poniedziałek, 16 maja 2016

Wild eyes

Podróż rozpoczynam 6 maja, w cygańskie święto Ederlezi, czyli dzień świętego Jerzego. Początek wiosny, najważniejsze święto w roku. 

Pierwszy przystanek - Katowice. Przypominam sobie, że zapomniałam kubka i automatycznie zapada decyzja, że jadę z przesiadką w Gliwicach. Więcej przygody! W empiku kupuję drogi i uroczy kubek z Muminkami. Panna Migotka z grzywką, Muminek patrzy na nią... oczami właściwie bez wyrazu, ale to wciąż my. Podjeżdża najstarszy pociąg świata. Siadam obok jakiegoś młodego kolesia ze słuchawkami w uszach, po przekątnej starszy pan z aparatem słuchowym. Przejęty, przestraszony pyta siedzącą naprzeciwko kobietę, czy pociąg jedzie dalej niż do Gliwic. Bo martwi się, że nie wysiądzie w Gliwicach. Ja też nigdy nie byłam w Gliwicach i teraz martwię się o niego, spoglądając z ukosa raz po raz. Widziałam go potem w tłumie, pakującym się do mojego małego, żółciutkiego pociągu do Brzegu. Chyba miał od razu bilet, bo ja musiałam jeszcze pogalopować przez kompletnie rozkopany dworzec do okienka. Galopuję z powrotem na peron. Widzę koniec torów. Urwane szyny na remontowanym peronie. Koniec świata. Melduję się w Gliwicach.

Potem wsiadam do wesolutkiego żółtego pociągu do Brzegu. Usiłuję wtłoczyć plecak na górną półkę, ale jest zbyt gruby. Małżeństwo z naprzeciwka każe plecak posadzić na siedzeniu. Jakiś czas później okazują się nie być małżeństwem, bo jedno z nich wysiada, a drugie w milczeniu towarzyszy mi jeszcze parę kilometrów. A tak się wydawali do siebie pasować!

Potem wolne miejscem zajmuje dwóch mężczyzn - młody i stary. Obaj grubi, silni, spracowani. I rozmawiają o zwierzętach. Najpierw młody o tym, jak uratował zaskrońca. Potem stary o drapieżnych ptakach. Komentują mijane pola. Czy to wykosili trawę, żeby ją zakisić? - pyta stary. Kiedy mijamy budkę dróżnika, obaj jednocześnie jak na komendę unoszą potężną łapę w górę i kiwają nią na pozdrowienie, jak te japońskie figurki kotów, co przynoszą szczęście.

Potem rozprażony Prudnik. Idę, zrzucając z siebie po drodze ciuchy i przepoczwarzając się w wędrowca. Wydostaję się poza miasto i pod znakiem wskazującym drogę do klasztoru widzę pusty, porzucony wózek inwalidzki. Cuda, chromi chodzą, a ja znowu widzę - z wieży oglądam świat na nowo. Wcześniej pomagam dwóm dziewczynom zepchnąć auto, które nie chciało zapalić, w dół wzgórza. Mam nadzieję, że stał się cud i odjechały. 

A potem za sanktuarium gubię szlak. Na Świętej Górze. Ja, królowa GSS, pierwszy raz na poważnie kompletnie nie wiem, w którą stronę pójść. Nigdzie nie ma czerwonych znaków. Tracę godzinę na kręcenie się w kółko, w upale. W końcu na wyczucie i wedle słońca brnę dalej, coraz szybciej, coraz rozpaczliwiej, aż w końcu wybiegam wprost na szlak. Aby uspokoić nerwy i określić, w którą stronę będzie cel, a w którą Prudnik, przykucam jak zwierzę łapczywie paląc papierosa. W końcu ruszam, ale gonitwa zmęczyła mnie mocno i coraz bardziej chce mi się pić. Zapomniałam o wodzie w Prudniku. Brnę przez szlak zła i wystraszona - znak pokazał wciąż 5 godzin do Biskupiej Kopy. Jakbym wręcz się cofnęła! Zaczynam fantazjować o odwołaniu noclegu w schronisku, ale kiedy widzę ogromne, odstręczające hotele w Pokrzywnej, pokrzepiona kartonem lodowatego soku - zaczynam gnać.

Ze zmęczonych nóg wyciskam ultra prędkość i jak dziwaczny pająk z kijkowatymi nogami gnam przez coraz ciemniejszy las. I kolejny raz - wyprzedzam czas. Godzinę urywam z planu, kiedy wreszcie docieram do schroniska. Niby żałuję, że skoro miałam godzinę, to nie wskoczyłam na Kopę na zachód słońca, ale udaję - wcale nie chciałam. Jestem wykończona. Padam do łóżka, kiedy w schronisku do późna trwają lekcje tańca. Dla starszych i zaawansowanych. Serio. Wcześniej jeszcze, owinięta moim polarem w kolorze "alarm", siedzę na tarasie i patrzę, jak nad całą Opolszczyzną zapada zmrok, jak zapala się szeroko rozlane morze świateł.

Zresztą dobrze, że nie włażę na Kopę, bo rano jest otwarta wieża widokowa. Prawie podskakuję z radości, że w schronisku jest kawa z ekspresu, a potem oglądam cały świat z góry. Najpiękniej.

Schodzę leniwie do Głuchołazów i oszukuję, omijając spory fragment czerwonego szlaku. Tak mi już zostanie do końca wyjazdu, tak, że podróż sama z siebie stała się Wędrówką Leniwego Jogina. Wszystko, ale to wszystko, ale naprawdę wszystko kwitnie jak popieprzone, a do tego w powietrzu fruwają takie maleńkie puszki, kłębki, jak confetti. 

W Głuchołazach ostatecznie doganiam busa i nic nie oglądam. I dobrze, bo gdybym przy kolejnej przesiadce miała spędzić ponad godzinę na obskurnym nyskim dworcu, byłoby kiepsko. W Kłodzku za to zjadam obiad w barze "Dobrze". Jest pięknie, pięknie, pięknie. Nysa, Paczków, Otmuchów, Złoty Stok, Lądek Zdrój. Jestem w zachwycie. 

Jeszcze chwila niepewności i ląduje w przepięknym pokoju z łazienką i małżeńskim łóżkiem. Stronie Śląskie, sanatoryjno-ekstremalne. Downhillowcy w jedną stronę, emeryci na składakach w drugą. Mam pizzę, papierosy i internet. Siedzę w jasno oświetlonej otwartej kuchni i czuję, że to wspaniałe wakacje. 

PS. Czy ktoś wie, czy można chodzić bez małego palca u stopy? Czy będę się przewracać? Bo coś czuję, że niedługo mi odpadnie.

PS. 2 Przypadkiem wynajęłam nocleg idealnie przy żółtym szlaku na Kowadło. CZY MOŻE BYĆ LEPIEJ?

PS. 3 Powyższe słowa zapisałam w zeszycie drugiego dnia wędrówki, a potem już po prostu wędrowałam i zapisywałam wszystko w głowie. I byłam na Dolnym Śląsku, a to oznacza, że nad głową świeci mi jaskrawa aureola, i wszyscy, ale to wszyscy, ale to naprawdę wszyscy się do mnie uśmiechają, bo widać, że co jak co, ale święta jestem na pewno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz