piątek, 8 czerwca 2012

Zawsze mnie dogoni

Melancholia. Ktoś mówił: "glątwa". Klątwa moja jedyna, która ciąży na mnie. 

Siedzę cumując smutne oczy do ekranu. Mieszkanie zalała fala niepotrzebnych rzeczy, wyrzuconych teraz na brzeg fotela jak gałęzie, na klif dywanu jak martwe wodorosty, tworzących w przedpokoju zapory z poprzekrzywianych foliowych worków. Miałam wstać o świcie, żeby porządkować swoje życie i zrobić pranie, ale nie udało się. Kilka godzin później obudziłam się z katarem i chłodem w sercu. Pewnie wczoraj wymarzłam przy grillu w ogrodzie. Nie był to dobry dzień, bo kuliłam się na krześle nie tylko z powodu wilgotnego powietrza. Nie czułam się pewnie nie tylko z powodu miękkiej ziemi rozstępującej się pod nogami drewnianego mebla. 

Powoli zamykam znowu pewne etapy. Mam więcej czasu na czytanie. Nie mam wcale czasu na czytanie, ale więcej czytam. Szukam starych przyjaciół z papieru. Znowu zbliża się lato, w którym zostanę tylko ja i mój wierny rower. Ale boję się mniej, bo już wiem, że gdziekolwiek pójdę, będę bezpieczna.

Odkąd napisałam tu po raz pierwszy, przewędrowałam już wiele kilometrów w kołowrotku mojej głowy. Czesałam włosy i rozplątałam wiele zaciśniętych węzłów wokół szyi. Poskładałam wiele spraw w kostkę, zaprasowałam brzegi, starłam kurze z kilku półek. Na drzwiach mojego pokoiku wisi mój manifest. Przygotowałam garść haseł programowych. Kolekcjonuję przewodniki, w czarnym zeszycie wyznaczam trasy i kierunki marszu.

W dniu 8 czerwca, imieniny Maksyma i Seweryna, życzę sobie energii. Mam ją w sobie and I know it, ale najbardziej właśnie boję się tych wyhamowań, kiedy milknę i zapadam się w sobie. Kiedy cichnę niezauważenie i boję się wyjść z domu. A właśnie wtedy powinno się wychodzić, otworzyć okna, krzyczeć, biegać, podskakiwać i BYĆ. Zaraz ruszę do walki z koszem na pranie. Zaraz wyniosę pościel i złożę na rękach ciepłego wiatru. Już wiem, że mogę i muszę poruszać się, bo nie wolno mi zamarzać. Chcę. 

Widzę siebie siedzącą jak zając w wysokiej, ostrej trawie, zielonosoczystej. Widzę, jak pochylam zwróconą w stronę słońca twarz, jest cicho albo wprost przeciwnie, wiatr syczy w moich włosach, a ja czuję, że w końcu jestem na właściwym miejscu.

Dotrę tam kiedyś, dogonię ten obraz i wskoczę w niego jak w nadjeżdżający tramwaj.

czwartek, 15 marca 2012

Kiedy przestałam pisać

Chyba tego dnia, opisanego uprzednio. Żyję przyziemnie. Nie ma zachwytu. Ale czekajcie, czekajcie... Wiosna już przyszła. Na parapecie okiennym wyrastają cienkie, chwiejne nitki ziół. Słońce rozpryskuje się na lśniącym brzuszku rowerowego dzwonka. Razi w oczy. Już wiatr jest ciepły. 

Poczekajcie...



sobota, 21 stycznia 2012

Bóg widzi moją mękę

Jechałam busem przez wsie i miasteczka, kiedy otworzyła się znowu moja rana i popękały mi narządy wewnętrzne. Krew zatopiła wszystkich pasażerów. 


(...) Obaj dostali napadu niepowtrzymanego śmiechu i tarzali się przez chwilę po brudnym posłaniu księcia, aż wreszcie ten ostatni zawołał:

- Carrajo! Zdaje się, że ruptura mi pękła - i odwinąwszy antyrupturyczny pasek, zbadał kolosalną ranę z prawej strony brzucha. - Ale czytaj dalej.


S. I. Witkiewicz 622 upadki Bunga


My, arystokraci ducha, mamy na takie drobiazgi wyjebane.



czwartek, 22 grudnia 2011

Śniłam dzisiaj taki sen

Sen w gruncie rzeczy na poły nieprzyzwoity, w którym byłam pijana na wesoło. Śmiałam się i on też się śmiał przyciskając mnie do siebie, moje czoło wciśnięte w jego mostek, wyżej nie sięgałam. Później tonęłam w ciepłej, białej pościeli, kompletnie ubrana i mruczałam jak kot, a on wciąż się śmiał. Nie otwierałam oczu. "Jesteś zbyt idealna..." - wykrztusił w końcu i uśmiechnęłam się do siebie. Wiedziałam, że teraz nachyli się nade mną. Znam już scenariusze. 


Jaka choroba umysłowa objawia się nadmierną realnością marzeń sennych? Kiedyś nie zauważę momentu, w którym powinnam się obudzić i na zawsze już zostanę po tamtej zamglonej, nocnej stronie.

Czemu nie.


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Idzie duch

Duch świąt nadchodzi. Omijam telewizję i centra handlowe, więc ma on do mnie utrudniony dostęp, dłuższą drogę. Nie ma śniegu, skrzy się tylko czasem szron pod moimi butami, kiedy biegnę późnym wieczorem moją stałą trasą. 



Ale chcę już świąt, to znaczy bezpiecznych rytuałów, chcę w końcu się najeść i choć na chwilę nie musieć się o siebie troszczyć - scedować to na kogoś innego.


Wytrzymam w takim stanie trzy dni, a potem wrócę tutaj znowu walczyć o przetrwanie. I spisać wszystkie noworoczne postanowienia!


Już od kilku dni szkicuję listę, dorzucam kolejne punkty, coraz śmielej. To będzie Rok Smoka, w którym - nareszcie - wszystko musi się udać. Stay tuned!


niedziela, 11 grudnia 2011

Marnuję czas w kółko, w dwa koła

A tymczasem spadł śnieg. 




No dobrze, żartowałam. Niebo było dziś tak nieprzyzwoicie niebieskie, że od samego patrzenia czerwieniały mi policzki.


Chyba rozpraszam się, by przepłoszyć złe myśli, a nie tędy droga; droga wiedzie przez zaszroniony grudniem las i po rozmrożonej grudzie błota. 


Oto krajobraz księżycowy, pustka i mróz.

niedziela, 4 grudnia 2011

Głód

Mam na coś ochotę, ale nie mogę sprecyzować tej potrzeby. Ściskam szczęki, pięści i kolana. Chcę naprężać i rozciągać mięśnie jednocześnie. Dziś powinnam zrobić o wiele więcej niż krótki bieg w południe. 


Rusty cage.


Sny mam bujne, intensywne, namacalne i niepokojące. O wiele przyjemniejsze niż jawa. Budzę się głodna. To stamtąd płynie do mnie ta nieutolona tęsknota charakterystyczna dla typu osobowości 4w5. 


Muszę się uwolnić.


czwartek, 1 grudnia 2011

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jak zawsze oszustwo

Myślę, że jestem silna, a przepłakałam całą noc aż do poranka w łóżku pięknej, samotnej kobiety. Koty bezszelestnie chodziły wokół na swoich pieszczotliwych łapach, tylko czasem gruchając do mnie na swój rozwibrowany sposób. Nie byłam sama, ale uśpiona osoba jest zupełnie nieświadoma, jak martwa, w ciemnościach mimo dochodzącego do mnie dźwięku jej oddechu nie było świadectw jej obecności. Czasem tylko przewracając się na drugi bok pociągnęła kołdrę, materiał ścierał moje gorące łzy. Rozścielałam na prześcieradle włosy, żeby nie pozostawić żadnych łzawych śladów dokonanej zbrodni. Zbrodni załamania, upadku, upokorzenia przed obliczem siebie samej. Umiem bezgłośnie oddychać i bezgłośnie płakać, bez najmniejszego westchnięcia. Boję się luster i obiektywów aparatów, bo widzę w nich przygarbioną postać nędzy duchowej.


Nie mam smutnych obrazów, bo zdjęcia to strumień roziskrzonego szczęścia, czasem tylko przydymionego lekkim oparem słodkiej melancholii, ale tej dobrej, szlachetnej. Nie mam też odwagi i nie mam miejsca w świecie. Nic nie konstytuuje mojego istnienia - jestem tylko niepotrzebną przeszkodą dla szczęścia mojej rodziny i przyjaciół. Są zmuszeni opiekować się moją niepełnosprawną, połamaną powłoką zewnętrzną. I za to im dziękuję.

środa, 16 listopada 2011

No, Panie Boże

Coś często ostatnio gadamy ze sobą. Nie bierz tego do siebie. I tak nie istniejesz.



Po prostu prześladujesz mnie michałkami, a już wczoraj to naprawdę dałeś popalić.


Nie wiem, jaki masz w tym cel, ale uwierz mi - nie dam się podejść. Nie wyprowadzisz mnie z równowagi.


I dobrze ci radzę, lepiej zachowuj się poprawnie, bo jak nie, to cię wymienię na gromowładnego Jowisza. Lub inny lepszy model.

Z wyrazami szacunku, 
Polly