wtorek, 14 kwietnia 2015

Porady #1

Podaję państwu niezawodny sposób, jak nie biegać:

wystarczy zapisać się na bieg, a potem nie biegać, żeby nie przeziębić się przed biegiem.



Po biegu wymyślę kolejny sprytny sposób.


Ale pedałuję z mozołem na starym dobrym druhu i myślę sobie, że biegaczem pozostaje się w sercu na zawsze, tak jak na zawsze w sercu jestem singlem, i bujam się na siodle wesoło czując dumę, że wiem, jak rozłożyć tempo, by po marnym górskim sezonie przebiec półmaraton bez przygotowania. Tęsknię!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Sigh no more

Mam ciągle sny, że wojna podchodzi mi pod próg drzwi jak powódź.


Czytam ciągle, zachłannie, zwijam się nad płachtą gazety i w pewnym momencie widzę: "Mam za mało do stracenia, żeby się bać."


Proste? Proste.


***

Mam na imię Strach.
Ale wokół mnie jest więcej siły, niż mi się wydaje.

Wchodzę, witam się, ale P. od razu mówi: "Widziałaś ją? Coś z okiem." Więc wracam, bo minęłam się z nią w drzwiach, wyglądam przez szybę werandy: siedzi na progu, nastroszony kłębek, biała na czarnym. Śnieg już zaczyna sypać. Kiedy uchylam drzwi, wiatr wpycha do środka swój lodowaty łeb; miauczy zrzędliwie, ale cicho, kiedy delikatnie łapię ją pod pachami i unoszę na wysokość swojej twarzy. Zaskoczona, zapomina zamknąć prawe oko, jak potem będzie już je mrużyć, kiedy przysunę twarz do jej pochylonej głowy. Zielone oko pełne krwi.

Naciskam palcami miękkie miejsce wokół kości kolana. Badam ciekawie anatomię tępego bólu, który zagnieździł się w rozgrzanej i spuchniętej skórze. Całym ciężarem ciała wbiłam nieszczęsne kolano w sosnowy parkiet, pechowo posiadając kolano słabsze od miękkiego drewna. Najpierw wściekłość i wrzask, tupałam ranioną nogą, jakby krwiaka można było tym ruchem zrzucić na ziemię i z głowy. Ale potem straciłam oddech, wyobrażając sobie, że sześćdziesiąt kilogramów łupie o drewno ścianką kruchutkiej czaszki.

Noszę więc to krwiakowe kolano z przyjemnością jak order. Z wdzięcznością myślę o nim, że ono to przecież nie zęby. Ból jest cichy i łagodny jak kocie futro. Wczoraj dotykam jej ledwo czubkami palców; pochyla głowę zaciskając powieki tak, że mam jej malutkie czoło tuż pod brodą. Przyglądam się poszarpanemu uchu, długie minuty spędzając na ustaleniu, czy to płatek śniegu, czy lśniąca dziurka na wylot w płatku kociego ucha. Uwierzcie mi, dalej nie wiem. Jest taka maleńka, jak kocię; podnosi malutką stópkę i powoli, z wysiłkiem myje mikroskopijne paluszki. Porusza się powoli. Wieczorem będę oglądać jej zdjęcia sprzed miesięcy: jakby nosiła na nich głowę wyżej. Jakby postarzała się wczoraj o lata. Jest zdezorientowana, mówi P., pewnie nie widzi do końca wszystkiego. Pozwala się głaskać, mruczy chrapliwie, bo teraz ma taki głos. Kładzie się przy stole na krześle i starannie zwija; będzie się co kwadrans przekładać na drugi bok, zaspana i nieprzytomna, rozgrzana, chyba bolą ją stawy. Krzesło jest przysunięte do stołu, jakby uczestniczyła w rozmowie. Nachylam się nad nią: ciepło, zapach czystego kota, czysty kot pachnie ciepło jak pościel.

Zanim zadzwoni budzik, stoję we śnie na szczycie wzniesienia wśród biegających w pośpiechu ludzi, bo wojna płynie w tę stronę nieuchronnie jak fala przypływu, podnosi się poziom wojny kilometr po kilometrze. W tym śnie E. krzyczy w słuchawce telefonu, że skryła się w Zubrzycy Górnej, że tam wojna nie podejdzie, wstrzymana muskularnymi ramionami gór. W tym śnie wiem, co mam robić, ktoś silny mi towarzyszy, nie boję się tak, jak sobie to wyobrażałam: chwilę wcześniej trzymałam za włosy odciętą, rzucającą wciąż jeszcze przekleństwa głowę wroga jak węża i bez litości wcisnęłam ją pod własną kanapę; jak zdetonujecie bombę, mówię do niej, zginiemy wszyscy, ty też.

"Oglądałaś telewizję?", trafnie zgaduje S., kiedy wstukuję mu krótkie, urywane, chrapliwe smsy. To z niej płynie lęk jak jednokierunkową ulicą, dlaczego, do diabła, nie ma drugiego pasa ruchu, niech wraca, skąd przyszedł. Ciągle o niej myślę, od lata, od histerycznego dźwięku syreny w zapadającym zmroku Duszników Zdroju. Co zrobię, jeśli przyjdzie. Kiedy przyjdzie. Patrzę na A. w wysokiej ciąży, jak z wdziękiem, lekko porusza się, podnosi z krzesła. Nie wstawaj, A., krzyczymy wszyscy, nie wstawaj, to my podejdziemy do ciebie, ale A. nigdy nie czeka, jakby wypełniały ją chyba bąbelki.

Myślę o tym, jak ja mogę się bać, kiedy nie mam nic do stracenia. Mam miłość, ale moja miłość nie zna lęku. S. się nie boi niczego. Jeśli mam mieć zadanie, moim zadaniem jest: wychować się na człowieka bez lęku. Tak, mam dwadzieścia siedem lat, ale nie jest na to za późno, byleby nie zwlekać. Jeśli ona tu przyjdzie, jeśli będziemy brodzić w jej lodowatej kałuży i chłód przesiąknie przez buty, trzeba wyćwiczyć się w braku lęku. Jeśli mijają najszczęśliwsze dni mojego życia, muszę je w siebie złapać; wygrzewać się w ich blasku jak w słońcu, nie przegapić. Szczęście to funkcja umysłu, wie o tym U.; obudź się rano i pomyśl: dziękuję.

Widziałam wczoraj niezwykłe zjawisko: moja droga prowadziła wprost w ścianę czarnych chmur, w które patrzyłam pewnie i z ciekawością, nagle wysoko w górze dostrzegłam ruch - mnóstwo ogromnych śniegowych płatków wirujących w masach powietrza, unoszący się nad ziemią biały, ruchliwy tuman, który przepłynął nad moją głową, nie dotykając ziemi, wyraźny, potężny i niesamowity, i przewiany wiatrem pognał daleko poza granice widzenia.











wtorek, 17 marca 2015

Frozen

Jak wrócić. Jak wrócić gdzieś, gdzie się nie było osiem lat. Co powiedzieć. Jak się przywitać. Jak usiąść, jak się zachować, co zrobić z rękami.

Co zrobić z rękami.








Co zrobić z rękami.








czwartek, 12 marca 2015

Disc's not dead

Zawsze mówię o moim peryferyjnym krakowskim osiedlu, że mieszkam na krawędzi Dysku, jeden nieuważny krok i można spaść z krzykiem na grzbiety czterech słoni. Większość moich rozmówców łapie ten żart w mig. 

I oby zawsze tak było.

czwartek, 26 lutego 2015

Bring me a higher love

Ocieram się głową jak kot. 

Nie mogę tego opowiedzieć, bo nagle utraciłam głos. Mam związane palce. Mogę tylko szeptać. Zmrużone cztery rzędy jasnych rzęs. Życie całe na przestrzeni rozgrzanego prześcieradła, boję się ruszyć, by nie spłoszyć ciepła, przytajam się w pościeli jak maleńki ptak. Nic nie ważę, kiedy bierzesz mnie do rąk, jestem cała z pierza.




wtorek, 27 stycznia 2015

I won't be found

Zanim postawiłam stopę na jego nienajczystszym bruku, serce tysiąc razy chciało mi wyskoczyć z ciasnej klatki żeber. Strach. Strzały. Strzały.

A potem maleńki samolot przyniósł mnie na swoich skrzydłach do zalanej rzęsistym deszczem zielonej krainy i wrzucił w to miasto jak do gniazda.

Następnego ranka szliśmy mrużąc oczy przed oślepiającym blaskiem słońca wzdłuż bulwaru obramowanego jasnymi twarzami białych kamienic. Czuję się obywatelem świata, wypowiedział moją myśl jak zwykle S.

Jak w domu.

Od pierwszej chwili.







Paryż.










piątek, 26 grudnia 2014

Już czas

Osoby dramatu:
N., lat 5.
Mój Kot, lat 15.

W Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem.

- N., i co ci ten kot powiedział?
- "Już czas pokonać zło".

KONIEC



Polecam Państwa życzliwej pamięci te niezwykle ważne słowa.


piątek, 19 grudnia 2014

Up in the air

Odniosłam dziś sukces. Ktoś powiedział, że miał ciary, kiedy śpiewałam.



Ta osoba była pijana.

czwartek, 6 listopada 2014

Beware the Wolf

A potem pomyślałam sobie mściwie, że może ktoś inny wpatruje się (wpatrywał się, będzie wpatrywał się) ze związanym na węzeł gordyjski żołądkiem w mój wizerunek i może komuś innemu na mój widok drżą z przerażenia rzęsy. 
Mściwie to pomyślałam.
Mściwie.

Back to Black


















Ból mnie rozsadza.



















sobota, 25 października 2014

Faint

Otwieram jedno zapuchnięte oko i myślę: "O Boże".

I jest tak, jakby film zaciął się na tylko jednej scenie: wysiadam z autobusu nocą chwiejnie na swoim przystanku, wysiadam z autobusu nocą chwiejnie na, wysiadam z autobusu nocą chwiejnie, wypadam z autobusu nocą, w kółko, błysk i jeszcze, jeszcze, jeszcze, jeszcze raz. Wychodzę z domu ze świętym postanowieniem nie zbliżania się nawet do płynnej granicy alkoholu, a potem wracam śmiejąc się jak wariat, odbijając się od prawego i lewego brzegu chodnika, rozczochrana boja. Śniło mi się dzisiaj, że stąpałam miękko po ciemnomszałych płytach kompletnie boso, widziałam jakby jakiś paparazzo: reflektor na mnie, pochylona głowa, włosy rozsypane, ręce w kieszeniach i wąskie kocie bose łapki migające na betonie.

Wychodzę z domu ze świętym postanowieniem abstynencji, a potem pociąga mnie wir. W niedzielę rano obudziłam się o ósmej i zaczęłam śmiać, na głos, z głębi brzucha, i śmiałam się do trzeciej w nocy, kiedy w zamglonej alkoholowym zamroczeniem Alchemii dyskutowaliśmy zapalczywie o nowym filmie, a U. chwiała się sennie nad szklanką wódki z colą. Stałam się nocnym zwierzęciem: od tygodni po zapadnięciu piątkowego zmierzchu wyruszam na łowy. Obchód po pomarańczowych od latarni ulicach, ja przodem, albo w ariergardzie, ręce splecione z czyimiś albo w kieszeniach, oczy w kapturze. Na początku września wychodzę z Banialuki prosto w świeży, jasny, truskawkowy świt: S. odwraca się nagle z różą w zębach, M. mu ją odbiera i z rozmachem mi wręcza, a płatki rozkruszają się w locie niczym śnieg; zaczynam się śmiać serdecznie, na głos, z głębi brzucha i już chyba nie przestanę. 

Dopadam A. siedzącą na rozpalonym do śnieżności Rynku, ja idę roześmiana przez całą długość Karmelickiej i Szewskiej, gadając do siebie i sypiąc z oczu skry, A.: twarz uniesiona w górę, rozmodlona, kocham Kraków, mówi A., Kraków to węzeł wszystkich dróg, chcę tu wrócić koniecznie, mówi A., a ja całuję ją i śmieję się. Wciągam ją w bramę, pierwsze piwo, kasza parzy wargi, a my śmiejemy się, bo znowu jesteśmy razem, a Kraków rozkłada przed nami ramiona i ciągnie nas za ręce. Mały Rynek: dziki wizg kobzy, chwiejnie przekraczam czyjeś nogi, siadamy na rozgrzanym stopniu, A. cała w muffince, a mnie z kolan sypie się kawowy tytoń. Zapalniczka nie działa, wpadam do kiosku, na gazetach lizak w kształcie lajka, kolejny prezent urodzinowy dla A., zataczamy się ze śmiechu na przystanek, mam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą - niech patrzą, jaka z nas piękna para, A. spod kapelusza wysuwają się włosy jasne jak słoneczny promień, a ja w oczach mam zielony pożar. Dzwoni P., A. wykrzykuje na całą długość tramwaju, że właściwie już sobie podchmieliłyśmy i jedziemy do Cricoteki, która lśni jak ogromna brama, papieros spala mi się zawieszony nad rozsłonecznionymi bulwarami, A. co chwilę coś wypada z ręki, robimy sobie zdjęcia oślepione blaskiem, A. wyciąga rękę do żółtego jak ze złota drzewa za pociętą kratami szybą Crico(krako)teki.  Krążymy po salach oniemiałe, jakby nam ktoś dosypał narkotyk do błyszczyków, usta mam spękane jak na wielkim mrozie, a przecież jest tak ciepło, rudy sierpień? 

Rude i miodowe jest powietrze w górskiej miejscowości, przez którą idę ramię w ramię z S., mrużę oczy w zachwycie, ty tak śmiesznie mrużysz oczy, mówi S. w innym miejscu i okolicznościach, kiedy palimy papierosy przy narożnej knajpie na słodkobrzmiącej ulicy Felicjanek. Ty się chyba nigdy nie złościsz, mówi S., kiedy idziemy ramię w ramię miodopłynną ulicą zalaną świętym światłem jesiennym, które z zupełnie prozaicznych przyczyn przyjmuje tak bajeczne kolory. No nie wyobrażam sobie, jak ty wyglądasz, jak się złościsz, mówi S. z przekonaniem, a ja patrzę na niego z tajemniczym uśmiechem i aż muszę sama siebie objąć, bo coś narasta we mnie jak tłumiony chichot i czuję, że zaraz czeka nas eksplozja. 

Na ulicy Felicjanek jest narożna knajpa, a w niej jest drewniana podłoga, gdzie siadam w samym geometrycznym środku kręgu z zestawionych krzeseł, gdzie nachylają się nade mną twarze, papierosy i szklanki. Dym zasnuwa ściany, to mogłaby być Alchemia, gdzie innego dnia siedzę na krześle tuż za szafą i leniwie obserwuję nieustanny strumień wchodzących i wychodzących, kiedy oni zdążą wypić, jak tak krążą, aż w końcu nadpływa U. i jako jedyna pochyla się nad losem przewróconego przez kogoś krzesła. To mógłby być Stary Port, który zgromadził w sobie szare kłębki moich opowieści, jak kurz w zakamarkach, który pachnie zawsze tak samo - kurz, Port - i tak samo jak zawsze świeci ciepło w środku nocy jak naftowa lampa.

Śniło mi się dzisiaj, że zwykłą maszynką do golenia nóg wycięłam sobie włosy z boku głowy tak, jak nosi S., ale moja smętna szara sierść rozsnuwała się daremnie, nie dając rady zakryć porcelanowobiałej skóry. Nawet we śnie ciągle jestem w drodze, z kimś rozmawiam, jakieś wnętrza, jakieś okna, jakieś parapety, ale twarze obce, spotkania jakby przypadkowe, czasem tylko u mojego boku pojawi się ktoś, kogo znam. Fajnie, że się ludzie znają, mówi S. z uśmiechem, po tym, jak przywitaliśmy się z M. Nie trzeba przedstawiać, mówi S. i wychodzi na zewnątrz zapalić, a ja drobię tuż za nim i nie mogę opędzić się od myślenia o tonie, który (wyobrażam sobie, że) usłyszałam w głosie M. Jakby zdumienie. Jestem zdumiona faktem, jaka nagle stałam się wyczulona na najcichsze tony, choć przecież słuch mam równie słaby jak włosy. Żar papierosa w ciemnościach i ogień we mnie, kiedy tańczę dziki taniec, który ma odegnać strach i deszcz. Taniec słońca, taniec Marsa, boga wojny, taniec najjaśniejszego z pięciu żywiołów. Cały koncert jest o świetle. I o miłości, ale ten temat ignoruję, bo zbyt jest połamany na nierówne tafle, trzeba by po nich skakać niczym z kry na krę i można pociąć palce. Ale boję się. Lęk plącze mi się wokół szyi jak sznurek od migoczącej różdżki, ale S. delikatnie zdejmuje go ze mnie

tylko 
sznurek

i mogę wreszcie odetchnąć bez strachu, że zaciśnie się jak pętla. Ale to nie jest taki taniec, jaki tańczę w klubie Studio, z A. u boku, rozchlapując marne piwo z plastikowego kubka, niczym nie skrępowany taniec pewności, że jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Tam się śmieję, jak się śmiałam: pijąc wódkę wprost z butelki w bramie, jedząc zapiekanki w jedynym czynnym oknie okrąglaka, podając sobie naprzemiennie kocię i miski z popcornem w ciemnym pokoju pełnym zapatrzonych w ekran głów, jadąc pełnym zgorszonych min autobusem 179 razem z A. i P., a może z E., jak się śmiałam wczorajszego wieczora u R., kiedy K. zapytał z obrzydzeniem - a co to jest "bohema"? - a ja słysząc to niemal położyłam się na stole, trzymając się za brzuch i wyjąc. Ale co to jest "bohema", krzyczy K. nalewając piątą już kolejkę błyskawicznych bań, co to jest, do cholery, do domu bym nie wpuścił, E. już niemal płacze, a twarz R. składa się tylko i wyłącznie z szeroko rozwartych, rechoczących ust, jak na jakimiś nigdy nie namalowanym pogodnym obrazie Bacona. I wiem, że tu jest moje miejsce, bo tu się śmieję jak obłąkany błazen, tak mogłabym zmapować Kraków, zaznaczając jasną kroplą każdy z adresów, który sprawia, że śmieję się bez końca, że śmieję się z samego wnętrza trzewi, że odchylam głowę do tyłu i łzy ciekną mi na włosy, miejsca, w które wracam - prędzej czy później - snując się wciąż i wciąż swoimi kocimi ścieżkami, bez końca, bez wytchnienia.