Już od dobrych paru dni światło pada rano pod wzruszającym kątem. Jest nieprzejrzyste, lekko zamglone, ale wyraziste w smaku: krystalicznie chłodne. Rano na rowerze marznę mocno, ale jazda jesienią sprawia o wiele większą przyjemność.
Czytam patologicznie dużo, właściwie nie chcę wychodzić. Wyhamowałam. Szukam ciepłych miejsc. Przybrałam na wadze, więc ruch mnie męczy, gwar, szum. Nie chcę rozmawiać. Nagromadziłam wystarczająco dużo siebie. Mam nadmiar duszy, po co mi jeszcze ktoś chce wcisnąć swoją.
Jak z własną sobie trudno poradzić.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 września 2016
czwartek, 18 sierpnia 2016
Roads
Znajduję zdjęcie sprzed czterech lat. Ktoś przypadkiem przydybał mnie, pochyloną nad aparatem, czujnie obserwującą chmarę rowerzystów, skupioną, w rowerowych rękawiczkach, gotową do skoku. Po karku biegną cieniutkie nitki długich warkoczyków, które nosiłam splecione tuż przy linii włosów. Kim byłam wtedy.
Pstryk.
I wiele zmienia się i nie zmienia, wtedy biegam dziennie po dziesięć kilometrów i nie rozstaję się z rowerem; jestem chuda, wściekła i głodna, i uwierzcie mi, dopiero się rozkręcam; od dłuższego już czasu szczotkuję swoje długie włosy i trenuję niezniszczalność. Trwa rok Smoka. S. mieszka wtedy wciąż trzysta kilometrów na północ i nie ma pojęcia, że niedługo wywróci sobie życie do góry nogami. Ja też nie wiem, że kolejnym krokiem będzie fantastyczna podróż pełna muzyki i światła, a dalej będzie już tylko lepiej. W końcu uważam, że bycie dorosłym jest o wiele przyjemniejsze, niż być od innych zależnym.
Pstryk.
Jesienią celująco zdobywam wykształcenie wyższe pełne i czuję, jak z życia odpływają mi ludzie i miejsca. Robią miejsce na nowych. Którzy przypływają i odpływają. Czasem gwałtownie. Czasem na zawsze. Czasem rzeczy naprawdę rozgrywają się jak w filmie: moje życie rozjeżdża wielka ciężarówka i wybija mnie z toru, po którym się poruszałam; wystrzelam w powietrze lekko jak odbita piłka. Spadam.
Pstryk.
I jeśli ktoś mógłby pomyśleć, że to czarna dziura, która niczego nie tworzy, to jednak było inaczej. W y o s t r z a m wszystkie zmysły jak brzytwy i otwieram się jak dziwaczny kwiat. Uczę się smakować tak, by aż bolały zęby. Kończy się rok Smoka, ale machina raz uruchomiona powoli toczy się dalej. Każdemu życzę otwarcia, choć przecież nie w taki sposób.
Pstryk.
I wiele się zmienia i nie zmienia od smoczego roku przełomu. Dalej robię zdjęcia i nie rozstaję się z rowerem. Włóczę się coraz więcej i wiem, że nie ma nic złego w samotnej wędrówce. Dużo biegam, dopóki nie rozwalę kolana. Ale zdarzenia, miejsca i ludzie dalej przepływają, przynosząc fala za falą swoje myśli, dźwięki, widoki... To jest jak iść szlakiem przez góry. Bywa, że ktoś dołącza na dłużej.
Pstryk. Pstryk. Pstryk.
I zbieram w sobie te różne historie, które opowiadam czasami bez końca, aż sama siebie się wstydzę, że wylewają się ze mnie jak rzeka. Patrzę na siebie sprzed czterech lat i wiem, że nie wymyśliłabym tego, kim jestem dzisiaj. Co robię. Jak wiele rzeczy się splotło na ten mój nędzny sznurek, nić, którą łapię centymetr po centymetrze i która dokądś musi prowadzić. Ale jest dobrze. Jest dobrze, psiakrew, a kto powie, że nie... To go pstryk.
Pstryk.
I wiele zmienia się i nie zmienia, wtedy biegam dziennie po dziesięć kilometrów i nie rozstaję się z rowerem; jestem chuda, wściekła i głodna, i uwierzcie mi, dopiero się rozkręcam; od dłuższego już czasu szczotkuję swoje długie włosy i trenuję niezniszczalność. Trwa rok Smoka. S. mieszka wtedy wciąż trzysta kilometrów na północ i nie ma pojęcia, że niedługo wywróci sobie życie do góry nogami. Ja też nie wiem, że kolejnym krokiem będzie fantastyczna podróż pełna muzyki i światła, a dalej będzie już tylko lepiej. W końcu uważam, że bycie dorosłym jest o wiele przyjemniejsze, niż być od innych zależnym.
Pstryk.
Jesienią celująco zdobywam wykształcenie wyższe pełne i czuję, jak z życia odpływają mi ludzie i miejsca. Robią miejsce na nowych. Którzy przypływają i odpływają. Czasem gwałtownie. Czasem na zawsze. Czasem rzeczy naprawdę rozgrywają się jak w filmie: moje życie rozjeżdża wielka ciężarówka i wybija mnie z toru, po którym się poruszałam; wystrzelam w powietrze lekko jak odbita piłka. Spadam.
Pstryk.
I jeśli ktoś mógłby pomyśleć, że to czarna dziura, która niczego nie tworzy, to jednak było inaczej. W y o s t r z a m wszystkie zmysły jak brzytwy i otwieram się jak dziwaczny kwiat. Uczę się smakować tak, by aż bolały zęby. Kończy się rok Smoka, ale machina raz uruchomiona powoli toczy się dalej. Każdemu życzę otwarcia, choć przecież nie w taki sposób.
Pstryk.
I wiele się zmienia i nie zmienia od smoczego roku przełomu. Dalej robię zdjęcia i nie rozstaję się z rowerem. Włóczę się coraz więcej i wiem, że nie ma nic złego w samotnej wędrówce. Dużo biegam, dopóki nie rozwalę kolana. Ale zdarzenia, miejsca i ludzie dalej przepływają, przynosząc fala za falą swoje myśli, dźwięki, widoki... To jest jak iść szlakiem przez góry. Bywa, że ktoś dołącza na dłużej.
Pstryk. Pstryk. Pstryk.
I zbieram w sobie te różne historie, które opowiadam czasami bez końca, aż sama siebie się wstydzę, że wylewają się ze mnie jak rzeka. Patrzę na siebie sprzed czterech lat i wiem, że nie wymyśliłabym tego, kim jestem dzisiaj. Co robię. Jak wiele rzeczy się splotło na ten mój nędzny sznurek, nić, którą łapię centymetr po centymetrze i która dokądś musi prowadzić. Ale jest dobrze. Jest dobrze, psiakrew, a kto powie, że nie... To go pstryk.
środa, 27 kwietnia 2016
I Will Follow You Into The Dark
Jeszcze kiedyś się spotkacie - mówi S., a ja wpatruję się usilnie w jego ramię i nie chcę podnieść oczu.
Nie chcę podnieść oczu, tak jak ona uparcie nie podnosiła, kiedy machałam jej palcami przed pyskiem i mówiłam do niej łagodnie: spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Spójrz na mnie. Jej źrenice były maksymalnie poszerzone, kolosalne; kiedy odchyliłam koc, by obejrzeć koszmarnie zdeformowany guzem pysk, w mroku schronienia zaświeciły mleczne, bezdenne studnie. Sparaliżowana strachem nie mogłam oderwać od nich wzroku, aż się zmniejszyły, jakby z wysiłkiem.
Ale wciąż mnie nie widząc.
***
Jakby z ludźmi było łatwiej zdecydować. To tylko kot. Przecież nie zapytam: czy chcesz już umrzeć? Czy to już koniec? Czy to ten moment? Czy tamten? Czy kolejny? Następny? Czy powiedziałaś nam już wszystko, co chciałaś? Czy byłaś już wszędzie? Czy masz już dość? Czy nie chcesz już patrzeć na ludzi, z którymi mieszkasz? Czy masz już dosyć słońca? Czy masz już dość oddychać?
***
Musicie pozwolić jej odejść - powiedział S. na głos moją myśl, jak zwykle. Siedziałam w wannie i płakałam, bo wiedziałam, że cokolwiek zrobimy, będziemy oprawcami. Wtedy jeszcze myślałam, że wycyganimy od losu kilka dla niej lat, że jest szansa, ale potem łzy popłynęły szybciej, że cokolwiek zrobimy, będziemy oprawcami: skąd mogła wiedzieć, po co pakujemy ją do kosza, czemu zatrzaskujemy drzwiczki, czemu wieziemy samochodem do miejsca, gdzie śmierdzi ostro strachem i dezynfekcją, gdzie wrzask, szczek i pisk, gdzie lodowaty metalowy stół i człowiek wbijający igłę w ciało.
Jeszcze wtedy myślałam, że może stamtąd wróci.
Ale potem powieźliśmy ją w koszyku, zamkniętą, obijającą się gnijącym, spuchniętym nosem o kratki, do miejsca, gdzie śmierdzi ostro strachem i dezynfekcją, gdzie wrzask, szczek i pisk, gdzie ja wyciągnięto i siłą posadzono na lodowatym, metalowym stole, po którym ślizgają się łapy, zwłaszcza stare i słabe. Gdzie nachylił się nad nią człowiek i wbił igłę w ciało. Gdzie zasnęła i już nigdy, nigdy, nigdy więcej się nie obudzi.
Dlaczego robimy to kotom. Dlaczego nie robimy tego ludziom.
Czy to akt łaski, czy przemocy, bohaterstwa, tchórzostwa, obojętności?
***
Była zupełnie obojętna. Nie podniosła wzroku, wpatrywała się gdzieś w dół, nieruchomo, w punkt przed sobą. Zostawiłam ją tak, a kiedy przyszłam za godzinę, skryła się cała pod kocem, a u wejścia do kryjówki widoczny był tylko wygięty w łuk grzbiet. Dotknęłam szarego futra, zaczęła mruczeć. Uklęknęłam przy łóżku i gładziłam ją po grzbiecie, a ona mruczała spod koca. Koty mruczą nie tylko z przyjemności, mruczą zawsze, kiedy chcą się uspokoić. Mruczą nawet, kiedy umierają. Nachyliłam się nisko i przytuliłam twarz do jej grzbietu. Futro było pachnące i ciepłe. Żywe. Ciepłe, więc żywe. Kogo chciała uspokoić tym mruczeniem - mnie czy siebie.
***
'Cause we'll hold each other soon
in the blackest of rooms
niedziela, 20 września 2015
Pytają państwo, co to jest miłość
To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór jedziesz do oddalonej o czterdzieści minut drogi knajpy, żeby oglądać, jak inni ludzie jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.
To jest miłość, która nie rdzewieje.
Albo:
Co to jest miłość, pytają państwo. To ja państwu odpowiem. Miłość jest wtedy, kiedy w deszczowy wieczór porzucasz swój wygodny pokój i idziesz do knajpy, żeby siedzieć obok twojej dziewczyny, która wytrzeszcza oczy, kwiczy cichutko i podskakuje na tyłku z podniecenia, kiedy ogląda, jak inni ludzie, nie ona, jeżdżą na rowerze, na kręconych z ręki, chałupniczych filmikach.
I dzięki tej miłości nawet nie nudzisz się aż tak bardzo.
***
Mimo tego, że pewna strefa życia wali mi się w gruzy (nie miłość, na szczęście), wraz z nadejściem września coraz silniej czuję się jak w domu. Ktoś gdzieś napisał, że odchodzi od nas poczucie, że ciągle musimy gdzieś być, bo dzień jest długi, jest lato i nawet w wieku trzydziestu lat, na etacie, możemy mieć przecież wakacje. A teraz już nie, wracamy do równowagi i nie musimy udawać, że wciąż wypada nam nosić szorty, i tak dalej. Jesienią szare ptaki jak ja dobrze się prezentują na tle barwnych liści. Wczoraj rano wyjrzałam przez okno i odetchnęłam z ulgą, że pada. Że mogę siedzieć pół dnia przy biurku i jest szansa, że nie umrę na wyrzuty sumienia.
O niczym innym nie marzę, jak zwolnić. Zwolnić. Zwolnić.
Zwolnić.
piątek, 22 maja 2015
No Advice
Przez przypadek mam na biurku snop różowych, krągłych róż.
Są dni, kiedy się boję, ale przecież przez większość czasu dryfuję na różanej chmurze. Trzeba zatrzymać jasne obrazy.
***
Jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł chcieć z tego zrezygnować, myślę, czuję, kiedy patrzę zza zasłony rzęs na głowę, skronie, wargi na moich wrzących piersiach, oświetlone ciepłem małej lampki. Tracę słuch. Tracę oddech. Dopiero, kiedy mnie wypuszcza, wynurzam się jak spod powierzchni wody. Wracam i łapię powietrze, oszołomiona, pokonana, miękka, lepka.
W nocy śnię ogromne, białe ryby, kołyszące się tuż przy betonowym brzegu.
Rankiem słońce wdziera się do środka. Mój pokój ma jasne ściany, jasną podłogę, w jasnej pościeli naga skóra opalizuje i oślepia. Skradam się na palcach z grzebieniem lub majtkami, nie chcę go obudzić, jeśli jeszcze drzemie. Słońce zapala mu kosmyk włosów nad czołem, a ja na miękkich kocich łapkach tańczę. Jesteśmy krystaliczni.
Lubię patrzeć na niego z daleka. Jak idzie z naprzeciwka albo jak odjeżdża na rowerze. Kiedyś mogłam go obserwować przez okno od Urzędniczej do Batorego. Wpijałam się łapczywie w szybę i wychylałam na przystankach, obserwowana z troską przez pozostałych pasażerów, wariatka z rozmazanym na ustach uśmiechem.
Jak ktokolwiek, kiedykolwiek mógł być z tego niezadowolony, stukam się w czoło ukradkiem, kiedy idę tuż, tuż za nim ryzykując, że jeśli zatrzyma się, zderzę się nosem z jego ciepłym karkiem. Otwieram usta ze zdumienia, bo nie mogę sobie poradzić z myślą, że ktoś chciał to odrzucić, komuś to nie pasowało, komuś to nie wystarczało, że ktoś chciał czegoś innego, że ktoś chciał coś ponad to.
Ja niczego więcej nie chcę.
czwartek, 14 maja 2015
Ship to Wreck
Wiem, że nadejdzie dzień, kiedy ty powiesz: "Wyjeżdżam."
Będziesz patrzył na mnie uważnie pociemniałymi oczami. Podskoczę pewnie i zaszczebiotam: "Do Radomia?", jak zawsze ucieszona, zachwycona tym nigdy nie tracącym uroku żartem, choć czuła będę, że nie, bo lód podejdzie mi do serca.
Więc ty powoli pokręcisz głową, a mury świata zawalą się z hukiem w asfaltowych obłokach tłustego pyłu.
Spytam jeszcze resztką sił, ostatkiem tchu, czy mogę jechać z tobą, ale ty zaprzeczysz ponownie. A moje serce stanie.
***
Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi.
Jesteśmy z jednego plemienia: ludzi drogi, choć nie przemierzam z plecakiem północnej Hiszpanii, choć nie podróżuję stopem przez szwajcarskie Alpy, chociaż nigdy nie byłam dalej niż przedmieścia Paryża. Jesteśmy ludźmi drogi, bo jesteśmy w drodze, bo taki jest stan umysłu.
Jesteśmy ludźmi drogi z wiecznie spakowanym plecakiem, bez adresu, bez domu, bez mienia. Jakby jedyny dom, jaki mam, to wielki plecak; za każdym razem, kiedy wspinając się na palce wyciągam go z szafy, czuję, że rozszerza mi się ciasna klatka żeber, że mogę wziąć oddech.
Wiem, że gdzieś już jest wyznaczony dzień, kiedy ptak mojego serca ucieknie z ciasnej klatki żeber. Wyfrunie ze mnie jaskółka serca i poleci za tobą, usiądzie ci na ramieniu i nigdy już do mnie nie wróci. Będę człowiekiem bez serca, bo pozwolę sercu odejść z tobą, oddam moje serce tobie, a ty poniesiesz je w kieszeni bluzy w świat szerszy niż pole widzenia.
Nie będę miała serca, bo pozwolę, żebyś zaniósł je innej kobiecie, serce ze wstążeczką na kruchutkiej szyi, z drżącym od najmniejszego ruchu pierzem.
A ja rozkruszę się w szary popiół i wiatr mnie rozniesie. Bez serca stracę wagę i wilgotność; zostanie ze mnie sama skórka, suchy wiórek, lżejszy od powietrza. Będę mówić: "Mnie nie ma", a przyjaciele będą zaglądać w puste oczy i błagać: "Wróć do nas, O. Gdzie jesteś, O.? Wróć do nas, nie odchodź".
A ja będę odpowiadać: "Mnie nie ma" i pogrążona w miękkiej ciszy będę przemykać pod ścianami, blisko cienia.
Ale jesteśmy przecież ludźmi drogi, a to oznacza: wiecznie spakowany plecak, bez adresu, bez domu, bez mienia. Droga mnie ukoi, przytuli i poniesie; bez serca to będzie słodki ciężar, nie więcej niż dwadzieścia jeden gramów plus skórzane buty, plus waga górskiego roweru, plus kilkudziesięciolitrowy plecak i trekkingowe kije, skrzyżowane na plecaku jak wiedźmińskie miecze.
***
Chciałabym iść wstecz, by odsuwać się od tego piekielnego dnia, ale rzeka płynie zawsze tylko w jedną stronę.
wtorek, 17 marca 2015
Frozen
Jak wrócić. Jak wrócić gdzieś, gdzie się nie było osiem lat. Co powiedzieć. Jak się przywitać. Jak usiąść, jak się zachować, co zrobić z rękami.
Co zrobić z rękami.
Co zrobić z rękami.
Co zrobić z rękami.
Co zrobić z rękami.
czwartek, 16 października 2014
Wracałam wczoraj do domu na rowerze i doznałam nagłego ataku paniki, że roztrzaskam się o bruk
Przybiegł
natychmiast. Przegalopował krótki odcinek przywiędłej łąki, na moment znikł z
pola widzenia zakryty murem cmentarza, by lekko wychynąć zza jego krawędzi i
już, już zeskoczyć, dobiec, miauczeć. Uniesiony w górę łepek i ogon. Maleńkie
stopki o idealnie okrągłych paluszkach. Nagle cofam się, uśmiech znika mi z
twarzy, jestem przerażona tą jego ufnością i bezpośredniością. Może jest
głodny? Nawet nie mam przy sobie nic, co mogłabym mu podsunąć na wyciągniętej
dłoni. Ociera się o łydki, prędko podbiega do matki. Matka zrzędzi, po co go
wołałam, teraz pójdzie za nami i wpadnie pod samochód przechodząc przez
jezdnię. Jest taki drobny, nie wychudzony, nie wygląda na udręczonego, ale jest
taki filigranowy, taki bezbronny, taki boleśnie doskonały w swojej
marmurkowatej osobie. Już nos swędzi mnie od napływających do oczu durnych łez.
Idę z matką w stronę bramy, a on podrygując podąża za nami, ocierając się o
nagrobki. Nie oglądaj się, ostrzega matka. Nie oglądam się. Raz tylko. Potem
drugi. Szłyśmy w stronę osiedla, a on zwalniał coraz bardziej. Ścieżka rosła
między nami, rozciągała się elastycznie, ale nierównomiernie, bo my zdawałyśmy
się przyspieszać kroku, a on już tylko stawiał łapkę za łapką, z opuszczonym
łepkiem, malał, zlewał się z burymi zaroślami i błotem. Czuję w gardle ścisk.
Jest już tylko niewielką, wolno sunącą kulą. Przechodzimy przez jezdnię,
błyskawicznym rzutem oka oceniam jego bezpieczeństwo. Nic mu nie grozi. Nie
idzie już za nami. Stanął przy kępie traw, maleńka sylwetka majacząca jakby na
dalekim horyzoncie, choć w rzeczywistości nie było to więcej niż piętnaście,
dwadzieścia metrów. Zapadający zmrok roztopił moją ostrość widzenia. Nie wiem,
czy naprawdę patrzył w naszą stronę, nie mogłabym już tego ocenić. Napięta do
granic nić między nami pękła, siekąc mnie boleśnie, przyginając mnie niemal do
ziemi. Pochyliłam twarz.
wtorek, 10 czerwca 2014
Give me to the road
Problem polega na tym, że mam zajebiście krótką pamięć.
Dziś o wędrówce przypomina tylko ciemna skóra. Należy niezaprzeczalnie zasiąść do zapisywania zaraz po przekroczeniu progu domu. Jeszcze nawet przed myciem rąk.
Złapałam się na tym, że brakowało mi pod ręką notatnika, w którym mogłabym pisać w biegu. W drodze. W drodze rozłożone na kolanach, na śpiworze, na drewnianym stole naprzeciw schodzącego krok po kroku z nieba słońca, naprzeciw stromej, czułej ściany gór, otaczającej schronisko niczym opiekuńcze ramię.
Więc późnym wieczorem wychodzę. Czarno ubrany, mały wędrowny mnich, pochylony pokornie pod ciężarem plecaka. Autobus przyjechał chyba prosto z Dukli; cuchnący i ciasny, o obłych kształtach rodem sprzed trzech dekad, ale jedzie, a to najważniejsze; całą noc tłukę czołem w szybę jak pokutnik, biczując się za wszelkie grzechy, aby móc słonecznym rankiem dostąpić oczyszczenia. Już od Kamiennej Góry nie mogę usiedzieć w fotelu, w Wałbrzychu podskakuję na tyłku z podniecenia, a kiedy czubkiem buta dotykam jeleniogórskiej ziemi, świętość rozbłyska nade mną w tęczowej aureoli i od tego momentu każdy na mój widok nie może się nie uśmiechnąć.
Bo trzeba wam wiedzieć, że z niewiadomych przyczyn wyznaję ślepy kult dolnośląski. Mekka - w Kościele Pokoju w Jaworze. Nie istnieje możliwość nawrócenia.
Więc tańczę na jeleniogórskim rynku. Słońce spływa na mnie wrzącą strugą, wszystko jest przepyszne. Bus jak metalowe czółno sunie wartkim strumieniem niekoszonych łąk; to chyba drogi tutejsze zawróciły mi w głowie do imentu, wąskie, kręte, ciasne i nerwowe jak kombinacja alpejska, tylko rozgrywająca się pośród wybuchu namiętnej zieleni, bo ponownie jestem tutaj w połowie wściekłego maja.
Więc wypadam na przystanku w Świeradowie-Zdroju, która ta nazwa jest tak retro, że aż żałuję, że nie przywdziałam stroju w odcieniach sepii. Zawsze na początku trudno jest wrzucić wyższy bieg, więc czołgam się rozprażonym asfaltem przywierającym do butów. Odetchnę dopiero na następnym zakręcie; tym, który otworzy się przede mną jak świeżuchna książka. Oddech.
Pamiętam jeszcze taki moment, kiedy stanęłam przed tablicą informującą, że wdzieram się od następnego kroku w samo serce dziewiczego niczym śnieżnobiały puch obszaru, miękkiego czułością puchatego bagna. Pamiętam, że minął mnie wtedy starszy turysta i wpasowałam swoje lekkie tropy w jego ślady. Patrzyłam teraz na siebie-jego od tyłu, kark pochylony pod ciężarem złota promieni i wypływające spod podeszew strumienie wody, bo przy każdym kroku zielona gąbka oddawała z siebie wszystko. Ale przy rozwidleniu szlaków on zawrócił do Świeradowa, a ja ruszyłam dalej, samotna.
Droga wiodła środkiem grzbietu niczym jasna pręga. Cisza i kosmos; niebo niebieskie nade mną, przytłaczające mnie do ziemi silniej niż wypchany plecak; samotność kosmiczna na tej drodze złoto-mlecznej wyciskała z oczu łzy. Zatrzymałam się, żeby zapalić - usiadłam na geometrycznie idealnym środku szerokiego szlaku, zwinięta, ściśnięta w drżący kłębek, patrząca w przód i tył jednocześnie, przerażona ogromem horyzontu. Kiedy wyssałam już papierosa do ostatnich granic, wreszcie zamigotały przede mną w upale mgliste sylwetki innych turystów. Chwyciłam w łapy kije.
Pamiętam jeszcze taki moment, kiedy stanęłam przed tablicą informującą, że wdzieram się od następnego kroku w samo serce dziewiczego niczym śnieżnobiały puch obszaru, miękkiego czułością puchatego bagna. Pamiętam, że minął mnie wtedy starszy turysta i wpasowałam swoje lekkie tropy w jego ślady. Patrzyłam teraz na siebie-jego od tyłu, kark pochylony pod ciężarem złota promieni i wypływające spod podeszew strumienie wody, bo przy każdym kroku zielona gąbka oddawała z siebie wszystko. Ale przy rozwidleniu szlaków on zawrócił do Świeradowa, a ja ruszyłam dalej, samotna.
Droga wiodła środkiem grzbietu niczym jasna pręga. Cisza i kosmos; niebo niebieskie nade mną, przytłaczające mnie do ziemi silniej niż wypchany plecak; samotność kosmiczna na tej drodze złoto-mlecznej wyciskała z oczu łzy. Zatrzymałam się, żeby zapalić - usiadłam na geometrycznie idealnym środku szerokiego szlaku, zwinięta, ściśnięta w drżący kłębek, patrząca w przód i tył jednocześnie, przerażona ogromem horyzontu. Kiedy wyssałam już papierosa do ostatnich granic, wreszcie zamigotały przede mną w upale mgliste sylwetki innych turystów. Chwyciłam w łapy kije.
Ale droga tego dnia była nieubłagana i kiedy w końcu na kolanach i łokciach doczołgałam się do Wysokiego Kamienia, miałam ochotę skoczyć w dół do Szklarskiej Poręby, wirując w pędzie i tryskając na boki elementami wyposażenia. Kolano nie szło ze mną, tylko przeciwko mnie, więc prowadziłam z nim półgłosem pertraktacje. Podpici wrocławianie zaatakowali mnie rozrywaną przez wiatr płachtą mapy, pogromcy dzikich kotów, i na wyścigi pokazywali najbliższą drogę do Chaty. Ostatnie kroki są zawsze najdłuższe.
To dopiero drugiego wieczora poczułam się w Chacie jak w domu, kiedy deszcz łopotał o blachę, a ja, tuląc Kerouaca, nasłuchiwałam burzy przedzierającej się przez pobliski las. Wtedy myślałam, jaka ona duża i jaka ja.
Ale tamtego ranka wymknęłam się cichaczem, by zejść do serca Szklarskiej, baśniowej krainy maleńkich domków. Drżąca z emocji ocknęłam się pod drzwiami zamkniętej jeszcze wtedy wypożyczalni rowerów, myśląc, jak bardzo inaczej wyobrażałam sobie to miejsce. Szklarską. Jakąś mityczną wioskę w okolicach Diabelnej. Bo przecież Diabelna była centrum wydarzeń. Bo przecież Diabelna istnieje?
Jakieś tereny z moich snów. Wypisywałam kartki na poczcie, jakieś pół wieku wstecz. Nigdy tak mocno nie odczujesz podróży, jak kiedy siedzisz przy stoliku ze swoim plecakiem usadzonym na drugim krześle, takim odchylonym w tył garbatym starcem, a kelnerka przynosi ci kawę. Jedną filiżankę, jeden talerzyk, jedną łyżeczkę i jedną popielniczkę na twojego spalającego się wiatrem papierosa.
A potem idę na Szrenicę, do kotłów. Całą drogę zabawiam się, że kotły to takie spasłe kocury. Uwielbiam te parady przez grzbiety, kiedy głowa kręci mi się jak śrubka, bo wszystko, wszystko, wszystko chcę zobaczyć, a rolki trzaskają jedna za drugą. Nad Kotłami zwieszam się przepleciona przez barierkę, bo oczy niemal wypadają mi z oczodołów na widok tych skał pogruchotanych w graniasty gruz, hipnotyzujących swym lubieżnym czarnym odcieniem eleganckim jak gruby aksamit. Wyścielone tym cieniem są zapraszająco. Zanurkuj.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Święto wiosny
Znowu to samo - szybkie spojrzenie na asfalt, a tam karnawał: girlandy jelit, balony pęcherzy, frenetyczna fiesta niezamaskowanej makabry.
Ale nie o tym chciałam pisać.
***
Postanowiłam zakochać się na wiosnę. Z braku innych dostępnych opcji w grę weszła miłość platoniczna, czyli etymologicznie czysta, wzniosła i duchowa. Mój duch jest tak samo sprośny jak ciało, dlatego nawet na cmentarzu - kiedy siedziałam na rozgrzanym nagrobku, pilnując, by mdły płomyk rozpalił się na dobre - duch oddawał się bezecnym fantazjom. Ale grób to jakby łóżko i stół jednocześnie, powierzchnia płaska kusząca niesamowicie, by na niej usiąść, położyć się lub postawić szklankę, grób to jest idealny mebel darowany człowiekowi na resztę wiecznego życia.
A więc postanowiłam się zakochać celowo w przypadkowym mężczyźnie ze świadomością bez-wzajemności, żeby jedynie móc czerpać z tego soczystego, niewinnego zakochania obiektywne profity. Włóczyłam się po tym spleśniałym mieście jak błędna, podnosząc twarz do słońca niczym dziwny, ciemnoszary kwiat z białym wnętrzem na chudej łodyżce szyi. Bo spójrzcie: od zakochania skóra lśni satynowo, a zielone oczy nabierają takiego blasku, że kto spojrzy w nie z bliska, natychmiast straci głowę i umrze. Tak myślę. Zakochany człowiek chodzi tu i tam i ciągle się uśmiecha, zawieszając wzrok gdzieś na środkowej belce horyzontu.
A więc włóczyłam się po tym mieście tak strasznie sharatanym, jakby przetoczyło się po nim stado pędzących czerwonych Bizonów. (Za każdym razem, kiedy widzę taki pojazd nie w naturalnym środowisku słonecznego łanu, tylko kroczący powoli asfaltową drogą, nie mogę oprzeć się fantazji o spazmatycznym wpleceniu się w jego najeżone zęby.) Mieszkańcy tego miasta chyba niedługo opiszą mnie w swojej powiatowej gazecie: czarna legenda podawana z ust do ust o bladej dziewczynie, pojawiającej się ni stąd ni zowąd na okolicznych łąkach ze starym Zenitem TTL w dłoni i dzwoniącej zębami. Z zimna zazwyczaj, chociaż wczoraj wyjątkowo słońce nacierało mnie kojąco i przymykałam szczęśliwe powieki. Słońce to bóg jedyny w jednej jedynej osobie. Najczarniejszego poranka mojego życia (jak dotąd, nie wyzywam losu) to słońce też kładło mi się na twarzy i mówiło: ty żyj, chociaż on umarł, i słońce masowało mi oczy, które pod pokrywami powiek gotowały się z bólu jak krwawy gulasz.
A więc brodziłam po chrupiącej, wysuszonej łące jak kot, wysoko unosząc łapy i mrucząc zadowolona, bo wszystko było takie dobre, takie piękne i jasne, że specjalnie spowalniałam każdy swój ruch, żeby dłużej móc łasić się do słońca i do drzew. W sercu swoim ściśniętym jak ciasno zwinięty pączek kwiatu - czy wy też nie mogliście nigdy oprzeć się pokusie odzierania żywcem ze skóry pączków polnego maku, by z zielonych łupin ukazało się, niespodzianka, czerwone lub różowe, świeżonarodzone, wilgotne wnętrze? - w sercu swoim skurczonym od lat niosłam maleńkie ziarenko beztroskiej tęsknoty, którą wyrachowanie postanowiłam hodować sobie na jednoczesną boleść i pociechę. Miłości nie widziano w tym mieście już od tysiąca lat.
Ale jeśli czujecie się na umyśle zdrowi i stabilni, nie polecam planować nieodwzajemnionego zakochania jak wakacji w sierpniu. Na taką ekstrawagancję mogą pozwalać sobie jedynie takie kompletne świry jak ja, jednostki odklejone od rzeczywistości już tak dawno, że nawet moja matka nie pamięta, kiedy wymknęłam się przytomności i z kwikiem popadłam w bezdenną przepaść wariactwa. Do mnie już wszyscy się przyzwyczaili i po mnie spodziewają się wszystkiego. Ale jeżeli wasze głowy nie rozklejają się na suche warstwy jak zużyta książka, kochajcie się rozsądnie i statecznie, z wzajemnością i z gwarancją na co najmniej cztery lata. Tak już jest, wzdycham z udawanym zrezygnowaniem, że z szaleństwem nie każdemu jest do twarzy.
Ale kochajcie się.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Not young, not beautiful
Gdyby tę twarz dało się zedrzeć jednym ruchem jak plaster. Szlag.
Okropnie mi doskwiera fakt bycia BB. Bystrą brzydulą. I nawet pisząc to na prywatnym swoim blogu publicznym, aż skręca mnie w środku na takie wyznanie. Słyszę: lubię inteligentne kobiety. Słyszę: podoba mi się Twój mózg. Słyszę: uwielbiam Twój dowcip, chce się z Tobą rozmawiać. Słyszę nawet: uwielbiam Cię czytać! A gołąb w mojej piersi wyje, że nikt nie mówi, że jestem chociażby ładna. Na litość, na skórę świętego Bartłomieja i tasak wbity w łeb świętego Judy, pragnę zachwytu!
Wstyd mi piekielnie, kiedy myślę z rozpaczą, że oddałabym resztki swojego rozsądku za chociażby jakiś ochłap urody. Gdybym była piękna, moje życie byłoby po stokroć łatwiejsze. Dziś pewnie miałabym już męża. Jestem z tych żałosnych typów, które zyskują po bliższym poznaniu, które to powiedzonko oznacza dokładnie, że jest się paskudnym jak mops.
Ale porzućmy to babranie się w gównie, chciałam napisać, że spotkałam wczoraj mężczyznę swojego życia. U dentysty. Znaczy on był tym dentystą. Spóźniłam się piętnaście minut, bo na Moście Dębnickim poniewierał się rozbity samochód (granatowy, przez co spędzam bezowocne minuty na poszukiwanie jakichkolwiek informacji, czy to nie ten stary pijak, z którym sypiałam, roztrzaskał się na oczach spacerującej po bulwarach publiczności jak fajerwerk). No i wypełniając jakiś podejrzany świstek, który gwarantował zrzucenie odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia na mnie, usłyszałam, jak recepcjonistka mówi: "To ta pani na siedemnastą" i odruchowo mruknęłam zachęcające "No." i wtedy zobaczyłam archanioła w kitlu. Taki bardzo w moim typie, tak skończenie bardzo, ale cóż z tego, bo kiedy zostaliśmy sami, on spojrzał na mnie figlarnie i spytał: "Co panią do mnie sprowadza?", a ja, uziemiona na tym upokarzającym fotelu w pozycji półleżącej musiałam mu wyznać, chociaż wszystko krzyczało we mnie "Nie rób tego! Nieeee!", ale nie mogłam postąpić inaczej, musiałam mu powiedzieć prawdę: "Mam czarny ząb."
I to właśnie była ta chwila, kiedy szansę na romans chuj strzelił, a ja razem z tym pomarańczowym fotelem zawaliłam się pod ziemię z rozpaczy.
Potem jeszcze napawałam się tą chwilą, kiedy nachylał się nade mną i wpychał mi palce do ust, co było na pewno sytuacją graniczącą z erotyzmem, ale nawet ta bliskość już nie miała znaczenia, bo przecież już wszystko przepadło, wszystko już nie miało znaczenia i moje biedne słabe serce rozpadło się na setki drobnych szlochających części, i nie miało już znaczenia, że on dodał: "Ta druga ósemka też czarna", i coś tam jeszcze gadał o próchnicy, i nawet jeżeli czeka nas jeszcze wiele, wiele spotkań i szans na fizyczny kontakt w zaciszności sterylnego gabinetu, to myśli moje i tak już potoczyły się tą obrzydliwą koleiną smutku i bezradności wobec nieprzystojności istnienia.
Gorzej by było tylko wówczas, gdyby to był ginekolog. Szlag.
Nie dość, że mam brzydkie zewnętrze, to jeszcze wnętrze mojej jamy gębowej mogłoby zrobić wrażenie tylko na osobie niewidomej, a w dodatku tego dnia poparzyłam swój szorstki koci język hipsterską kawą ze słynną syrenką na kubeczku, co już było tylko zupełnie mainstreamową wisienką na torcie i dopełniło dzieła zniszczenia. U dentystów nie mam szans najmniejszych.
A potem włóczyłam się po Rynku i kwitnących Plantach z kolejną kawą w łapce i obserwowałam toczącą się we mnie psychomachię: żywiołowy entuzjazm wywołany, było nie było, kontaktem z ideałem, i szaleńcze podniecenie toczyły walkę na śmierć i życie ze śmiertelną rozpaczą wywołaną faktem, że nie mogę się powstrzymać przed patrzeniem każdemu mężczyźnie na dłonie i wróżeniem sobie z obrączek, czy jest jeszcze dla mnie jakaś szansa.
A potem siedziałam z U. w jednej z popularnych piwiarni i ze smakiem chlejąc słodkie piwa debatowałam o szczęściu, że ono w gruncie rzeczy jest obecne i że je odczuwam zwłaszcza w chwilach takich jak ta, kiedy jechałam autobusem tuląc do siebie wymarzoną kurtkę za pół koła i słońce głaskało mnie po głowie przez szybę, a wnętrze autobusu wypełniał rozdzierający krzyk wielkiego chłopaka na wózku, wykręconego porażeniem (przerażeniem), i ja (sparaliżowana) myślą, jaką jestem szczęściarą, tuląc tę kurtkę, kupioną za własnoręcznie zarobione pieniądze na początku mojego dorosłego samodzielnego życia, kurtkę, która nie tylko jest obietnicą cudownych wypraw na szlaki, ale też symbolem, symbolem i dowodem na poruszanie się w górnej warstwie osadów społeczeństwa, tych szczęściarzy, który mają pracę, nie mają długów i śpią w łóżku.
A potem, dokładnie z wybiciem północy, płynęłam onirycznie Starowiślną, zakapturzona jak Gandalf, mijając miękkimi ruchami rozwrzeszczane grupy śmierdzące przetrawionym alkoholem, płynęłam samotna, jak przez busz naszpikowany dzikimi zwierzętami, czujna i gotowa do samoobrony, zdana tylko na siebie w tłumie szturmującym przejście dla pieszych pod Pocztą Główną, samotna i maleńka jak okruch przyklejony do szyby nocnego autobusu, bezbronna jak pyłek.
Moi chłopcy się żenią, a słońce wciąż wstaje każdego dnia jak gdyby nigdy nic.
PS. Jestem tak wrażliwa na męską urodę i obecność ostatnio, że wkleję tutaj ten teledysk tylko dlatego, że mnie podnieca:
środa, 9 kwietnia 2014
Waitin' all night
Cześć, mam na imię Olga i jestem anonimowym neurotykiem. Chodzę po biurze jak błędna i śmieję się do siebie, bo mnie rozpiera astralna energia zodiakalnych Baranów, a biuro jest ciemne i stęchłe niczym najuboższa piwnica. Po trzeciej kawie czuję ucisk w skroniach i ucisk w sercu wzbierającym dziką przekorą. Czuję, że tylko chwila dzieli mnie od momentu przywalenia czołem w klawiaturę. Tym razem może jeszcze się powstrzymam.
Nerwy mam napięte jak ciasną gumkę w majtkach. W niedzielę wstałam z ławki i ugięło się pode mną kolano. Może wytarły się w nim wszystkie mazie, jakby ktoś wyczyścił talerz chlebem. W poniedziałek mam ochotę zjechać z drugiego piętra po poręczy, bo nie mogę iść normalnie. Ból podchodzi mi do gardła. A zostało 5 tygodni.
Kołysze mnie autobus w rytmie swojej fali i raz myślę, że da się, a raz, że niemożliwe. W internecie tako rzeczą: "O ile nie odpadnie ci noga i nie będziesz wymiotować całą drogę - przebiegniesz". Ostatni tydzień trzeba skreślić, bo wtedy już nic nie zdziałam. Ile mi zostaje? Osiemnaście dni?
Jasna dupa, ale będzie obciach, jeśli zdygam.
Smaruję lewe kolano chłodem maści, a drugie skacze jak szalone w rytm parzących myśli.
czwartek, 3 kwietnia 2014
6 weeks under
Jeśli znajdziecie bardziej żałosnego człowieka niż ja, ufunduję wam Nobla z dziedziny socjologii. Na przykład dziś. Siedzę przy biurku i kompulsywnie zżeram w dwadzieścia sekund tabliczkę czekolady Milka, opętana obłędnym strachem wynikającym z faktu, jak straszliwie, jak ze wszechmiar jestem gruba, jak rozpustna i leniwa i lubieżna, jak najpiekielniejsza z dziwek. Najgrubszy człowiek na świecie ever, w kategorii do pięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Potem dławię się nieomal na śmierć tłustym ciastem upieczonym li i wyłącznie z tłuszczów trans, czytając z przerażeniem w oczach relację z maratonu w Barcelonie i krztusząc się jeszcze okruchami, w panice wybiegam na trening i oczywiście zgodnie ze wszystkimi prawami fizyki tuż za rogiem bloku łapie mnie kolka.
Więc biegnę ciężko z tą kolką w brzuchu, myśląc histerycznie, jak straszliwie jestem grzeszna, jak to całą zimę nużałam się w najgroźniejszych odmianach skończonej rozpusty, biorąc do ust rzeczy, które nie śniły się ani fizjologom, ani reżyserom najwykwintniejszego hard porno, biegnę i biczuję się w myślach po gołym, obmierzłym dupsku za wszystkie przewinienia. Wyobrażam sobie siebie na starcie tego piekła, stojącą pośród tych wszystkich pracowitych, zdyscyplinowanych, szczupłych jak dzikie zwierzęta ludzi, wyobrażam sobie, jak wszyscy patrząc na mnie widzą tylko ruchomy stos taniego smalcu i wypisane na moim ciele wszystkie te złe rzeczy, których się podejmowałam, byleby tylko nie ćwiczyć.
Więc człapię z tym skręconym z przerażenia jelitem i kapiącym ze mnie potem i myślę, że byłabym gotowa wpełznąć do kościoła na kolanach i łokciach, chociaż ostatnie, w co wierzę, to bóg, a nie, przepraszam - ostatnie w co wierzę, to ja sama, ale bóg też jest nie więcej godny szacunku, ale byłabym gotowa wczołgać się do pierwszego z brzegu kościoła i ucapić się nogi ołtarza i walić w niego łbem wyjąc, żeby bóg zmył ze mnie ten tłuszcz grzechu i uczynił mnie dziewiczą i świętą jak Scott Jurek, wyznawca weganizmu. Ale bóg musiałby być szalony, żeby słuchać jęków takich parszywych grzeszników jak ja, więc biegnę dalej.
Biegnę dalej, charcząc, bo czuję, że rozczuliłam się już ze strachu na tyle silnie, że płacz chwyta mnie za gardło żelaznym skurczem i duszę się, chwytając powietrze jak ryba na piasku. Ale biegnę, żeby bujającym ruchem kolan utulić się, ukołysać i uspokoić, bo przecież na lęki najlepszy jest sport, chociaż chyba nie tym razem, bo pyszczek wykrzywia mi się w podkówkę jak maleńkiej małpce, ale przyspieszam, żeby się otrząsnąć, i zadzieram głowę do góry, bo akurat droga moja wiedzie poprzez szpaler obsypanych kwiatami krzewów i chwilowo odwracają one moją uwagę. Cierpienie duchowe nie mija, tylko wytłumia się jak dźwięk w kartonowym kubeczku, a ja rozglądam się na boki biegnąc, jakbym nie brała w tym udziału, jakbym sama na sobie jechała niczym na zgarbionym ośle.
Zaczyna się podbieg, co paradoksalnie zawsze oznacza dla mnie miłą odmianę, i chwilowo zapominam, że mam tak galopującą nerwicę lękową, że czasami nieomal nie potrafię wyjść z domu, że kiedy wybieram jazdę do pracy autobusem, a nie rowerem, to zawsze wyobrażam sobie, że pewnie tego dnia roztrzaskałabym się z tym rowerem na drodze, ale uchroniła mnie od tego dobra decyzja. I wtedy przypominam sobie, że mój chłopak roztrzaskał się na drodze jadąc do pracy o godzinie siódmej pięćdziesiąt, która to godzina jest godziną mojego urodzenia, a jego była ostatnią, i już łzy ciekną mi po brodzie razem z potem i przygniata mnie do ziemi czarny głaz rozpaczy. Ale biegnę.
Zataczając pętlę docieram z powrotem do pachnących oszałamiająco krzewów, tarniny, zdaje się, albo przynajmniej tak to sobie wyobrażam, i piękno tego obłędnego zapachu rozkłada mnie na łopatki. Wciskam pięść w mokrej rękawiczce do ust i zagryzam, bo życie jest takie piękne ogólnie, ale moje życie jest takie brzydkie partykularnie, takie tragicznie smutne i przerażające, takie samotne. I przebiegam truchtem przez zebrę, oddalając się od tamtej myśli, jakby każdy pas był kolejnym stopniem wtajemniczenia.
Zawsze kończę trening, biegnąc prosto naprzeciw oświetlonym oknom mojego mieszkania
wtorek, 1 kwietnia 2014
With the wrong ascendancy
I was born with the wrong sign
In the wrong house
With the wrong ascendancy
I took the wrong road
That led to the wrong tendencies
I was in the wrong place at the wrong time
For the wrong reason and the wrong rhyme
On the wrong day of the wrong week
I used the wrong method with the wrong technique
Wrong
In the wrong house
With the wrong ascendancy
I took the wrong road
That led to the wrong tendencies
I was in the wrong place at the wrong time
For the wrong reason and the wrong rhyme
On the wrong day of the wrong week
I used the wrong method with the wrong technique
Wrong
Wrong
Przeniosłam te słowa z cudzego bloga. Czytam notatki jednej z najpiękniejszych kobiet, jakie znam osobiście, czytam i przesuwam jej łzy i uśmiechy między palcami jak paciorki.
Czytam i przesuwam jej łzy i uśmiechy między palcami jak paciorki w milczeniu, w skupieniu, w pokorze pochylając głowę nad myślą, jak bardzo jesteśmy wszyscy podobni do siebie, tacy sami.
Pochylam głowę nad myślą kołującą, że wszyscy szarpiemy się tak samo na zszarganej uwięzi zataczając wciąż te same, ciasne, błędne kręgi.
There's something wrong with me chemically
Something wrong with me inherently
The wrong mix in the wrong genes
I reached the wrong ends by the wrong means
It was the wrong plan
In the wrong hands
The wrong theory for the wrong man
The wrong eyes on the wrong prize
The wrong questions with the wrong replies
Something wrong with me inherently
The wrong mix in the wrong genes
I reached the wrong ends by the wrong means
It was the wrong plan
In the wrong hands
The wrong theory for the wrong man
The wrong eyes on the wrong prize
The wrong questions with the wrong replies
Wrong
Wrong
Urodziłam się w drugim dekanacie Barana, w roku Smoka, w dniu pogańskiego święta poświęcenia nowego życia, w dniu wigilii zmartwychwstania, przebudzenia, przemienienia, w dzień, który kończy się liturgią światła. Chrztem ognia. Korowody cichych postaci niosących do swych domów drżący, bojaźliwy płomień.
Ale to też dzień pustki. Pustego ołtarza. Nie ma wtedy Boga.
Urodziłam się z błędnym ascendentem. Nad horyzont uniósł głowę ciężki gwiazdozbiór Byka. Księżyc stanął w Wadze. Tymi dwoma znakami rządzi Wenus. Baranem włada Mars. Jestem kobietą i mężczyzną jednocześnie.
Wrong
Wrong
Dwadzieścia sześć razy okrążyliśmy Słońce od czasu tamtych nieszczęśliwych wydarzeń i jasna dupa, skazani już będziemy na tę wieczną powtarzalność.
Nie zmienia się nic.
Ale przecież myślę, że bezpieczna powtarzalność tego cyklu
jest taka czule kojąca.
piątek, 24 stycznia 2014
If I had a heart
Wczoraj przed zaśnięciem dopadła mnie straszna myśl, że z ostatnich mniej więcej dziesięciu lat mam tylko garstkę zdjęć samej siebie. Kiedy umrę, nikt nie będzie wiedział, jak wyglądałam w tych latach. Będzie koszmarna luka.
wtorek, 14 stycznia 2014
Jest hardkor.
Jest hardkor. Trzy pierwsze rzędy zajmują obnażone emerytki i rencistki, o wydłużonych kształtach bardzo bladych dyń piżmowych, dzierżące pod biustami absurdalne piankowe słomki jak ogromne papiloty, co one na to będą nawijać, skoro na głowach mają czepki? Wpatrzone w odgrywającą przed nimi jakiś wrzaskliwy monolog instruktorkę rzucającą się po brzegu jak wyłowiona ryba, piszczą głośno przypominając sobie zapewne siódmą klasę podstawówki. Ja miotam się wzdłuż krawędzi, wszędzie znowu woda, a nade wszystko ludzie, ludzie, ludzie jak morze fok w kolorowych majtkach, wszystkie kolory tęczy na zadkach, włażę w końcu, bo już zapłacone z góry, a dla mnie dziewięć złotych to jakieś osiemdziesiąt procent netto, poza tym ucierpiałaby na dezercji moja wątła reputacja. Dostaję się w straszliwy strumień pięciu wysportowanych mężczyzn i walczę o życie. Chociaż normalnie znam dużo pozycji, to w wodzie potrafię przyjąć tylko pozycję misjonarską na plecach* i brnę w to, pryskając w górę wodą zalewającą mi usta jak wieloryb z wytatuowanym na czole logo producenta czepka. Idiotyczne okularki za 9,99 zł mogą mi posłużyć chyba tylko jako ozdoba do włosów. Gdybym była nad morzem, ale niezbyt wzburzonym, i spadłyby mi majtki od bikini, to mogłabym sobie ich ewentualnie z pomocą tych gównianych okularków poszukać na dnie, o ile nie byłoby zbyt zamulone. Scheissebrillen. Ich pięciu produkuje straszliwy łoskot pracującymi jak łopaty wentylatora ramionami, a ja nagle zderzam się z czyimiś stopami, sterczącymi ponad powierzchnią niczym rozpaczliwy znak poddania się, jakiś włochaty gość sapie i pcha przed sobą styropianową deskę i JEDNAK płynie wolniej niż ja. Przekręcam się do żabki, żabka w moim wykonaniu mogłaby być równie dobrze nazwana glizdą lub czymś równie wdzięcznym i przyjemnym, pełznę po powierzchni wody za tym facetem walczącym o życie bardziej niż ja. W końcu maniakalna instruktorka odgwizduje fajrant i gdaczące kwoki z papilotami wyłażą na brzeg, upatruję w tym swoją szansę, zmieniam tor i wystrzelam do przodu, nareszcie wolna, oślepiona radością i brakiem tych okularków zasranych, bo chlor wyżera mi spojówki. Kątem oka zauważam, że tuż za mną z łopotem skrzydeł mknie całkiem jędrny motyl, rozbryzgując wodę ramionami na szerokość dwóch sąsiednich torów. Nie mam szans, skoro jego rozpiętość wynosi sto dziewięćdziesiąt centymetrów i akurat mnie nie da się wmówić, że rozmiar nie ma fundamentalnego znaczenia. Przepuszczam go przy nawrocie i ruszam jego śladem, licząc po cichu, że może popłynę szybciej poprzez jakieś fizycznie uzasadnione zassanie wody, ale kończąc długość nagle znowu zderzam się z czyimiś kończynami dolnymi, należącymi tym razem do przemiłej starszej pani w ogromnych, przysięgam, narciarskich goglach, i nie mogę uwierzyć, że nieszczęścia pływają parami. Nie da się oszukać przeznaczenia, do motyla dołącza jakiś inny admirał, i jest już zupełnie po równo, dwie kobiety i dwóch mężczyzn współżyje w zgodzie na jednym torze w wesołym czworokącie, i każda pokonana długość miażdży wszelkie teorie, za przeproszeniem, feministek, dotyczące równości płci, bo szanse za cholerę wyrównane nie są. Motyl płynie trzy razy szybciej niż ja, a ja dwa i pół raza szybciej niż starsza pani, co kończy się wyprzedzaniem na trzeciego i modlitwą do dobrego boga o zachowanie mojego życia od śmierci przez utopienie. W końcu dobijam do przepisowych czterdziestu minut i uciekam w popłochu do szatni.
* W chwilach zagrożenia posługuję się chaotycznym pieskiem. Moi drodzy przyjaciele upatrują w tym oczywiście wyśmienity powód do żywiołowej radości, że ja na pieska. Deklarują pokonanie triathlonu, na moją cześć płynąc dziewięćset pięćdziesiąt metrów pieskiem, pedałując czterdzieści pięć kilometrów na "Wigry 3" i przebiegając dziesięć kilometrów w sandałach. I skarpetkach. Jedyne, co mi się w życiu udało, to przyjaciele.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















