sobota, 26 marca 2011
I can learn
I don't know any lullabies
I don't know how
to make you mine
but I can learn
In lonely days long ago
I saw lovers put on a show
well now it's my turn
środa, 2 marca 2011
Istotnie
Podniecają mnie skupieni mężczyźni, z oczami
nieprzejrzanymi i matowymi jak cienie, szybcy
niczym bicze, małomówni. (...)
Agnieszka Wolny Lonty
nieprzejrzanymi i matowymi jak cienie, szybcy
niczym bicze, małomówni. (...)
Agnieszka Wolny Lonty
sobota, 19 lutego 2011
piątek, 28 stycznia 2011
sobota, 22 stycznia 2011
sobota, 15 stycznia 2011
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Koniec z zasranym liryzmem: liczą sie tylko fakty
Tkwię w oku cyklonu. Lub w innym niewygodnym miejscu. Tak przynajmniej mi się wydaje.
U. ryczy, bo nie może ogarnąć. Ja też nie ogarniam, ale naprędce wymyślam milion rozwiązań dotyczących naszych prac do napisania, recenzji, referatów i szkicuję plan działania przed egzaminami. Szybki coaching i duża dawka sarkazmu. Mam obawy, ale kilkuletnie doświadczenie uczy, że w końcu wszystko upchniemy do worka z napisem „done”. Za pierwszym lub drugim terminem... Zostawiam ją na przystanku.
Wlokąc za sobą torbę pełną książek i leków (wychodząc z apteki wypycham ze świadomości kwotę, którą tam zostawiłam – moje załamanie nerwowe nie potrzebuje pogłębienia) przypominam sobie, że skończyło się mleko. Kawa bez mleka równa się dzień bez kawy, a dzień bez kawy to dzień stracony. Zaglądam do sklepu. Jedna osoba przy kasie – dobra, wchodzę. Gdy wracam z bułkami i butelką, kolejka liczy już siedem dusz. Mam tyle czasu, że zdążę zastanowić się jeszcze nad jajkami, bo akurat moja miejscówka przypada po sąsiedzku z chłodziarką. Wbijam spojrzenie w sufit manifestując moje cierpienie wywołane tempem pracy kasjerki, oscylującym wokół jednego klienta na godzinę.
Wracam na trasę. Kilka kroków wystarcza, żeby szalik miał okazję wkręcić się w kolczyka. Jedną ręką usiłuję wyplątać go z frędzli (nagle nawiązania do pajęczej sieci w formie i fasonie przestają mi się podobać), ale bez skutku – kolczyk zostaje mi w ręce, a zakrętka ginie bezpowrotnie. Przed oczami natychmiast staje mi wizja zarośniętej w okamgnieniu dziurki, którą pielęgnowałam przez tak długi czas. Fucząc pod nosem z impetem ruszam dalej, ściskając w dłoni nieszczęsny sztyft, siatkę z zakupami i torbę, bo nie mogę jej nieść na ramieniu. Płaszcz pod obciążeniem torby przesuwa się dookoła bioder, marszcząc i falując. Naciągam go z całej siły (drugie ramię już omdlewa pod ciężarem), ale nic to nie daje. Sweter wyłazi przodem tuż pod guzikami, oplatając mnie czule w pasie i krępując aż do barków. Szepcząc już całkiem wyraźnie mantrę „chuj, chuj, chuj!” czuję, jak duże krople deszczu uderzają mnie w czoło. Wbrew logice zwalniam. Nie mam już siły lawirować między rozmiękłym śniegiem, psimi kupami i ogromem michałków, które mnie spotykają.
Podsumowując: frustracja na tle seksualnym nie jest najgorszym, co mnie spotyka. Nie jest także jedyna...
czwartek, 6 stycznia 2011
Co mnie zdumiewa
...to przede wszystkim moja własna nieadekwatność. Marząc o pachnących mokrą trawą przestrzeniach przykuta jestem do betonowych nawierzchni. Niezdolna do wykonywania intensywnych poruszeń. Składam się z tęsknoty za dzikością szumiących lasów i żenującego uzależnienia od cywilizacji i bezpiecznych schronień. Żyję w mentalnym rozkroku, jak Witkacy. Psychicznym rozwarciu. Duchowej rozjebce. Wypuszczona na łąkę węszę i trącam łapą cienkie gałązki, ale nie oddalam się zbytnio od bezpiecznego transportera, w którym mnie przywieziono. Pozbawiono mnie łączności z żyjącymi na wolności wilczymi przodkami, choć nie wytłumiły się jeszcze resztki instynktów. Czasem stają na mojej drodze nieoswojone zwierzęta, o sierści szorstkiej i uczesanej wiatrem, o mięśniach, których bezbłędna praca przyprawia mnie o drżenie kolan. Chcę być jednym z nich. Ale nie mogę. Mam miękkie bezwłose ciało i nie widzę w ciemnościach.
wtorek, 21 grudnia 2010
Strawberry Hill
Dręczą mnie sny erotyczne. Z pewnością celibat nie jest zdrowym dla mnie stanem. Dziś śniło mi się rozległe pole gęsto zarośnięte krzaczkami truskawek płożącymi się jak bluszcz. Pod pokrywą z liści – miriady czerwonych, ociekających krwiście sokiem owoców, dojrzałych do szaleństwa, ba, przejrzewających już nawet, stosy, krocie lekko sercowatych kształtów, wilgotnych i lśniących. Ich słodycz czułam niemal w powietrzu. Jakaś kobieta zbierała je pochylona, obok kilka pełnych koszyków, lecz ilość owoców przekraczała ludzkie możliwości i oczekiwania. Stąpałam po tej krwawej masie delikatnie jak po głębokim śniegu. Wspinałam się w górę lekko wznoszącego się pola, bo czekał tam na mnie bułany, mocny koń o muskularnej szyi. Był dokładnie w kolorze biszkoptów. Szłam powoli i ostrożnie, lecz pewnie, gdyż wiedziałam, że tylko moment dzieli mnie od wplecenia palców w jego kruczą grzywę.
Nawet teraz, gdy to piszę, oblizuję wargi.
niedziela, 19 grudnia 2010
Zmitologizowałam go z całych sił
I nie potrafię się przyznać przed samą sobą co do jego znaczenia. Tyle razy mówiłam o nim, snułam opowieść w tysiącu odcinków, wciąż nie mogąc zakończyć wątku, na nowo przesuwając rozwiązanie jeszcze o kilka tygodni, jeszcze o miesiąc. Przerwy w nadawaniu robiły się coraz dłuższe i dłuższe, aż widzowie stracili czujność i zdjęto program z anteny. Zaskoczenie największe było dla mnie samej. Powtórek nie uznajemy w naszej telewizji z misją. I uświadomienie sobie jego zniknięcia z zasięgu wzroku, z linii horyzontu, z książki adresowej wywołało nagły chłód we mnie. Choć nigdy nie miałam go nawet przez moment.
Zamieszał mi. Zaostrzył apetyt. Zatęsknię jeszcze nie raz.
sobota, 18 grudnia 2010
Rozgrzana do czerwoności
I stało się. I zmogło mnie. Pokonało mnie podstępnie i przebiegle, nie przebierając w środkach. Zapewne nocne spacery nie wspomagają odporności. Teraz moja nieruchomość ograniczyła się do przestrzeni łóżka. Nieruchomość dotyczy także mojego ciała, które rozpalone rwie tępym bólem mięśni za każdym poruszeniem. Z godnością znoszę upływ czasu i kataru. Drażni mnie tylko zwężenie światła gardła, które wpuszcza w płuca mniej powietrza, dorzucając jeszcze od siebie ból i pieczenie. Takie darmowe dodatki wcale mnie nie interesują. Co najmniej trzykrotnie wzrosła przyrodzona wątłość mojego organizmu. Głowa chwieje się na zbyt słabej szyi. A mimo to nagle zaczyna denerwować mnie przymusowa bezczynność. Zażywałam jej w nadmiarze będąc zdrową, teraz łykam witaminy i przeżuwam w ustach przekleństwa. Przymykam oczy, bo łzawią od gorączki. A może z bezsilności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)