sobota, 26 marca 2011

I can learn


I don't know any lullabies
I don't know how
to make you mine
but I can learn
In lonely days long ago
I saw lovers put on a show
well now it's my turn

środa, 2 marca 2011

Istotnie

Podniecają mnie skupieni mężczyźni, z oczami
nieprzejrzanymi i matowymi jak cienie, szybcy
niczym bicze, małomówni. (...)

Agnieszka Wolny Lonty 

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Koniec z zasranym liryzmem: liczą sie tylko fakty

Tkwię w oku cyklonu. Lub w innym niewygodnym miejscu. Tak przynajmniej mi się wydaje.
U. ryczy, bo nie może ogarnąć. Ja też nie ogarniam, ale naprędce wymyślam milion rozwiązań dotyczących naszych prac do napisania, recenzji, referatów i szkicuję plan działania przed egzaminami. Szybki coaching i duża dawka sarkazmu. Mam obawy, ale kilkuletnie doświadczenie uczy, że w końcu wszystko upchniemy do worka z napisem „done”. Za pierwszym lub drugim terminem... Zostawiam ją na przystanku.
Wlokąc za sobą torbę pełną książek i leków (wychodząc z apteki wypycham ze świadomości kwotę, którą tam zostawiłam – moje załamanie nerwowe nie potrzebuje pogłębienia) przypominam sobie, że skończyło się mleko. Kawa bez mleka równa się dzień bez kawy, a dzień bez kawy to dzień stracony. Zaglądam do sklepu. Jedna osoba przy kasie – dobra, wchodzę. Gdy wracam z bułkami i butelką, kolejka liczy już siedem dusz. Mam tyle czasu, że zdążę zastanowić się jeszcze nad jajkami, bo akurat moja miejscówka przypada po sąsiedzku z chłodziarką. Wbijam spojrzenie w sufit manifestując moje cierpienie wywołane tempem pracy kasjerki, oscylującym wokół jednego klienta na godzinę.
Wracam na trasę. Kilka kroków wystarcza, żeby szalik miał okazję wkręcić się w kolczyka. Jedną ręką usiłuję wyplątać go z frędzli (nagle nawiązania do pajęczej sieci w formie i fasonie przestają mi się podobać), ale bez skutku – kolczyk zostaje mi w ręce, a zakrętka ginie bezpowrotnie. Przed oczami natychmiast staje mi wizja zarośniętej w okamgnieniu dziurki, którą pielęgnowałam przez tak długi czas. Fucząc pod nosem z impetem ruszam dalej, ściskając w dłoni nieszczęsny sztyft, siatkę z zakupami i torbę, bo nie mogę jej nieść na ramieniu. Płaszcz pod obciążeniem torby przesuwa się dookoła bioder, marszcząc i falując. Naciągam go z całej siły (drugie ramię już omdlewa pod ciężarem), ale nic to nie daje. Sweter wyłazi przodem tuż pod guzikami, oplatając mnie czule w pasie i krępując aż do barków. Szepcząc już całkiem wyraźnie mantrę „chuj, chuj, chuj!” czuję, jak duże krople deszczu uderzają mnie w czoło. Wbrew logice zwalniam. Nie mam już siły lawirować między rozmiękłym śniegiem, psimi kupami i ogromem michałków, które mnie spotykają.
Podsumowując: frustracja na tle seksualnym nie jest najgorszym, co mnie spotyka. Nie jest także jedyna...

czwartek, 6 stycznia 2011

Co mnie zdumiewa


...to przede wszystkim moja własna nieadekwatność. Marząc o pachnących mokrą trawą przestrzeniach przykuta jestem do betonowych nawierzchni. Niezdolna do wykonywania intensywnych poruszeń. Składam się z tęsknoty za dzikością szumiących lasów i żenującego uzależnienia od cywilizacji i bezpiecznych schronień. Żyję w mentalnym rozkroku, jak Witkacy. Psychicznym rozwarciu. Duchowej rozjebce. Wypuszczona na łąkę węszę i trącam łapą cienkie gałązki, ale nie oddalam się zbytnio od bezpiecznego transportera, w którym mnie przywieziono. Pozbawiono mnie łączności z żyjącymi na wolności wilczymi przodkami, choć nie wytłumiły się jeszcze resztki instynktów. Czasem stają na mojej drodze nieoswojone zwierzęta, o sierści szorstkiej i uczesanej wiatrem, o mięśniach, których bezbłędna praca przyprawia mnie o drżenie kolan. Chcę być jednym z nich. Ale nie mogę. Mam miękkie bezwłose ciało i nie widzę w ciemnościach.

wtorek, 21 grudnia 2010

Strawberry Hill

Dręczą mnie sny erotyczne. Z pewnością celibat nie jest zdrowym dla mnie stanem. Dziś śniło mi się rozległe pole gęsto zarośnięte krzaczkami truskawek płożącymi się jak bluszcz. Pod pokrywą z liści – miriady czerwonych, ociekających krwiście sokiem owoców, dojrzałych do szaleństwa, ba, przejrzewających już nawet, stosy, krocie lekko sercowatych kształtów, wilgotnych i lśniących. Ich słodycz czułam niemal w powietrzu. Jakaś kobieta zbierała je pochylona, obok kilka pełnych koszyków, lecz ilość owoców przekraczała ludzkie możliwości i oczekiwania. Stąpałam po tej krwawej masie delikatnie jak po głębokim śniegu. Wspinałam się w górę lekko wznoszącego się pola, bo czekał tam na mnie bułany, mocny koń o muskularnej szyi. Był dokładnie w kolorze biszkoptów. Szłam powoli i ostrożnie, lecz pewnie, gdyż wiedziałam, że tylko moment dzieli mnie od wplecenia palców w jego kruczą grzywę.
Nawet teraz, gdy to piszę, oblizuję wargi. 


Nie mogę przecież krzyczeć.

niedziela, 19 grudnia 2010

Zmitologizowałam go z całych sił

I nie potrafię się przyznać przed samą sobą co do jego znaczenia. Tyle razy mówiłam o nim, snułam opowieść w tysiącu odcinków, wciąż nie mogąc zakończyć wątku, na nowo przesuwając rozwiązanie jeszcze o kilka tygodni, jeszcze o miesiąc. Przerwy w nadawaniu robiły się coraz dłuższe i dłuższe, aż widzowie stracili czujność i zdjęto program z anteny. Zaskoczenie największe było dla mnie samej. Powtórek nie uznajemy w naszej telewizji z misją. I uświadomienie sobie jego zniknięcia z zasięgu wzroku, z linii horyzontu, z książki adresowej wywołało nagły chłód we mnie. Choć nigdy nie miałam go nawet przez moment. 
Zamieszał mi. Zaostrzył apetyt. Zatęsknię jeszcze nie raz.

sobota, 18 grudnia 2010

Rozgrzana do czerwoności

I stało się. I zmogło mnie. Pokonało mnie podstępnie i przebiegle, nie przebierając w środkach. Zapewne nocne spacery nie wspomagają odporności. Teraz moja nieruchomość ograniczyła się do przestrzeni łóżka. Nieruchomość dotyczy także mojego ciała, które rozpalone rwie tępym bólem mięśni za każdym poruszeniem. Z godnością znoszę upływ czasu i kataru. Drażni mnie tylko zwężenie światła gardła, które wpuszcza w płuca mniej powietrza, dorzucając jeszcze od siebie ból i pieczenie. Takie darmowe dodatki wcale mnie nie interesują. Co najmniej trzykrotnie wzrosła przyrodzona wątłość mojego organizmu. Głowa chwieje się na zbyt słabej szyi. A mimo to nagle zaczyna denerwować mnie przymusowa bezczynność. Zażywałam jej w nadmiarze będąc zdrową, teraz łykam witaminy i przeżuwam w ustach przekleństwa. Przymykam oczy, bo łzawią od gorączki. A może z bezsilności.