Krakowa, ten zeszyt rozpuści się od potu.

Wczorajszy zachód słońca był taki, o jakim marzyłam od lat. 

Krwistoczerwona kula nad szeroko rozlanymi górami. Daleko widać. Ludzie szumieli nad ogniskiem, bardzo zadowoleni, ustawiali się w rzędzie, by fotografować słońce. Rozkosz. Oddałam Czechom klucz do pokoju, więc chodziłam tylko wokół schroniska, bez aparatu, ale chyba i tak nie dałby rady zrobić zdjęcia tego cudu. Rano wyszłam na Śnieżnik, godzinę spóźniona, przez co cały dzień ścigałam się z zegarkiem. Ze zmęczenia nie robiłam zdjęć.

Ale wyszłam na ten Śnieżnik, a im wyżej unosiłam się nad linię drzew, tym szerzej otwierało się niebo przede mną i tym bardziej rosło serce we mnie. I wiatr mnie dorwał jeszcze. Szłam prawie w samych majtkach, i wiatr głaskał mnie po udach, czułam go całą drżącą skórą, i narastało we mnie podniecenie. Chciałam objąć tymi chłodnymi udami szczupłe biodra wiatru.

Potem jeszcze samolot kołujący nade mną, lecący wprost na mnie stojącą dumnie po kolana w miękkiej gąbce mchu, obnażoną i jasną i pewną.

Wtedy już wiedziałam o rozsianych na przestrzeni kilkunastu kilometrów trupach, oznaczanych flagami, tu okruch, tu okruch, tu okruch.

 Zdziwieni nocujący na Śnieżniku mężczyźni, w długich spodniach i bluzach, patrzyli na mnie ze zdumieniem, kiedy pozdrowiłam ich, mijając. A potem biegłam już przez dwanaście godzin, walcząc z czasem i opętańczym pragnieniem, piłam na klęczkach wodę ze stu strumieni i powłóczyłam kijami po krzakach jagód. Borowina jako symbol życia na wielkanocnym stole. Z westchnieniem dotarłam do miłego widoku schroniska.

Pamiętam jeszcze, jak spałam rozciągnięta rozkosznie na nagrzanym brzuchu góry, jak przesiany przez gałęzie złoty piasek pieścił mi policzki, jak czule otaczały mnie kurtyny jagodowych krzaków. 

To jest właśnie jakiś archetyp wolności - tak iść i iść i iść po wąskiej wstążeczce szlaku nad trawiastym urwiskiem, wybijając zgodny rytm serca i kijów, kojący i hipnotyzujący jak dźwięk fletu zaklinacza węży.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Love Runs Out

Zacznijmy od końca.


Stałam na środku czyściuteńkiego, jasnego pokoju w swoich zabłoconych, ciężkich butach, stałam nad rozbebeszonym plecakiem i uśmiechałam się szeroko, że dobre, ciepłe wiatry przywiały mnie tutaj, do tej przystani. Pogłaskałam ukradkiem chłodną pościel z kory. A potem było już tylko piękniej, kiedy w zapadającym miękko jak muślin, brzoskwiniowym wieczorze siedziałam z Czerwonym Baronem na ławce, gryząc chrupiące jak opłatki kawałki najbardziej zadziwiającej, idealnie włoskiej pizzy wypiekanej tuż obok gruzów Porcelanowego Pałacu. I pisałam.

Rano biegłam wijącą się drogą, rozbryzgując na boki promienie słoneczne jak pianę, wskoczyłam w biegu niemal do busa i odjechałam, kołysząc się na wysokości siedzenia jak na wielbłądzim grzbiecie, w kierunku zdumiewającego miasta Walmbrig i dalej, okrążając świętą górę pogan, w stronę Brassel.

19 lipca
Jestem chyba na końcu świata. Idę wzdłuż drogi prosto w twarz słońca. Słony smak zmęczenia na górnej wardze, którą oblizuję w zamyśleniu. Spałam krótko, chciałabym się zdrzemnąć na łące, ale to dziwne cywilizowane-niecywilizowane miejsce: nie potrafię się odnaleźć w jego rejestrze. Głaz plecaka przygniata mnie do ziemi.

Gdy tylko wydostałam się z któregoś z kolei środka transportu, natychmiast zaczęłam rozglądać się za sklepem. Kupiłam tylko długopis i zeszyt, który przemakał naprzemiennie od potu i deszczu. Szłam rozgrzaną do czerwoności rowerową ścieżką, mijając po lewej i prawej czule nachylone wzgórza, spokojne i dobre.
Złapałam się na tym, że to wjazd do Wrocławia był powrotem do domu. Uśmiecham się do szyby, do ciasnych odrapanych miasteczek, zużytych, znoszonych. Z jakby znalezionymi jak niepasujące ubrania - kamienicami, sztukateriami, odpadającym tynkiem dawnej świetności. Takie rozczulające. Takie jakby znane, bo przecież tam, skąd pochodzę, bieda tak samo stempluje galicyjskie rynki.

Ząbkowice Śląskie - puste niebo nad żółtymi kikutami wiaty, jakby wojna przeszła tędy zupełnie niedawno. Pałace. Mnóstwo czworaków, stajen z fantastycznymi bramami i podwórkami. Kłodzko - obły niebieski autobus z klasyki pekaesu. Lądek Zdrój. Stronie Śląskie.

Pisałam zjadliwie zielonym długopisem na ławce we wsi Kletno, pisałam w biegu, pisałam na skrzypiących łóżkach, na obłażących stołach, na szczycie Orlicy i na własnym kolanie. Ale przede wszystkim szłam, krok za krokiem, ruch za ruchem, ze słońcem na jednym ramieniu, a pentaxem na drugim, szłam błogosławiąc półgłosem każdy z tych dni, kiedy nie muszę się martwić o to, że ruch to jedyny stały dom, który będzie nam dany na wieczne nieoddanie.