poniedziałek, 30 czerwca 2014

Sekret

Idąc przez życie tworzycie swój wszechświat



Życie jest absolutnym fenomenem



i powinno być


i będzie


wtorek, 24 czerwca 2014

Jezioro było głębokie, ciemne, zimne

dopiero potem go wyciągnęli

przyjechał milicjant na rowerze, spisał protokół

kilka nazwisk młodych poetów tam było, wypadek

przenieśliśmy ciało na dnie od szafy





PS.Słucham Trójki.

środa, 18 czerwca 2014

Elementarne doświadczenie ontyczne

Grzebię w starych, kalekich plikach tekstowych.

Zanurzam rękę aż po przegub, jak w odkrytej bezwstydnie ściekowej kratce.

Jechałam sobie dzisiaj autobusem i płakałam. Nie byłoby to takie straszne, gdyby naprzeciwko nie siedział chłopak, może licealista, który bardzo się wiercił, rozkładając nogi w bezradnym geście, bo nie wiedział, co ze sobą począć w tej nagle intymnej sytuacji.

 Nagle bardzo wstydzę się pisania prawdy na tajemnym swoim blogu publicznym. Wstydzę się, że przeżywam załamanie nerwowe w samym środku astronomicznego lata i nie mam żadnych możliwości ratunku.

Serdecznie państwa przepraszam.

niedziela, 15 czerwca 2014

Demony nasze historie opowiadają

Wychodzę na trening pierwszy raz po utracie kolana.

I czuję, jakby mi ktoś podważył nożem zaciśnięte zęby, siłą rozwarł szczęki i prosto do wysuszonego na wiór gardła wlał całe blaszane wiadro krystalicznie zimnej wody.

Jakbym na koniec pochyliła rozognioną twarz nad chłodem prostej studni.




Śmiesznie wydłużam każdy ruch, wyrzucam kolana wysoko jak koń ze spiętymi cuglami, poruszam się bardziej w górę niż do przodu. Ach, mój boże, jaka siła, jaka siła, jaki oddech wlewa się we mnie z każdym podrzutem bioder, jakże tańczę na tym zasranym chodniku. Może jednak będę żyć. Jeszcze to przemyślę. Może jednak jutro jeszcze nie wepchnę łyżeczki od herbaty w miękki swój oczodół i nie zakręcę nią dokoła.

Nie było mnie na tym chodniku dwa ohydne miesiące. Kiedy tak o tym myślę ze ściśniętym sercem, przy prawym ramieniu pojawia się biegacz i pierwszy raz w pięcioletniej historii świata przyłącza się do mnie. Po kilkunastu krokach okazuje się, że to krajan mój, towarzysz niedoszły z grupy 4:15-4:30. Jaki ten świat mały. Czyli wygląda na to, że szlak wita mnie z otwartymi ramionami. Potem on skręca w Bochenka, czyli biegnie dziesiątkę, a ja prosto kicam piątką.

Czyli znowu jestem na trasie i podskakuję wysoko z każdym stąpnięciem. Wygłupiam się w ten sposób, bo nie pozwalam sobie przyspieszyć, monitoruję brakujące kolano uważnie i ściągam sobie wodze. Ilu biegaczy, ilu biegaczy rozbiega się we wszystkich kierunkach, błąka po skrzyżowaniach, marudzi na pasach, a ja nareszcie jestem z nimi, hej, patrzcie na mnie, jestem tutaj, widzicie? Widzicie? W onirycznym tempie przeskakuję z płyty na płytę jak po kamieniach szeroko rozlanej rzeki, jak dobrze, jak dobrze być w domu.


piątek, 13 czerwca 2014

Mad World

Stąpam niepewnie po zdradliwych płytkach podłogi centrum handlowego.


Na powierzchni całej obolałej skóry czuję obrzydliwy dotyk paniki, która oblepia mnie jak lodowate błoto.


Wyginam plecy coraz silniej i silniej, oplatając się ramionami w rozpaczliwej próbie powstrzymania rozpadającego się na kawałki ciała. Ciągle przeraźliwie boję się, że umrę. Jutro. Dziś. Mam dwadzieścia sześć lat i nie ma najdrobniejszej chwili, kiedy nie miałabym przed oczami własnego konania, uśmiercam się z każdą minutą na sześćdziesiąt sposobów, każdy krok, każdy ruch, każdy oddech jest torturą niepewności, co będzie. Za chwilę. Za moment. Za ułamek mrugnięcia powiek.

Zapadam się w fotel autobusu jak w czarną dziurę. Na Krowoderskiej widziałam, otoczoną jaskrawymi płotkami, ziejącą poszarpanymi asfaltowymi wargami miniaturową otchłań, do której krawędzi chciałam się podczołgać i schować twarz w jej krzyczącym wnętrzu. Kurczowo ściskając kierownicę przejechałam obok.

Stąpam po wyjącej przestrzeni; nigdzie nie mogę się ukryć przed walącymi się na moją kruchą głowę bryłami strachu; gwiżdżą w trzeszczącym powietrzu jak oszalałe ptaki. Nie umiem opisać tego uczucia, które narasta we mnie cal po calu, żyła po żyle, włókno po włóknie, które rozlewa się na tkanki jak rak, które chwyta za serce i łomocze nim o ściany żeber; to wizja, że nie ma żadnej szyby między mną a przepaścią pod moimi stopami.



A wystarczyłoby chwycić mnie za rękę i przytrzymać. Prawie nic nie ważę. Kiedyś, kiedy pękającymi ze strachu oczami spoglądałam prosto w rozwarte gardło skalnej głębi, przypadkowy turysta odezwał się do mnie. Dźwięk jego głosu sprawił, że ucichło moje oszalałe serce. 


Gdyby ktoś tu, na nizinie, powiedział do mnie słowo

wtorek, 10 czerwca 2014

Give me to the road

Problem polega na tym, że mam zajebiście krótką pamięć.


Dziś o wędrówce przypomina tylko ciemna skóra. Należy niezaprzeczalnie zasiąść do zapisywania zaraz po przekroczeniu progu domu. Jeszcze nawet przed myciem rąk.

Złapałam się na tym, że brakowało mi pod ręką notatnika, w którym mogłabym pisać w biegu. W drodze. W drodze rozłożone na kolanach, na śpiworze, na drewnianym stole naprzeciw schodzącego krok po kroku z nieba słońca, naprzeciw stromej, czułej ściany gór, otaczającej schronisko niczym opiekuńcze ramię.

Więc późnym wieczorem wychodzę. Czarno ubrany, mały wędrowny mnich, pochylony pokornie pod ciężarem plecaka. Autobus przyjechał chyba prosto z Dukli; cuchnący i ciasny, o obłych kształtach rodem sprzed trzech dekad, ale jedzie, a to najważniejsze; całą noc tłukę czołem w szybę jak pokutnik, biczując się za wszelkie grzechy, aby móc słonecznym rankiem dostąpić oczyszczenia. Już od Kamiennej Góry nie mogę usiedzieć w fotelu, w Wałbrzychu podskakuję na tyłku z podniecenia, a kiedy czubkiem buta dotykam jeleniogórskiej ziemi, świętość rozbłyska nade mną w tęczowej aureoli i od tego momentu każdy na mój widok nie może się nie uśmiechnąć.

Bo trzeba wam wiedzieć, że z niewiadomych przyczyn wyznaję ślepy kult dolnośląski. Mekka - w Kościele Pokoju w Jaworze. Nie istnieje możliwość nawrócenia. 

Więc tańczę na jeleniogórskim rynku. Słońce spływa na mnie wrzącą strugą, wszystko jest przepyszne. Bus jak metalowe czółno sunie wartkim strumieniem niekoszonych łąk; to chyba drogi tutejsze zawróciły mi w głowie do imentu, wąskie, kręte, ciasne i nerwowe jak kombinacja alpejska, tylko rozgrywająca się pośród wybuchu namiętnej zieleni, bo ponownie jestem tutaj w połowie wściekłego maja.

Więc wypadam na przystanku w Świeradowie-Zdroju, która ta nazwa jest tak retro, że aż żałuję, że nie przywdziałam stroju w odcieniach sepii. Zawsze na początku trudno jest wrzucić wyższy bieg, więc czołgam się rozprażonym asfaltem przywierającym do butów. Odetchnę dopiero na następnym zakręcie; tym, który otworzy się przede mną jak świeżuchna książka. Oddech.


Pamiętam jeszcze taki moment, kiedy stanęłam przed tablicą informującą, że wdzieram się od następnego kroku w samo serce dziewiczego niczym śnieżnobiały puch obszaru, miękkiego czułością puchatego bagna. Pamiętam, że minął mnie wtedy starszy turysta i wpasowałam swoje lekkie tropy w jego ślady. Patrzyłam teraz na siebie-jego od tyłu, kark pochylony pod ciężarem złota promieni i wypływające spod podeszew strumienie wody, bo przy każdym kroku zielona gąbka oddawała z siebie wszystko. Ale przy rozwidleniu szlaków on zawrócił do Świeradowa, a ja ruszyłam dalej, samotna.





Droga wiodła środkiem grzbietu niczym jasna pręga. Cisza i kosmos; niebo niebieskie nade mną, przytłaczające mnie do ziemi silniej niż wypchany plecak; samotność kosmiczna na tej drodze złoto-mlecznej wyciskała z oczu łzy. Zatrzymałam się, żeby zapalić - usiadłam na geometrycznie idealnym środku szerokiego szlaku, zwinięta, ściśnięta w drżący kłębek, patrząca w przód i tył jednocześnie, przerażona ogromem horyzontu. Kiedy wyssałam już papierosa do ostatnich granic, wreszcie zamigotały przede mną w upale mgliste sylwetki innych turystów. Chwyciłam w łapy kije.




Ale droga tego dnia była nieubłagana i kiedy w końcu na kolanach i łokciach doczołgałam się do Wysokiego Kamienia, miałam ochotę skoczyć w dół do Szklarskiej Poręby, wirując w pędzie i tryskając na boki elementami wyposażenia. Kolano nie szło ze mną, tylko przeciwko mnie, więc prowadziłam z nim półgłosem pertraktacje. Podpici wrocławianie zaatakowali mnie rozrywaną przez wiatr płachtą mapy, pogromcy dzikich kotów, i na wyścigi pokazywali najbliższą drogę do Chaty. Ostatnie kroki są zawsze najdłuższe.



To dopiero drugiego wieczora poczułam się w Chacie jak w domu, kiedy deszcz łopotał o blachę, a ja, tuląc Kerouaca, nasłuchiwałam burzy przedzierającej się przez pobliski las. Wtedy myślałam, jaka ona duża i jaka ja.

Ale tamtego ranka wymknęłam się cichaczem, by zejść do serca Szklarskiej, baśniowej krainy maleńkich domków. Drżąca z emocji ocknęłam się pod drzwiami zamkniętej jeszcze wtedy wypożyczalni rowerów, myśląc, jak bardzo inaczej wyobrażałam sobie to miejsce. Szklarską. Jakąś mityczną wioskę w okolicach Diabelnej. Bo przecież Diabelna była centrum wydarzeń. Bo przecież Diabelna istnieje?




Jakieś tereny z moich snów. Wypisywałam kartki na poczcie, jakieś pół wieku wstecz. Nigdy tak mocno nie odczujesz podróży, jak kiedy siedzisz przy stoliku ze swoim plecakiem usadzonym na drugim krześle, takim odchylonym w tył garbatym starcem, a kelnerka przynosi ci kawę. Jedną filiżankę, jeden talerzyk, jedną łyżeczkę i jedną popielniczkę na twojego spalającego się wiatrem papierosa.

A potem idę na Szrenicę, do kotłów. Całą drogę zabawiam się, że kotły to takie spasłe kocury. Uwielbiam te parady przez grzbiety, kiedy głowa kręci mi się jak śrubka, bo wszystko, wszystko, wszystko chcę zobaczyć, a rolki trzaskają jedna za drugą. Nad Kotłami zwieszam się przepleciona przez barierkę, bo oczy niemal wypadają mi z oczodołów na widok tych skał pogruchotanych w graniasty gruz, hipnotyzujących swym lubieżnym czarnym odcieniem eleganckim jak gruby aksamit. Wyścielone tym cieniem są zapraszająco. Zanurkuj.









środa, 14 maja 2014

Wind

Nie mam prawie nic, ale mam rower. Tyle wygrać.



Nie skręcam kierownicą, tylko biodrami. Nabrałam jakiejś paskudnej maniery składania się w zakrętach jak motocyklista. Nie wiem, u kogo mogłam to podpatrzeć. Wypuszczeni na wolność, zakochani w sobie bez pamięci od pierwszego marca, skaczemy ze wzgórza na wzgórze, wielkimi susami zbliżając się do świętej góry z kopcem. Psotliwie wykręcam węża na drodze, tanecznie zbliżając się do skrzyżowania, jak kiedyś wściekle zielony ścigacz, za którym oglądając się skręciłam sobie niemal kark.

Rzut oka przez ramię, za mną kolarzówka, więc ustępuję jej miejsca, bo znam hierarchię. Lotniejsi przodem, ale mój muskularny, czarny perszeron z łoskotem przetacza się przez przejazd tuż po niej. W pełnym galopie na moście wspinam się na sam czubek palców. Maj. Maj działa na mnie jak narkotyk. Pewnie dlatego, że rozpoczyna się na przeklętą literę M, a kończy na równie przeklętą literę J. W maju popadam w szał, szał, którego za nic w świecie nie chciałabym leczyć.

Każda powierzchnia płaska porośnięta trawą kusi mnie, by rzucić się na nią i tarzać na grzbiecie aż do zupełnego zdarcia łachów. Każde drzewo zachęca, bym objęła je wątłymi gałązkami ramion w najczulszej z możliwych pieszczot. Rosną wokół mnie miękkie ściany krzewów jak stosy pierzastych poduch, jak wielokształtne balony obłąkanego festynu, zielonego święta wariatów. Oblizuję czubkiem języka pękniętą wargę, mimowolnie, patrząc, jak lubieżnie rozkłada się przede mną ścieżka, wilgotna i ciepła. Intymne miejsce.

I czuję zupełnie wyraźnie - rejestruję ten fakt jak rzetelny badacz - że z każdym zakrętem, z każdym chybnięciem się tej wspaniałej huśtawki uzależniam się mocniej i mocniej od tego kołyszącego mnie w damskim siodle uczucia kompletnej, niezasłużonej wolności, od tych przechyleń i falowań i unoszeń i westchnień i mgnień i szarpnięć i kąsań mijanych w pędzie gałązek, siekących po twarzy jak zielony deszcz, od tej kaskady urywanych oddechów i zwrotów, gdzie pień, gdzie znak, gdzie szlak tasują się w pędzie jak rozrzucane kości do gry. Głowa w dole, biodra w górze i pryskające spod kół grudki, radość w okruchach. Kiedy ziemia przestaje się zginać, w zwolnionym tempie zawracam rower i jak spętana czarem jakaś Eurydyka znikam z powrotem w czarnoszmaragdowej otchłani tego cienistego Hadesu. Tylko, że zaraz po przekroczeniu jego ciemnego progu - zaczynasz wędrówkę w górę.

Więc ledwo dotykając ziemi czubkami butów pnę się do góry, ziając jak pies, roześmiana do siebie. Biegną ze mną po ziemi małe, bure ptaki. Coraz bardziej miękko rysują się drzewa, coraz bardziej błękitno mienią się cienie i w ostatnim momencie wypadam na asfalt, na zaróżowione niebo i na drogę na wale, prowadzącą mnie za rękę do domu.

Łaszę się do tego maja jakby miał być tym ostatnim.

sobota, 10 maja 2014

Wayfaring Stranger

I am a poor, wayfaring stranger
Traveling through this world alone
And there's no sickness, toil or danger
In that bright land to which I go



 Dentysta chodzi nerwowo wokół panoramicznego zdjęcia mojego wyszczerzonego garnituru i mówi prawie sam do siebie: "Takie wielkie ósemki! Wyjątkowe duże ósemki... Rzadko zdarzają się takie duże ósemki." Przekręcam głowę na fotelu, mrużąc oczy przed lampą i rzucam zaczepnie: "Wcale nie jestem z tego dumna".
Rozśmieszanie dentystów stanie się moim zawodem wyuczonym.

Teraz siedzę przy otwartym oknie i drapię zawzięcie opaloną skórę na przedramionach. Kodeina stoi na straży mojego spokoju ducha. Cała ostatnio jestem bólem połamanych kolan, zeskorupiałych strupów na obojczykach, wyłamanej szczęki, poobijanych ramion. Zawisła nade mną czarna chmura pecha i wszystko, co miało spaść, utonęło w otchłani rozpaczy. Ale były też jasne momenty. Zwłaszcza ten, kiedy o czwartej nad ranem zarzuciłam na grzbiet stary, dobry ciężar plecaka i wyskoczyłam w świt.

Dentysta majstrował pomiędzy rozrywanymi żywcem wargami prawie godzinę, a ja cierpliwie czekałam, aż on wreszcie zirytowany do ostateczności ściśnie moją głowę między kolanami i wybije parszywą ósemkę metalowym trzonkiem jakiegoś instrumentu. Obcęg czy tam młotka.

Ale wtedy kołyszący wielki autobus wiózł mnie do serca umiłowanego Śląska i zdziwioną wypluł w sam środek wykopanej w Katowicach dziury. Katowicki rynek zapadł się do sztolni pewnie za sprawą skarbnika. Siedziałam przytajona w ciemnym zaułku żółto-czerwonej restauracji i obejmowałam czule gorący kubek z kawą. Znowu w drodze. Znowu niesiesz swój mały domek na plecach, a ludzie mijają cię we wszystkich możliwych konfiguracjach świata. Z kosza w dworcowej księgarence wygrzebałam Murakamiego, pasującego mi okładką do plecaka. Jechał na mnie przez dwa dni, wygodnie siedząc na szczycie plecaka. "Oni wszyscy mają książki!" - wykrzyknęła oburzona przygodna współlokatorka z Rumii, wówczas z drugiego łóżka po lewej w schronisku. "Też nie wzięłam" - spojrzałam na nią z wysokości górnej pryczy, koty zawsze siadają gdzieś wysoko - "też nie wzięłam, a potem i tak kupiłam ją na dworcu, bo bez książki się nie da."

Czytałam tego Murakamiego, dziwiąc się, że chyba już to gdzieś widziałam. Opowieści dziwnie znajome. Pociąg wiózł mnie na zachód, a każda z mijanych na niebieskich tablicach nazw była dobra. Była właściwa. Jeśli masz deja-vu, to znak, że jesteś we właściwym momencie swojego życia. 

Wczorajszej nocy obudziłam się na zalanej krwią poduszce i po policzkach pociekły łzy. Jest taka godzina w nocy, o której - jeśli się obudzisz - ból wali cię w pysk niezależnie od tego, ile pustych zębodołów krwawi akurat w twoich ustach. 

Ale wtedy dojechałam na sam koniec świata, nakryty burzowymi chmurami. Kupiłam papierosy i  ruszyłam w górę. Myślałam o mojej prababce, że połączy nas majowa data śmierci, bo nie było szans, żeby tym razem udało mi się zbiec przed ognistymi mieczami błyskawic ścierających się dwóch ogromnych burz. Ale jedna jest droga i jeden kierunek - naprzód - więc brnęłam w górę, uginając się pod zapomnianym ciężarem plecaka, uciekając drobnymi kroczkami ołowianie ciężkich buciorów przed ołowianie szarymi chmurami. Jeszcze kawałek. Jeszcze do tego drzewa, a potem zatrzymam się. Jak będzie trzeba - zawrócę. Oszukiwałam się na wiele wymyślnych sposobów.

Burze srożyły się na mnie jak zjeżone psy, ale oparły się Magurze, a ja na drżących ze strachu kolanach pokłusowałam poprzez zbocza dalej. Byle dalej. Tego dnia, może za sprawą przespanych zaledwie dwóch godzin, sama za sobą zostawałam w tyle. Znowu nieubłagany zegarek wpędzał mnie w nerwicę, a grzbiet chrupał pod ciężarem. Na Raczy wiał zimny wiatr, zamiatający włosy na twarz. Opierałam mu się z przyjemnością, obserwując nieregularną koronkę gór na horyzoncie. Byłam na szlaku.

Tuż przed schroniskiem napotkałam kota. Byłam jeszcze w lesie, ale słyszałam już wyraźnie ujadanie psów z przysiółka. Na początku myślałam, że to jakieś dzikie zwierzę na ścieżce, a kot o mnie pomyślał to samo, bo zamarł i nastroszył się z całego serca, podskakując na sztywnych nogach, udając, że jest wielki. Może wziął mnie za okulawionego niedźwiedzia. Kiedy go zawołałam, stropił się i zmieszał, rozpoznając we mnie jedynie oswojonego człowieka i pokrywając zmieszanie miauczeniem, minął mnie i ruszył w dalszą drogę. Moja droga na ten dzień dobiegała końca. Przysiółek był miękko wysłany trawami, był jak z obrazka, oświetlony matowoperłowym światłem zachodzącego słońca, cichy i ciepły. Schronisko maleńkie i ciasne. Zabrałam herbatę na lodowatą, drewnianą ławkę i dmuchałam dymem w ciemność.

A rano wyszłam spomiędzy apatycznych schroniskowych lokatorów prosto w deszcz. Moja kurtka we mgle nabrała jeszcze soczystszego, poziomkowego odcienia. Deszcz szumiał w lesie jak zaczarowane radio. Cały czas wydawało mi się, że idzie za mną zupełnie niezaczarowany, lecz przaśnie realny niedźwiedź. Najlepszy sposób, żeby podnieść się na duchu, to gadać do siebie. Utyskując na pogodę i czerwony szlak - maniakalnie wybieram czerwony, chyba po to, żeby pasował do koloru paznokci - stanęłam na Rycerzowej. Było widać nic, jeśli chcecie wiedzieć.

Na swoje nieszczęście, w bacówce wisiał rozkład odjazdów pociągu i jak koń czujący bliskość stajni wyrwałam do przodu, marząc już o czułym objęciu miękkiego fotela. Człowiek chodzi w te góry, tylko po to, żeby się potem spocić i zmachać i marzyć tylko o tym, by wsiąść w pojazd uwożący go w bezpieczne doliny, zupełnie bez sensu. A kolano zaczęło łamać się pode mną nieubłaganie. Im bardziej skracała się czerwona wstążka szlaku, tym więcej czerwonych plam miałam przed oczami, tym bardziej kurczowo ściskałam w dłoni wierny kijaszek. Do Rycerki zwaliłam się ze zbocza jak postrzelony bażant. Kiedy powłóczyłam pokruszoną w pył nogą przez wąski chodnik, nagle zza przystanku wychynął na mnie ogromny, karmelowy wierzchowiec. Przytomność straciłam już na Mladej Horze, więc ze spokojnym sumieniem uznałam korowód jeźdźców wolno przesuwający się po chodniku za wytwór zajeżdżonej wyobraźni. Potem nadjechał pociąg. 

Kiedy autobus uwoził mnie, otępiałą z bólu, w stronę autostrady, myślałam maniakalnie, jak bardzo wykoleiły się moje plany. Jak bardzo rok składał się tylko z daty osiemnastego maja i jak bardzo był to głupi pomysł, by cały rok wokół jednego dnia nadbudować. 

Nie pobiegnę. Na razie.





poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Święto wiosny

Znowu to samo - szybkie spojrzenie na asfalt, a tam karnawał: girlandy jelit, balony pęcherzy, frenetyczna fiesta niezamaskowanej makabry.

Ale nie o tym chciałam pisać.

***


Postanowiłam zakochać się na wiosnę. Z braku innych dostępnych opcji w grę weszła miłość platoniczna, czyli etymologicznie czysta, wzniosła i duchowa. Mój duch jest tak samo sprośny jak ciało, dlatego nawet na cmentarzu - kiedy siedziałam na rozgrzanym nagrobku, pilnując, by mdły płomyk rozpalił się na dobre - duch oddawał się bezecnym fantazjom. Ale grób to jakby łóżko i stół jednocześnie, powierzchnia płaska kusząca niesamowicie, by na niej usiąść, położyć się lub postawić szklankę, grób to jest idealny mebel darowany człowiekowi na resztę wiecznego życia.

A więc postanowiłam się zakochać celowo w przypadkowym mężczyźnie ze świadomością bez-wzajemności, żeby jedynie móc czerpać z tego soczystego, niewinnego zakochania obiektywne profity. Włóczyłam się po tym spleśniałym mieście jak błędna, podnosząc twarz do słońca niczym dziwny, ciemnoszary kwiat z białym wnętrzem na chudej łodyżce szyi. Bo spójrzcie: od zakochania skóra lśni satynowo, a zielone oczy nabierają takiego blasku, że kto spojrzy w nie z bliska, natychmiast straci głowę i umrze. Tak myślę. Zakochany człowiek chodzi tu i tam i ciągle się uśmiecha, zawieszając wzrok gdzieś na środkowej belce horyzontu.

A więc włóczyłam się po tym mieście tak strasznie sharatanym, jakby przetoczyło się po nim stado pędzących czerwonych Bizonów. (Za każdym razem, kiedy widzę taki pojazd nie w naturalnym środowisku słonecznego łanu, tylko kroczący powoli asfaltową drogą, nie mogę oprzeć się fantazji o spazmatycznym wpleceniu się w jego najeżone zęby.) Mieszkańcy tego miasta chyba niedługo opiszą mnie w swojej powiatowej gazecie: czarna legenda podawana z ust do ust o bladej dziewczynie, pojawiającej się ni stąd ni zowąd na okolicznych łąkach ze starym Zenitem TTL w dłoni i dzwoniącej zębami. Z zimna zazwyczaj, chociaż wczoraj wyjątkowo słońce nacierało mnie kojąco i przymykałam szczęśliwe powieki. Słońce to bóg jedyny w jednej jedynej osobie. Najczarniejszego poranka mojego życia (jak dotąd, nie wyzywam losu) to słońce też kładło mi się na twarzy i mówiło: ty żyj, chociaż on umarł, i słońce masowało mi oczy, które pod pokrywami powiek gotowały się z bólu jak krwawy gulasz. 

A więc brodziłam po chrupiącej, wysuszonej łące jak kot, wysoko unosząc łapy i mrucząc zadowolona, bo wszystko było takie dobre, takie piękne i jasne, że specjalnie spowalniałam każdy swój ruch, żeby dłużej móc łasić się do słońca i do drzew. W sercu swoim ściśniętym jak ciasno zwinięty pączek kwiatu - czy wy też nie mogliście nigdy oprzeć się pokusie odzierania żywcem ze skóry pączków polnego maku, by z zielonych łupin ukazało się, niespodzianka, czerwone lub różowe, świeżonarodzone, wilgotne wnętrze? -  w sercu swoim skurczonym od lat niosłam maleńkie ziarenko beztroskiej tęsknoty, którą wyrachowanie postanowiłam hodować sobie na jednoczesną boleść i pociechę. Miłości nie widziano w tym mieście już od tysiąca lat.

Ale jeśli czujecie się na umyśle zdrowi i stabilni, nie polecam planować nieodwzajemnionego zakochania jak wakacji w sierpniu. Na taką ekstrawagancję mogą pozwalać sobie jedynie takie kompletne świry jak ja, jednostki odklejone od rzeczywistości już tak dawno, że nawet moja matka nie pamięta, kiedy wymknęłam się przytomności i z kwikiem popadłam w bezdenną przepaść wariactwa. Do mnie już wszyscy się przyzwyczaili i po mnie spodziewają się wszystkiego. Ale jeżeli wasze głowy nie rozklejają się na suche warstwy jak zużyta książka, kochajcie się rozsądnie i statecznie, z wzajemnością i z gwarancją na co najmniej cztery lata. Tak już jest, wzdycham z udawanym zrezygnowaniem, że z szaleństwem nie każdemu jest do twarzy.


Ale kochajcie się.

piątek, 18 kwietnia 2014

Sunday Smile

Mam omamy zapachowe.

Pochylam się podnosząc coś z podłogi lub z oparcia krzesła i wpadam nosem w małą chmurę zapachu, który elektryzuje mnie jak zbliżająca się burza. To niemożliwe, żeby taki zapach tu był. To niemożliwe, żeby taki zapach jeszcze utrzymywał się na mojej szyi. To niemożliwe, żebym mogła go czuć.

Bo jest to zapach mężczyzny.


Snuję się boso po parkiecie i sama do siebie szepczę zaklęcia. Był taki zapach w moim życiu, bo wciąż i wciąż gonię za jednym i tym samym obrazem, rozbitym na kawałki, po które schylam się jak po pogubione na podłodze rękawiczki. Jakby wciąż obok mnie przechodził ten sam człowiek. 

To jest zapach przypominający żywicę i las, zapach definiujący dzikość, a przecież napotkałam go tym razem w sterylnie cywilizowanych okolicznościach. Zapach-symbol. Zapach-istota-rzeczy. Fundamentalny zapach istnienia.

Któregoś zimnego jeszcze dnia w biurze wpadłam w ten zapach przypadkiem, jakbym wpadła w wannę pełną ciepłej piany. Zjeżyły się na moim ciele wszystkie włoski z podniecenia; nigdy nie pomyślałabym, że można w ułamku sekundy przypomnieć sobie zapach. "Można" - wzruszyła ramionami niewzruszona K. - "Zapach pamięta się najlepiej".

Pocieram w zamyśleniu pęknięty kącik ust. 



Słucham od czterech godzin w zapętleniu.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Not young, not beautiful

Gdyby tę twarz dało się zedrzeć jednym ruchem jak plaster. Szlag.


Okropnie mi doskwiera fakt bycia BB. Bystrą brzydulą. I nawet pisząc to na prywatnym swoim blogu publicznym, aż skręca mnie w środku na takie wyznanie. Słyszę: lubię inteligentne kobiety. Słyszę: podoba mi się Twój mózg. Słyszę: uwielbiam Twój dowcip, chce się z Tobą rozmawiać. Słyszę nawet: uwielbiam Cię czytać! A gołąb w mojej piersi wyje, że nikt nie mówi, że jestem chociażby ładna. Na litość, na skórę świętego Bartłomieja i tasak wbity w łeb świętego Judy, pragnę zachwytu!

Wstyd mi piekielnie, kiedy myślę z rozpaczą, że oddałabym resztki swojego rozsądku za chociażby jakiś ochłap urody. Gdybym była piękna, moje życie byłoby po stokroć łatwiejsze. Dziś pewnie miałabym już męża. Jestem z tych żałosnych typów, które zyskują po bliższym poznaniu, które to powiedzonko oznacza dokładnie, że jest się paskudnym jak mops.



Ale porzućmy to babranie się w gównie, chciałam napisać, że spotkałam wczoraj mężczyznę swojego życia. U dentysty. Znaczy on był tym dentystą. Spóźniłam się piętnaście minut, bo na Moście Dębnickim poniewierał się rozbity samochód (granatowy, przez co spędzam bezowocne minuty na poszukiwanie jakichkolwiek informacji, czy to nie ten stary pijak, z którym sypiałam, roztrzaskał się na oczach spacerującej po bulwarach publiczności jak fajerwerk). No i wypełniając jakiś podejrzany świstek, który gwarantował zrzucenie odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia na mnie, usłyszałam, jak recepcjonistka mówi: "To ta pani na siedemnastą" i odruchowo mruknęłam zachęcające "No." i wtedy zobaczyłam archanioła w kitlu. Taki bardzo w moim typie, tak skończenie bardzo, ale cóż z tego, bo kiedy zostaliśmy sami, on spojrzał na mnie figlarnie i spytał: "Co panią do mnie sprowadza?", a ja, uziemiona na tym upokarzającym fotelu w pozycji półleżącej musiałam mu wyznać, chociaż wszystko krzyczało we mnie "Nie rób tego! Nieeee!", ale nie mogłam postąpić inaczej, musiałam mu powiedzieć prawdę: "Mam czarny ząb."


I to właśnie była ta chwila, kiedy szansę na romans chuj strzelił, a ja razem z tym pomarańczowym fotelem zawaliłam się pod ziemię z rozpaczy.


Potem jeszcze napawałam się tą chwilą, kiedy nachylał się nade mną i wpychał mi palce do ust, co było na pewno sytuacją graniczącą z erotyzmem, ale nawet ta bliskość już nie miała znaczenia, bo przecież już wszystko przepadło, wszystko już nie miało znaczenia i moje biedne słabe serce rozpadło się na setki drobnych szlochających części, i nie miało już znaczenia, że on dodał: "Ta druga ósemka też czarna", i coś tam jeszcze gadał o próchnicy, i nawet jeżeli czeka nas jeszcze wiele, wiele spotkań i szans na fizyczny kontakt w zaciszności sterylnego gabinetu, to myśli moje i tak już potoczyły się tą obrzydliwą koleiną smutku i bezradności wobec nieprzystojności istnienia. 


Gorzej by było tylko wówczas, gdyby to był ginekolog. Szlag.


Nie dość, że mam brzydkie zewnętrze, to jeszcze wnętrze mojej jamy gębowej mogłoby zrobić wrażenie tylko na osobie niewidomej, a w dodatku tego dnia poparzyłam swój szorstki koci język hipsterską kawą ze słynną syrenką na kubeczku, co już było tylko zupełnie mainstreamową wisienką na torcie i dopełniło dzieła zniszczenia. U dentystów nie mam szans najmniejszych.

A potem włóczyłam się po Rynku i kwitnących Plantach z kolejną kawą w łapce i obserwowałam toczącą się we mnie psychomachię: żywiołowy entuzjazm wywołany, było nie było, kontaktem z ideałem, i szaleńcze podniecenie toczyły walkę na śmierć i życie ze śmiertelną rozpaczą wywołaną faktem, że nie mogę się powstrzymać przed patrzeniem każdemu mężczyźnie na dłonie i wróżeniem sobie z obrączek, czy jest jeszcze dla mnie jakaś szansa.

A potem siedziałam z U. w jednej z popularnych piwiarni i ze smakiem chlejąc słodkie piwa debatowałam o szczęściu, że ono w gruncie rzeczy jest obecne i że je odczuwam zwłaszcza w chwilach takich jak ta, kiedy jechałam autobusem tuląc do siebie wymarzoną kurtkę za pół koła i słońce głaskało mnie po głowie przez szybę, a wnętrze autobusu wypełniał rozdzierający krzyk wielkiego chłopaka na wózku, wykręconego porażeniem (przerażeniem), i ja (sparaliżowana) myślą, jaką jestem szczęściarą, tuląc tę kurtkę, kupioną za własnoręcznie zarobione pieniądze na początku mojego dorosłego samodzielnego życia, kurtkę, która nie tylko jest obietnicą cudownych wypraw na szlaki, ale też symbolem, symbolem i dowodem na poruszanie się w górnej warstwie osadów społeczeństwa, tych szczęściarzy, który mają pracę, nie mają długów i śpią w łóżku.

A potem, dokładnie z wybiciem północy, płynęłam onirycznie Starowiślną, zakapturzona jak Gandalf, mijając miękkimi ruchami rozwrzeszczane grupy śmierdzące przetrawionym alkoholem, płynęłam samotna, jak przez busz naszpikowany dzikimi zwierzętami, czujna i gotowa do samoobrony, zdana tylko na siebie w tłumie szturmującym przejście dla pieszych pod Pocztą Główną, samotna i maleńka jak okruch przyklejony do szyby nocnego autobusu, bezbronna jak pyłek.








Moi chłopcy się żenią, a słońce wciąż wstaje każdego dnia jak gdyby nigdy nic.










 PS. Jestem tak wrażliwa na męską urodę i obecność ostatnio, że wkleję tutaj ten teledysk tylko dlatego, że mnie podnieca: